Holocaust świata baśni — W balecie zimowych noży: Czasy łotrów, czasy ciemnych bram

Pięćset mil do domu — część XIII

 Link do części XII: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2128

 

 

 — No to jazda

 

 I

 Ołowianego koloru niebo osiadło dziś wyjątkowo nisko. Tak nisko, że snop żółtego światła, skaczącego na kamieniach motoru zdawał się je przecinać. Indianin nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jeszcze jedno, góra dwa takie cięcia, a nieboskłon uleje na nich trzewia. Puści w szwach i się rozpruje pod naporem tego świetlnego nietaktu. Bo są takie noce, kiedy ingerując w nie światłem, popełniasz nietakt. Być może nawet profanację lub świętokradztwo. Niektórych drzwi nie należy otwierać.

 Saracen obserwował nieboskłon, mając pewność, że sam jest obserwowany. W tym, co było tuż nad nim, co rozpościerało się ponad ich głowami, upatrywał wszechwiedzącej istoty. Przedwiecznego bytu, trudnego do sklasyfikowania każdym ze znanych pojęć. Wymykającemu się upływowi czasu i niezmierzonemu. Obserwującemu. Gotowemu do skoku.

 Także porozsiewane świetliste punkty wydawały się większe. Całość przywodziła na myśl dziurawy koc lub osiadły pod naporem deszczu brezent. Z niewielkich wydm wiatr przeczesywał piach i okruszyny oderwanych roślin. Noc była lepka i ciepła.

 Szli.

 Mężczyzna prowadził motor. Ciepło stygnącego silnika przyjemnie lizało udo. Chłopiec idący z tyłu kopał przed siebie kamyk.

 Skręcili w wąską odnogę, gdy koło wiekowego Indian Chiefa najechało na kamień. Grat podskoczył, luzując przy tąpnięciu zardzewiały drut, którym miał spiętą lampę. Niebo syknęło sprofanowane światłem. Saracen zacisnął szczękę, przymrużył oko i zmarniał. Kopnięty przez chłopca kamyk trafił go w prawy but.

 — Sorry, panie Saracen. To niechcący.

 Niebiosa ich nie pożarły. Druciana okrętka jakimś cudem wytrzymała. Mężczyzna poprawił lampę, kierując snop światła w dół. Wolno. Bardzo ostrożnie. Bytujące tutaj zwierzęta polowały głównie w nocy, przeczekując w cieniu ciepłe dni, zbierając siły na żer.

 — Słyszy pan, panie Saracen? Niechcący.

 — Pan, to jest w sklepie. Chodź!

 O ile niebo wydawało się wrogie, o tyle strzeliste góry – obojętne. Posępne i dumnie wzniosłe, wyznaczały nieformalną granicę, informując potencjalnych śmiałków, co można, a czego nie. Ich ostrość, stromość i rozmach budziły w czerwonoskórym podziw. Były od nieba inne, bo uczciwe.

 W asyście syczenia węży weszli w labirynt gór. Ten, z początku szeroki, szybko przeszedł w niemal klaustrofobiczny. Indianin nie był do końca pewien czy bijące od skał ciepło jest tylko pozostałością po całodziennym nagrzaniu, czy też kryje się za tym coś jeszcze. W zasadzie przeczuwał to drugie. Ich wielkie cienie kładły się zboczem gór.

 W pewnym momencie musieli iść dalej gęsiego. Czerwonoskóry oparł maszynę o jedną ze skalnych ścian, nakazując chłopcu zaprzestanie tych zabaw. Ten zapytał: czemu?

 By spotęgować złowrogość własnych słów, Indianin mu wyśpiewał o skorpionach. Coś tam napomniał o jadowitych pająkach, wielkości traperskiego buta. A całą tyradę uwieńczył barwnym opisem koralowych węży. Po dwóch minutach dzieciak szedł już na palcach.

 Kręty korytarz zaczął przeobrażać się w spiralny. Gwiazdy tu nie sięgały. Zapalniczka na niewiele się zdała. Mały złapał towarzysza za rękę.

 Ciemność.

 — Naprawdę są takie niebezpieczne? Te Arlekiny?

 Jeszcze, kiedy jechali, Saracen pochwycił szczątki jakiejś melodii. Donośne uderzania w bęben. Być może róg. Na pewno grzechotka i chyba kobiecy zaśpiew. Całość nosząca plemienne, rytualne wręcz znamię. Uwierzył swoim zmysłom bez zastrzeżeń, choć jeszcze wtedy ostrożnie. Od kiedy jednak weszli do tego dziwnego, pełnego tajemnic księstwa, miał już absolutną pewność. Skupiał się więc na tym i koncentrował, by wyłowić jakieś głębsze znaczenie. Pochwycić pradawny sens.

 Chłopak szarpnął.

 — Co jest, Bix? — syknął, próbując ukryć zdenerwowanie w głosie. W tym jednym, konkretnym momencie, cieszył się, że nie mają przy sobie większego światła, niż wątły płomyk dogasającej właśnie zapalniczki. Ktoś musiał udawać, że wie.

 — Pytałem o węże, Saracen. Czy są groźne?

 — Jak wszystko, co broni swego domu przed intruzami. Słyszysz coś?

 Dzieciak pokręcił głową. Zapalniczka wyzionęła ducha.

 — Ale ja słyszę — szepnął, nachylając się nad malcem. — Coś mi mówi, że jesteśmy już blisko. Bardzo blisko nawet.

 — Świetnie.

 Górzysty teren. Mrok. Do tego węże, pająki i przeogromne maszkary. Nic to. Wyglądało na to, że chłopak się nie obawia. Może po prostu nie umie lub nie rozumie?

 Zatrzymali się.

 — Dobra, Bix. Słuchaj. Nim dalej pójdziemy, musimy wszystko ustalić.

 Szept brzmiał złowieszczo. Potęgował narastające napięcie. Budził w motocykliście coś, co ten wyparł dawno temu z pamięci. Coś, o czym już zapomniał, że istnieje.

 Z rozmyślań wyrwało go ciche, drobne: „ok”. Powrócił wzrokiem do malca.

 — Słyszę bębny, Bix. Nie wiem, gdzie zmierzamy, ale jesteśmy tego miejsca coraz bliżej. Chodzi o to, że tam może być niebezpiecznie i...

 — Nie zostanę sam!

 (Chuj. No po prostu wielki, sterczący chuj).

 — To jak żeśmy wszystko ustalili, chodźmy dalej.

 I poszli.

 I znaleźli.

 

 

 II

 Wejście w organizm gór przypominało półotwarte oko. Nieregularne półkole, czarniejsze niż sam kosmos. Głębia wiodąca w dół.

 — No to chyba jesteśmy — zawyrokował Indianin, czując na języku kwaśny posmak mydła. Od postrzępionych ścian biło ciepłem nieco tylko mniej intensywnym, niż wytwarzał kafelkowy piec w spelunce na piątej ulicy. — Taak — mruknął pod nosem. — Pamiętam cię.

 Wspomnienia.

 Niedający się ujarzmić gorąc, lubieżnie kąsający oparte o niego plecy. Browar co dziesięć minut i dupy tańczące na stołach w rytm czterech kubańskich gitar. Pamiętam ciebie i ciebie. Pamiętam was.

 Te awantury na krzesła i pały nabite gwoździami. To zalewanie się w trupa do zarzygania. Cudowne czasy beztroski. Ranki, wieczory, tygodnie. Znowu was umiem pamiętać.

 Trochę go to zabrało. Porwało w podróż. Kolory, smaki, odgłosy – wszystko wróciło naraz. Cholernymi haustami. Raz za razem. Z nostalgią przybyła wilgoć. Specyficzna rosa, której zawsze upodobaniem są oczy. Jeszcze tego, do chuja-wuja, brakuje. Odwrócił wzrok.

 — Słyszy pan bębny, Saracen?

 Nim odrzekł, dał sobie chwilę, by chłopiec nic nie wyłapał. By się nie kapnął, że jego wiekowy kompan tak bardzo jest rozklejony. Nienawykły do okazywania wdzięczności inaczej niż poprzez bilon, zmierzwił małemu włosy. Potem potwierdził, że słyszy.

 Chłopiec głośno wypuścił powietrze z płuc.

 — To dobrze, bo już myślałem, że mi się roi.

 — Roi?

 — No, roi? Pod czaszką. W środku. Nie zna pan?

 Nie zdążył zaprotestować, starym, wysłużonym i zawsze trafiającym w punkt: "Pan, to jest w sklepie lub w banku", bo chłopiec sam się poprawił. Własne imię słyszane z tak młodych ust brzmiało dziwnie. Saracen chciał, by Bix tak go właśnie nazywał, nalegał na to. Wiedział również, że raczej się do tego nie przyzwyczai. Czuł, że...

 Wtedy ktoś wyszedł z czerni.

 

 

 III

 Spojrzeli na siebie z niemałym zakłopotaniem. Impas trwał pół sekundy. Analiza wyglądu stworzenia zaszła jedynie znikoma. Nie było czasu. Wysokie, dziwnie pokraczne, o żółtych ślepiach i drugich pomarańczowych.

 Saracen chlasnął znad głowy. Instynktownie i szybko. Gdy maczeta zagłębiła się w ciele łuskowatego stworzenia, przeszedł go wstrząs od dłoni po sam bark. Tamto, co wyszło, zabulgotało i padło.

 Tyle.

 Chłopiec się przyjrzał. Zupełnie żadnego strachu. Nawet ukucnął przy stworze, by lepiej widzieć.

 — Uważaj! Nie wiemy, czy...

 — To ten o skórze-korze — wszedł w słowo, wygłaszając ze znawstwem. — Nie żyje i bardzo dobrze. Chuj mu w łeb!

 — Co?

 — No, chuj mu w łeb, że nie żyje. Cieszę się. Pan, znaczy ty, nie?

 — Nie no — odparł Saracen. — Ja w sumie też.

 Weszli.

 

 Link do części XIV: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2203

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 12

Opis:

Dodano: 2020-02-27 19:54:53
Komentarze.
~JamCi 7 m.
Miodzio. Te dwie czyta się jak płynie górska rzeka. Znów muszę czekać.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
JamCi, dogoniłaś 👍
Odpowiedz
~marok 7 m.
Pięknie, pięknie, ale dzisiaj już brak prądu. Jutro zawitam
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
marok oki-doki
Odpowiedz
~alfonsyna 7 m.
Ale ładny ten opis w pierwszym akapicie. Plastyczny bardzo, dobry wstęp do akcji.
"Przedwiecznego bytu, trudnego do sklasyfikowania każdym ze znanych pojęć. Wymykającemu się upływowi czasu i niezmierzonemu. Obserwującemu. Gotowemu do skoku" - tak się tu ni z tego, ni z owego odmiana zmieniła - bo było (jakiego?) przedwiecznego, a potem jest (jakiemu?) wymykającemu się itd. Ujednolicić by trzeba - więc wymykającego się, niezmierzonego, obserwującego, gotowego do skoku;
Czuję to napięcie, jakbym tam wlazła za nimi - z tym, że ja bym pewnie nie wlazła, bo bym się bała tych węży, nie jestem fanką węży. Nie, nawet po dłuższym namyśle bym tam nie polazła, a dzieciak jakby nigdy nic. Swoją drogą - świetny ten dzieciak. Coraz bardziej go lubię jednak.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
alfonsyna, o Jezu, dziś już nie myślę i nie rozumiem. Jutro jakoś albo dopiero w sob. poprawię.
Co do Bixa, bałem się, że zrobię z niego dziecięcy model Mary Sue. (Był taki ancymon w Desperacji - Kinga), więc się pilnowałem.
PS. Dam nie wiem czy bym wlazł. 🤫🙃

Dzięki za podążanie tropem opka.
Odpowiedz
~marok 7 m.
Gicior, nie ma nudy, wszystko gra i buczy. Zadowolonym z lektury
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
uszanowanie, Marok
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
Hello, na górze masz zły link. Powinien być ten:
https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2128
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Ritha , o cholerka, jak zwykle. Kiedy mnie ugryzł radioaktywny debil
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
Canulas zapewne za młodu
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
"Bytujące tutaj zwierzęta polowały głównie w nocy, przeczekując w cieniu ciepłe dnie, zbierając siły na żer" - dnie? hm, osobiście dałabym dni*

Dużo rzeczy mi się podoba, pierwsze akapity są zacne, ale jestem chwilowo baaardzo drewniana komentarzowo. To wyciągnę jedynie, bo bardzo mi się widzi:
"Wejście w organizm gór przypominało półotwarte oko"

Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Ritha - nie no, grunt, że uskuteczniasz podróż
Błędziol wypędzony.
Kłaniam się.
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
Can, a dej spokój, w jakiejś katatoni to czytałam xd Podążam niniejszym dalej. Przystępuję do galopu!
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin