Czerwony Kur i Spalony Las Opowieści z prerii

Udar

 "Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny." - Mt 25, 1-13

 

 Rozpoznanie.

 

 Zaczęło się niewinnie. Tak niewinnie, że nawet nie zwróciłem na taki szczegół uwagi. Prawym kątem, prawego oka zaniewidziałem, ale tak tylko troszkę. Jakby mi śpioch zaszedł bokiem. Zaszedł mnie bokiem, prawym okiem, z malutkim przytupem. Kto by się przejmował? Jednak szedł dalej, taki malutki pielgrzym, poszukiwacz "niewiadomoczego". No czego tu u mnie szukasz kolego? Czy ja ci zrobiłem co złego? Ale wlazł, z buciorami, nie pytając nikogo o pozwolenie, lazł co raz to śmielej. Ani myślał, żeby wyjść, rozpanoszył się, a mnie chwyciła zadyszka.

 Nie, nie od tego. Musiałem wyłazić po schodach. Chamskich schodach, wysoko, wysoko, prawie do nieba bram i zadyszka. Nie spodobało się to mojemu szefostwu. Co on se tak dyszy? Kto mu na to zezwolił? Jeszcze nam tu umrze albo co i kłopot gotowy. I będzie na nas! Dodał ktoś cichcem.

 Polazłem zatem z tych schodów do lekarza. Bylejakiego, aby lekarz i nie za daleko. Po co mi daleki lekarz, chcę bliskiego, rodzinnego, najlepiej fajnego i milutkiego.

 Zdziwienie lekkie, no jak to? Mieszka pan tam, a zgłosił się pan tu? A tak, bo mi się tak spodobało, bo mam blisko do pracy i z pracy. Ale co tam, odpisano, spisano, sporządzono kartotekę, gadano do mnie panie Pesel. Nie po nazwisku, broń Boże! Bo Rodo, tak już się do pacjentów nie godo. Po europejsku ma być.

 Dobra, ok, można i światowo, co mi tam. Grunt, że kolejek nie ma, nie trzeba na nic czekać. Tylko raz przez moment czekałem, no bo jak to możebne, by w przychodni nic nie czekać? Koniec świata musowo. Poczekałem więc chwilę na babę od EKG, nawet chciałem już wyjść, bo drzwi zamknięte, zero informacji, nie wiem właściwie, na co czekam, więc zbieram się do wyjścia. Co będę czekał po próżnicy? A bo mi tak bardzo zależy? Ale, ale! Ja już idę, tylko minutkę pan poczeka! Jakaś baba dyszy do mnie, bo jej moim dramatycznym krokiem całkiem szyki pomieszałem, a tak miło się plotkowało z koleżanką. No ok, to wracam, kładę tyłek grzecznie na krzesełko i czekam. I doczekałem się. Coś tam wyszło, nie najlepiej chyba, ale i nie najgorzej — praca serca szybka, ciut za szybka.

 Plik recept, lekarka niewzruszona, opowiadam jej o niedowidzeniu, no to do okulisty, niech on się martwi.

 Ba do okulisty. To już nie przychodnia, to specjalista. Kolejki, machlojki, za rok może, jak dobrze pójdzie, trzeba chyba prywatnie, za kasę. No cóż, znalazłem najtańszego, ale znowu czekać, tylko dziesięć dni, a nie trzysta, ale jednak trzeba czekać. No cóż, to poczekam i tak mi się nie pali do specjalisty.

 Pracowałem sobie międzyczasem żwawo, jakby nic się nie stało, no bo nie stało się wiele. Nic nie boli, serce puka, w oku luka, ale mała, czarna tylko cała. I się powiększa, już prawie na pół oka. Coś chyba jednak nie tak.

 Zaszedłem w końcu do okulisty, specjalisty i liczę, że najwyżej za dwie godziny trafię do domu, bo prosto z roboty, jeszcze utytłany nieco, więc trochę zniecierpliwiony czekam. Przymierzają szkła, każą chodzić, spacerować, nie wiadomo po co. Na co mi szkła, skoro niedowidzę? W końcu dorywam szefową, główną specjalistkę i mówię, o co chodzi. Dobrze, dobrze, to zbadamy, ocenimy, wycenimy. Mija kolejne półgodziny, już dreptam trochę, jak by mi się sikać chciało, taka nostalgia za domem mym rodzinnym. Rachunek dodatkowy sto czterdzieści, mam sto trzydzieści, do Żyta nie pójdziemy, mam ulgę, bo dobry klient, płaci ładnie. Ale szefowa zerknęła w wyniki.

 Nie będzie płacenia, enefzet zapłaci, a pan na sygnale na sor niech tramwajem jedzie. Jakie tramwajem, jakie sory? No sory, mi do domu pilno, ale milczę, potakuję posłusznie, biorę skierowanie i idę na tramwaj, choć okrutnie mi się nie chce. Ale jadę, z rozpędu jakby, wypchnięty paniką okulistki-szefowej.

 

 SOR

 

 Miałeś kiedyś captopril pod językiem? Nie? To nie wiesz, co to życie.

 W smaku i konsystencji coś na kształt gnijącego szczura tym to panaceum na problemy sercowe zostałem uraczony przez tłustawą, nie wiem dokładnie, kto to był, dziewczynę po zmierzeniu mi ciśnienia. Nie wiem, o co krzyk i syf pod językiem, skoro mieściłem się jeszcze w skali. Całkiem nawet fajna ona była, pogadaliśmy śmiechowo o różnicach między męskim a żeńskim nadciśnieniem i której z płci bliżej do grobu w związku z tym. Takie tam heheszki, ale tylko dla ludzi z branży, spoza niej, ten trupem przesiąknięty humor, raczej nie byłby strawny.

 Tak, dotarłem na SOR, tramwajem, całkiem sobie na luzie, bez spiny. Mam już doświadczenia SORowe, przerabiałem ten temat przy perforacji wrzodu żołądka. Lecz różnica była jak między piekłem a niebem. Wtedy zwijałem się w bólu, czekając na wybawienie chirurgiczne prawie 24 godziny, gęsty tłum kotłował się wokół mnie, modlącego się o śmierć albo o narkozę. Doczekałem się narkozy, na Wasze (nie)szczęście. Teraz to był raj, owszem, czekanie było, ale w komfortowych warunkach; bez bólu z uśmiechem na twarzy obserwowałem sobie co ładniejsze pielęgniareczki. Szczególnie jedna mi utkwiła w pamięci — wyglądała zupełnie jak przerośnięte, cycate dziecko — mokry sen pedofila. Była dorosła, ale twarzą stuprocentowym dzieckiem, można było z nią grzeszyć, nie grzesząc.

 

 Badania, badania, badania. Nawet tomografia łba na szybko. Wstrzymaj oddech, oddychaj i zabawne buźki z polikami, pokazujące jak ma to wyglądać. Wjazd i wyjazd spod wirującej tarczy machiny magnetycznej. Czy aby nie mam czegoś metalowego? W głowie nie, ale w kostkach tak. Złamałem je swojego czasu na ciężkim pijaku, obydwie naraz, a co, jak już łamać, to konkretnie. Zostały mi tam wszystkie śruby, wkręty, blachy, nity i kołowrotki. Terminator wyklęty na trzy spusty zamknięty. To ja — odwieczny fan Lema, jak mnie robaki zeżrą, to zostaną po mnie te śrubki.

 

 Pamiętacie, że byłem przed sorem u okulisty? Że to on mnie pognał na sory? Owszem, przeglądnęli papiery, pokiwali głowami, co to ma być. Szybciutko do naszego okulisty, on zbada konkretnie. Ok, niech bada.

 Powiem wam, że bardzo przyjemne było to badanie. Mimo że znów atropiną w źrenice, wróć, teraz już jej nie stosują, ale czymś atropinopodobnym w każdym razie. Zniósłbym wiele więcej, bo ta okulistka...ech, z taką zgrzeszyć to nie grzech, ech. Normalnie aniołek, delikatna i słodka, i tak bliziutko twarzyczka, że małom jej nie okradł z całuska w ten pyszczek milutki. Tak, stary, grzeszny cap i całuski by podkradał i to w jakiej sytuacji — gdy dziewczę misję badawczą dna oka wykonuje. No jakże to tak? Słychane to rzeczy? Ale korcił ten pyszczek delikatny, uśmiechnięty, milusi, oj korcił niecnie.

 

 Udar niedokrwienny lewej półkuli. Jak to ładnie brzmi, poważnie, tak jakoś nobliwie. To nie byle co. To nie katar sienny albo nietrzymanie moczu, taką dolegliwością dokonaną (tak to określili — udar niedokrwienny dokonany) można już na salony. I trafiłem na salon, elegancko zawieziony, prawie na rękach wniesiony na salę chorych nr 5, na oddział udarowy. Znałem ten szpital, miał złą sławę — umieralnia, krążyła o nim fama. Mało kto z niego wychodził żywy. Na mnie jednak nie zrobiło to większego wrażenia, że akurat tam. Przecież w gruncie rzeczy nic mi nie jest. Pobędę sobie, odpocznę. Ekstra dodatkowe wakacje. Tylko jak będzie z paleniem. Miałem półtorej paczki i jeszcze nawet z tego deputatu ani jednej sztuki nie wypaliłem. No cóż, zobaczymy.

 

 

 Hospitalizacja.

 

 

 Sala z tych mniejszych. Na największej, długiej prawie jak cały oddział, były najcięższe przypadki. I przemieszani: mężczyźni z kobietami. Pewnie wychodzili z założenia, że w takim stanie nie seksy im w głowie, skoro w głowie dziura. Ja byłem tylko w męskim towarzystwie. Trafiłem późnym wieczorem, jeden z delikwentów ostro piłował zatęchłe powietrze narowistym chrapaniem z przerwami na bezdech senny. Taak, już mi się tu podoba. Ulokowano mnie przy samym grzejniku, który imitował piekło na ziemi. Ukręciłem mu łeb nieco, bo dyszał na mnie żarem. Zaległem na łóżku.

 

 Usnąć nie było łatwo, zmiana sypialni zawsze u mnie wywoływała dyskomfort. No i te odgłosy. Hałaśliwa bieganina personelu medycznego plus porykiwania senne współlokatorów. Spali jak zabici. Ja zawsze miałem wyostrzony słuch, nie wiem po co, dlatego w domu używałem stopperów. Tu nie miałem tego dobrodziejstwa. W końcu jednak usnąłem, nie miałem zwykłego stresu, że się nie wyśpię i będę nieprzytomny w robocie. Tu mogłem spać całą dobę z przerwami na praktyki okołomedyczne. To mnie uspokajało, dawało komfort psychiczny, pozwalało w końcu usnąć, mimo zespołu ucha wrażliwego.

 

 Dzień w szpitalu jest nudny jak flaki z olejem. Stwierdziłem to ze zdziwieniem. Nigdy tak tego nie odbierałem, zawsze miałem czas wypełniony po brzegi. Cierpieniem, tak, cierpieniem. To brzmi górnolotnie i tak jakoś pretensjonalnie, ale taka jest prawda. Cierpiąc, nie ma się czasu na nudę, ból i inne nieprzyjemności wypełniają cię po brzegi. Skupiasz się na sobie, otoczenie jest tylko mizernym dodatkiem do bólu, do niewygód. Bo przeważnie masz w sobie pełno rurek — odprowadzających, doprowadzających, skutecznie cię krępujących we wszelkiej innej aktywności niż tylko ból i delektowanie się nim.

 Teraz tego nie było. Samo niedowidzenie nie boli, uszkodzenia mózgu wcale, zero ostrzegawczych sygnałów. Czyli pozostaje nuda plus monotonny i powtarzalny kołowrotek zdarzeń wokół ciebie. Ach! Byłbym zapomniał. Brak pytań o stolec. To było coś niesamowitego. W każdym innym szpitalu, jako dodatek do dzień dobry, a czasem nawet zamiast niego, odwieczne, regularne, wypowiadane wręcz odruchowo, pytanie: czy był stolec. Nawet śliczne dziewczątka o to pytały, aż głupio, he he. Wchodziło to jakoś im w krew, stanowiło odruch Pawłowa, aż ciekła im ślina jak psom.

 Tu tego nie było. Nie wiem czemu. Może neurologia jest ponad tak przyziemne pytania? Może dlatego, że większość ich kuracjuszy i tak by im nie odpowiedziała? Nie wiem, a zapomniałem się spytać. Teraz będzie mnie to gnębić. Czemu ani razu na tym oddziele nie padło to jakże ważkie, wręcz kluczowe pytanie: czy stolec był.

 

 Jedynym, atrakcyjnym momentem były studentki. Medycyny najpewniej, bo jakie by inne? Studenci też byli, ale jakoś szybko mi ulatywali z myśli i uwagi. Taak, znowu o dziewczątkach, ale po prostu to była przyjemna odmiana po szarościach dnia.

 Wprawiały się na nas, a my z przyjemnością poddawaliśmy się ich zabiegom edukacyjnym. Mierzyły nam ciśnienie, nie pytały o stolec, miały fikuśne termometry: wysyłały światełko i sczytywały z czoła temperaturę. Taak technika poszła do przodu. Roześmiane, wprowadzały wesołą atmosferę swoimi, czerwonymi strojami. Nie mam pojęcia, czemu akurat czerwonymi — tajemny szyfr Masonerii. Robiły też z nami inne hece, jakieś pseudo ćwiczenia, podnieś ręce, podnieś nogi, zjedz pierogi (nie, pierogów niestety nie było) i inne takie, pewnie służące temu, by określić stan naszego spierdolenia mózgowego. Ja dawałem radę, tylko przy chodzeniu, głowa mi nieco zbaczała w prawo, ale miałem do tego prawo — niedowidzenie. I tak to się kręciło pomalutku.

 

 Oczywiście, były też obchody lekarskie, prawie jak pochody pierwszomajowe. Codziennie, około dziesiątej rano, cała świta na czele z ordynatorem, o lekko łysiejącym czole. Żwawy, wysoki, blondynowaty, przystawał, rzucał komendy, ostre, wojskowe. Mało kto na nie reagował, wcale go to nie peszyło, profesjonalista. Zgadza się, tak właśnie miało być, bez reakcji, bo udar przecież, konkretny, a nie taki jak mój, byle jaki.

 Czułem się trochę, jak intruz wśród tych chorych prawdziwie, ale do mnie też podchodził z powagą, życzliwością jakąś, nie krzyczał wojskowo — nie było potrzeby. Pytał tylko, czy nie gorzej aby, jakby tego mu brakowało ociupinkę. Musiałem go zawodzić, nie miałem dobrej nowiny, że np. padło mi na mowę, albo choćby na nogi. Bełkotałem tylko przez braki dentystyczne, nie neurologiczne, no nic ciekawego. Co go to obchodzi, więc obchodzi nas dalej, zamaszyście, ciągnąc za sobą świtę. Przy mnie na chwilkę został jakiś młokos, szepnął mi intymnie, jakby się wstydził nieco, że będzie moim lekarzem prowadzącym i tyle ich było.

 

 

 Hospitalizacja - pacjenci

 

 Fluktuacja pacjentów była spora. Mało który zostawał dłużej niż tydzień. Były wyjątki: piłujący powietrze, prawa połowa sparaliżowana; jakiś facet, który w pampersie mało co kontaktował, coś tam gadał, ale tylko w sobie zrozumiałym narzeczu i taki, który nic nie gadał.

 Do pierwszego, tego piłata, przybiegała żonka. Wybitnie wytrenowana w posłudze, żwawa, zrywna, nerwista, jeszcze całkiem, całkiem. Piłat był w moim wieku: wyprodukował dwójkę synów. Wiecznie jojczący, narzekał elokwentnie, z piękną dykcją, ze swadą oratorską. Widać od razu, że gość na poziomie, nie byle burak.

 Do drugiego, Bełkota, przychodziła córa. Miałem na nią oko, ale z gadki raczej plebs, więc straciłem wszelkie ochoty. Raz Bełkot miał zlot, naprzychodziło ich trochę. Jeden z nich, z aparatem przy krtani, coś tam szemrzał elektronicznie, chyba miał coś w gardle wycięte. Walił ostro wieśniakiem. Bełkot był w stanie wypowiedzoieć w miarę czytelnie tylko jedną frazę: "Dajcie mi piwo!" ale za to tubalnie, na cały oddział, z echem i pogłosem. Oczywiście, wiocha miała z tego ubaw i brali to za oznaki zdrowienia. Tracheotomek już cieszył japę, że wypiją sobie razem i to nie jedno.

 Do trzeciego, Staszka, przychodziły tez wieśniary - siostry. Wyglądały jak zmokłe kruki, przeważnie siedziały, całe na czarno, żałobnie i wpatrywały się w niego milczkiem, łypiąc okiem, czy jeszcze dycha. Pomocne, oględne, siostry miłosierdzia, ale cały czas miałem wrażenie, że tylko wyczekują jego zejścia.

 

 Byli też pacjenci mniej stali. Za mojej kadencji, zaraz na początku, trzech wyszło na wolność, ci mi słabo utkwili w pamięci, ale nawet jakby byli dłużej, też raczej by spłynęli po mnie jak po kaczce woda, byli mało zajmujący - typowi, nudni pacjenci, wdrożeni w rygor szpitalny, działający bez ekscesów i wodotrysków.

 Objawił się dopiero pod koniec, jeden taki, z Wrocławia, gadatliwy, rozbrykany. Miał ze sobą całe mnóstwo rzeczy: jakieś szlafroki, walizki, butów kilka rodzai, ręczniki, sprzęt cyruliczny, toboły i torby, wypchane po brzegi. Zabałaganił połowę sali, potrzebował dwóch siedzisk: fotel i krzesełko. Szafka cała zawalona różnościami, on sam posiadał wielki telefon, smartfon zapewne, którym puszczał jakieś białoruskie audycje, jak nie miał z kim gadać - robił sztuczny harmider. Jak i audycje mu się znudziły, bo nikt nie reagował, to wzdychał ciężko: o Boże, Boże, aby tylko dać jakiś głos, wypełnić czymś ciszę, która widocznie bardzo mu szkodziła.

 Przybył, jako rzekłem z Wrocławia. Można by się dziwować czemu, ale to było poślizgiem. Trafił do Krakowa w całkiem innym celu medycznym - mieli mu żyły, czy też tętnice przepychać, ale facet począł im mdleć, jeszcze przed samym zabiegiem, więc profilaktycznie dali go do nas.

 Nieco później, dołączył jakiś wysoko postawiony inteligent. Suchy, kostyczny, wargi wydatne, pąsowe. Niewielki wzrostem, jakiś trochę pokręcony jakby, starzec na dobrą sprawę - osiemdziesiąt jeden lat to nie w kij dmuchał, mógłby mi ojcować. Żwawy, wygadany, żonkę co zachodziła traktował na podobieństwo psa, albo i gorzej. A przecież hamował się nieco przy nas. Żonka też na poziomie, moim zdaniem, biła go na głowę klasą, no ale to stara szkoła. Kult mężczyzny - pana i władcy, nawet jak on jełop, albo zwłaszcza jak jełop. Od razu mi się z moim starym skojarzył - ta sama szowinistyczna pokraka, niewielkiego wzrostu ale z przerośniętym ego.

 Do nas przymilny, swojacki, kumpelski, szczerzył wielkie zęby, chyba sztuczne, pogadywał, zniżał się do naszego poziomu, ale nic nie dawał odczuć. My byliśmy dla niego odpowiednim towarzystwem, żonką pogardzał i deptał.

 

 Wrocławiak dokleił się do mnie. Chyba mu byłem najbardziej ziomkiem. Mnie drażnił swoim prymitywnym rozpasaniem. Swoistym egoizmem - ja jestem najważniejszy, na mnie skupiajcie swoją uwagę. Ale nie protestowałem, te parę dni z nim wytrzymam, jako niby kumpel. No i tak się kumplowaliśmy na niby przez trzy dni raptem.

 Przetarłem mu ścieżkę "na papieroska". Pokazałem szlak, gdzie można zapalić bez konsekwencji. Inteligencik też do nas dołączył, ale robił to mało dyplomatycznie. Raz wpadł głupio, bo już na sali zaczął się przebierać w kufajki, czapki, szale i szaliki. Akurat była rehabilitantka, fest baba, wysoka, potężna. Zmierzyła go wzrokiem, a gdzie pan się wybiera? Kogucik stremował, ale brnie w wersję, że do sklepiku szpitalnego. A na co mu tak się ubierać, toczy się śledztwo. Tak obserwowałem tę rozmowę, gratulując sobie w duchu, własnej przezorności przy wymykaniu się "na fajeczkę". Nikt mi nie podpowiedział, sam instynkt mną pokierował, by kurtkę z czapką w kieszeni ładnie zwinąć w rulonik i pod pachę, a ubrać na siebie tuż przy drzwiach i tak samo wracając, ściągnąć z siebie fanty tuż za bramą i elegancko z pakiecikiem pod pachą, wrócić na oddział. Wolałem bezpiecznie i bez zbędnego stresu.

 Kogucik był wielce obrażony, piał przez chwilę, że w więzieniu siedzimy chyba. Ja milczałem, ale satysfakcję miałem.

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: @nuncjusz
Kategoria: wspomnienia

Liczba wejść: 1

Opis: Oparte na faktach
'''
Teraz widzę, w cholerę tu literówek i innych byków, ale od razu uprzedzam.
Nie wiem, czy będzie mi się chciało to poprawiać
Dodano: 2020-04-01 17:16:17
Komentarze.
~JamCi 4 m.
Oooo fajnie, że napisałeś. Ciekawa opowieść.
Odpowiedz
~JamCi 4 m.
Hyhyhy fajne zapisy zakusów panienkowych :-)
Odpowiedz
@nuncjusz 4 m.
JamCi taaa. Zawsze miałem brudne myśli, nawet podczas udarów
Odpowiedz
~JamCi 4 m.
nuncjusz hahhahah czyli udar Cię nie pozbawił bycia sobą :-)
Tam zara brudne. Ochotne ;-)
Odpowiedz
*Canulas 4 m.
Nuncjusz ma mocno zdroworozsądkowy stosunek to istoty bytu i związanej z nią kruchości.

Se odświeżyłem. Nie wiem. Opowiadasz tak na luzie i w ogóle, ale i tak jest to kurewsko creepy.
Odpowiedz
~alfonsyna 4 m.
Tak lekko i z przymrużeniem oka o tych w gruncie rzeczy poważnych sprawach - to wymaga jakiegoś luzu i dystansu. Tu go widać i chyba dlatego tak się to dobrze czyta. Choć faktycznie, w niektórych momentach się robi creepy, jako rzekł był Canulas.
Odpowiedz
~jagodolas 4 m.
Kurcze - zajebiste. Myślełem że nie przeczytam przez długość, ale wciągnęło mnie. Na.początku gry słowne - bardzo mi przypasowały. Miałem potem momentami skojarzenia z Gombrowiczem. Nie przez gry słowne, ale przez takie inne coś. captopril pod językiem - raz w życiu miałem - sflaczałem po tym nieco. Ciekawe obserwacje, no i fajny myk obracania sytuacji niełatwych w rodzaj żartu. Fajne
Odpowiedz
~alka666 4 m.
Fajny tekst. Motyw z tramwajem aż mną wstrząsnął.
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
Tytuł plus cytat już robi robotę. Odświeżę sobie i ja!

"gadano do mnie panie Pesel"
Fajnie się rymuje tu i ówdzie, dodaje lekkości trudnemu tematowi.

"Nic nie boli, serce puka, w oku luka, ale mała, czarna tylko cała. I się powiększa, już prawie na pół oka. Coś chyba jednak nie tak" - Jezu, to brzmi naprawdę strasznie

Tramwajem na SOR Złoto.
"W głowie nie, ale w kostkach tak. Złamałem je swojego czasu na ciężkim pijaku, obydwie naraz, a co, jak już łamać, to konkretnie" Jezu xd
"jeden z delikwentów ostro piłował zatęchłe powietrze narowistym chrapaniem z przerwami na bezdech senny" Jezu xd
"Do drugiego, Bełkota, przychodziła córa. Miałem na nią oko, ale z gadki raczej plebs, więc straciłem wszelkie ochoty" xd
"byli mało zajmujący - typowi, nudni pacjenci, wdrożeni w rygor szpitalny, działający bez ekscesów i wodotrysków" xd

Dużo fajnych opisów, zwłaszcza towarzyszy niedoli, lekki, przyjemny tekst o nieprzyjemnej (i niebezpiecznej) sytuacji. Jak to mówią - wszystko dobre, co się dobrze kończy
ps. Wrzucaj czasem jakieś starocie! Brakuje Twoich zabawnych opowiastek
Odpowiedz
@nuncjusz 4 m.
Taa Dzięki wszystkim za wybitne i łechtające mnie miło komentarze.
Nie wrzucam, bo mi się wydaje, że wszyscy znają moje teksty prawie na pamięć.
Może skoryguję ten osąd i wrzucę coś za jakiś czas
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
nuncjusz skoryguj
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin