Do końca w ostrogach Pięćset mil do domu — część XI

Żółci ludzie

 

 

 — Czy wierzysz w żółtych ludzi?

 — Ja wierzę.

 

 Jestem starym człowiekiem. Dwojako starym. Metrykalnie nie jest jeszcze ze mną źle. Psychicznie gorzej. Wewnątrz czuję się zgniły.

 Nie wychodzę z domu nazbyt często; w zasadzie wcale. Zakupy albo rachunki, czasami lekarz – na miesiąc będzie trzy razy.

 Nie snuję się parkowymi alejkami w nadziei na spotkanie znajomego, bo trwałych znajomości nie nawiązałem. Nie wyładowuję frustracji na grających w piłkę dzieciakach, gadając, jak to kiedyś było lepiej. W tramwajach nie walczę o krzesła. Wolę stać z tyłu, przy szybie. Stojącego dużo trudniej okraść. Nie kupuję łabędziej przyjaźni uschniętym chlebem.

 Czasem, kiedy już wyjdę, pozwalam sobie na ciastko, ale zawsze proszę, by zapakować. A potem wracam i jemy. Ja i pies.

 No właśnie. Pies.

 Pies jest włochaty, wysoki. Ma długie uszy, którymi tak śmiesznie macha, kiedy mnie wita. Na brzuchu, rok jakoś będzie, jak mu się porobiły jakieś paskudztwa. Rany, które co dzień z wielką pasją zalizuje, tylko po to, by nazajutrz wszystko zaczynać od nowa. Ale się nie uskarża. To dobry pies. Nie budzi sąsiadów wyciem.

 Psu na imię jest Pies i obu nam jest z tym dobrze. Znamy się długo. Dawno przeszliśmy na ty. Imiona są nam do niczego niepotrzebne.

 Pokój, w którym mieszkamy, jest bardzo mały. Za kuchnię służy maszynka na jeden palnik i stara, zniszczona lodówka. Łazienka jest na końcu korytarza i chodzę do niej jedynie wtedy, gdy muszę. Nie lubię spotykać ludzi z naszego bloku, bo zawsze odruchowo czuję wstyd. Nie wiem czemu. Chyba za to wszystko wokół mnie. Poza tym słyszałem, jak kiedyś o mnie mówili. I o moim mieszkaniu, że w nim śmierdzi.

 Może i tak.

 Czasem zdarza mi się sikać do butelek.

 

 Miałem także w domu telewizor. Mały, trzynaście cali. To znaczy, mam go nadal, ale około pół roku temu przestał odbierać. Włączałem, włączałem i nic. Pomyślałem, że może po prostu usnął. Że tylko śpi. Codziennie próbowałem go obudzić.

 Miesiąc temu zamówiłem nawet elektronika, czy jak to się tam teraz mówi na tych fachowców? Miał być nazajutrz, ale dwukrotnie przekładał i pojawił się dopiero po tygodniu. Duży chłop. Prawdopodobnie przyjezdny.

 Widziałem, jak bardzo się skrzywił, kiedy przestąpił próg, ale udałem, że nie rozumiem, o co chodzi. Bolało mnie tylko to, z jaką pogardą spojrzał na mego psa. I że nie spytał, czy groźny.

 W ogóle ten człowiek czuł się w obcym miejscu bardzo pewnie. Najpierw bezceremonialnie otworzył piwo. A potem postawił na stole torbę bez zapytania, nie dając mi nawet czasu, bym zwinął obrus. Na telewizor nawet nie rzucił okiem, mówiąc, że jest już późno i nie ma z sobą narzędzi. Chciał brać do siebie na warsztat. Nie pozwoliłem.

 Przecież gdyby odbiornik nagle się przebudził w obcym miejscu, mógłby się bać. Już lepiej niech stoi zepsuty, niż obce łapy mają przy nim grzebać. Tutaj na czarnej szafce ma swój dom.

 To mu mniej więcej powiedziałem, pomijając ten fragment o obcych łapach. Puknął się w czoło, sądząc, że tego nie widzę.

 — Co kto tam lubi — powiedział.

 Potem zapytał, czy nie chcę opchnąć na części. Pokój mały. Po co trzymać w domu takiego grata? Dawał trzydzieści złotych, płacąc żywą gotówką. Kazałem wyjść.

 Wtedy już się popukał oficjalnie i zażyczył sobie siedemdziesiąt złotych za diagnozę. Zupełnie jak jakiś lekarz.

 Nie chciałem płacić, a on nie chciał ustąpić. Mówił, że droga benzyna, że cenny czas. Pchlim targiem ustaliliśmy czterdzieści pięć. Podałem mu pięćdziesięciozłotowy banknot, nie miał wydać. Jestem niedojdą. Trudno.

 Gdy wyszedł, zostawiając na odchodne zawleczkę z piwa, od razu przekręciłem zasuwkę w drzwiach, a następnie się po prostu rozpłakałem. Aż pies wyjrzał spod stołu.

 Powiedziałem odbiornikowi, żeby się nie bał. Że go nie wyrzucę ani nie oddam na części, bo tutaj jest jego dom. Na koniec wytarłem z kurzu i sprawdziłem w zeszycie z prognozami, ile ten wydatek dla nas znaczy? Gdzie można nieco przykręcić, by jakoś żyć?

 Znaczył dużo. Ciastka skreśliłem pierwsze.

 Nazajutrz odruchowo nacisnąłem włącznik telewizora. Zadziałał za pierwszym razem i działał czternaście dni. Niech mi ktoś powie, że dobroć się nie opłaca.

 Po dwóch równiutkich tygodniach zgasł na dobre. Tak, jakby chciał się pożegnać. Wiedziałem, że nigdy więcej nie zadziała. Wtedy dostrzegłem w odbiciu kineskopu dwóch żółtych ludzi. Stali na środku pokoju i się cieszyli. Zamknąłem oczy, a gdy je ponownie otworzyłem, już ich nie było. Telewizor przykryłem chustą po mojej ciotce. Boję się odbić. Nie mam w domu lusterka.

 

 żÓłCi Ludzie.

 

 Żółci ludzie są różni. Tak jak i my. Jedni bywają współczujący, inni nie. Wszyscy są strasznie płochliwi.

 Nie są wysocy. A raczej, są bardzo niscy. Siedemdziesiąt, góra osiemdziesiąt centymetrów. Dostrzec ich można, patrząc w głębię jeziora albo w odbiciu bardzo starego szkła. Nie ma na ich temat żadnych książek.

 Od dawna prowadzę zapiski o żółtych ludziach, ale to trudny temat i nie zapisałem nawet pół zeszytu. Najważniejsze podkreśliłem długopisem.

 

  — Są mali i szczupli.

  — Można ich dostrzec jedynie w odbiciu szyby. Ewentualnie bardzo starego szkła czy tafli wody.

  — Ich twarze są zamazane i skryte pod kapturami żółtych kurtek.

  — Pojawiają się zawsze, gdy coś bardzo ważnego ma się wydarzyć.

  — Żółtych ludzi widzą tylko nieliczni.

 

 Później o nich opowiem trochę więcej. Teraz chciałbym o sobie.

 Pragnę powiedzieć trzy zdania o otoczeniu, w którym przyszło mi żyć. I o tej zimie bez śniegu, co jest w człowieku. Wspomnieć o swoim małym, prywatnym świecie. Nie jest rozległy.

 A kiedy skończę, nałożę palto i wyjdę. Odwiedzę bank, kupię ciastka po drodze i pójdę dalej. Nie wiem, którędy i dokąd. Nie mam planu. Ten powstanie po drodze. W domu jest bardzo cicho, bo nie mam radia. Nie ufam głosom bez twarzy.

 Pies nie oddycha od wczoraj. Może śpi? Nie muszę jeść ciastek w domu.

 Żółci ludzie tańczą w szklankach na stole.

 

 mÓj ŚwIaT

 

 Mój świat to metraż pokoju i szlak do kibla na piętrze. To schody, winda i chodnik. To tramwaj z numerem siedem. I mały sklep osiedlowy, który kupił mnie tym, że dobrze wydaje reszty.

 To także kiosk nieopodal, w którym jeśli się nie pochylisz do okienka, możesz na zawsze pozostać anonimowy. To cukiernia.

 I chyba tyle. Więcej ich nie pamiętam.

 Za wszystkie serdecznie żałuję.

 

 Wychodząc, zauważyłem na drzwiach, że napis K+M+B został zastąpiony napisem, ÓWAGA ŹMIERDZI SZCZYNAMI. Dwie dziewczynki zerkały z drzwi nieopodal, wystawiając głowy w ten sposób, że widziałem tylko połówki ich roześmianych twarzyczek. A może miały tylko połówki twarzy? Nieważne. Nawet mi się nie chciało tego ścierać.

 Windą nie jeżdżę, odkąd wstawiono lustro na całą ścianę. Dwa poprzednie zbiłem na kawałeczki. Cztery piętra schodami. Taki los.

 Za to na dworze niezbyt przyjemna wilgoć i zimno jak na Syberii, ale w nagrodę niemal puste ulice. Taki układ rzeczy mi odpowiadał.

 Miałem już ruszać, kiedy dostrzegłem wysoką lampę bez abażuru, którą ktoś pozostawił pod zsypem. Ciekawe czy jej obiecał, że zaraz wróci?

 Poszedłem na tramwaj, bo do banku mam naprawdę spory kawał, ale w połowie drogi zawróciłem. Gdybym tego nie zrobił, gryzłoby mnie to i pewnie bym przejechał góra jeden przystanek i zaraz wysiadł. Wracając teraz, zaoszczędziłem cenny czas.

 Nie jestem jednym z tych, co ciągną śmieci do domu, ale obojętny na cierpienie też nie jestem. A porzucony przedmiot, to tak, jak przywiązany do drzewa pies. Krzyczy i cierpi podobnie. Trzeba tylko umieć się w to wsłuchać.

 Przeniosłem lampę do siebie, płosząc kogoś spod drzwi i zostawiłem razem z martwym psem. Po drodze ktoś za mną krzyknął, że jestem dziwak. Pięć minut później byłem już na przystanku. Tramwaj odjechał cztery minuty wcześniej.

 Podsumowałem to wszystko we własnej głowie i szczerze się z siebie uśmiałem. Dwie nastolatki ominęły mnie łukiem, szerszym niż to konieczne. Ubrane stanowczo zbyt lekko jak na taką pogodę. Bez czapek. W rozpiętych kurtkach.

 Trudno – pomyślałem. – Niech sobie umrą.

 Tramwaj przyjechał piętnaście minut później. Jak zwykle poszedłem na koniec. W środku od czterech chłopców się dowiedziałem, że moje palto musi być bardzo drogie, bo waży pewnie dwa kilo. Nie do końca zrozumiałem, o co chodzi. Potem jeden z nich wskazał na odbiorniczek, co to noszę go w uchu, by lepiej słyszeć i spytał, czy nie mam tam może jakiegoś niezłego rapu. Następnie wymienił szybko ze trzy nazwiska. Jego koledzy pokładali się ze śmiechu.

 W końcu wysiedli i poszli w swoim kierunku. Patrzyłem czy aby nie staranuje ich przypadkiem ciężarówka. Niestety nie staranowała.

 Żółci ludzie patrzyli na mnie zza szyb.

 W banku mi powiedziano, że jeśli zdecyduję się na jednorazową wypłatę całej sumy, to stracę przeszło sto złotych.

 W odpowiedzi spytałem siedzącą za ladą ciemnowłosą dziewczynę z żelastwem w nosie, czy grywa może w szachy albo kanastę. Zrobiła obrażoną minę, mówiąc, że nie ma najmniejszego powodu, by być niemiłym. Że tylko wykonuje obowiązki.

 Czemu ludzie reagują tak panicznym lękiem na nieznane?

 Wyszedłem bogatszy o przeszło tysiąc osiemset polskich złotych i udałem się prosto do cukierni. Wcześniej, gdybym wybrał choćby połowę tej sumy, pewnie kazałbym się zawieźć taksówkarzowi pod sam blok. Nie z rozrzutności, tylko z obawy przed tym, że mnie okradną. Teraz jednak to nie miało znaczenia. Czułem się, jakby kroczący za mną ogień spopielał wszystko, nie pozwalając mi wrócić czy się zatrzymać. Nie spojrzałem ani razu za siebie z obawy, że go zobaczę.

 Jego lub żółtych ludzi niosących za mną pochodnie.

 

 W cukierni była Joanna, jedyna porządna dziewczyna, jaką znam. A może i jedyny dobry człowiek? Przywitała się ze mną serdecznie, pytając, co też tym razem? Na co mam dzisiaj chęć?

 Wybrałem dwanaście ciastek. A ona spytała, czy ma je tak jak zwykle zapakować? Wtedy pękłem i przez łzy opowiedziałem jej o swoim psie. O tym, że umarł. I że ja też umieram. Tak po prostu.

 Gdy skończyłem, zapytała mnie o żółtych ludzi. O to, czy ponownie ich widziałem?

 Myślę, że gdybym poprosił, zamknęłaby sklep i pozwoliła mi zostać, ile tylko bym chciał. Nie miałem jednak zamiaru narażać jej na kłopoty. Nie wiedzieć czemu, Joanna bardzo mnie lubiła, ale jej szefowa już tej sympatii nie podzielała.

 Skinąłem, że tak. Że widzę ich nawet teraz. Że łypią na mnie zza jarzeniowego światła i śmieją się z tortowych salaterek. Przyglądają mi się zza wystawowych szyb.

 Mój wywód ją mocno przygnębił. Zmarkotniała. Potem położyła na ladzie małe, czarne pudełko, pytając, czy ma gdzieś zadzwonić. Po kogoś albo po coś. Chwilę milczałem, aż się zarumieniła. Chyba zrozumiała, że tym kimś jest ona.

 Kiedy pakowała ciastka, milczała, wbijając wzrok w swój zgniłozielony sweter. Podziękowałem, położyłem na blacie czterysta złotych i wyszedłem. Wybiegła za mną, ale żółci ludzie mnie ukryli i tylko widziałem, jak rozrzuca swój piękny długi warkocz, machając głową na boki. Jak woła mnie po imieniu.

 W końcu przemarzła i zrezygnowana powlokła się wolno z powrotem. Ja zaś poszedłem nad staw.

 

 — Żółci ludzie nie grywają w karty, chińczyka oraz kości.

 — Nie znają szachów i nie stawiają pasjansów.

 — Nie interesuje ich nic, czego nie znają.

 — A jedyne zasady, jakie wyznają, są ich własne.

 

 Staw podkuty był lodem, ale nie skuty na amen. Oczyściłem ze śniegu ławkę, która stała najbliżej wodnego oczka i usiadłem. Obok siebie położyłem smakołyki. Potem wyjąłem zeszyt o żółtych ludziach.

 Na pierwszej wolnej stronie napisałem drukowanymi literami słowo SĄD. Potem zacząłem gorączkowo rozmyślać, jedząc i ubierając swoje myśli w podpunkty. Po jakiejś godzinie nazbierałem ich dziewięć. Uznałem, że to wystarczy.

 Dziewięć drobnych kroków – pomyślałem. – Dziewięć kroków. Dziewięć.

 Potem zauważyłem, że mniej więcej tyle metrów dzieli mnie właśnie od stawu.

 Jestem emerytowanym matematykiem teoretycznym i kabalistą. Zajmowałem się kiedyś chaosem liczb i ich wpływem na świat. Do dwutysięcznego miejsca po przecinku znam liczbę Pi. Dawniej też nałogowo grywałem w szachy.

 Jedno wiem.

 Żyjemy w dziwnym świecie, o którym tylko nam się wydaje, że coś wiemy. Nie jest to prawdą. Nie wiemy o nim nic.

 Żółty człowiek siedzący na ławce obok mnie skinął głową. Nie przeszkadzało mi, że słyszy moje myśli, ponieważ się z nimi zgadzał.

 

 SĄD

 Każą się tytułować ludźmi, lecz to tylko człowieczki. Małe knypki. A żółci są z zazdrości, za swoją małość.

 Wniosek, że są różnorakie, wysnuty błędnie. Nie ma ich różnorakich. Są tylko źli.

 Odnaleźć ich można we wszystkich magicznych liczbach. W jedenastce, siódemce, trzynastce oraz trzech szóstkach. A królową tych wszystkich liczb jest dwadzieścia trzy.

 Żółci ludzie naśmiewają się z tego, co o nich myślisz. Uważają się za lepszych. Kiedyś robili psoty, ale bycie chochlikami już im przestało wystarczać. Teraz są źli. Wrzucanie kociąt do ognisk daje im radość. Uwielbiają czynić występek obcymi dłońmi.

 Przypuszczenie: Prowadzą do nich różnorakie drogi. Droga zbyt żarliwych modułów. Ucieczka w satanizm oraz stany poszerzające świadomość. Do tego wszelakie formy uzależnienia. A także nauki ścisłe. Matematyka. Biologia. Fizyka. Także chemia.

 Ciekawostki: Rozdziel dwadzieścia trzy na człony. Podziel 2 na 3, a wyjdzie 0.666. Pod dwójką i trójką na klawiaturze jest W jak Wiktoria. A licząc od pierwszej litery (Q) w prawą stronę, 23 literą będzie V jak Victory (zwycięstwo) 2 + 3 = 5. Piątkę oznacza się Rzymską literą V. Symbolem zwycięstwa. Ludzie mają po 23 pary chromosomów.

 Gasnące nagle światła. Dziwne wypadki. Zbiegi okoliczności. Telekineza. Większość tych zjawisk zachodzi właśnie od nich.

 WNIOSEK NADRZĘDNY!!!

 Pod żadnym pozorem nie należy ich poszukiwać w żadnej z dziedzin, bo... Nawiązać z nimi kontakt jest trudno, ale zmusić ich do odejścia już nie sposób. Działają podle i tylko wedle własnych upodobań. Niosą szkodę, żywiąc się całym spektrum negatywnych rozmyślań. Żadne znane modły ani egzorcyzmy nie są w stanie trwale ich odstraszyć. A nad krzywdę fizyczną przekładają umartwianie psychiczne, w czym są mistrzami. Nie należy wierzyć ich obietnicom ani w ogóle wchodzić z nimi w obcowanie. Opornych zmiękczają poprzez gnębienie najbliższych.

 Nienawidzą domowych zwierząt, gdyż te je bezbłędnie wyczuwają. I w zemście za owo wyczucie, żółci nacinają im brzuchy. Potrafią się pobratać z otoczeniem i czerpać z elektryczności.

 Teza, że śmierć jest od nich uwolnieniem – nieokreślona.

 

 Epilog.

 

 Kobieta wstała akurat wtedy, gdy mężczyzna szedł już po tafli stawu. Najpierw pomyślała, że ma szczęście, iż w ogóle zdołała się obudzić. Przecież na takim mrozie to...

 Nie lubiła składać fałszywych obietnic Bogu, więc nie przysięgła, że przestanie pić. Obiecała jednak przykładać większą uwagę do miejsc, w których będzie raczyła się procentami. Wtedy przyjrzała się dokładniej idącemu, a zwłaszcza wianuszkowi dzieci, który mężczyznę otaczał.

 Przetarła śniegiem twarz, sądząc, że to tylko wyjątkowo wredne delirium mąci jej w głowie. A potem jeszcze raz. I jeszcze. Nic z tego. Obraz przed oczyma się nie zmienił.

 Dzieci było ponad dwadzieścioro. Większość szła za mężczyzną krok w krok, tworząc coś na wzór nawiasu odgradzającego go od brzegu. Dwójka zaś najwyraźniej ciągnęła człowieka za ręce, by szedł dalej. Nie wiedzieć w zasadzie po co, bo wyglądało na to, że wszedł on na lód dobrowolnie. Niemniej jednak, ręce miał wyciągnięte przed siebie pod dziwnym kątem, jakby go naprawdę coś ciągnęło. Ponownie przetarła śniegiem spuchniętą twarz.

 W ogóle dzieciarnia była do siebie podobna, jak gdyby wszyscy byli z tej samej klasy. Ale to z kolei niemożliwe, bo dzieci były za małe nawet na pierwszoklasistów. Niskie, poniżej metra. I wszystkie w takich samych żółtych kurtkach z kapturami zaciągniętymi na głowy. Kapturami, spod których nie wystawały im twarze.

 Potem się rozejrzała, dostrzegając coś jeszcze dziwniejszego. Ptaków były setki, ale wszystkie fruwały. Żaden nie siedział na drzewie.

 Wtedy lód się załamał, zabierając idącego w mroźną toń. A dzieci po prostu zniknęły, jak gdyby porwał je wiatr. Natarła sobie twarz śniegiem kolejny raz.

 Tym razem wzrok się wyostrzył i dostrzegła coś na pobliskiej ławce. Coś, co wyglądało jak pudełko z ciastkami. Pełna obaw, wciąż nie do końca trzeźwa, ale i zarazem pieruńsko głodna zbliżyła się i... Faktycznie, to były ciastka. Dziewięć sztuk. Kremówka, pączek, jagodzianka. A obok, matko jedyna, skórzany portfel.

 Pochwyciła go, zupełnie zapominając o głodzie. I tak... Tak, jak w jej snach. W środku były pieniądze. Tysiąc czterysta złotych i jakieś drobne. A jeszcze obok, zeszyt oraz długopis.

 Przekartkowała kajet, bo ludzie w nich bardzo często chowają kasę, ale pełen był tylko jakichś bazgrołów. W dodatku na niemal każdej stronie ktoś wyrysował jakieś matematyczne obliczenia. Już miała go rzucić w śnieg, lecz się wstrzymała.

 Co, jeśli ten, który poszedł w wodę, odkrył jakiś system na totolotka? Nie wolno takiej szansy zaprzepaścić. Trzeba wziąć i pokazać wszystko Radosławowi. On się na matmie znał jak mało kto. A nawet, jeśli dobrze spamiętała, sam ją kiedyś wykładał. Nie można tego wyrzucić. Trzeba wziąć. Jak otrzeźwieje, na pewno będzie chciał rzucić okiem. Nie można tego wyrzucić. Trzeba wziąć.

 Od tych wszystkich nagłych zwrotów akcji zaparowały jej przeciwsłoneczne okulary, które ciągle miała jeszcze na nosie. Co prawda, słońca nie było, ale ona zawsze je zakładała do alkoholu. Gdy chlała, puchła jej twarz, a nie chciała, by ludzie na nią patrzyli. A teraz te okulary zaparowały.

 Ściągnęła je, chcąc wytrzeć w rękaw i wtedy stało się coś, od czego stanęło jej serce. Poczuła ostre ukłucie i zakasłała, zraszając śnieg gęstą krwią.

 W odbiciu okularów dostrzegła całą gromadę tych żółto ubranych dzieci. Otaczały ją kołem. I, mimo że wszystkie się śmiały, żadne nie miało twarzy.

 Upadła w śnieg, ciągle ściskając portfel z ponad tysiącem czterystoma złotymi w środku. A mówiąc ściślej: tysiącem czterystoma dwudziestoma trzema złotymi.

 Matematyczny zeszyt o żółtych ludziach upadł tuż obok niej.

 

 — Czy wierzysz w żółtych ludzi?

 — Ja wierzę.

Liczba ocen: 3
93%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 22

Opis:

Staroć, ale podobno jaroć.

Dodano: 2020-02-22 20:07:50
Komentarze.
~Ogonisko 7 m.
Ło panie. Sponiewierało mną srogo. Wszystko zagrało. Idę zapalić, trzęsie człowiekiem.
Odpowiedz
~jotka 7 m.
Wciąż moje ulubione.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Dziękuję jolkoko.Tak, zawsze będziesz Jolkoka. Ha... ne, ne, ne.
Odpowiedz
~pkropka 7 m.
O, to pamiętam. Cudo
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
pkropka, kłaniam się na ile korzonkowe ograniczenia zezwalają.
Odpowiedz
~Ogonisko 7 m.
Mistrzostwo dla mnie. Canulas, czytam z upodobaniem twoje teksty, ale ten jest moim numerem jeden. Od dzisiaj będę sie ubierał w garnitur, zanim podejdę do czytania innych twoich opowiadań.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Ogonisko, dres z pepco, skarpety z dziurami na paluchach i tani winiacz przelany do słoika po ogórkach. Jeśli palisz, popiołka pełna wziąż dymiących drzew. Dziękować za podobanie, ale Pani Łęcka to jednak nie tu.
Niemniej (zawsze cholera piszę nbie mniej) kłaniam się nisko.

Odpowiedz
+fanthomas 7 m.
Żółci ludzie miałem to obadac kiedyś. Chyba to kiedyś będzie jutro
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
fanthomas, ciekawe, ciekawe. Tyle że to nie Chambers. Król w żółci, bo moze Ci się kojarzy, Lovercratowcu
Odpowiedz
+fanthomas 7 m.
Canulas a może,ale wspominałes coś kiedyś że to takie spokojniejsze opko, bez nadmiaru scen gore
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
fantomas, nie ma gore. Nawet wszystkie drapichrusty wygwiazdkowane. Twa wrażliwość po lekturze nie trzaśnie drzwiami.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Troszkę powstawiało źle odpowiedzi, nei wiem. Moze dlatego, że odpisywałem od dołu.
Odpowiedz
@nuncjusz 7 m.
Canulas przecież dobrze są...
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
nuncjusz, teraz tak, być moze miałem źle pzred nieodświeżeniem. W sensie tekstu, nei siebie. Miałem o jedną szufladę krzywo.
Odpowiedź do jolki pod ogoniskiem, pkropka pod jolką itd. Ale już gites.

Zaznaczam, żem trzeźwy.
Czymże jest jeden grzaniec
Odpowiedz
@nuncjusz 7 m.
Canulas hmm ciekawe
Odpowiedz
~marok 7 m.
Co ja paczę? Chyba już czytałem raz, coś mi świta. Ale przeczytałem jeszcze raz. No i co? No właśnie, chyba dobrze, podobało mi się. Weź no tam jeszcze coś wrzuć starego. A mam pytanie przy okazji. Rurę to będzie wrzucał tu czy raczej nie?
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
marok, tak, jak skońćzę pińćet i poboczne ochłapy, to tak.
Dzienkson
Odpowiedz
~marok 7 m.
Canulas no to ten, przepysznie. Naprawię kolejny błędzik z tamtych czasów
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
marok 👍
Odpowiedz
Pamiętam ten tekst! Jest świetny. Doskonale manipuluje czytelnikiem, który do końca nie wie czego ma się spodziewać. Poza tym jest ładnie rozegrany kompozycyjnie (trzeba tu wspomnieć o efektownej klamerze). Lubię porównania filmowe, więc powiem, że są ujęcia z różnych stron. Dla mnie był to jeden z najlepszych tekstów na sami wiecie gdzie.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Tjereszkowa, o kurde. Ja nie pamiętałem, że Ty pamiętasz, więc z mojej strony to, ekhm, dziewicze dziękuje.

Odpowiedz
Canulas a ja czytam swój koment i widzę, że połowa tekstu wyparowała. Albo gnomy gaciowe, albom niechcący wykasowała. W każdym razie były to ochy i achy .
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Tjereszkowa, kurde. To se je wyobrażę.
Odpowiedz
No no. Faktycznie cudowny tekst. Wstrząsający, nie wiem czy teraz zasnę Na pewno go zapamiętam, zostaje w głowie. Świetna robota, pozdrawiam
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
aniamarzycielka, dziękuję Ci, że pomimo późnej pory zwizytowałaś moje wypocinki. Baaaardzo mi miło.
Odpowiedz
~Adelajda 7 m.
Tak, pamiętam, czytałam kilka razy.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Adelajda, kurde. Kłopot ze starociami, że 90% osób zna
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
I tutaj też
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Ritha, taaa, jeden z nielicznych - naprawdę starych tekstów - których nie pożarła korozja
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
"W tramwajach nie walczę o krzesła. Wolę stać z tyłu, przy szybie. Stojącego dużo trudniej okraść. Nie kupuję łabędziej przyjaźni uschniętym chlebem" - ładne
"Psu na imię jest Pies i obu nam jest z tym dobrze. Znamy się długo. Dawno przeszliśmy na ty. Imiona są nam do niczego niepotrzebne" - urzekające (jak zresztą cała ta historia)

Dużo jest fragmentów do kopiowania, ale część mijam, bo za bardzo odrywa, a tutaj taka jakaś nostalgia się wytwarza, czytając.

"Gdy wyszedł, zostawiając na odchodne zawleczkę z piwa, od razu przekręciłem zasuwkę w drzwiach, a następnie się po prostu rozpłakałem. Aż pies wyjrzał spod stołu" - Boże, łapie za serce okrutnie

"Telewizor przykryłem chustą po mojej ciotce. Boję się odbić. Nie mam w domu lusterka" - to!
"I o tej zimie bez śniegu, co jest w człowieku" - i to!
"W domu jest bardzo cicho, bo nie mam radia. Nie ufam głosom bez twarzy" - i to!
"Pies nie oddycha od wczoraj. Może śpi? Nie muszę jeść ciastek w domu" - ...

Jednak kopiuję

"Czułem się, jakby kroczący za mną ogień spopielał wszystko, nie pozwalając mi wrócić czy się zatrzymać. Nie spojrzałem ani razu za siebie z obawy, że go zobaczę.
Jego lub żółtych ludzi niosących za mną pochodnie" - ...

"Wybrałem dwanaście ciastek. A ona spytała, czy ma je tak jak zwykle zapakować? Wtedy pękłem i przez łzy opowiedziałem jej o swoim psie. O tym, że umarł. I że ja też umieram. Tak po prostu" - ... (to aż namacalnie czuć, to, gdy on pęka)

"Jestem emerytowanym matematykiem teoretycznym i kabalistą. Zajmowałem się kiedyś chaosem liczb i ich wpływem na świat. Do dwutysięcznego miejsca po przecinku znam liczbę Pi. Dawniej też nałogowo grywałem w szachy.
Jedno wiem.
Żyjemy w dziwnym świecie, o którym tylko nam się wydaje, że coś wiemy. Nie jest to prawdą. Nie wiemy o nim nic.
Żółty człowiek siedzący na ławce obok mnie skinął głową. Nie przeszkadzało mi, że słyszy moje myśli, ponieważ się z nimi zgadzał" - ta narracja...

"Teza, że śmierć jest od nich uwolnieniem – nieokreślona" - i to też mnie zatrzymało

"Wtedy lód się załamał, zabierając idącego w mroźną toń. A dzieci po prostu zniknęły, jak gdyby porwał je wiatr. Natarła sobie twarz śniegiem kolejny raz" - to i cała ta końcowa scena rysuje się przed oczami krystalicznie

No i klamra, pochyłą. Lubię takie pytanio-stwierdzenia.

Pamiętam, gdy to czytałam za pierwszym razem i pamiętam, że mi się podobało, ale... chyba wtedy jeszcze nie dojrzałam do tego tekstu w pełni. Nie odczuwałam go tak głęboko. Na pewno nie tak jak dziś. Robi piorunujące wrażenie na mnie dziś. Pomysł ciekawy, ale ta narracja, ten bohater, ta pokora w nim... Powinieneś wysłać gdzieś ten tekst.

Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Kiedyś czułem się w obowiązku klamrować teksty. Patrząc "z dziś" nie wiem czy bym go domykał epilogiem. Dziękuję pięknie za bardzo budujący komentarz. Kłaniam się.
Z wysyłaniem wiesz jak jest...
Odpowiedz
~jotka 7 m.
Hmm ale przecież ten tekst był na papierze?
Odpowiedz
~jotka 7 m.
Albo mylę z Wyobraźnią. Ponoć któryś w jakiejś gazetce ;x Czy mam coś za pamięcią.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
jotka, taaa. Wyobraźnia. Tego chyba nigdzie nie dawałem
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
Can, trzeba będzie to zmienić
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Ritha 😳
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
Can, tak, tak.
Odpowiedz
~alfonsyna 7 m.
"będzie raczyła sie procentami" - ogonek się zgubił;
Jezu, ja tego czytać nie mogę, w sensie, że mnie to mocno uderza emocjonalnie już od wstępu - pies (gdzieś już był pies o imieniu Pies, ale nie mogę skojarzyć gdzie), odbiornik telewizyjny - wszystko! Ta lampa potem też. Początek bardzo w każdym razie, dla mnie mocny, potem się już chyba zaczęłam adaptować, albo też mniej było tych takich rzeczy, które mnie tak mocno uderzały. Bardzo dobre całościowo, bardzo przemyślane, rozwalające system, że aż się nie spodziewałam.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
alfonsyna, Yeyku, fajne comentario do poduchy.
Nie no, dalej zelżało, ale to jeden z tekstów, który powstał bardzo, bardzo szybko. Nie wiem. 2h,moze 2,5h. Max 3

Ogonek dorysuję jutro.

Dzięki piękneee
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Jezu, zapomniałem. Melduję, że ogonek do "się" nareperowany
Odpowiedz
!sensol 6 m.
wróciłem po miesiącach i się nie zawiodłem. dalej ta historia robi wrażenie niesamowite. bardzo mi się podoba takie pisanie
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
sensol nooo taaaa. Pamiętam, że Ci siadło
Odpowiedz
~alka666 2 m.
z dużym wykopem
Brawo! Żałuję, że wcześniej nie trafiłam na ten tekst. Gratuluję publikacji i cieszę się, że miałam przyjemność poczytać.
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
alka666, o kurde. Wchodzę po przerwie, a tu... 😦😮 Dziękować
Odpowiedz
~alka666 2 m.
Canulas
Odpowiedz
~Alchemik 2 m.
Czysta poezja zawarta w prozie.
Na razie zgłosiłem tylko, ze przeczytałem.
Ale muszę wywewnetrznic to co umieściłeś w moim wnętrzu.

Czy wierze w żółtych ludzi?
Odpowiem niebawem.
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
Alchemik, o kurde. Dziękuję bardzo. Kłaniam się
Odpowiedz
!Szudracz 2 m.
Szukam innych części, przy okazji weszłam tutaj.
Nie wiem, czy już czytałam ten tekst wcześniej na "O".
Satan obecny z wrażeń, cholernie wzruszający.
Rozpierdzieliło mnie kompletnie.

Odpowiedz
*Canulas 2 m.
Szudracz, aaa, na O 😉 Też nie wiem. Nie pamiętam. Daję 50%
Odpowiedz
!Szudracz 2 m.
Canulas Stan*, cholera, wybacz diabli tą klawiaturę wzięli. 😁

Odpowiedz
z dużym wykopem
Aż musiałam tu wrócić i sobie odświeżyć. Kurde, dalej sądzę, że jest to jedno z lepszych opowiadań jakie czytałam. Poruszające, potem lekko niepokojące. W ogóle tekst jest tak starannie napisany, każde słowo jest na swoim miejscu. No i sam pomysł -genialny. Gratuluję ukazania się w magazynie. Jak najbardziej zasłużone
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
Dziękson. Czy ja wiem, co do tej staranności. Pewnie korekta wygładziła
Odpowiedz
~Adelajda 2 m.
z dużym wykopem
Gratulacje Can!
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
Adelajda, padam do klapiąt Kubota.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin