Pięćset mil do domu — część XXV Wronie Baśnie — część V (ostatnia)

Pięćset mil do domu — część XXIV

 

 Link do części XXIII: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2439

 

 IV

 Mężczyzna wyszedł na słońce, przeciągnął się, zlustrował wzrokiem najbliższe otoczenie i wysmarkał nos. Potem, mając to niejako w DNA, podrapał jajca i przylizał pozlepiane włosy. Zwrócił uwagę na niekształtną breję niemal już doszczętnie wsiąkniętą w piach. Podszedł do skał, wlepiając gały w ziemię.

 Wszystko było zryte i wyjeżdżone. Ślady sugerowały, że nie dalej jak przed dziesięcioma minutami parkowało tutaj z piętnaście, może nawet do dwudziestu maszyn. Wokół pełno petów, puszek czy buteleczek. Plamy paliwa na ziemi i zapach zioła wgryzający się w nozdrza. Sześćdziesiąt sześć procent raju.

 Zaczął przechadzać się pomiędzy tym wszystkim jak urzeczony. Otumaniony swobodą. Oczarowany nagłą świadomością, że już nie musi iść z pochyloną głową i widzi dalej, niż na pieprzone trzy jardy. Nie zginął, nie umarł, nie padł. Ukrop, jego jedyny przyjaciel, wyciągnął najniższą kartę w tej wyliczance i wykupił ich wszystkich. Teraz tam leży i gnije. Na twardej ziemi, w ciemności, pośród skał.

 Nie dalej niż trzydzieści jardów stąd.

  Usłyszał za sobą ruch i się odwrócił, nawet nie rejestrując faktu, że trzyma wycelowaną w kierunku dzieciaka broń. Pewne automatyzmy nie wychodzą z użycia. Trików wyuczonych za szczenięcia nie zapomnisz ot tak.

 Mały do niego podbiegł i – tego Wiwat nie kumał – przytulił się. W pierwszym, panicznym ataku chciał dzieciaka odtrącić, krzycząc, że nie jest ciotą, ale ostatni nieprzepalony w mózgu zwój go przyblokował. Poczekał więc dzielnie, lecz kiedy malec trochę się uspokoił...

 — Po kiego grzyba żeś wylazł?

 Chłopiec wykrztusił cichutko brzmiące: "przepraszam". Następnie, nieco spokojniej, wyjaśnił, co też miało miejsce. Cały się trząsł, lecz opowiedział wszystko ze szczegółami. Na koniec prawie zapłakał i znów się próbował przytulić. Tym razem jednak Wiwat był przygotowany i wyciągając przed siebie ręce, zatrzymał dzieciaka w pół drogi.

 Ukucnął.

 — Słuchaj — zaczął dyplomatycznym głosem. Następnie potrząsnął chłopcem i niejako wbrew sobie, otarł mu buzię z łez. — Powiedzmy, że trochę ci wierzę. Znaczy… Wierzę, że ty wierzysz, że tak było. Zostałeś sam, w ciemności, z martwym ciałem. Mogło ci się wiele tam wydawać. Nie twierdzę, że kłamiesz, czy coś, ale są środki, po których się nie takie cuda widywało. Zaufaj mi. Dobrze wiem, o czym mówię.

 Chwilę jeszcze pogadali, a na końcu zakapior wręczył smykowi nóż. Zrobił to z pietyzmem, mówiąc, że ten Stag Horn ma już na swym koncie siedem dusz i kiedyś, gdy mały podrośnie, siądą se przy browarku i Wiwat mu wszystko opowie. Przytoczy historie, w jakich ten nóż brał udział. Opisze każdą z najdrobniejszymi szczegółami.

 Co jakiś czas mały Bix zerkał w otchłań tunelu, ale martwy mężczyzna nie wyszedł na światło dzienne. Uznał więc, że faktycznie, mogło mu się co nieco tam wydawać.

 Słysząc te słowa, Pan Skorpion wykrzywił usta w uśmiechu i zbił z nim (ponownie zbyt mocno, ale tym razem tylko trochę) żółwia. Potem wstał, pytając chłopca, co sądzi na temat tej plamy. A dokładnie – na temat wyżłobionych w piachu kolein. Czy nie wyglądają, jakby kogoś ciągnęli? Chłopczyk wzruszył ramionami i odparł zbiorczo, że nie ma w sumie pojęcia. Pan Skorpion jednak mocno nad tym dumał, tkwiąc w zawieszeniu przynajmniej pięć długich minut. Gdy skończył, spytał dzieciaka, czy ten się nie boi zostać sam. Malec odparł, że nie.

 — Poważnie, Bix. Tu już bez pierdzielenia. To nie żarty. Pójdę sprawdzić, ale masz tu zaczekać. Nie wołać mnie, nie przybiegać! Rozumiesz?

 Skinięcie dziecięcej głowy przyniosło im obu odpowiedź.

 — U mężczyzn liczą się słowa — zawyrokował Wiwat. — Dasz mi swe słowo chłopcze, że tu zostaniesz?

 Mały wystawił piąstkę, nie bacząc na to, że kolejny, niewprawnie przybity żółwik ma dużą szansę pogruchotać mu rękę. Kiedy Pan Skorpion uderzył, niemal nie zabolało.

 — W porządku — oświadczył chłopiec. — Ma je pan.

 

 V

 Wiwat ruszył po śladach i… wpadł na nich nie dalej niż sto pięćdziesiąt jardów od wyjścia z jamy. Siedzieli wśród skał i palili. Cudowny zapach maryśki wywlekał mu aż kieszenie na lewą stronę.

 Motocyklista podkradł się na jakieś piętnaście jardów, jednak pogrążeni w dyskusji mężczyźni czuli się bardzo pewnie. Pili browary, walili skręty i zakąszali jakąś kurewsko dobrze pachnącą chabaniną. Trzy powody, by tych chłystków udupić, ale żaden na tyle poważny, by ich zabić. Ten zaś objawił się Wiwatowi nieopodal, w postaci łopaty wbitej w skopaną ziemię. Świadectwo tego, że kogoś tu przed sekundą pochowano.

 Rozmawiali.

 — Ja to mam pełno takich rozkminek — ogłosił z dumą pierwszy, któremu zza sterty głazów wystawała jedynie dłoń ze skrętem. — Na przykład, o tym typie od krowy.

 — Typie od krowy? — zapytał drugi, którego dla odmiany w ogóle nie było widać. Tylko jego kładący się na ziemi cień, sugerował, że facet nosi kapelusz z szerokim rondem.

 — No. Zawsze się zastanawiałem, co robił z krową ten gość, który pierwszy odkrył, że daje mleko?

 Wiwat zobaczył poprzez odbicie w cieniu, że kapelusznik przyssał się do butelki, którą następnie przekazał swemu koledze. Ten również pociągnął łyk.

 — Pewnie ją ruchał — stwierdził Kapelusz całkiem bez przekonania.

 — Taaa. W środek tarczy. — Rozpromienił się ten, którego dłoń była ciągle widoczna. — A ty, nie masz rozkminek? Wiesz, bez obrazy, ale nie wyglądasz na bystrzaka. Prędzej na kogoś, kto jest zadowolony, gdy nie popierdoli rękawiczek przy wciąganiu.

 Tamten się żachnął i chwilę siedzieli w milczeniu. Pili, palili, jedli w kompletnej ciszy. W końcu ten uznany za przygłupa postanowił jednak zawalczyć o dobre imię.

 — Nie no, co ty, Trix. Mam rozkminki.

 Chyba byli już dobrze upaleni, bo Trix się aż zapowietrzył. Rżał, przestawał, potem od nowa rżał i znów przestawał. Zdołał się opanować po czwartej takiej pętelce.

 — Taaa. Jakie? — spytał i nie czekając na wyjaśnienia, ponownie wybuchnął śmiechem. Kolejna minuta upłynęła na nieudolnych próbach tamowania rechotu. Przez ten czas Wiwat jeszcze podszedł o kilka kroków. W końcu Kapelusz uznał, że musi interweniować.

 — No, kurde. Choćby takie, że na chuj japońscy piloci, ci kamikadze, zakładali te hełmy, co? Na chuj je wciskali na łby, jak i tak mieli się brawurowo rozpierdolić o statek?

 Śmiech się urwał, dłoń znad skał zniknęła. Do Wiwata doleciał osobliwy, wgryzający się w nozdrza, zapach.

 — Dobra ta twoja rozkmina — rzucił kamrat z uznaniem. — Całkiem w skalpel.

 — W co?

 — Noo, w skalpel. Znaczy, że ostra taka. Celna.

 — No, ale kurwa na chuj?

 Następny ściągnięty mach, przepłukany kilkoma łykami wody, zapewne z kreseczką nad o. Solidna porcja bluzgów, wymieszana porcjami końsko-brzmiącego śmiechu.

 — Zapytajmy Aladyna — zawyrokował Trix. Następnie zawołał kogoś o tej ksywie, pytając, czy ten długo będzie jeszcze srał. Wiwat wytężył umysł, by łatwiej było określić źródło potencjalnej odpowiedzi. Ta nie nastąpiła, ale Trix był uparty i po trzeciej z kolei próbie, ktoś odkrzyknął, że nie. Motocyklista w ciszy się wycofał.

 Kilka minut później miał już doskonały widok na masturbującego się nad ciałami gościa. Gruby, obleśny koleś, stał w samych butach i kapeluszu na głowie, kręcąc fujarą do taktu trzech martwych ciał, nad którymi już tańczyły muchy. Wystawał pod samo słońce, jęcząc ochrypłym głosem, a zasrane gacie walały mu się u kostek. Jego spuchnięta, bardziej niż blada twarz i wielkie uszy, dawały obraz kogoś, kim można by straszyć szkraby, żeby żarły brokuły na obiad czy piły tran. Stojący za nim Wiwat uznał, że pojebanie osiągnęło właśnie wynik ośmiu w dziesięciostopniowej skali. Następnie przyjrzał się uważniej i przysłuchał. Kiedy zrozumiał, że to odcięte głowy wydają połowę jęków, pojebanie rozpieprzyło skalę w drobny mak.

 Wyjął nóż, bo nie był takim idiotą, żeby oddawać chłopcu swój ostatni. Następnie podszedł, przystając za plecami tego zjebanego pojebańca, który usłaną krostami dupą rześko wywijał na boki. Jedna z odciętych głów należała do Jimmego B – gościa, którego nazywali B.J. Jimmy.

 — Aladyn, tak? — szepnął spokojnym głosem. — Widzę, że mimo krótkiej lampy, lubisz ją pocierać.

 — Ja nie… — wydusił grubas i tyle go tutaj było. Upadł, zarzęził i zmarł. Wiwat zaś podszedł, wyjął swoją kiełbasę i naszczał mu prosto na twarz. Trix znów zapytał, czy długo, kurwa, jeszcze, bo mają tutaj temacik do obgadania.

 Sikający schował ptaka z powrotem i z bliska przyjrzał się głowom. Poszatkowane ciała w nieładzie tworzyły stos, lecz bańki leżały w rzędzie. Dwie należały do nieznanych mu mężczyzn, trzecia zaś do Jimmy’ego. Ze wszystkich dolatywał słaby dźwięk.

 W pierwszej chwili chciał podnieść za włosy czerep B.J’ Jimmy'ego, ale gdy się nachylił, jakoś nagle mu przeszło. Odkopał więc tamte dwie na bok, by nie leżały tak razem. Potem przyjrzał się kupie z ciosanych gnatów, amputowanych części i co tam jeszcze Bóg zesłał, łapiąc się na tym, że nie dostrzega w tej makabrycznej plątaninie kończyn swego kompana. Założył więc, że zostały zagrzebane w miejscu, gdzie widział wbitą łopatę. Następnie naszła go myśl, że pewnie i ten zestaw czekał na zasypanie, zaraz po tym, gdy pojebaniec Aladyn skończyłby je nakrapiać kindybałem. Zrobiło mu się zarazem przykro i dość wesoło. Trochę się wściekł, a trochę też wyluzował. Może to trawa, a może taki już był? W każdym razie poczuł się wręcz przekurewsko dziwnie. Pokręcił głową i splunął jeszcze flegmą na golasa.

 — Kurwa, widziałem wszystko — skwitował szeptem z mieszaniną zakłopotania i ekscytacji. — Naprawdę, do chuja pana. Czuję się, jakbym obszedł na kolanach cały świat.

 Następnie otarł nóż i wrócił do tamtych dwóch.

 

 Link do części XXV: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2554

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 9

Opis:

Dodano: 2020-03-30 20:30:51
Komentarze.
~JamCi 6 m.
Zwrócił uwagę na niekształtną breję niemal już doszczętnie wsiąkniętą w piach - przecinek trza by?
za plecami tego zjebanego pojebańca - idem per idem, warto jedno zmienić
Konsekwentnie coraz bardziej po....ne.
Czekam na dalej. Bardzo.
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
JamCi - już tera dostawię to raz-dwa. Bez jakichś większych przerw
Dziękować
Odpowiedz
~JamCi 6 m.
Canulas odszczekuję z przecinkiem. Hau hau hau. Nie trza.
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
JamCi o proszz
Odpowiedz
~alfonsyna 6 m.
Bix - uwielbiam go!
"Wiwat uznał, że pojebanie osiągnęło właśnie wynik ośmiu w dziesięciostopniowej skali" - też tak pomyślałam, ale w ogóle mi to nie przeszkadza xd
Cały czas mnie to fascynuje coraz bardziej - co się tam tak naprawdę odpierdala, bo po jednej dziwnej akcji następuje kolejno z pięć jeszcze dziwniejszych. Więc będę czytać choćby i po to, żeby się wreszcie dowiedzieć, w czym rzecz. No i dla Bixa.
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
alfonsyna, noo, boję się, żeby na końcu nie bylo: "to już, tyle?" 🦔

Odpowiedz
~alfonsyna 6 m.
Canulas cóż, zawsze jest takie ryzyko... ale nie biorę go pod uwagę obecnie
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
ajć
Odpowiedz
~JamCi 6 m.
Hyhyhy idem per idem razy dwa: Linkas na końcu kieruje do... początku.
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
JamCi aaaaaa, kurde. Znowu
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
"Usłyszał za sobą ruch i się odwrócił, nawet nie rejestrując faktu, że trzyma wycelowaną w kierunku dzieciaka broń. Pewne automatyzmy nie wychodzą z użycia. Trików wyuczonych za szczenięcia nie zapomnisz ot tak" - to git

"Chwilę jeszcze pogadali, a na końcu zakapior wręczył smykowi nóż. Zrobił to z pietyzmem, mówiąc, że ten Stag Horn ma już na swym koncie siedem dusz i kiedyś, gdy mały podrośnie, siądą se przy browarku i Wiwat mu wszystko opowie. Przytoczy historie, w jakich ten nóż brał udział. Opisze każdą z najdrobniejszymi szczegółami" - Wiwacik umie obsługiwać dziecki (ps. obadaj czy "se" nie zamienić na "sobie", to narracja nie wypowiedź, więc skłaniałabym się ku zmianie)

— No. Zawsze się zastanawiałem, co robił z krową ten gość, który pierwszy odkrył, że daje mleko? hahaha, no taa xd dobre xd

"Wiesz, bez obrazy, ale nie wyglądasz na bystrzaka. Prędzej na kogoś, kto jest zadowolony, gdy nie popierdoli rękawiczek przy wciąganiu" teraz to szczególnie ważne, gdy trza zakupy w rękawiczkach

Może się czepiam, ale raz jest Kapelusz w cudzysłowie, raz bez:
— Pewnie ją ruchał — stwierdził "Kapelusz" całkiem bez przekonania.
W końcu Kapelusz uznał, że musi interweniować.

"Stojący za nim Wiwat uznał, że pojebanie osiągnęło właśnie wynik ośmiu w dziesięciostopniowej skali" - otóż to

"który usłaną krostami dupą rześko wywijał na boki" xd

" — Aladyn, tak? — szepnął spokojnym głosem. — Widzę, że mimo krótkiej lampy, lubisz ją pocierać" - hahaha, imię widzę nieprzypadkowe

"amputowanych części, i co tam jeszcze Bóg zesłał" - nie wiem czy ten przecinek jest potrzebny

Bardzo dobra część, pamiętam, nie sposób zapomnieć, wyraziste sceny, fajne słownictwo, Wiwacik jest wszystko, co trzeba.
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
Ritha no dobra, trza się zabrać za poprawianie. Z większością się zgadzam, ale narracyjne se zostawię, gdyż w narrację niejako wplotłem wypowiedź, choć nie została rozpisana dialogowo. Resztę już ogarniam.
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
Linkacz na dole jest napsuty
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
Ritha naprawię.
Odpowiedz
~marok 6 m.
Kurde, dowaliłeś tych części sporo, jest co czytać. Lecę dalej, tu bardzo fajnie.
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
marok e, tam. Po prostu są.

Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin