Pięćset mil do domu — część XXIII (TW 05) Wronie baśnie — O wodzu kasztanowej armii (2z2)

Pięćset mil do domu — część XXII

 Link do części XXI: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2381

 

 — Następna stacja – śmierć

 

 I

 Minęło piętnaście minut i dalej nic nie znaleźli. Nie, poprawka. Piętnaście minut temu minęło piętnaście minut, kiedy nic nie znaleźli. Wtedy się zatrzymali na nasypie. Na małym, złocistym pagórku. To znaczy, on się zatrzymał. Ona nie. Ona miała w dupie cholerne słońce, bo mogło jej skoczyć na… No, słoneczne promienie mogły ją co najwyżej wypłowieć. Spowodować, że zblednie, straci ostrość i będzie przez godzinę niewyraźna. Tylko tyle.

 Jego zabijały.

 Wtedy właśnie, piętnaście minut temu, zapytał ją po raz pierwszy i ciągle spokojnym głosem. Po prostu zadał ciąg pytań:

 Czy ona wie?

 Czy pamięta?

 Czy ma w ogóle pojęcie, dokąd idą?

 I ile w jej żargonie znaczy pierdolone: "kawałeczek"?

 — Już, już. Nie gorączkuj się tak. To było przy tamtych kamieniach. Jestem pewna.

 Tyle mu powiedziała. Jej słodki, niewinny głosik przeobraził się w poważnie pobrzmiewający, pełen wątpliwości głos. A więc dotarli do "tamtych kamieni", a potem do następnego "to tam", czyli majaczącego na horyzoncie wzniesienia.

 — Ale ten znak się zgadzał, nie? — uprzedziła jego wątpliwości.

 Przysiadł na jednym z głazów, nie sprawdzając nawet, czy nie burzy tym wtargnięciem idylli jakiemuś paskudztwu, które mogłoby akurat tu spoczywać. Po prostu o tym nie myślał. W tej chwili miał większe zmartwienia niż ewentualne ukąszenie w dupę. Tonął we własnym pocie, którego wysychające na wiór ciało zdecydowało się pozbyć. Czuł, że ma sporą gorączkę i w przeciągu maksymalnie pół godziny musi ogarnąć wodę. Inaczej koniec. Padnie i taki będzie finał. Nie inaczej.

 Dziewczynka wciąż trajkotała, że to prawie tu i że zaraz za znakiem. A tak w ogóle, to nie za dobrze pamięta, bo stanęli i wtedy tamci, za znakiem, a do ojczyma strzelili. Je, znaczy ją oraz matkę zabrali, a ten wysoki z brodą, to...

 Coraz mniej tutaj był. Ledwie rozumiał i prawie nic nie słyszał. Wsparł tylko czoło o dłoń i tak tkwił. Czekał, a ona mówiła. Przekonywała. Jej nerwowa gestykulacja była odpowiedzią samą w sobie. Odpowiedzią bardzo niepożądaną. Siedział i czekał, aż małej padnie bateria. Trochę to trwało. Duchy nie muszą łapać przerwy na dech. Siedział i czekał. Oczy przymknęły się same.

 — Naprawdę, Alex — wyjaśniała dolatującym z pogranicza głosem. — To było (szuuumm) ...steczku. Około p... (szummmm) ...il od najbli… (szzumm) ...asta. Zajechali nam dro… (szuuummm) A wtedy jed… (szuummm) ...en z brodą, strzelił do… ...uchasz mnie?

 Wrócił. Nagle. Przestraszony myślą o kierunku, w którym się omal nie udał. Gdyby zasnął, gdyby teraz odpłynął...

 — Nie śpij, Alex. To niebezpieczne dla ciebie.

 Wstał przy akompaniamencie trzaskających kolan. W dolnej części pleców czuł murarską zaprawę. Sucho w gardle. Piekielnie. Tak bardzo, że ślinianki już prawie nie wyrabiały.

 — Dobra — wykrztusił ochrypłym jakby nienależącym do niego, a do jakiegoś dworcowego pijaczyny, głosem. Szum w głowie nie ustępował. Znowu się zbierało na wymioty.

 — Więc, jak mówiłam, Alex. To niedaleko. No bo znak przecież był. A o znaku również opowiedziałam. Czyli się zgadza. Nieopodal stąd na nas napadli.

 Przeciągnął się, robiąc niemrawy skłon. Upodlone przez los gnaty zajęczały, niechętne tej gimnastyce, ale ciało ciągle było waleczne. Hart ducha, silna wola, czy co tam w człowieku dowodzi, ciągle nie chciało paść, choć sygnałów o wszelakim dyskomforcie przesyłało już do mózgu coraz więcej. Polip rozważył próbę zwymiotowania, której jednak po namyśle nie podjął.

 — Gdzie mamy iść?

 Chwilę wzbraniała się przed odpowiedzią, więc zapytał ponownie. Odparła, że to "gdzieś tu". Widząc jego umęczoną, nieprzychylną jej twarz szybko wspomniała o gościu od ciężarówki.

 — To nam gówno daje — skwitował jej rewelacje.

 — Ale jak to? — jęknęła. — Przecież mówił. Mogę się oddalać od ciała najdalej na dwie mile. To daje tylko trochę ponad trzy tysiące jardów do przebycia. Niecałe cztery tysiące kroków. Wiem, bo z matmy zawsze byłam dobra. Rozchmurz się.

 Naświetlił jej, że do wyboru mają cztery kierunki. Cztery najróżniejsze strony świata. Co więcej, jeśli wybiorą wschód, a będzie zachód, droga powrotna zajmie aż cztery mile! Czy ona, do kurwy nędzy, to rozumie?

 Trochę zwątpiła. Przez chwilę stali w milczeniu.

 — Ale znak przecież stał — powróciła piskliwie do swego jedynego punktu zaczepienia. — Mówiłam, że go miniemy i tak było.

 Wściekł się i wyjaśnił, co myśli o tym jej znaku. Co w ogóle myśli o tym wszystkim. O łażeniu w cholernym gorącu, bez choćby kubeczka wody i szukaniu jej domniemanych, a być może nawet wymyślonych, zabójców. Co uważa na temat popieprzania na przełaj przez pustynię, za Bogowie tylko jedni wiedzą czym? Co w ogóle myśli o jej pieprzeniu?

  — Nawet nie wiem, czy istniejesz, Thelma. Niedawno dostałem młotkiem, potem nożem, następnie spadłem z motoru przy minimum pięćdziesiątce na godzinę. Do tego ten żółty stwór świeci mi w mordę już dobrze ze cztery godziny. Może jesteś tylko imaginacją? Wytworem, powstałym na skutek... czegoś. Skoro się staram, skoro próbuję ci pomóc, daj mi coś więcej, niż tylko zdawkowe i nic niewnoszące: "ale przecież znak stał".

 — No jasne, Alex. Wspaniale. A ten, co mnie ciągnął do wozu, też wyglądał na ducha? Niematerialny był? Chyba nie, skoro uścisnęliście sobie dłonie na pożegnanie. Wtedy, gdy dobiliście targu. Nie pamiętasz?

 Pamiętał. Dobrze pamiętał: "daj mi dwóch, wykop jej truchło i jedźcie w swoją stronę. Tyle chcę". Słowa chudego gościa nie pozostawiały pola pod negocjację. Przeciwnie. Wyraził je tonem, jakby wyświadczał Polipowi przysługę.

 Pomyślał nad tym, uznając, że nic nie da, jeśli się zagotuje. Spuszczając kulę z wątroby, niczego nie rozwiąże.

 — Posłuchaj, mała — zaczął spokojnie, próbując całą sprawę załagodzić. — Chodzi mi o to, że…

 — Że? — dopytała, gdy zamilkł.

 

 II

 Kiedyś dawno temu, na jakiejś maleńkiej stacji, wuj Hubert trafił w losie dwieście dolców. Czekali w cieniu, aż miejscowy mechanik – który ledwie co trzymał się na nogach – sprawdzi ich wóz. Z mapy wyczytali, że to ostatnie takie miejsce przed morderczą drogą przez pustynię, więc ciotka tak długo używała "złych słów", aż zadziałało. Wujek niechętnie zapłacił, ale potem chyba się wyluzował, bo nawet kupił im ciastka i picie w wysokiej puszce. A że sprzedawca – sądząc po twarzy, pewnie brat mechanika i również naćwierkowany – kręcił nosem na te pół dolca reszty, żeby nie robić draki, z ogromniastego słoja stojącego nieopodal kasy, wzięli za to dwa losy. Pierwszy okazał się lipny, ale drugi...

 To nic, że jak tylko bracia zrozumieli – a sprawdzali pod światłem lampy cztery razy – że faktycznie wszystkie trzy słonie równiutko machają trąbami w jednej linii, nagle naprawa wozu podskoczyła o stówę. Nic to. Wujaszek był przeszczęśliwy, a po napojach z "wysokich puszek" odbijało im się jeszcze wiele mil.

 Wtedy właśnie ciotka wygłosiła te dziwnie brzmiące słowa. Selu spała, a z babcią Ifą to ciotka Hilda w ogóle nie gadała, więc wypadło na niego. Szedł, a właściwie biegł odcedzić kartofelki, gdy go złapała za ramię i wskazała na podśpiewującego pod nosem Hilberta.

 — Spójrz na tego skurczybyka, Bix. Zobacz, jak promienieje.

 Wtedy nie zrozumiał. Chciał tylko siku, więc kiwnął na odczepnego, grzecznie przeprosił i pognał. Teraz jednak, obserwując Pana Skorpiona… Cóż. Teraz dostrzegł w tym wszystkim podobieństwo. Co prawda Pan Skorpion nie podśpiewywał, ale wydawał się bardzo zadowolony. Bardzo ruchliwy, czy coś. Jakby... promieniał.

 — Słuchaj dzieciaku, ja tera wyjdę obadać, a ty poczekasz. Jak krzyknę, dopiero przyjdziesz. Rozumiesz?

 Zagadnięty skinął bez przekonania, jednak tamten uznał, że musi doprecyzować.

 — Dobra, to idę, ale pamiętaj, nie wcześniej. Wejdź se wyżej na schody, jeśli się lękasz ciemności, ale łba nie wystawiaj. Znaczy, tej, głowy. Nie wyłaź, aż cię zawołam!

 — Rozumiem, panie Wiwacie. Będę czekał na znak.

 Podły uśmieszek wykwitł na twarzy mężczyzny. Cuchnęło od niego zarówno niemytym ciałem, jak i niepraną chyba nigdy kamizelką. Brudne, zlepione włosy, mogły ukrywać cuda, jakie się nie śniły naukowcom, zaś ropa w kącikach zgniłozielonych oczu była widoczna z odległości trzech jardów. Kiedy mówił, kasłał albo szaleńczo się śmiał, śmierdzący wyziew buchał na całą salę. Toksyczny, wręcz porażający nozdrza smród.

 Motocyklista (znając chyba tylko tę jedną formę wyrażania uczucia wobec dziecka) zmierzwił małemu włosy. Uśmiechnął się zawadiacko i klepnął (zbyt mocno) w bark. Następnie, nie wiedzieć czemu, puścił Bixowi oko i ruszył w kierunku wyjścia, zostawiając go samemu sobie. Odwrócił się u progu, niemal do połowy pożarty przez słoneczną biel dnia. Kiedy przemówił, widać było jedynie jego nogi.

 — Możesz mi mówić Skorpion, jeśli chcesz. Nie krępuj się. Ale to potem. Tera idę obadać, co i jak.

 Pozostał po nim tylko pobrzmiewający szept i podkurczające się spazmatycznie nogi przebitego mężczyzny. Leżący jęknął. Jedna z jego rąk chwyciła za rączkę noża i mozolnie zaczęła wyszarpywać tkwiące wciąż w ciele ostrze.

 

 Link do części XXIII: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2439

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 9

Opis:

Dodano: 2020-03-19 17:25:11
Komentarze.
~JamCi 7 m.
Znowu to samo: Canu gada se po swojemu. Mniej. Trochę interpunkcja leży. Zobacz sam. Reszta jak zwykle cudowna. Baaardzo.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
JamCi, staram się poprawiać co mogę, wiec jakbym widział co i gdzie, to bym zmienił, tak, że... no
Odpowiedz
~JamCi 7 m.
Canulas jak ożyję. Pa.
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
O widzisz, poczytam, może mnie to odstresuje
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
Piętnaście minut temu, minęło piętnaście minut, kiedy nic nie znaleźli. - obadaj czy pierwszy przecinek jest potrzebny
A tak w ogóle, to nie za dobrze pamięta, bo stanęli, i wtedy tamci, za znakiem, a do ojczyma strzelili. - a tutaj obadaj ten przed "i", niby wtrącenie, no ale obadaj (sama nie wiem)
— Naprawdę, Alex — wyjaśniała, dolatującym z pogranicza głosem. - i jeszcze ten drugi tutaj obadaj
Co w ogóle myśli o jej pieprzeniu. - tu dałabym pytajnik

— Nawet nie wiem, czy istniejesz, Thelma. Niedawno dostałem młotkiem, potem nożem, następnie spadłem z motoru przy minimum pięćdziesiątce na godzinę. Do tego ten żółty stwór świeci mi w mordę już dobrze ze cztery godziny. Może jesteś tylko imaginacją? Wytworem, powstałym na skutek... czegoś. Skoro się staram, skoro próbuję ci pomóc, daj mi coś więcej, niż tylko zdawkowe i nic niewnoszące: "ale przecież znak stał" - git fragment, Polip jest z krwi i kości

Patrz:

Skoro się staram, skoro próbuję ci pomóc, daj mi coś więcej, niż tylko zdawkowe i nic niewnoszące: "ale przecież znak stał".
VS
Pamiętał. Dobrze pamiętał: "Daj mi dwóch, wykop jej truchło i jedźcie w swoją stronę. Tyle chcę".

Chodzi mi o konstrukcję wypowiedzi po dwukropku w cudzysłowie, raz jest z małej, raz z dużej. Ujednoliciłabym.
Tam jeszcze całkiem wcześniej było z małej:
I ile w jej żargonie znaczy pierdolone: "kawałeczek?"

Ok, wklejam na wszelki wypadek i jadę dalej.
Odpowiedz
*Ritha 7 m.
Uuu, Wiwacik nie jest czyścioszkiem. To nic! Wystarczy go wystawić na deszcz i będzie czyściutki

Odwrócił się u progu, niemal do połowy pożarty przez słoneczną biel dnia - to bardzo git

Pozostał po nim tylko pobrzmiewający szept i podkurczające się spazmatycznie nogi, przebitego mężczyzny. - tutaj bym wywaliła przecinek

Okejo. Dobrze, że tu przypełzłam, oderwało mi myśli. Czekam na kolejne zatem
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Ritha, nooo, tera wiem o co chodziło, miss Motors. Poprawię wszystko. Wiem, że ta część jest kapkę denna.
Ogarnę.
Odpowiedz
~JamCi 7 m.
Wlazłam, żeby Ci napisać o co mie szło wczoraj a tu widzę, że Ktoś już :-)
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
JamCi yep
Odpowiedz
~alfonsyna 7 m.
"I ile w jej żargonie znaczy pierdolone: "kawałeczek?" - tu to ja bym tylko chciała dodać, że skoro cytowane jest samo słowo "kawałeczek" to pytajnik jest częścią zdania, nadrzędnego nad cytatem, więc wywalić go trzeba za cudzysłów, gdyby cytowane było całe zdanie pytające wówczas pytajnik by został wewnątrz cudzysłowia - sorry za zawiłe wywody, jakby co to olej je
Kurde, szybko mi się przeczytało, a myślałam, że będę mieć rozrywkę na trochę dłużej. Aczkokwiek ten opis Wiwata pod koniec tak sugestywny, że raczej bym nie chciała go spotkać w zbyt bliskiej odległości. Polipa za to lubię, swój chłop, szkoda mi go nawet, a i tak wykazał się świętą cierpliwością. Wszystko bardzo git.
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
alfonsyna, cóż Wiwat jest chyba adorowany wystarczająco. Wywód zacny. Zmienię, bo kompletnie pod tym kątem nie umiałem spojrzeć.
Dzienx

(już blisko)
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
Jamci-Ritha-Alfonsyna - poprawiłem. Dziękuję.
Odpowiedz
~marok 7 m.
Dobra nadrabiam. Zaznaczam że podobało się i lecę dalej
Odpowiedz
*Canulas 7 m.
marok, dzienkson
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin