— W balecie zimowych noży: Czasy łotrów, czasy ciemnych bram Do końca w ostrogach

Pięćset mil do domu — część XII

 Link do części XI: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2070

 

 IV

 Najpierw przyszło zaskoczenie, potem ból. Kurewski. Bezdyskusyjny.

 Cios musiał zostać spieprzony, bo gdyby nie, Polip by już żadnych myśli nie wytwarzał. Nie czułby bólu i nie słyszał odbijających się od podłogi zębów. Jednak po tym nieudanym uderzeniu nawet nie upadł. Zatoczył się tylko i przysiadł, przykładając rękę do twarzy. Zwyczajny odruch. Jakby to pięciopalczaste sitko było w stanie zatrzymać wylewającą się krew.

 — Jebać cię, Jimmy! — wybełkotał. — Właśnie mi, kurwa, dałeś zielone światło.

 — Maltusma ja — rzucił B.J., unosząc młotek nad głowę. — Kanati, trup.

 Polip dźwignął się z kolan, lecz zanim zdołał dobyć sprężynowca, coś nim rzuciło na ścianę. Jimmy zrobił krok naprzód.

 — Muszę cię jak najszybciej wyreperować — powiedział. A raczej chciałby powiedzieć, lecz z jego potrzaskanej szczęki wydobyło się jedynie: "muegooakabeejeerow". Nieziemski ból. Gardło zalane krwią. Szczęka prawdopodobnie połamana.

 — W imię Malsuuum i za sprawaa jegoo! — rozdarł się B.J. Jimmy. — Ty trup za Malsuum i dla! Potem Kanati i Selu! Ja jego wola i sprawa! Ja jego sąd!

 Błędnik zwariował. Świat tańczył przed oczami i o oderwaniu się od ściany nie było mowy. Polip nigdy wcześniej tak nie pływał, ale teraz czuł się niczym marynarz targany przez huraganowe wiatry, na swoim małym, nic niewartym stateczku. Przetarł oczy z czegoś, co mogło być krwią albo łzami i ponownie spróbował ruszyć naprzód.

 Ktokolwiek dostał kiedyś ciężki nokaut na splot słoneczny, wie, jak to jest. Świat świruje. Nogi wydają się z pieprzonej waty. We łbie szumi jak w kiblu podczas spuszczania wody. Ściany ganiają sufit.

 Polip wystawił dłoń uzbrojoną w nóż. Niejednokrotnie dostał już dobry strzał (choć nigdy młotkiem w bok twarzy) i wiedział, że w takich chwilach wzrok zawodzi. Po naprawdę soczystym pierdolnięciu cały system w człowieku się sypie, przesyłając nieprawdziwe sygnały i pierwsze co trzeba zrobić, to oszacować dystans. I to najlepiej z konkretną poprawką na odległość, bo jeśli będzie ci się wydawać, że jesteś poza zasięgiem, a nie będziesz, cóż... Żegnajcie kwitnące bzy.

 Oczy mu rzeczywiście szwankowały, bo Jimmy wydawał się większy. Zupełnie jak jakiś mutant. Z dwie stopy wyższy.

 — Jebać cię, B.J. — wysapał, poprawiając uchwyt na sprężynowcu. — Jebać w kły.

 Tamten jednak nie podszedł. Zakołysał się tylko niczym trącony, lecz nieprzewrócony kręgiel, przykrywając swoim cieniem pół ściany. Polip to wykorzystał, staranniej chwytając plastikową rączkę narzędzia tak, by się, nie daj Boże, nie wyślizgnęło. Jedni preferowali maczety długości nogi, innym, takim jak on, wystarczyło zaledwie siedem cali, wściekle ostrego ostrza. Siedem cali łatwiej jest ukryć w dłoni, czy wcisnąć w rękaw. Siedem cali słabo rzuca się w oczy.

 Od sieni doszły go dźwięki przypominające chrobot szczura, który się wpieprzył do wanny. Najpierw spokojne i ciche, lecz z każdą chwilą coraz bardziej nerwowe. Pewnie druciany wytrych mocujący się z drzwiami. Zbyt nerwowo, by można było powiedzieć – profesjonalnie.

 Jimmy też je usłyszał. Odwrócił się bokiem, wystawiając Polipowi na strzał. Na czyściutkie do czerwoności i z całą pewnością śmiertelne uderzenie, po którym nie będzie co zbierać. Całe plecy odkryte. A nawet, gdyby Polip chciał dodać śmierci pięć procent, także kark.

 Motocyklista nie wykonał wyroku. Cofnął się tylko o krok, wciskając plecy w ściankę spleśniałej szafy i przełożył sprężynowca do lewej. Prawą wytarł o spodnie, bo pieprzony pot nie pozwalał na zaschnięcie krwi. Gdy ponownie wkładał nóż we właściwą, językiem namacał kolejny ząb, który trzymał się chyba tylko siłą woli. Wyjął go więc i schował do tylnej kieszeni bojówek, z myślą, że może się jeszcze kiedyś na coś zda.

 Zwrócony plecami, B.J. w dalszym ciągu się kiwał, co rusz przygaszając wszystko swoim cieniem. Gasząc i zapalając. Tyk, tyk, tyk.

 Ktokolwiek mocował się z drzwiami, w końcu darował sobie konwenanse. Starania przybrały na mocy oraz głośności i po którymś z kolei podważeniu, zasuwka z głośnym klikiem odskoczyła. Polip wypuścił od Bóg wie jak dawna wstrzymywane powietrze. Będzie, co będzie, pomyślał. Napinka na nic się zda.

 — Kanati, trup — ogłosił z powagą B.J., patrząc w kierunku sieni. — Takoż wy!

 Po krokach, niezdecydowaniu, o wiele za głośnym dyszeniu i nie do końca ustalonej strategii naliczył ich trzech albo czterech. Zapewne ćpunów i pojebanych psycholi. Takich, co uważają, że sześciostrzałowiec w ręku podnosi ich rangę w stadzie. Zamienia z kozłów w pasterzy. Winduje w hierarchii zła.

 — Kanati trup, wy gupie, wy — powtórzył Jimmy, sądząc po głosie, coraz bardziej wkurzony.

 Tymczasem te pizdy w dalszym ciągu jedynie się naradzały. Pół minuty, minuta. Być może dwie. Jebani leszcze. Gdyby był tu Saracen, ich odciętymi łapami można by palić w piecu do późna w nocy. Wiwat czy Ukrop poszczaliby się po nogach z tej amatorki. Trzech albo czterech typa na kilku jardach więcej sobie przeszkadza, niż daje wsparcie. Jeśli dosięgasz głową do kierownicy, takie tematy musisz po prostu znać.

 Polip przeszedł przy ścianie. Tak, że gdyby któryś z idiotów zdecydował się nagle wystawić łeb, można by było go sięgnąć. B. J. Jimmy odprowadził go wzrokiem, lecz zrozumiawszy, że ten mu nagle nie zniknie, ponownie się skupił na tamtych.

 Bardzo, jego mać, dobrze – pomyślał Polip. – Chodźcie, parówki. Bełkot z Upiorem dobiorą się wam do dup.

 I wtedy, pomyślcie państwo. Naprawdę byli tak głupi.

 

 V

  Później, po naszywkach z kotwicą przebijającą beczkę ropy, doszedł do tego, że byli to chłopaki od Oliviera. Stado jeszcze zbyt młodych albo stanowczo za starych i wyniszczonych. Zwyczajny szrot.

 Wyschnięty od prochu dryblas wyskoczył pierwszy i odpierdolił najprawdziwsze Pulp Fiction. Znaczy, tę scenę, gdzie skryty w kiblu murzynek ładuje całą serią z paru jardów i jedyne co dziurawi, to ściany. Vincent oraz Jules stoją przez chwilę w szoku, a potem go odpalają. Klasyczna scenka.

 Tutaj podobnie. Kule skosiły wazon, wybiły okienną szybę, utkwiły w ścianach i szafie, ale B.J'a obeszły szerokim łukiem. Do gościa doskoczył Polip. Błysnęło ostrze. Grupa przydrożnych śmiałków utraciła lidera.

 Z dworu ktoś spytał, czy Kalisto ich dostał? Czy już po wszystkim? I czy może wejść do środka, bo jest zimno? Wymienił przy tym dwie ksywy, zdradzając, poza sobą, obu kumpli. B.J. podszedł do okna, wygłaszając te swoje bałagany o Kanatim. Motyw przewodni: "Wszyscy muszą być trup".

 W tym czasie Polip zdołał namierzyć rewolwer, który, kiedy oberwał, musiał mu wypaść z rąk. Podniósł go więc z podłogi i obejrzał.

 Coraz lepiej.

 Ten zza okna znów krzyknął, pytając niejakiego Remiego, jak sprawy stoją. Potem chyba zrozumiał, że to nie jego koleś patrzy na niego przez okno, bo dało się słyszeć bardzo smutne: "O kurwa", poparte równie przygnębiającym: "Ja pierdolę".

 I tyle z jego dygresji, bo Polip stał już przy oknie, a że pierdoła postanowił rozładować stres jaraniem szluga, to wystarczył jeden celny strzał. Chwiejący się na nogach motocyklista ponownie przysiadł pod ścianą. We łbie ciągle furczało jak w starej pralce, ale jeśli matma mu nie siadła, zostało dwóch.

 — Kanati trup — wygłosił dumnie Jimmy do ciemności za oknem. — Takoż ty.

 Około pięciu minut było cicho. Nastąpił impas. Polip siedział przyczajony pod ścianą, zdrapując z twarzy przysychającą krew. Tamci buszowali w korytarzu. B.J. krążył, nie zmieniając repertuaru o Kanatim.

 To oni przełamali pierwsze lody.

 — Mam tu półautomata — oznajmił pierwszy głosem, jakby przedwczoraj skończył dziesięć lat. Drugi dołożył trzy grosze, chwaląc się posiadaniem dwururki. Ten z kolei miał bardzo tubalny głos.

 Polip się nie ustosunkował do usłyszanych rewelacji w żaden sposób. To tego tubalnego rozsierdziło.

 — Słyszałeś, śmieciu — zadudnił. — Mam tu jebane działo wycelowane w twój zapiździały pokoik. Jak się z tym czujesz, co?

 W odpowiedzi chciał spytać, czy to dlatego wysłali swego kompana z czterdziestopięcioletnim pistoletem, ale wyprzedził go Jimmy, oczywiście, prawiąc im o Kanatim. Na końcu łaskawie wspomniał, że oni również są trup.

 Nastała cisza.

 — Widzę, że trzymasz tam rasowego przygłupa — wygłosił ze znawstwem pan Tuba, po dość burzliwej naradzie z dziesięciolatkiem. — Ale spoko. Jesteśmy Tummi zza gór. Goście, co znają zasady i je szanują. Udeptujemy pustynię, pijemy ropę. Jemy sępią padlinę i...

 — Zamknij w końcu mordę, paparuchu. Od twojego pierdolenia pęka łeb. Jak chcecie paktować, niech przemawia twój syn!

 Trochę seplenił przez nowo nabyte braki w uzębieniu, ale chyba sens przewodni im nie umknął. Piskliwy zapytał kumpla, o co kurwa mać chodzi? Dlaczego syn? Dopytywał o to ze siedem razy, aż tamten mu kazał się zamknąć. Polip poszukał wzrokiem poukrywanych kamer, bo to naprawdę zakrawało na kpinę. Na sitcomowy odcinek, którego niezbyt lotny scenarzysta rozpisał w dziesięć minut na kolanie. Głowa bolała jak diabli, lecz poza tym los naprawdę mu sprzyjał. Miał do czynienia z rasowymi idiotami.

 — Słyszałeś, Merlin, co mówię?! — zapytał Tuba. — Twojemu debilowi nic się bracie nie stanie, jeśli będzie spokojny. Jak nie będzie się rzucał, może iść.

 Motocyklista spojrzał na Jimmego, który dla odmiany, będąc zupełnie cicho, wyglądał teraz przez okno. Wrażenie, że jest wyższy, uleciało.

 — Więc jak będzie, Czarodziej. Deal?

 — Nie macie broni, pajace. Mieliście jedno dziadostwo, ale wasz kizior je stracił. Macie dechy i kije, być może nóż, ale na pewno nie broń. Broń z kolei mam ja.

  Kolejna porcja ciszy. Dwie minuty. W końcu przełknęli temat i Tuba ponowił gadkę.

 — Jest nas tu czterech — rzucił z taką nutą satysfakcji, jakby znał finałowe pytanie w rozgrywce o wielki szmal. Telefon do przyjaciela, niepotrzebny. Nawet nie skorzystam z pół na pół.

 Polip nie odpowiedział. Tuba wziął to za strach.

 — To jeszcze nie koniec, Czarodziej. Nic z tych rzeczy. Kolejna ósemka ludzi została sobie w najlepsze przy motorach. Jak im nie puszczę lada moment sygnału, to podejdą. Co ty na to? Znasz takie czary, kutasie, które zaczarują tuzin ludzi?

 — Raz przeładowany rewolwer sześciostrzałowy.

 — Co?

 — Gówno. Mów czego chcecie i jazda.

 Kolejna pauza na wewnętrzną naradę. Minuta ciszy.

 — Rzuć osiemdziesiąt tysięcy, to was puścimy. Wzięliście dwa razy więcej, więc to nawet bardziej, niż uczciwe.

 — Nie!

 Słychać było, jak Tuba nabrał powietrza. Pełen haust. Chyba naprawdę myślał, że można się jeszcze dogadać. Parszywy chuj. Dwóch kumpli martwych, lecz nic to. Byle tylko przyciąć jakiś szmal.

 — Kończą się żarty, Czarodziej. Jesteś pewien?

 Szybki rzut oka na okno z zasłaniającym je, znów jakby wyższym, B.J'em. Kolejny ząb z łatwością reagujący na najlżejszy nawet ruch języka. Do tego spływający z czoła, szczypiący w oczy pot. Przyspieszony oddech. Nadchodząca porcja wielkich, ciepłych rzygowin. Jeśli coś robić, to teraz. Póki czas.

 Polip zrozumiał, że Merlin znowu miał rację. Wtedy, kiedy ich opieprzał i strofował. Trzeba działać, nie się durnie wymądrzać. Prawdziwy Bikers nie jest od bufonady, a od zjadania pod kołem cholernych mil. Wóz albo przewóz, dziecino. Dzień albo noc.

 — Zapytam jeszcze raz i zaczynamy. Jak nie przybijesz dealu w trzydzieści sekund...

 Polipczuk wstał. Następnie z pietyzmem otarł twarz.

 ... — to wchodzimy.

 Wzrok cokolwiek spieprzony, lecz bliski dystans powinien ten defekt nadrobić. Trzeba po prostu ładować im po kadłubach.

 — Nie żartuję, Czarodziej. Za sekundę wszyscy się wpierdalamy i...

 — Wszyscy muszą być trup — wygłosił B.J. ze znawstwem.

 Polip z kumplem się zgodził.

 

 VI

 — Męty od Olivera — sapnął tuż po zdarzeniu. Następnie dźwignął się z kucków, przytrzymując szafki i bardzo wolno wstał. Wciąż czuł się słabo, niepewnie. Każdy, nawet najmniejszy ruch, musiał poprzedzać badawczym zaczątkiem. Sprawdzać, na co może sobie pozwolić, a co jest poza zasięgiem. Z powietrza wciąż jeszcze nie opadł zapach prochu. Było duszno. Wręcz parno. Za oknem cykały świerszcze, a w lewym uchu pobrzmiewał cholerny świst. W lewym, a może prawym. Jeden chuj.

 I to cykanie. Te całe świerszcze za oknem. Na pustyni? Może to tylko jakaś przekładka zluzowała się we łbie, gdy do nich walił. Może to tylko...

 — Auu. — Spojrzał w dół. Westchnął. — Jeszcze, kurwa mać, to.

 Mięśnie nóg odpuściły. Świat zawirował. Polip osunął się bokiem, strącając z szafek gary. Te spadły bezdźwięcznie na glebę. A może nie bezdźwięcznie? Może to tylko w nim?

 Upadając, wiedział, że musi skręcić. Ćwierć sekundy, nie więcej, ale wiedział. Nie może upaść na brzuch, bo będzie po nim. Tylko, kiedy to się stało? Jak?

 Przywalił barkiem o lawendową terakotę. Jakby to było istotne. Było, nie było, trudno. To tylko rejestr. Sygnał płynący z mózgu. Skoro najważniejszy organ w jego ciele, pieprzone centrum dowodzenia, mówi, że terakota jest lawendowa, to znaczy, że jest to istotne. Własny Enterprise, by go przecież nie ładował w chuj.

 Ciężko oddychał. Kaszlał. Wpierw raz, niepewnie, cicho. Za chwilę już pełną serią. Przechylił głowę na bok, spluwając krwią. Nie wodną, tylko skrzepliwą. Coraz lepiej.

 — Lawenda, terakota, czerwień, świst.

 Nie czuł się autorem owych słów. Coś mamrotało za niego. Coś w nim. B.J. stał ciągle przy oknie tyłem do niego. Potężny. Wręcz wyogromniały od własnego cienia. Księżyc wlewał się szczelinami, tworząc poszarpane wyspy bladego światła. Małe kawałki, zapewne kociego żarcia, walały się dziesiątkami po podłodze. Było źle.

 Polip przymknął oczy na dziesięć sekund. Pogłębił dech. Nóż ciągle tkwił w jego boku. Nie wbity, jak na tych chujowych filmach z budżetem dziennego utargu małej kwiaciarni, ale na tyle głęboko, by gilgał jego organy.

 — Świetnie, mózgu. Wspaniale — powiedział do siebie w myślach albo naprawdę. — Toć mi zajebiste porównanie: "Gilgać organy". Eh.

 Te dziesięć sekund, na które zmrużył oczy, wystarczyło, by coś go przeniosło w czasie. O minutę, dwie, kilkadziesiąt. Przeniosło w pieprzonym czasie.

 W gardle urosła spora kulka zlepionej krwią plwociny. Nie chciała dać się wycharchać, więc Polip musiał pomóc sobie ręką. Uwolniło to falę torsji. Szybką. Bezdyskusyjną. Żołądek zwinął się niczym wyżymany ręcznik. Zapiekło w klatce piersiowej. Z nosa poleciała strużka krwi.

 — Lawenda, terakota, czerwień. Nie, szkarłat. Tak się mówi na krew. Tak się ją opisuje. Nie czerwona, a szkarłatna, czy szkarłatowa, czy...

 Ciągle mruczał, formułując skrawki odległych od siebie zdań. Niespójnych części, niemających zbyt wielkiego sensu. Kawałki strawionych ciasteczek firmy Chocolate Chip Cookies mieszały się z wypitym nie tak znowu dawno Budweiserem.

 — Po co je nazywać tak rozwlekle, skoro można po prostu, CCC?

 Zaśmiał się do swych słów, rad z tego, że nawet leżąc w rzygach z dziurą w brzuchu i utrąconym łbem nadal jest tak przekurewsko "clever". Tęgie głowy z ciasteczkowej firmy odparzały sobie pewnie dupy na skórzanych fotelach, robiły wykresy na białych, przenośnych tablicach, wyświetlały pierdolone slajdy. A on?

 Leży, na wpół obszczany przez własne zepsute ciało i nadal to w sobie ma. To jak piąta, nieodkryta gałąź magii. Magia czarna, elementarna, wojenna, nekromantyczna i jego – magia elokwencyjna. Nie inaczej. Pradawna kula światła napęczniała od zasobu słów.

 Umysł ciągle uciekał. Skręcał. Dosłownie, jakby jakiś pierdolony chochlik dopadł centralki ze zwrotnicami i zaczął zabawę w D.J'a.

  Lawenda, cykanie, szkarłat, centralka, CCC, nóż w brzuchu, biała tablica, markery, Kanati, czarne, obrotowe fotele, klimatyzowane pomieszczenia i wysokie szklanki, pełne gazowanej wody.

 Znów zamknął oczy, starając się wyregulować oddech. Uspokoić. Odczekać. Zaraz puści. Odczekać. Kolejne piętnaście sekund. Kanati, trup. Trzeba chwilę odczekać. Pierdolone cykanie i gwizd. Trzeba, dla Malsum, odczekać. Takoż Selu. Tylko piętnaście sekund, musi trup.

 — Kurwa, chyba umieram — powiedział szczerze. Z powagą. Nie pomyślał, tylko na pewno powiedział. Na sto procent. Usłyszał przecież swój własny, smutny jak pizda głos. To niemożliwe, by...

 Ciało wygięło się w łuk. Pięty podjechały pod tyłek, łopatki zgięły ku sobie. Szczęka zacisnęła, niemal ścinając język. Z niedającego się okiełznać bólu, Polip zatrzasnął oczy. Nie zamknął, nie zmrużył, tylko właśnie zatrzasnął. Niewiadomego pochodzenia skurcz powykręcał mu ręce. Lewa niemal wyskoczyła ze stawu. Środkowy palec drugiej musnął łokieć. Nadludzkim wysiłkiem zmusił własną szczękę do rozwarcia.

 — Ni chuja! — krzyknął do siebie, ścian, czterech leżących ciał i Jimmy'ego, stojącego przy oknie. — Zdechnę, po moim trupie!

 Wszystko odeszło. Na powrót odzyskał władzę we własnym ciele. Wykorzystał to, odczołgując się na łokciach pod lodówkę. Kilka porcelanowych odłamków boleśnie wbiło się w dłonie. Trudno.

 Nie wiedzieć czemu, lodówka ciągle chodziła. Płynący z jej trzewi chłód, przyjemnie orzeźwiał plecy. Powodował dreszcze na karku. Dawał nadzieję.

 Noża nie było. Pewnie wypadł po drodze. Bardzo dobrze.

 W uszach już nie świszczało. B.J. był znowu potencjalnie normalnego wzrostu.

 — To tylko ja — wymamrotał pod nosem. — Mam po prostu wstrząs mózgu.

 Zaryzykował. Bez pierdolenia. Bez rat. Bez szacowania, czy będzie przy tym "ała", czy nie będzie. Podjął decyzję i wstał. Na jeden raz.

 Ból oczywiście przyszedł. Zapiekło w płucach. Mocno, lecz do wytrzymania. Trzymało piętnaście sekund i odpuściło. Potem ból sobie poszedł w cztery pizdy i motocyklista ponownie został sam.

 Wtedy męty od Olivera zaczęły podnosić się z gleby.

 — Ja pierdolę — zajęczał z autentycznym smutkiem w głosie. — Przecież, aż tak mocno nie dostałem.

 Kiedy kuśtykając, wytaczał się przez drzwi, usłyszał tubalny głos, informujący zgromadzonych, że wszyscy muszą być trup.

 

 Link do części XIII: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2161

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 13

Opis:

Dodano: 2020-02-24 21:08:22
Komentarze.
~alka666 8 m.
Mocne, treściwe, dobrze się czyta.

Mam wahanie odnośnie splotu słonecznego:

"Ktokolwiek dostał kiedyś ciężki nokaut na splot słoneczny" - nie jestem biegła w te bierki, ale:

"przyjąć [np. uderzenie] na splot słoneczny" - coś jak "na klatę"
i "dostać [np. cios] w splot słoneczny" - może niepotrzebnie czepiam się...
Może w slangu tak właśnie ma być?


Odpowiedz
*Canulas 8 m.
Hmm, mam taką naleciałość, nie wiem na ile słuszną, na ile zrodzoną z przypadku, że często - w seriach, gdzie występuje kilku równorzędnych narratorów, zdarza mi się słowa narratorskie zbytnio zbliżać do danego bohatera. Teoretycznie chiałbym, by jego myśli, świat widziany jego oczyma, był do niego zbliżony i go definiował, ale czasem takie kolokwializmy przekraczają granicę dobrego smaku.
"Dostać nokaut" - jest terminem używanym w żargonie, choć - być znokautowanym brzmi lepiej. Moze w tym pogrzebie, kurde, nie wiem
W poczuciu lekkiego usprawiedliwienia dodam, że to dość stara seria, a zamieszczam ją z sentymentu. W każdym razie u mnie można czepiać się do woli.
Dziękuję za wizytex
Odpowiedz
~alka666 8 m.
Canulas Może stara seria, ale całkiem dobrze się czyta. Lubię mocne teksty, sama chciałabym takie pisać.
Odpowiedz
~alfonsyna 8 m.
Nie wiem, czy to jest dobry odruch, że się uśmiecham jak czytam o tych soczystych krwawych jatkach i tak dalej, ale oczywiście zamierzam teraz Polipowi kibicować, żeby nie był trup. Przynajmniej nie za szybko, bo sobie nieźle radzi, szkoda gościa. A wygląda na to, że będzie miał pod górkę...
Odpowiedz
*Canulas 8 m.
alfonsyna - myślę, że tak. Nie celuję jedynie w błogi rozpierdol, dający samą radość, ale na tym etapie opowiadania jest ona jak najbardziej na miejscu Zresztą każdy odruch - poza ziewaniem i chrapaniem - pozytywny.

Odpowiedz
*Ritha 7 m.
"Nieziemski ból. Gardło zalane krwią. Szczęka prawdopodobnie połamana" - święta trójca, bene
"Po krokach, niezdecydowaniu, o wiele za głośnym dyszeniu i nie do końca ustalonej strategii naliczył ich trzech albo czterech" - o i to
"Takich, co uważają, że sześciostrzałowiec w ręku podnosi ich rangę w stadzie. Zamienia z kozłów w pasterzy" xd
"Gdyby był tu Saracen, ich odciętymi łapami można by palić w piecu do późna w nocy" - złoto

Dużo jest po drodze, ale prąd dziś ciągnę z rezerw. Zatrzymałam się tutaj:
"Kawałki strawionych ciasteczek firmy Chocolate Chip Cookies mieszały się z wypitym nie tak znowu dawno Budweiserem.
— Po co je nazywać tak rozwlekle, skoro można po prostu, CCC?
Zaśmiał się do swych słów, rad z tego, że nawet leżąc w rzygach z dziurą w brzuchu i utrąconym łbem nadal jest tak przekurewsko "clever". Tęgie głowy z ciasteczkowej firmy odparzały sobie pewnie dupy na skórzanych fotelach, robiły wykresy na białych, przenośnych tablicach, wyświetlały pierdolone slajdy. A on?
Leży, na wpół obszczany przez własne zepsute ciało i nadal to w sobie ma. To jak piąta, nieodkryta gałąź magii. Magia czarna, elementarna, wojenna, nekromantyczna i jego – magia elokwencyjna. Nie inaczej. Pradawna kula światła napęczniała od zasobu słów" - bardzo mi się widzi ten fragment


I jeszcze to:
"Lawenda, cykanie, szkarłat, centralka, CCC, nóż w brzuchu, biała tablica, markery, Kanati, czarne, obrotowe fotele, klimatyzowane pomieszczenia i wysokie szklanki, pełne gazowanej wody.
Znów zamknął oczy, starając się wyregulować oddech. Uspokoić. Odczekać. Zaraz puści. Odczekać. Kolejne piętnaście sekund. Kanati, trup. Trzeba chwilę odczekać. Pierdolone cykanie i gwizd. Trzeba, dla Malsum, odczekać. Takoż Selu. Tylko piętnaście sekund, musi trup" - naprawdę dobrze ukazane jak go tam skręca, naprawdę można się wczuć

Świetna część. Chyba najlepsza do tej pory. Bardzo na tak.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Ritha, kurde blaszka. To przełomowy moment Polipa, bo sama wiesz, że powinno być inaczej. Nie wiem czy kiedyś jakiś bohater postawił mi się mocniej niż on tu.Tak myślę, że chyba nie.
Dziękować ślicznie.

(powiedziałbym, że poprawię, ale ni ma co, więc jeszcze lepiej)


Odpowiedz
*Ritha 7 m.
Can, oczywiście, że pamiętam, że to jest TEN moment, nawet pamiętam Twój komentarz u mnie w Lei - oo, ja teraz w tej serii co ją piszę, mam takiego gościa, co się nie dał ubić, pomimo ze miał paść i huehuehue.
Ritha pamięta syćko!
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Ritha, ło baben
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
noo, baben, baben
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
Kroniki Rithiki
Odpowiedz
~marok 7 m.
Jestem i ja. Nooo, długie to, ale kurde, nie nużyło nić a nic. Przepłynąłem gładko, chyba nawet ani razu nie miałem lekkiej zawiechy. No coraz bardziej mi się podoba. Chyba im dalej, tym lepiej, bo na początku się bałem, że potem to będzie takie odklepywanie, bo mi nie podejdzie zbyt, a tu pacz, że nie. No to ocena jak najbardziej pozytywna, będą kolejne, będę i ja!
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
ooo i mesje Marok jest. Szkoda, że JamCi padła po drodze i jest was trójka (z czego Ritha czytała), ale i tak gites.
Dziękować za wizytejszyn
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
Te same ludzie czytajo Cmyka. Powinny dostać medale.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Ritha, jak już do ogarniemy, to ruszymy z tym 🤫
Odpowiedz
*Ritha 7 m.

Liczę na to!
Odpowiedz
~JamCi 7 m.
Tu byłem. Super się czytało. Lecę dalej.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Może zamiast lecieć dalej, to się jedną cofnij

Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin