jasno ciemno
Czwartki Morgana Behonda cz.4 TW#3 - Stalowy grad

Czwartki Morgana Behonda cz.3

 link do cz. II : https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2037

 

 

 

 

 CZWARTEK, 2025 ROK

 

  Żółte ślepia jakiegoś busa oślepiły na moment Morgana, który zmierzał do liceum na Baltimore Street. Nigdy tam nie był, nawet przejeżdżając tą długą, prostą ulicą nie zwracał na budynek szkoły szczególnej uwagi. Jeszcze tydzień temu stosunek ten był zachowany, ale los lubi rzucać różne karty pod nogi, a Morgan podniósł właśnie jedną z nich. Przesłuchania do kółka teatralnego ‘’Mount Puddelshore’’ miały odbyć się o dziewiętnastej. Organizatorzy zastrzegli sobie ewentualną możliwość przesunięcia przesłuchań na jeszcze późniejszą godzinę z nieznanych powodów. Plakat zachęcał, szczególnie bezrobotnych pięćdziesięciolatków i wdowców.

 Ciężkie, oszklone drzwi zamknęły się za Morganem ze sztywnym tąpnięciem. Korytarz skąpany był w półmroku. Szczątkowe informacje o lokalizacji przesłuchań podawały salę numer sześć, podobno przeznaczoną na lekcje biologii. Mijał klasy po kolej, aż doszedł do piątki. W tym momencie wytężył wzrok i słuch. Cichy pomruk dobiegł z sali na samym końcu korytarza. Zapukał. Odparła mu cisza. Nacisnął klamkę. Drzwi otworzyły się gładko i Morgan stanął w progu przed grupką gapiących się na niego ludzi. Za biurkiem siedziała młoda kobieta, blondynka o przenikliwym spojrzeniu, ewidentnie spodziewała się właśnie Morgana Behonda. Miał wyraźne przeczucie.

 — Dzień dobry. Kolejny do naszej kolekcji. Zapraszam. — Uśmiechnęła się szeroko i zaprosiła gestem dłoni do wolnej ławki w pierwszym rzędzie.

 Kilka par oczu jeszcze przez moment było wbitych w sylwetkę Morgana. Przeszył go dziwny dreszcz niepokoju. Za oknem krople deszczu biły w szyby. Wiatr wzmagał się, więc noc mogła upłynąć Morganowi na ponownym wsłuchiwaniu się w jego melodię.

 — Nie sądzę, żeby ktokolwiek jeszcze się zjawił. Jest nas i tak spora grupka — oznajmiła, spoglądając na wiszący na tylnej ścianie zegar.

 Było ich w sumie dwanaście osób. W różnym wieku, z różnymi powodami, dla których porzucili wszelkie inne zajęcia i zjawili się właśnie w sali sześć, liceum na Baltimore Street. Blondyna przedstawiła się jako Karen Boyf-Sumfild, z zawodu nauczyciel biologii, z pasji twórca kółka teatralnego ‘’My dream, my art’’.

 — Powiem szczerze, że jestem mile zaskoczona. Odkąd przeniosłam się z liceum na Hughi Wall, brakowało mi czegoś, co wypełniłoby pustą lukę, gdzie niegdyś istniało koło teatralne dla leniwych inaczej. Dlatego podjęłam inicjatywę. Jesteście tutaj i od razu mogę powiedzieć, że – nie mogła się oprzeć użyciu w tym momencie dramatycznej teatralnej pauzy. Wygięła wargi i nabrała powietrza – wszyscy przeszliście etap przesłuchań.

 Wśród grupy narodził się szum ulatujących ustami myśli. W większości pełnym zdziwienia, ale i ogólnej ekscytacji. Nawet Morgan odetchnął z ulgą.

 — Wasz entuzjazm jest dla mnie dowodem, że nie pomyliłam się. A więc, skoro pierwszy etap za wami, zapraszam do sali gimnastycznej. Tam zacznie się prawdziwe show waszych marzeń. — Z sali wręcz wybiegła, choć wysokie szpilki ewidentnie temu protestowały.

 Powłóczyli się za nią w lekkim roztargnieniu. Jakaś babka na końcu zaliczyła bolesny pocałunek z drewnianą futryną. Jęki ustały dopiero po reprymendzie jej kochanka, z którym przybyła na przesłuchanie. Do Morgana od pierwszych kroków przylepiła się jakaś brunetka w obcisłych legginsach. Spoglądała na niego uważnie, mając nadzieję na odwzajemnienie dziwnego spojrzenia.

 — Caroline Becket — przedstawiła się w końcu. — Nie kojarzę cię, a wierz mi, ja znam prawie wszystkich w mieście. Skąd jesteś?

 — Czy to ważne? Jestem z tego miasta i chyba to powinno wystarczyć nam obojgu. W końcu widzimy się po raz pierwszy.

 — Tak, tak, ale wiesz, ja cię nie kojarzę, a tak charakterystyczną twarz trudno wymazać z pamięci — uśmiechnęła się. Morgan próbował na siłę doszukiwać się w kącikach ust zalążków jakiegoś szyderstwa. Nie pamiętał, aby ktokolwiek przypomniał mu, że posiada bliznę na lewym policzku i kolejną tuż nad prawym okiem.

 — Rzadko wychodzę na miasto.

 — Ja wręcz przeciwnie. Uwielbiam przechadzać się ulicami centrum i wąskimi uliczkami pomiędzy starymi kamienicami i nowoczesnymi biurowcami. O wdychaniu spalin ze starych cadillaców nie wspomnę.

 Nie zamilkła całkowicie. Lekko kaszlnął, a potem uznał, że to odpowiedź, która zakończy wszystko.

 — Lubię cię, Morgan. Widać, że jesteś tym typem faceta, który nie liczy dni do następnej imprezy i nie chowa po szufladach bonów do burdeli.

 Nie musiał przed kim chować. Miał bardzo dogodną pozycję, ale ten typ rozrywki nie podchodził nawet pod listę stu rzeczy, jakie mógł zrobić za tysiaka.

 — Cóż, znamy się dopiero jakieś trzy minuty. To chyba…

 — Jasne, to wystarczająco długo, żeby pomyśleć o krok dalej, bo wiesz, mój chłoptaś dawno bzyka jakąś plastikową Barbie na Florydzie, dlatego, sam rozumiesz… — mówiła szybko, ale bardzo składnie. Rozumiał każde słowo i całą aluzję, kilka pobocznych, nawet wątek główny gdzieś tam świtał w głowie. Zawiesiła głos na dłużej, tylko dlatego, że zapatrzyła się w jakiś bliżej nieokreślony punkt w półmroku korytarza.

 — Przykro mi z powodu twojego męża. Życie potrafi dopiec, nawet jak masz plan awaryjny.

 — Co? Aaaa, tak, nic takiego. Zostawił mnie szybko, więc przebrnęłam przez to równie sprawnie. To jak? — Przerzuciła czarny warkocz na plecy. Uśmiech promieniał. Zakładał, że nie miała bachora, więc na wybielanie wyłożyła ze swojego portfela.

 Świdrujący uszy wrzask przeszył korytarz, kiedy zbliżali się nieuchronnie do drzwi sali gimnastycznej. Kobiecy krzyk; piskliwy i irytujący. Morgan stanął przed plecami rosłego faceta w granatowej dżinsowej marynarce.

 — Ona zemdlała! — ryknął ktoś z początku.

 Karen jako jedyna wydawała się całą sytuacją rozbawiona. Nie ukrywała tego, wręcz epatowała dobrym humorem, jakby chciała zarazić nim innych, bardziej przerażonych.

 — Mili państwo, ona nie żyje, albo zapadła w jakiś głęboki stan hibernacji. Niemniej proszę o zachowanie spokoju. Nasza pierwsza próba i tak dojdzie do skutku.

 Wszyscy spoglądali teraz na twarz Karen. Była spokojna, z rumieńcami i pełna wigoru. Korytarz rozbłysnął jasnym światłem. Z półmroku pomieszczenia naprzeciwko wejścia do sali gimnastycznej wynurzyła się jakaś postać.

 — Zabierz ją do siebie… a potem zadzwoń po karetkę albo od razu wezwij karawan pogrzebowy. Co tam chcesz.

 Garbaty woźny popatrzył na wszystkich pustymi, beznamiętnymi oczami. Chwycił trupa za nogi i powlókł do swojego ‘’gabinetu’’. Morgan przyglądał się wszystkiemu z większym zainteresowaniem, niż mógł przypuszczać. Nawet ta barczysta góra mięsa przed nim jakby zadrżała, usuwając się na koniec grupy. Facet mamrotał przy tym jakieś litanie i zdrowaśki, klepał też frazy łacińskie, jakby odprawiał egzorcyzmy. Niechętnie wchodzili gęsiego na salę gimnastyczną. Na twarzach malowały się na przemian zdziwienie i strach. Była też buźka Morgana, która oprócz blizn nie miała w sobie nic nadzwyczajnego. Liczyło się pierwsze wrażenie, które gdzieś umknęło, kiedy woźny zabrał ciało.

 — To był Hellry Guholl. Znałam babkę od dobrych sześciu lat. Miała problemy z sercem — usłyszał przy uchu i na ułamek sekundy zbladł. Caroline.

 — To ona krzyczała?

 — Nie, jakaś inna babka. Ona tylko osunęła się po ścianie, a potem padła jak martwy jeleń z kulką we łbie. Straszne…

  Nie użyłby słowa ‘’straszne’’. Dylemat pomiędzy ‘’interesujące’’, a ‘’dziwne’’ trwałby pewnie dobrych kilka minut, ale wewnętrzne rozmyślania przerwał głos Karen. Biolożka rozdała scenariusze każdemu i oznajmiła, że będą odgrywać sztukę napisaną przez jakiego licealistę na konkurs dramatyczny. Tytuł brzmiał w uszach jak zapowiedź ramówki telewizyjnej – ‘’Lato w BBR’’. Padły pytania, nawet więcej niż kilka o wyjaśnienie skrótu. Karen tylko uśmiechnęła się. Morgan zauważył, że jej wzrok powędrował na jego twarz, a kąciki ust podniosły się jeszcze bardziej. Nie trawił powoli tego uśmiechu. Nie trawił powoli Karen i miał wrażenie, że wkopał się w niezłe bagno – znowu.

 ****

  Do domu wrócił przed północą. Pierwsza próba była ewidentnie jednym wielkim niewypałem, choć Karen zapewniała, że każdy z nich ma talent. Szczególnie Morgan, Caroline i niejaki Timothy Browsher, choć wolał, jak mówiło się na niego Herbatnik Coco. Swoją kwadratową szczęką i lekki zarostem przykuł uwagę i stał się kandydatem do roli głównej. Dostał ją. Morgan mógł zadowolić się postacią trzecioplanową, a raczej główną postacią z trzeciego rzędu, jak określiła to Karen. Tak czy inaczej – był cholernie zmęczony, a w myślach widział tylko twarz Caroline i jej poruszające się nieustannie wargi. Nie potrafiła nie mówić. Miała to we krwi.

  O pierwszej trzydzieści zbudził go dźwięk silnika. Był pewny, że jakiś ford zaparkował na jego podjeździe. Poznałby ten warkot wszędzie. Okno w sypialni wychodziło na ulicę. Oprócz świateł latarni i nocnej ciszy niezmąconej niczym wszystko było w porządku. Ale słyszał go, wyraźnie. Czy Caroline miała forda? Oczywiście, że tak. Wiedziała gdzie mieszka? Nie, w żadnym razie.

 

 

 link cz.4 : https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2263

9182 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: obyczajowe

Liczba wejść: 23

Opis:

Dodano: 2020-02-27 22:44:57
Komentarze.
~marok 10 m.
wus wus
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Haha, dobre, musiało uciec
Odpowiedz
~marok 10 m.
Canulas, taki tani chwyt, ale serduszko mam dobre
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Jak to? Zero ruchu?!
Zaznaczam
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
wus, wus, nie wyrabiam Marokok, ciągle mam do zrobienia wincy i wincy, aaaaa-le! będę.
Odpowiedz
~marok 10 m.
Ritha spokojnie. Możesz nawet "niebawem" xd
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Ja przyjdę w sobotę.
Odpowiedz
~marok 10 m.
Canulas cieszę sie
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
marok, czasem coś może przelecieć, więc jak coś, to śmiało trąb
Odpowiedz
~entropia 10 m.
Ja też będę
Odpowiedz
~marok 10 m.
entropia fajno
Odpowiedz
~entropia 10 m.
"koło teatralne dla leniwych inaczej.""Wśród grupy narodził się szum ulatujących ustami myśli. "
"Rozumiał każde słowo i całą aluzję, kilka pobocznych, nawet wątek główny gdzieś tam świtał w głowie" – niemoralna propozycja

Morgan przyglądał się wszystkiego z większym - wszystkiemu ?
"Nie użyłby słowa ‘’straszne’’. Dylemat pomiędzy ‘’interesujące’’, a ‘’dziwne’’ trwałby pewnie dobrych kilka minut, ale wewnętrzne rozmyślania przerwał głos Karen" - )
jakiego licealistę - jakiegoś
"Nie potrafiła nie mówić. Miało to we krwi." - miała
Dobrze się płynie przez opko, akcenty dobrze są rozłożone. Takie pomieszanie tragedii, grozy i groteski, trudno wyczuć mi kierunek, różnych wydarzeń...i to co.mi zawisło w głowie, to dopiero jak będę mieć całość wypowiem.


Odpowiedz
~marok 10 m.
entropia dzięki bardzo. Raczej grozy nie chcę z tego robić, bo by się minęło z założeniem początkowym, choć kusi tu i tam to jednak trza bhyć konsekwentnym. Ale też nie wiem jak się całość odbierze
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
" Nie musiał przed kim chować." - dziwny zapis

"Nie potrafiła nie mówić. Miało to we krwi. " - chybaMiała?

No dobra. Musiałęm se odświezyć pobieżnie dwójkę, bo straciłem trochę pamięciowo watek.
Fajne na wysokości pojedynczego opisu czy spostzreżenia, zbyt pokolorowane jako całość. Chodzi mi oto, że u Ciebie (prawdopodobnie z racji nadweny) każda, nawet epizodyczna postać, ma do przekazania jakąś światłą mądrość albo uber-barwne porównanie. Niby robisz to też narracyjnie, ale również wtłaczasz to w usta, wypowiadającym kwestie ludziom. Idziesz dokładnie tą samą drogą, co ja. Znam dokładnie ten ból.
Cóż, rada taka. Jeśli coś Ci zajebistego wejdzie do łba i nie chcesz z tego rezygnować, zapis w zbiorczym pliku do późniejszego wykorzystania. Mam dziesiątki takich kart, karteczek, zwrotów i pół-wierszyków. Idę zara zobaczyć dalej.
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
A tutaj do części czwartej. Są tylko do części wcześniejszych. Sugerujesz, że powinno się czytać od końca?
Ok, czytam dalej (po kolei jednak).
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Kilka twarzy jeszcze przez moment było wbitych w sylwetkę Morgana. - tu coś nie halo, twarze nie mogą być wbite, wzrok może być wbity

Było ich w sumie dwanaście osób. W różnym wieku, z różnymi powodami, dla których porzucili wszelkie inne zajęcia i zjawili się właśnie w sali sześć, liceum na Baltimore Street. - czuć, że czytasz Kinga, on robi takie zrzuty sytuacyjne, uwielbiam

nie mogła się nie oprzeć użyciu w tym momencie dramatycznej teatralnej pauzy. - chyba drugie "nie" zbędne (?)
Nie musiał przed kim chować. - nie musiał przed nikim chować albo nie miał przed kim chować

Rozumiał każde słowo i całą aluzję, kilka pobocznych, nawet wątek główny gdzieś tam świtał w głowie.
Przerzuciła czarny warkocz na plecy. Uśmiech promieniał. Zakładał, że nie miała bachora, więc na wybielanie wyłożyła ze swojego portfela. - jakie wnioski i obserwacje xd

Morgan przyglądał się wszystkiego z większym zainteresowaniem[,] niż mógł przypuszczać. - wszystkiemu*

Szczególnie Morgan, Caroline i niejaki Timothy Browsher, choć wolał, jak mówiło się na niego Herbatnik Coco - haha

Miało to we krwi. - Miała*

Dobra końcówka, no ok, wciągające! Ciekawa jestem co dalej. Czy Caroline zdobędzie serce Morgana? Oby tak!
Odpowiedz
~marok 10 m.
Ritha znając moje stosunki do romansów i tego typu rzeczy to nie będzie to tak jednoznaczne. Uwierz mi
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
marok ok
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin