jasno ciemno
Czwartki Morgana Behonda cz.3 Czwartki Morgana Behonda cz.2

TW#3 - Stalowy grad

 

 Postać: Tłusty wampir

 Zdarzenie: Nie będzie wypłaty

 Efekt: Twój dobrodziej wchodzi na szybkości na jakiś Onet czy WP i wybiera historię z życia wziętą. Daje Ci linka i bajabongo. Opisuj, recenzuj.

 https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-tajlandia-po

 

 

 

  Zamierzał pogrzebać kumpla, gapiąc się w obrzydliwie intensywną purpurę wieczornego nieba. Gęste, skłębione masy chmur przypominały kolorem flanelową koszulę Michaela, w którą był ubrany, kiedy obsadzona na nowiutkim trzonie siekiera rozdarła jego tętnicę szyjną jak rozwydrzony bachor urodzinową piniate. Harrison nadal miał przed oczami obraz martwego kumpla w kałuży krwi powoli niknącej w piaszczystym podłożu i starego Brandona idącego w stronę werandy, na której stała puszka z zimnym piwem. Trzymając nadal w łapie siekierę ,spojrzał na Harrisona zimnym, nieprzeniknionym wzrokiem, pełnym satysfakcji. Ucz się chłopie tego świata.

 Zahaczający o kształt prostokąta dół po czterdziestu minutach kopania z przerwami był gotów. Z zerową delikatnością zataszczył na brzeg grobu ciało Michaela, aby po chwili je tam wrzucić. Nie czuł zbyt dużego przywiązania do martwy zwłok. Wyznawał zasadę, że truchło kumpla nie jest twoim kumplem. Potraktował więc nieboszczyka jak worek zgniłych ziemniaków. Po robocie tuż po zmierzchu wskoczył do czarnego pickupa i odjechał. Kręta, piaszczysta droga prowadziła przez gęsty las pełen dzikiej zwierzyny żerującej nocą w labiryncie mroku i wystających z ziemi pni drzew. Radio nie łapało sygnału żadnej stacji, więc jedyną muzyką, jaką Harrison mógł ‘’nacieszyć’’ uszy był jazgot silnika żłopiącego z każdą kolejną przejażdżką coraz więcej benzyny. Kłopoty nie były jego domeną. Nie były konikiek nikogo kogo znał. W końcu jednak przychodzi ten cholerny dzień, kiedy stajesz przed kolejnym sprawdzianem kompletnie nieprzygotowany, zaspany i z posmakiem wczorajszego hamburgera w ustach. Jak trafisz na przeterminowany sos, może nawet nie doczekasz testu.

 Noc była ciemna i gęsta. Nie była natomiast zimna jak kilka poprzednich. Liczył, że ciało pozostanie nietknięte jak najdłużej, w sumie, nie wiedział dlaczego. Pochował worek mięsa i kości opakowany w sztruksowe spodnie i flanelową koszulę. Pickup zawył głośniej, kiedy koła natrafiły na duże wgłębienie w naszprycowanej koleinami nawierzchni. Dodał gazu i w tym samym momencie pomyślał o zakrwawionej siekierze i starym Brandonie. On też lubił nosić flanelowe koszule.

 ****

 

 Cztery puszki po piwie leżały rozrzucone pod werandą, a z piątej leniwie sączyły zawartość usta Simona Brandona. Łysina otoczona kępkami siwych włosów odbijała blask lampy naftowej zawieszonej obok wejścia do domu. Siedział na swoim ulubionym krześle i myślał jak to zwykle o tej porze – o śmierci i pożodze, która śniła mu się dwa, trzy cztery dni temu. Czasami z przerwami na inne koszmary. Nie rozumiał tych snów, tłumaczył je sobie odpowiednią ilością wyżłobionego piwa. Kiedy Harrison wyszedł z auta, stary popatrzył na niego dociekliwie.

 — Gładko poszło? — rzucił, zanim tamten zdążył postawić nogę na pierwszym stopniu schodów.

 — Dlaczego coś miało nie pójść gładko? Wykopanie dołu i wrzucenie tam trupa to dość prosta robota.

 Brandon zmrużył oczy. Wyszczerzył niekompletny rząd zębów. Wyrośnięte na tle innych kły przypominały zęby wampira. W mieście ludzie, zazwyczaj twardsi koneserzy tanich trunków, mówili o nim Tłusty Wampir. Nikogo by pewnie nie zdziwiło, gdyby zaczęli oni ginąć w dziwnych okolicznościach, a miejscowi spacerowicze coraz częściej zaczęliby widywać jego czarnego pickupa na leśnych drogach. Brandon, jaki był, każdy wiedział. Starym pierdem z głową naszprycowaną wszystkim, co fani wszelkich psychoz trzymają pod poduszką. Lata mijały, a Tłusty Wampir nadal płacił.

 Podniósł tyłek i wszedł do środka. Harrison wiedział, że to przez komary. Lubiły krew starego Brandona. Chlały ten czerwony nektar każdej nocy, gdy siedział na werandzie, dopóki tłuste łapy nie zmęczyły się zgniataniem kolejnych spragnionych klientów. W kuchni miał kolejną skrzynkę z piwem i dwie tabliczki mlecznej czekolady. Harrison wyjął z kieszeni telefon i sprawdził ostatnie SMS-y. Zero wiadomości, chyba że liczyć pięć wygranych konkursów i loterii.

 — Mam, ale nie całą kwotę — zaczął Brandon.

 — Muszę mieć co najmniej sześć. Przecież już to obgadywaliśmy. Muszę mieć…

 — Ale nie będziesz miał! Dostaniesz dwa tysiące, potem się zobaczy. Może znajdę jakąś mikrofalówkę z piwnicy albo toster. Dostaniesz za darmo.

 Obskurnie zwisający spod przepoconego T-shirtu fałd tłuszczu zadrżał jak galareta.

 — Dwa? Z ośmiu dostanę dwa tysiące? Za kogo ty mnie masz, chłopie?

 — Uspokój się. Nie wiem w ogóle, po co tak walczysz o tę kasę. Jakby nie patrzeć mamy za sobą piękny tydzień. Żaden przygłup tu nie przylazł, oprócz niego. Idiota. Chyba nie myślał, że mam litości więcej niż zmieści się w kropli wody?

 Uśmiech, jakim obdarzył Harrisona, tylko przypieczętował zwycięską rundę Brandona. Wręczył mu dwa tysiące w banknotach studolarowych i znalazł w piwnicy jeden toster. Stary i zakurzony, ale sprawny. Trochę mu z tym zeszło. Przynajmniej dwa razy zajebał o coś łbem. W myślach Harrisona jego głowa była zgniłym arbuzem, rozlatującym się na kawałki wypuszczając w powietrze smród zgnilizny.

 — Siadaj — powiedział, masując obolałą skroń.

 — Nie mam zamiaru dłużej czekać. Jadę do miasta. W końcu ten horror kiedyś się skończy. Być może to już jego finał.

 — Chcesz złota szukać na pogorzelisku?

 — Nie mam cierpliwości na kilka kolejnych bezrobotnych dni, wieczorów i niespokojnych nocy.

 Brandon uśmiechnął się lekko.

 — Nie umiesz odpuścić. Twój kumpel też nie umiał.

 — Nawet nie miałem okazji zapytać, czemu to zrobiłeś?

 Wymienili spojrzenia. Nieprzeniknione, bezemocjonalne chwile ciszy wypełnił bulgot dochodzący z jelit Brandona.

 — Nie potrafiłbym skłamać mówiąc, że dostałem jebanego skurczu ręki i trafiłem w dziesiątkę. Nie. Ale on, on nie powinien tu przyjeżdżać. Wiem co nieco, słyszałem też wiele. Po prostu mam ten dar – rentgen w gałach. On gnił od środka i mógł zarazić tą zgnilizną ciebie i mnie. Poza tym, jaki z niego twój kumpel? Za dwa tysie i stary toster zakopałeś jego truchło w lesie z zamkniętą jadaczką.

 Harrison wypił dwa piwa. Ostatnie z nieukrywaną niechęcią. Simon Brandon jednak nalegał. Sam na raz napełnił bak sześcioma puszkami, po czym beknął głośniej niż start odrzutowca z podwórka. Obaj siedzieli jeszcze kilkanaście minut, gapiąc się w okno wychodzące na ścianę lasu. Mrok przenikał między drzewami, gdzie uparcie krył się przed blaskiem księżyca i gwiazd. Wiatr ucichł. Miasto leżało dwanaście mil na północ. Nie słyszeli nic podejrzanego. Jeszcze wczoraj echa wybuchów niosły się po niebie. Meta zbliżała cię coraz szybciej.

 ****

 Pomówmy o Maxwellu Hugonie; o jego rodzinie i jej braku. Co o nich wiemy? Maxwell jako jedyny przeżył. Steve, Bernie i Elizabeth; cała trójka została zgnieciona przez ciężarówkę pełną kartonów z sokiem pomarańczowym, naturalnie zagęszczonym. Dla nich po prostu świat zgasł, jakby ktoś wcisnął wyłącznik. Elizabeth kończyła robić śniadanie. Steve i Bernie leniwie podążali do toalety. Nawet nie chciało urządzić im się wyścigu, kto pierwszy dotknie klamki. Powłóczyli sennie nogami. Kiedy minęli wiszący na ścianie w korytarzu obraz jakiegoś francuskiego malarza współczesnego, koła ciężarówki zetknęły się z dachem domu. Potem był jedne wielki huk i tuman pyłu, w którym rozbłysła gorąca kula ognia. Miasto zadrżało jak tekturowa makieta w rękach trzylatka. Kłęby dymu i ognia unosiły się ponad budynkami. Maxwell stał w korku, kiedy po jego lewej stronie opuszczony budynek przedszkola przyjął na siebie ciężar ciężarówki pocztowej. Rachunki za prąd, pocztówki ze słonecznych Hawajów, list do babci z listą domów opieki. Biała kurtyna pojawiła się tylko na ułamek sekundy, by z niknąć w palącym żarze. Ludzie po kolei wysiadali z aut. Na sygnalizatorach światła zdążyły przebrnąć kilka kolejek, a mimo to żadne aut nie ruszyło z miejsc. Każdy wgapiony był w niebo. Szare smugi deszczu na południu tworzyły tło dla gradu ciężarówek spadających w losowe miejsca.

 — Niech mi teraz, kurwa ktoś powie, że ten z brodą tam na górze jest miłosierny! — jęknął ktoś z tłumu. Kilka kolejnych osób przytaknęło z malującym się w oczach przerażeniem.

 Festiwal wybuchów podziwiała w przerażeniu coraz większa liczna osób. Każdy, kto tylko zauważył kłąb czarnego dymu, spod którego wyłania się ognista kula, w przerażeniu wychodził z auta. Dopiero po kilku minutach myśli dobijały się do głowy w chaosie. Każdy przypominał sobie o rodzinie, psie u weterynarza, dziecku w szkole. Zaczął się wyścig z gradem ciężarówek spadających z nieba w coraz większych ilościach.

 Maxwell zostawił auto tak jak w większość – w co najmniej kilometrowym korku. Przebiegł dwie przecznice dysząc jakby ukończył morderczy maraton. Jego ulica była za następnym skrzyżowaniem. Widok ograniczał budynek policji. Do czasu. Krzątających się funkcjonariuszy obrót zdarzeń zaskoczył równie mocno co jego. Z tą różnicą, że oni nie mieli już czasu, aby rozwlec wątpliwości i pomnożyć je przez kolejne. Dwie lawety do przewożenia aut spadły na dach komisariatu. Nastąpiła kolejna potężna eksplozja. Ciała policjantów, którzy byli wtedy na zewnątrz, wybuch rozrzucił jak strachy na wróble w losowe miejsca. Rozbebeszony tors jednego z nich upadł pod stopy Maxwella. Blade dotąd policzki nabrały rumieńców, kiedy palące się fragmenty lawet lądowały blisko mężczyzny. Zaczął ponownie biec. Nabrał sił i minąwszy zgliszcza komisariatu, stanął na swojej ulicy. W oczach miał ocean przerażenia. Oddychał coraz szybciej, niespokojnie. Czuł jak serce boleśnie obija się o żebra. Większość domów już nie istniała. Zielone trawniki malowniczych przedmieść zmieniły się w czarne place dogorywające w siwych obłokach dymu. W jego kierunku zmierzał jakiś facet. Cały płoną. Trawiony niewyobrażalnym bólem wrzeszczał o pomoc. Nie mógł już płakać. Każda łza wyparowywała w momencie. Maxwell stanął jak wryty. Nieszczęśnik w końcu upadł i przestał się ruszać. W powietrzu unosił się smród spalenizny, gdzieniegdzie czuć było zapach gorącej krwi. Już widział. Zgliszcza swojego domu, a w nich ciężarówkę. Na ulice spłynęły potoki pomarańczowej cieczy. Nie krzyczał. Dobiegł do krawężnika naprzeciwko domu. W kłębie jeszcze dość gęstego dymu nie widział nikogo. Myśli podpowiadały mu, że to już ten moment. Rwanie włosów z głowy, bezsilny krzyk. On jednak usiadł na ostałym się zielonym placu trawnika. Nie widział żadnych ludzi. Tylko zgliszcza.

 ****

 W schowku naprzeciwko siedziska pasażera znalazł jeszcze jedną puszkę piwa. Patrzyła na niego zachęcająco jak nigdy. Nabrał natychmiastowej ochoty na wydojenie całej w dwóch – trzech łykach. Na koniec wyrzucił puszkę przez okno i jeszcze spojrzał w lusterko. Brandon stał w oknie. Harrison nie widział czy się uśmiecha, czy może zastygł jak marmurowa rzeźba z pokerową miną. Był jedynym tak cwanym grubasem, jakiego znał. Pozostali byli skatalogowani w rubryce spasiony glist z kończynami, które jak pasożyty żerują we wszystkich fast-foodach. Silnik zawył. Piaszczysta droga po kilometrze ostrożnej i bolesnej jazdy po wybojach zmieniła się w równiutką asfaltową płytę prowadzącą do miasta. Noc z każdą kolejną minutą wydawała się gęstnieć, zalewana mrokiem. Nie lubił po ciemku wracać do domu. Tym bardziej nie lubił wracać z marnymi dwoma tysiącami i starym tosterem w pakiecie premium. Mógł przewidzieć, że tak cholerna ósemka jest zbyt piękna, wręcz wyrwana z jakiegoś mokrego snu. Jednak w tamtej chwili truchło Michaela i tryskająca z tętnicy krew nie przyćmiły nieco logiki. Nacieszyć się śmierdzącymi stęchlizną tostami z serem na śniadanie. Mmmm, przepysznie.

 Pierwsze jeszcze ostałe budynki minął w kompletnej ciszy. Radio brzdękało i charczało, co nie sprzyjało podziwianiu zgliszcz miasta. Wyłączył je z nieukrywaną ulgą. Ulica była pusta. Lampy nie świeciły, co nie było jednak zaskoczeniem. Wątpił, że po tak oryginalnym gradobiciu miasto nadal udawałoby, że nic się nie stało i ciągle żyje. Nie żyło. Woń śmierci unosiła się wszędzie. Przez ostatnie dwa miesiące gnił w obskurnej kamienicy niedaleko centrum. Nie miał sąsiadów, a oprócz niego w starym trzykondygnacyjnym budynku mieszkało tylko jedno małżeństwo z dwójką dzieci. Założył, że cała trójka leżała zmiażdżona przez gruzy kamienicy, tak jak większość tych, którzy ratunku szukali w swoich mieszkaniach. Wraki ciężarówek stały się ponurą ozdobą ulic. Niektóre nadal płonęły. Zatrzymał się obok supermarketu usytuowanego za ruinami osiedla. Połowa hali była w rozsypce, reszta drżała w posadach poruszana wzmagającym się wiatrem. Na parkingu królowały głównie wraki lawet. Jedna z kilkudziesięciu lamp świeciła mocnym białym światłem. W jej blasku znalazły się dwa ciała młodych kobiet częściowo zwęglone. Wyglądały, jakby ktoś próbował je ratować, w ostatnim heroicznym wyczynie swego życia. Harrison wysiadł z aut i podszedł bliżej. Dziwna ciekawość pchała go coraz dalej. Z bliska można było śmiało ocenić, że obie nie dobiły jeszcze trzydziestki. Jedna z nich trzymała w zaciśniętej dłoni zapalniczkę. Była zdatna do użycia, a Harrison miał jeszcze dwa papierosy w kieszeni dżinsów. Nie wierzył, że po dwuletniej przerwie powróci do tego zgubnego, ale przyjemnego nałogu. Życie jest cholernie przewrotne i tragikomiczne. Zapalił jednego i zaciągnął się. Płuca wypełnił bolący dym. Co dalej? Wydawało się, że dalsza wycieczka jest bezcelowa, ale ona była już bez sensu, kiedy o niej myślał u starego Brandona. Wtedy wydawała się rozsądną opcją wyrwania od gościa z zakrwawioną siekierą, który koniec końców wyruchał cię na sześć tysięcy z pełną świadomością, że będziesz z tego powodu wściekły na, tyle iż nic mu nie zrobisz. Obszedł kilka pustych aut. W jednym z nich leżał martwy kot. Rozłożony na fotelu kierowcy i sztywny jak wypchany eksponat w muzeum. Kolejna rundka dla zabicia czasu. W pickupie było jeszcze multum paliwa – trzy czwarte zbiornika. Wycieczka pukały do drzwi pokoju z genialnymi pomysłami.

 *****

 Wydawało mu się, że zna to miasto jak własną kieszeń. Jednak tamto Callder City przeminęło. Teraz były gruzowiska i niedopalone wraki ciężarówek, wyznaczające nowe granice ulic. Błąkał się przez dwadzieścia minut, zanim znalazł właściwą drogę. W ciemnościach rozpraszanych tylko reflektorami auta wszystko wydawało się inne. Mijał kolejne zwęglone karoserie jak w pieprzonym labiryncie z pułapkami czyhającym za każdym kolejnym zakrętem. I tak przyładował już dwa razy łamiąc przedni zderzak i odrywając lewe lusterko. Klął coraz mocniej i głośniej. Nawet rzężenie radia wydawało się przyjemniejszym dźwiękiem od słuchania własnego rozgoryczonego głosu. Nie potrafił się skoncentrować. Czuł, że zaraz co się stanie. Cholerna intuicja waliła w myślach wielkim młotem.

 Pisk opon ją ogłuszył. Może gdyby spróbował ją ominąć, skończyłoby się jedynie na siniakach i wywodach zatroskanego mężulka. Ale idiotka wparowała na jezdnię znikąd jak zjawa. Widział jej przerażenie w oczach, zanim siła uderzenia wyrzuciła ją wprost na wrak jakiegoś policyjnego forda. Te kształt poznałby wszędzie. Znieruchomiała. Biegnący za nią facet miał ważniejszy dylemat w swoim życiu. Ratować żonę czy od razu założyć, że nie żyje i zmasakrować ryj tego skurwiela w czarnym pickupie? Wybrał opcję drugą. Harrison zdążył wcisnąć blokadę drzwi.

 — Wysiadaj, skurwielu! Wysiadaj! — W jego ciężkim basowym głosie czuć było załamania. Z każdą kolejną chwilą by coraz bliższy, aby wybuchnąć płaczem.

 — Po kiego weszła na ulicę? W tym mroku nigdy bym jej nie zauważył.

 — Nie tłumacz się! Ona nie żyje!

 — Sprawdzałeś?

 Wtedy facet przestał walić w drzwi pickupa i odszedł na dwa kroki do tyłu. Popatrzył na ciało żony, leżące we wraku radiowozu. Podbiegł do niej natychmiast. W półmroku wyglądał jak niedźwiedź grizzly szarżujący na dwóch łapach w stronę ofiary, aby ostatecznie rozerwać jej ciało na strzępy. Takiej szansy nie da się nie wykorzystać. To nie było tchórzostwo. Harrison w myślach nazwał to kompromisem. Wrzucił bieg i dodał gazu. Auto gwałtownie szarpnęło. Tamten nawet nie zdążył zareagować. Rozkleił się, gdy tylko uświadomił sobie, że kobieta jest martwa. Kłąb dymu z rury wydechowej pickupa w jego wyobraźni pisał w powietrzu, sorry stary, takie życie.

  Maxwell siedział przed resztkami swojego domu, gapiąc się w coraz bardziej przysłaniany przez chmury księżyc. Próbował przypomnieć sobie bajkę, którą opowiadał Berniemu na dobranoc. Był tam księżyc, taki sam ja tej nocy. Jasny sierp w otoczeniu gwiazd na pięknym nocnym niebie. Nie potrafił zebrać wszystkich puzzli w jedną całość. A przecież jeszcze tydzień temu opowiadał mu ją dwa razy. Steve wtedy już spał. On nie lubił bajek, chyba że kreskówki w telewizji, które chłonął jak gąbka wodę. Tydzień. Siedem dni. Pogratulował sobie w myślach, że nie zwariował do tej pory. To był sukces na tle żałosnego losu, który postanowił wszystko wywrócić do góry nogami. Grad ciężarówek. Na dobitkę, pomyślał, miastem powinna przejść fala karawanów pogrzebowych. Zwieńczenie festiwalu. Trzy dni wcześniej zdołała odgrzebać fragmenty Elizabeth. Kurwa, ale to fatalnie brzmi. Ale przecież taka jest prawda. Powinien jeszcze dodać, że była średnio wysmażone i śmierdziały olejem napędowym. Czy to jest śmieszne? Uśmiech pojawił się na jego twarzy znikąd albo po prostu wszystko zaczynało go już śmieszyć. Sąsiedzi mogli się wysmażyć na lekko krwisto, tak jak lubił, ale żar, jaki ich trawił raczej zwęglił każdy skrawek ciała. Nie zauważył, kiedy po drugiej stronie ulicy przystanął pickup. Dopiero czyjeś głosy wyrwały go z transu tragikomicznych zdarzeń.

 — Hej, jak tam? — usłyszał.

 — Zależy, z której strony patrzeć. Żyję, więc powinno być dycha na dychę, ale straciłem żonę i dwójkę dzieci, więc jest kurewsko poniżej zera.

 — Taa, współczuję w takim razie. Gdybym rok temu ożenił się z tą Kolumbijką z wymiany, może też bym ją teraz opłakiwał. Kto to wie?

 Maxwell widząc, że facet zbliża się do niego nadal, wstał i otrzepał się z kurzu i pyłu.

 — Jestem Harrison. Z Bluewright Street

 — Maxwell, stąd — wskazał palcem na resztki swojego domu za plecami.

 — Ja też raczej nie mam dokąd wracać. Chyba że zachowały piwnice w mojej kamienicy.

 — Nie sądzę. Jeśli wybuch był silni to i one poszły w pizdu.

 Popatrzyli na siebie przez moment w milczeniu.

 — Tajlandia ma ból dupy o paręnaście osób, co im ich jakiś żołnierzyk zabił. A u nas? Nie będę nawet liczył, ale na tej ulicy więcej osób zmarło niż u tych żółtków czy innych.

 Maxwell spuścił głowę. Harrison spojrzał w stronę centrum miasta. Wszystko pogrążone było w mroku.

 — W końcu u nas zaczną liczyć i Tajlandia odetchnie z ulgą, kiedy zobaczą statystyki.

 Mrok nie był sprzymierzeńcem nigdy. Otoczyli ich nie wiadomo kiedy. Ubrani w czarne uniformy, wyglądali jakby czaili się w ciemnościach dłuższy czas. Jeden z nich podbiegł do Harrisona.

 — Ktoś jeszcze przeżył nie?

 — Nie — odparł beznamiętnie. Chciał coś jeszcze dodać, ale tamten uciszył go natychmiast.

 — Nie mów nic więcej. Obaj idziecie z nami.

 Oczywiście, że mieli broń. Każdy trzymał w łapie glocka, a jedne z nich na pewno coś jeszcze w kaburze.

 Za budynkiem magazynów po drugiej stronie ulicy, który jakimś cudem ostał się prawie nienaruszony stały dwa radiowozy. Zwykłe fordy sedany. Piątka zamaskowanych usadowiła się w jednym z nich. Do kolejnego wsiedli Harrison, Maxwell i dwójka pozostałych. W aucie jeden zdjął maskę. Twarz zdobiły mu blizny i nacięcia, z których nadal sączyła się ropa. Wyglądało to odrażająco. Kierowca ruszył nagle za pierwszym z aut.

 — Niezła, kurwa jatka.

 Harrison milczał, Maxwell zdawał się znowu wpaść w trans myśli. Wzrok wbity w jeden losowy punkt i wolny spokojny oddech.

 — Nie potraficie po ludzku? Jedziemy do szefa, to niedaleko.

 — Szef wam kazał nas zabrać? — zapytał Harrison obojętnym tonem.

 — Ciebie tak, a kumpel zaliczy darmową wycieczkę.

 Wampir, kurwa. Dwa tysiące, stary toster, a teraz to.

 

 ******

 Powiedzieć, że stary Brandon ucieszył się na ich widok to jak nic nie powiedzieć. Miał chęć skakać z radości, ale wiedział, że to nie skończy się dobrze dla podłogi na werandzie. Z Harrisonem wymienili spojrzenia. Maxwell wysiadł potulnie z auta i został odprowadzony na bok.

 — Kto to? — spytał Brandon.

 Odpowiedź rozwiała jego wątpliwości. Zabrali go do lasu jednym z radiowozów. Tam miał zostać klasycznie odstrzelony i zakopany. Opór jakiś tam był, ale raczej dla zasady aniżeli dla próby ucieczki. Wyglądało to, jakby Maxwell po prostu wolał dłużej nie sprawdzać mocy losu i zejść ze sceny.

 Obaj usiedli przy stole w kuchni. Tym razem Brandon ograniczył się do dwóch puszek. Harrison odmówił, mimo nalegań.

 — Jest problem, Harry — zaczął.

 — Teraz jestem Harry?

 — Mam spore zaplecze, co nie?

 — Kto to?

 — Moje czarne anioły. Widzisz, mam pewien biznes, a ty wydajesz się idealnym kandydatem na ćwierć wspólnika.

 Fałd tłuszczu ponownie zadrżał. Co to mogło oznaczać?

 — Nie interesuje mnie twój biznes. Nawet jeśli będę teraz bezrobotnym włóczykijem spod mostu, cóż, jebać los i idziemy dalej.

 — Nie mówi, że te dwa tysiące cię zaspokoiły.

 — Tak samo, jak te dwadzieścia sześć osób zaspokoiło tego żołnierzyka w Tajlandii.

 Uśmiech na twarzy Brandona niepokoił. On nadal miał przewagę i subtelnie o tym przypominał. Choćby ta afrykańska obstawa wzięta jakiegoś teledysku pop.

 — Nie rozumiesz. Te ciężarówki to poniekąd trochę moje dzieło. Ale kiedy wszystko zaczęło być większe z większym rozmachem, zacząłem tylko się przyglądać, już bez jakiejkolwiek kontroli.

 — Nie wiem, czy potrafię przewidzieć, co następnego chcesz spieprzyć, ale mów. Może chociaż poprawisz mi humor.

 

 ****

  Zakopali go dziesięć metrów o ciała Michaela. Nie wiedzieli o tym, ale ten ciekawy zbieg okoliczności był nawet zabawny. Po serii świńskich dowcipów wsiedli do auta i odjechali. W radiu leciały kolejne przeboje gorącej boogie nocy. Usłyszeli uderzenie, a potem wybuch. Naprzeciw nich niebo rozświetliła ognista łuna. Kierowca dodał gazu. Kiedy wjeżdżali na podwórko starego Brandona, wiedzieli co się stało. Sporej wielkości ciężarówka płonęła razem z tym, co zostało z domu Brandona. Wszyscy pośpiesznie wysiedli z auta. Ściana frontowa domu trzymała się ostatkiem sił w połowie zmiażdżona. W płomieniach widać było dwie sylwetki opiekające się w smrodzie oleju napędowego. Każdy z tych, którzy przeżyli, wymieniło spojrzenia. Nadciągał grad, kolejny. Nad nimi kolejne ciężarówki szykowały się do zabójczego desantu.

22505 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 28

Opis:

Dodano: 2020-02-23 18:37:17
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
~jotka 10 m.
Największą bolączką tego tekstu jest dla mnie to, że kompletnie nie wywołuje emocji. Napisane porządnie (jest trochę drobnicy typu konim zamiast konik, cię zamiast się itp.)
Czyta się gładko, ale sama historia nie wywiera jakiegoś większego wrażenia. Początek ma klimat bardzo dobrej obyczajówki, ale im dalej, tym staje się to przedzieranie przez sieć wielu, wielu wydarzeń, podanych w bardzo gęstej formie. Łapałam oddech dopiero na dialogach.
Weźmy początek :
"Zamierzał pogrzebać kumpla, gapiąc się w obrzydliwie intensywną purpurę wieczornego nieba. Gęste, skłębione masy chmur przypominały kolorem flanelową koszulę Michaela, w którą był ubrany, kiedy obsadzona na nowiutkim trzonie siekiera rozdarła jego tętnicę szyjną jak rozwydrzony bachor urodzinową piniate." To jest wszystko super, ale momentami mam wrażenie, że zbyt dużo porównań. Zostaw czasem coś dla wyobraźni czytelnika.
Masz świetne te niektóre wstawki, ale less i more
Jest momentami zabawnie i to taki łobuzerski, fajny humor.
To bardzo dynamiczne, świetne:
"Takiej szansy nie da się nie wykorzystać. To nie było tchórzostwo. Harrison w myślach nazwał to kompromisem. Wrzucił bieg i dodał gazu. Auto gwałtownie szarpnęło. Tamten nawet nie zdążył zareagować. Rozkleił się, gdy tylko uświadomił sobie, że kobieta jest martwa. Kłąb dymu z rury wydechowej pickupa w jego wyobraźni pisał w powietrzu, sorry stary, takie życie." I jeśli pozwolisz wezmę to do cytatów na forum

W ogólnym rozrachunku tekst nie wypada źle. Wypada po prostu sucho. Ale to jedyny, większy zarzut. Czytało się naprawdę gładko, kilka razy mnie rozbawiłeś, pomysł z ciężarówkami przedni no i imiona też fajne! Myślę, że w ten sposób powinieneś pisać. Pamiętam, że kiedyś byłeś nieco za prozą poetycką i wiele, wiele wstawek robiłeś takich metaforycznych, opierając tekst na jakimś bohaterze, z którym zupełnie nie dało się identyfikować. Tu jest inaczej. Bohaterowie są osią, to wokół nich żyje Twój tekst. To niesamowity progres i ten styl, którym idziesz obecnie jest (według mnie) najlepsza dla Ciebie drogą. Chętnie przeczytałabym coś więcej w tym klimacie.

Pozdrawiam.


Odpowiedz
~marok 10 m.
jotka męczyłem się z tym tekstem, pewnie dlatego tak go odebrałaś. Nie lubię pisać, kiedy czuję że się męczę, ale no już napisałem to wstawiłem. Dzięki za wpadnięcie. Na cytacik we wątku pozwalam oczywiście
Odpowiedz
~Adelajda 10 m.
Z początku miałam wrażenie jakbyś chciał wszystkiego za dużo napchać, tak wszystko naraz, przesycić, dopieścić, trochę się zadławić tym wszystkim. Na całe szczęście później jakoś stonowałeś i akcja już toczyła się swoim tempem.
"Był tam księżyc, taki sam ja tej nocy. Jasny sierp w otoczeniu gwiazd na pięknym nocnym niebie." - można wychwycić te ładne zdania

Końcówka jest genialna. Również nie mogę nie wspomnieć ponownie o tym, jak zmieniło się Twoje pisanie o 180 stopni.
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Jestem na komorce, stoje w mega dlugiej kolwjce w Lidlu i postanowilam.zaczac czytac, ale kurde, dwa akapity i moze byc grubo...

Ucz się chłopie tego świata - to, jako puenta, zloto

Wyznawał zasadę, że truchło kumpla nie jest twoim kumplem - i to tez

Dobre dialogi, nieprzegadane. Jestem przy kasie. Wrócę!

Odpowiedz
~marok 10 m.
Ritha, wróć
Odpowiedz
~pkropka 10 m.
Hejo marokowy.
Od kiedy tak dobrze piszesz? Narracja miodzio
" Radio brzdękało i charczało, co nie sprzyjało podziwianiu zgliszcz miasta. Wyłączył je z nieukrywaną ulgą. Ulica była pusta." - nie znam się, ale nie zgubiłeś tu podmiotu? Jakby wyłączył miasto.

Nie będę cię oszukiwać - wymęczyłam to opowiadanie. Nie wiem czy kwestia dnia, atmosfery, czy samej akcji. Serio, narracja jest top, więc nie wiem co mi nie podeszło. Może brak warstwy emocjonalnej i pewnie to, że sam się męczyłeś.
Odpowiedz
~marok 10 m.
pkropka no męczyłem się bardzo w pewnych momentach nie czułem się dobrze, pisząc je, a rzadko tak mam. Tym razem tak było, wymęczyłem ten zestaw jak tylko się da. Ale dzięki że przebrnęłaś
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Też się zapowiadam na za niedługo. Zobaczymy coś upichcił, ale kuluary szumią, że egzamin zdany.
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Skasowalam.sobie jakos kosmicznie dlugi komsntarz. Jezu! dobra, trza to jednak z kompa zrobic, wroce jeszcze raz
Odpowiedz
~marok 10 m.
Ritha o kurde. Współczuję, tyle roboty. Ten tekst jest pechowy
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
marok nie, ja jestem po prostu ciamajda
Odpowiedz
Ritha ja nawet dla trzech słów komentarza robię kopie zapasowe
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
fanthomas jednym.okiem mieszalam w garze, drugim czytalam i tak to jest!
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Ritha, znam ból. Chuj strzela
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Can, nooo
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Dobra, kilka cytowanych fragmentów poszło niestety w piździeć, bo tera już się nie umiem połapać. Kontynuujmy zatem!

"Kiedy minęli wiszący na ścianie w korytarzu obraz jakiegoś francuskiego malarza współczesnego, koła ciężarówki zetknęły się z dachem domu" - to

"Miasto zadrżało jak tekturowa makieta w rękach trzylatka" - to!!!

"Z tą różnicą, że oni nie mieli już czasu, aby rozwlec wątpliwości i pomnożyć je przez kolejne" - to

"Ciała policjantów, którzy byli wtedy na zewnątrz, wybuch rozrzucił jak strachy na wróble w losowe miejsca. Rozbebeszony tors jednego z nich upadł pod stopy Maxwella" - nie no, świetnie obrazowo przedstawiłeś te scenę

" Czuł jak serce boleśnie obija się o żebra" - i to
wklejam na wszelki wypadek
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
W jego kierunku zmierzał jakiś facet. Cały płoną. - co robił? Margericisz, signore!
Pozostali byli skatalogowani w rubryce spasiony glist z kończynami, które jak pasożyty żerują we wszystkich fast-foodach - to fajne tez o katalogwaniu (spasionych*)


Ok Marok, nauczyłes się już perfekcyjnie tworzyć świat. Nauczyłeś się bardzo dobrze tworzyć bohaterów. Teraz musisz się jeszcze nauczyć tworzyć porywajace historie. 22 tys. znaków, faktycznie w pewnym momencie czytelnik z zachwytu przechodzi w stan umęczenia. Co najmniej 1/4 do kondensacji. Zdania tworzysz natomiast takie, że palce lizać. Wyobraź sobie kiedyś scenę, która by tobą fszczonsła nie musi być rozpierduchy, po prostu coś, co by Cię w srodku poruszylo, kurde, chciałabym Ci przekazać jak ja tworzę emocje w tekstach, ale jakoś trudno mi ubrać w słowa ten patent, może po prostu mam taką latwość, ale noo, jest i tak już u Ciebie cudnie. Jeszcze drobne szlify. Jeszcze ciut Opko bardzo pracochłonne widać. Kilka literóweczek jest, ale nei wyłapywałam tym razem.

Odpowiedz
~marok 10 m.
Ritha, no może bym nawet odchudził gdybym miał czas. Ale może i nie. Nie wiem. Z tymi emocjami mam wieczny problem. Nie wiem jak to jest że raz wyjdzie dobrze A raz nie. Jeszcze tego nie odkryłem. Kurde już na samą myśl o tym tekście się męczę.

Odpowiedz
~marok 10 m.
Ritha i to chyba pierwszy od dawna tekst z którego w ogóle nie jestem zadowolony. Gdyby nie te pewnie bym to skasował.
Dzięki za koment
Odpowiedz
~marok 10 m.
tw*
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
marok nawet nie tyle o odchudzanie chodzi, a np. ciachniecie na dwie części czy coś
Odpowiedz
~marok 10 m.
Ritha miałem taki plan Ale wtedy bym nie dał rady w terminie wstawić bo tylko jeden wchodzi tekst dziennie
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
marok, ja Hebana do tej pory nie skończyłem. Jedynkę wrzuciłem przed czasem, resztę płodzę. Nie wrzucaj dlatego, że jest za dziesięć dwunasta.
Odpowiedz
Podobało mi się i jednocześnie nie, postaram się określić, o co mi dokładnie chodzi. Podobał mi się pomysł, fabuła tego opowiadania, podobało mi się sporo zdań, niosących w sobie zajebisty przekaz. Natomiast zabrakło mi pewnego nasycenia, mimo tego, że jednocześnie całość dość przytłaczająca. Miałam w ogóle nie komentować, bo jakoś nie mogę znaleźć odpowiedniego sposobu wyrażenia tego, co odczułam. Nie mogę napisać, że opowiadanie jest zadowalające, bo jest lepsze, niż zadowalające,a jednocześnie nie uplasowało mi się wśród tych najlepszych, jakie w tej edycji czytałam. Wrócę jeszcze później, jak dokładnie będę mogła nazwać to, co mnie gryzie
Odpowiedz
~marok 10 m.
DarkStone ok, ok. No nie wiem jak się odnieść, bo nie wiem w sumie co jest najbardziej nie tak według ciebie, ale wiem, że na pewno masz rację, bo to nie jest moje opus magnum, na pewno nie. Dzięki jednak za komentarz
Odpowiedz
marok,
nie chodzi o żaden konkret, opisałam wyżej mocne strony. Chodzi czysto o mój odbiór, o to, jaki posmak opowiadanie zostawiło we mnie, a tego jakoś nie mogę właśnie dokładnie sprecyzować.
Nie zrażaj się moim komentarzem, bo naprawdę nie jest to złe opowiadanie, wręcz przeciwnie, pod wieloma względami ma plusy. To tylko mój odbiór, który wyczynia mi jakieś fanaberie, prawie jak PSM.
Odpowiedz
~marok 10 m.
DarkStone nie zamierzam się zrażać, bo wiem, co napisałem. Nie jest nic strasznie dobrego. Ja sam czasami nie wiem o co chodzi, że mnie opko omija i też zastanawiam się czy więc komentować, czy nie
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Hail

  Zamierzał pogrzebać kumpla, gapiąc się w obrzydliwie intensywną purpurę wieczornego nieba. Gęste, skłębione masy chmur przypominały kolorem flanelową koszulę Michaela, w którą był ubrany, kiedy obsadzona na nowiutkim trzonie siekiera rozdarła jego tętnicę szyjną jak rozwydrzony bachor urodzinową piniate." - napisać długie zdanie o takiej melodyce to bardzo trudna sztuka. Czyta się samo. Pięć pierwszych zdań najważniejszych nawet w książce, która ma 1200 stron. Kurt Vonnegut w Rzeźni nr 5 pierwszą stronę pisał pół roku.
Jest super, ale być może: piniatę.

"Trzymając nadal w łapie siekierę ,spojrzał na Harrisona zimnym, nieprzeniknionym wzrokiem, pełnym satysfakcji. " - przecinek po spacji

"Ucz się chłopie tego świata. " - lubię

" Zahaczający o kształt prostokąta dół po czterdziestu minutach kopania z przerwami był gotów. " - a to jest jakiś, kurwa, potworek. Co? Dół był gotów? Nawet jeśli, to tak osadzając, w pewien sposób antropomorfizujesz dół. I o ile zawsze lubię wszelkie zabiegi animizacyjne, o tyle tak, jak ze wszystkim. Dobrze, kiedy są zamyślne. Źle, jeśli powstały z przypadku.

"Z zerową delikatnością zataszczył na brzeg grobu ciało Michaela, aby po chwili je tam wrzucić. Nie czuł zbyt dużego przywiązania do martwy zwłok." - ok. Więc chciałbym Ci jakoś pomóc w odtłuszczeniu tego. Już początkowa fajność znika pod zwałami naddrobiazgowości. Już zaczynasz ciemiężyć. Zapewne wiesz, że lepiej żonglować długością zdań. Długie dla pięknego, koronkowego opisu, stosuj przy obserwacjach, analizach, spostrzeżeniach czy wewnętrzych rozmyślaniach. Czynności dynamizuj i obieraj z gówienek.

"(Z zerową delikatnością -1) zataszczył na (brzeg grobu -1) ciało (Michaela -2), (aby po chwili je tam wrzucić. -3) (Nie czuł zbyt dużego przywiązania do martwy zwłok.-4)
-1 – lanie wody, nadupiększanie, onanizm słowotwórczy.
-2 – niepotrzebne dookreślenie
-3 – opisujesz, nie działasz.
-4 – dobry moment do żonglerki narracyjnej.

Zataszczył zwłoki i wrzucił. Ciało to tylko ciało.
Hop.

Też na odpierdol, ale chodzi o to, że długie zdania wymagają większej koncentracji, więc trzeba odpiaszczać tekst również bardziej zdynamizowanymi wstawkami.
Hop – trzy litery, jeden wyraz, wiele znaczeń.
Na skakance możesz se pohopać. Tutaj fonetyczna wstaweczka (którą na dodatek trudno umiejscowić narracyjnie i przypisać źródło, dopełnia czynność i odchudza naddojebanie opisowe). Nie ma co Tolkienić. Dzisiejszy czytelnik, czy czytelnica, to zabiegane stwory, by się rozpłaszczać nad każdym ze zdań.
Poza tym takie pojedyncze umiejscowienie krótkiego zwrotu niżej daje pół sekundowy oddech, chociażby z racji tego, że trzeba spojrzeć niżej. Odcegla to utwór w warstwie wizualnej.
Uff, kurwa.
Dalej.


" Wyznawał zasadę, że truchło kumpla nie jest twoim kumplem. " - zacne.

"Radio nie łapało sygnału żadnej stacji, więc jedyną muzyką, jaką Harrison mógł ‘’nacieszyć’’ uszy był jazgot silnika żłopiącego z każdą kolejną przejażdżką coraz więcej benzyny." - zbytnia koronka. Przesadny jedwab.

"Radio nie łapało sygnału, więc jedyną muzyką, jaką mógł ‘’nacieszyć’’ uszy był jazgot silnika żłopiącego z każdą przejażdżką coraz więcej benzyny."
i jeszcze czemu ma służyć ometkowanie słowa "nacieszyć?" Czytelnik (no, w większości) to nie debil i wyłapie puszczone oko. Nie trzeba podświetlać humoru, bo to obrazuje niepewność. Coś na zasadzie: Paczta jak zacnie przyśmieszkowałem! Widzita?


"Kłopoty nie były jego domeną. Nie były konikiek nikogo kogo znał. " - a co tu się kurwa stało?

"Kłopoty nie były jego domeną. Nie były konikiek nikogo kogo znał. W końcu jednak przychodzi ten cholerny dzień, kiedy stajesz przed kolejnym sprawdzianem kompletnie nieprzygotowany, zaspany i z posmakiem wczorajszego hamburgera w ustach. Jak trafisz na przeterminowany sos, może nawet nie doczekasz testu.
 Noc była ciemna i gęsta. Nie była natomiast zimna" nawet zmyślne, ale zarazem pokazujesz, że ten odcinek sponsorują odmiany słowa "było".

"Pochował worek mięsa i kości opakowany w sztruksowe spodnie i flanelową koszulę. " - bardzo fajne.

"Siedział na swoim ulubionym krześle i myślał jak to zwykle o tej porze – o śmierci i pożodze, która śniła mu się dwa, trzy cztery dni temu." coś nie zagrało w: dwa, trzy cztery. Albo w słowie, albo interpunkcyjnie.
O tych koszmarach takie pierdołki.

Dalej spoko. Opisy, dialogi. Na razie hula.
Umiesz w filmowy sposób ciskać kurwami. Najczęściej nie uwierają uszu.

" Harrison wypił dwa piwa. Ostatnie z nieukrywaną niechęcią. Simon Brandon jednak nalegał. Sam na raz napełnił bak sześcioma puszkami, po czym beknął głośniej niż start odrzutowca z podwórka. " - bardzo fajne. Dodry jesteś w metodzie: opiszę porównaniem. Sam ją stosuję.

"Miasto zadrżało jak tekturowa makieta w rękach trzylatka." - i to też. Bardzo duży atut. Sięgnij po Tracę Ciepło – Orbitowskiego, to zobaczysz, co można na tym polu zrobić.

"Ciała policjantów, którzy byli wtedy na zewnątrz, wybuch rozrzucił jak strachy na wróble w losowe miejsca." - w tym kontekście może lepiej: niczym strachy...

"Cały płoną." - chyba nie

"Pozostali byli skatalogowani w rubryce spasiony glist z kończynami, które jak pasożyty żerują we wszystkich fast-foodach. " spasionych


"Piaszczysta droga po kilometrze ostrożnej i bolesnej jazdy po wybojach zmieniła się w równiutką asfaltową płytę prowadzącą do miasta." - system metryczny, panoćku? A wcześniej były 2 koła w dolcach, więc może mile?
Tak samo wcześniej gdzieś. Kilometrowy korek? Milowy.

"Z każdą kolejną chwilą by coraz bliższy, aby wybuchnąć płaczem." był

Ta akcja z przejechaniem babki i pytaniem męża, czy sprawdzał, bardzo sprawnie opisana.

"— Maxwell, stąd — wskazał palcem na resztki swojego domu za plecami. " - Wskazał

"— Nie sądzę. Jeśli wybuch był silni to i one poszły w pizdu. " - silny

" — Tajlandia ma ból dupy o paręnaście osób, co im ich jakiś żołnierzyk zabił. " - "ich" do wycinki.

" Oczywiście, że mieli broń. Każdy trzymał w łapie glocka, a jedne z nich na pewno coś jeszcze w kaburze." - jeden

" — Niezła, kurwa jatka. " - kurwy-przecinkówki metkujemy z obu maniek

" — Nie potraficie po ludzku? Jedziemy do szefa, to niedaleko.
 — Szef wam kazał nas zabrać? — zapytał Harrison obojętnym tonem.
 — Ciebie tak, a kumpel zaliczy darmową wycieczkę.
 Wampir, kurwa. Dwa tysiące, stary toster, a teraz to. " - bardzo dobry ostatni wtręt. Sam lubię kończyć jakiś micro epizod refleksyjną wstawką.

" — Nie mówi, że te dwa tysiące cię zaspokoiły. " - Nie mów

"Zakopali go dziesięć metrów o ciała Michaela. " - znów metry. Chuj, może to jakiś kraj z systemem metrycznym, ale jednak: Imiona, dolary. Nooo, pod rozwagę.

I po zabiegu.

Umęczon pod tekstu piłatem, umarł i pogrzebion...

Świetne wstawki, dobre opisy, rezolutne porównania i wpadające w ucho dialogi. Wszystko to jednak niestety polane sosem z masturbacji. Dużo fajerwerków wypuszczanych w dzień. A fajerwerki na tle białego nieba nie robią aż takiej roboty.

Dookreślasz i wydłużasz większość prozaicznych czynności, popadając czasem w przesadny fanatyzm. Jeśli już musisz, przecinaj to dialogami, czy jakimiś refleksjami myślowymi. Cokolwiek, byle dać więcej przestzreni i tekst odceglić, bo w takiej formie i abstrahując od zajebistości w stylu – męczy.
Etap obecny Twego pisania przypomina spragnionego typa, co odkrył w końcu źródło, ale zamiast się nachlać i odpocząć, pokontemplować, poleżeć – wpierdala wodę nawet do skarpetek.
Prosta piłka. Możesz wypić litr, dwa, trzy, ale jak będziesz nakurwiał bez umiaru to Ci zgaśnie światło.
W połowie już czytałem na mniejszej koncentracji i nie wyławiałem nic. Ani hitów, ani zgrzytów.

Tekst od historii i wydarzeń aż kipi, ale też potrafi trochę upierdolić.

No i tyle mam.
Amen
Ciao.


Odpowiedz
~marok 10 m.
Canulas doceniam trud jaki włożyłeś, widzę przed sobą ścianę komentarza, więc pewnie był ogromny. No i znowu jak jak przedtem. Nie wiem co ja kurde robię. Znaczy wiem, ale tutaj dodatkowo chyba już nie patrzyłem na pewne sprawy. Ehhh, chyba pora się cofnąć do jednego z tekstów i przeczytać go z kilka razy, żevy zobaczyć co zrobić żeby było lepiej. Tutaj pociesza mnie fakt, że wiedziałem, iż tekst będzie niezbyt dobry. Nawet gdybym go podzielił na dwie, a i tak bym tego pewnie nie zrobił bo te limity są, to pewnie dużo by nie zmieniło. Dobra, może i wiem na czym stoję, to sie poprawię w następnej edycji. Mam nad czym pomyśleć, mam co zrobić, żeby było lepiej. Tam już nie ma że myślę ponad tydzień i dopiero sie zabieram, kiedy już w sumie wiem, że żaden pomysł mi do głowy nie dojdzie. Jeszcze raz dzięki za trud. No kurde. Popoprawiam babole. A co do tych metrów faktycznie, możliwe że to wersja USA opanowana prze Polaków
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
marok, wersja USA opanowana przez Polaków. Nooo... brzmi rozsądnie, ekhm
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
Chwilami porywało, potem trochę nie rozumiiałam. Ale może to ppo mojej stronie, bo zdecydowanie dziś zamulam i odpływam. Sposób konstruowania wypowiedzi jak u Ciebie: mniam. Trochę mnie minęło.
Sporo błędó drobnych też jak zwykle do ppopraweczki.
Odpowiedz
~marok 10 m.
JamCi no jak zwykle, jak zwykle. Dzięki
Odpowiedz
~entropia 10 m.
OMG! Chciałam, ale długość mnie przeraziła. Jestem flak dzisiaj! Być może jeszcze zrobię podejście. Teraz reset. Mam z tyłu głowy i wrócę na pewno!
Odpowiedz
~marok 10 m.
entropia obiecuję że nigdy już nie walnę w jedno tak dużej ściany tekstu. To był lekki przymus i trochę nie pomyślałem, wybacz
Odpowiedz
~entropia 10 m.
marok e tam. Ja lubię na raz połknąć. Tylko muszę mieć siły.
Odpowiedz
~entropia 10 m.
entropia w sensie czasami wręcz drażnią mnie rozbiórki tekstów na części
Odpowiedz
~entropia 10 m.
Przeczytałam, ale miałam problem, tzn uciekałam, dekoncentrowałam się, jestem chyba zbyt wyeksploatowana. Jest parę bardzo fajnych fragmentów, są też jeszcze błędy i to na samym początku, czy choćby ,przesunięty, takie duperele.
Odpowiedz
*berkas 10 m.
"siekiera rozdarła jego tętnicę szyjną jak rozwydrzony bachor urodzinową piniate." to piękne

"Nie czuł zbyt dużego przywiązania do martwy zwłok." martwych

"konikiek" xd

"Szare smugi deszczu na południu tworzyły tło dla gradu ciężarówek spadających w losowe miejsca.

— Niech mi teraz, kurwa ktoś powie, że ten z brodą tam na górze jest miłosierny!" dobłe

"Krzątających się funkcjonariuszy obrót zdarzeń zaskoczył równie mocno co jego. Z tą różnicą, że oni nie mieli już czasu, aby rozwlec wątpliwości i pomnożyć je przez kolejne. Dwie lawety do przewożenia aut spadły na dach komisariatu."

"Choćby ta afrykańska obstawa wzięta jakiegoś teledysku pop."

W sumie mi się podobało.
Odpowiedz
*berkas 10 m.
berkas aaa i wzięta (z) teledysku.
Odpowiedz
~marok 10 m.
berkas no to git parówa że się podobało
Odpowiedz
Wiesz Pan co, nie chciało mi się grzebać w literówkach i takich tam, bo trochę mi tego mignęło, ale taką jedną rzecz wyszczególnię, mianowicie:
"Zahaczający o kształt prostokąta dół po czterdziestu minutach kopania z przerwami był gotów" - jakieś to niezbyt szczęśliwie ujęte mi się wydaje, nie lepiej by było trochę ten szyk zmienić, np "Po czterdziestu minutach kopania, z przerwami, zahaczający o kształt prostokąta dół był gotów" - tak pod rozwagę;
Tak patrząc po komentarzach obawiałam się, że też może mi jakoś być ciężko ogarnąć, ale w sumie wcale nie było źle - nie nudziło mnie, nie męczyło jakoś szczególnie, mogę rzec, że całkiem dobrze się czytało. Aczkolwiek chyba podążyłabym nieco tym tokiem, którym poszedł Canulas - mianowicie opisy robisz w istocie świetne, porównania masz niecodzienne i faktycznie można się tym słusznie zachwycać, ale też z drugiej strony - co za dużo to niezdrowo - żeby to rzeczywiście dobrze działało, może trzeba to po prostu bardziej wyważyć. Nie przeginać ani w jedną, ani w drugą stronę.
Sam pomysł mi się spodobał, chociaż wydaje mi się, że nasuwa się tu pewna kwestia związana z bohaterami - taki np. Maxwell - miałam wrażenie, że on pojawia się tam tylko po to, żeby się trochę posnuć bez celu, a na koniec dać się zabić - czyli jest takim trochę zapychaczem bez większego celu. Ja osobiście nie zdążyłam się za bardzo z nim "zakumplować", nie wczułam się w jego tragedię i trochę mi się ostatecznie ten wątek wydał zbędny - bez niego byłoby może nawet jakoś płynniej.
Ogółem - trochę się może po prostu zagalopowałeś w jakieś dalekie rejony, ale nie ma tragedii, jeszcze to trzymasz w garści.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Oszz, to ja się tak namęczyłem, a on nic nie poprawił?

Odpowiedz
Canulas może coś poprawił, ale ja jeszcze różne rzeczy dziwne widzę, choćby "martwy zwłok" czy tam coś.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin