jasno ciemno
Przypalony świat 1z2 TW#5 - Supermarket czerwonych utrapień (2z2)

TW#6 - Tam, gdzie Emmy się uśmiecha

 Postać: Czarny rycerz

 Zdarzenie: Mikroświat w brudnym kubku

 Efekt: Niech Twój bohater/terka będzie gigantem/tką.

 

 

  Za siedem czwarta słońce zakryła gęsta warstwa chmur, a na zachodzie niebo przeszyła błyskawica. Efekt był widowiskowy i głośny na tyle, że Garston na dobre zapomniał o zmęczeniu. Było to o tyle istotne, że prowadził starego Chevroleta z dziurawą jak ser szwajcarski paką, na której radośnie podskakiwały cztery pudła pełne porcelanowych kubków. Garston wyłożył środek pakunków folią bąbelkową, po czym odmówiwszy krótką modlitwę na wszelki wypadek, wsiadł do auta i odjechał w stronę Lorry Becket and Funny Hat. Droga była prosta i gładka jak tafla jeziora. Stary pick-up płynął po niej mimo agonalnych zawodzeń dochodzących z silnika. Trasa przecinała pustkowia mieszające się z polami uprawnymi. Dla zabicia czasu Garston grał z samym sobą w Widzę Dom. Za każdym razem remisował, ale ostatni kwadrans przed dojechaniem do pierwszego od dawna skrzyżowania zleciał szybko. Zatrzymał auto i przepisowo rozejrzał się w lewo, a potem w prawo. Drogi świeciły pustkami. Wszystko wyglądało jak scena z filmu postapokaliptycznego. Gęste, szare masy chmur przypominały te zwiastujące nuklearną zimę. Garston podskoczył na fotelu, kiedy usłyszał rozchodzące się lekko echo uderzenia w bok auta. Blaszany pogłos zmroził mu krew w żyłach. Głowa z automatu zesztywniała w jednej pozie.

 — Co tam? — usłyszał.

 — Nic. Zupełnie nic. A u ciebie?

 — W porządku. Nie często widuje nieznajomych. Skąd jesteś?

 Moment przełamania był szybki i bolesny szczególnie dla mięśni szyi. Gwałtownie odwrócił się i zobaczył stojącego przy pace faceta w zielonej kraciastej koszuli. Po czerwonej usianej bladymi plamami łysinie spływały krople potu. Mężczyzna przybrał bezemocjonalny wyraz twarzy, przyglądając się z uwagą Garstonowi.

 — Aż tak się wyróżniam? — spytał przyduszonym głosem.

 — Powiedzmy, że mam pewne zdolności obserwatora. Nie jesteś stąd na stówę albo dwie. Pytanie brzmi więc: skąd?

 — Dorrland.

 — Nie kojarzę. Chyba zmyśliłeś tę nazwę na poczekaniu. Co cię tu sprowadza.

 — Wiozę trochę kubków do parku Lorry Becket and Funny Hat.

 Mężczyzna podrapał się po bulwiastym nosie i lekko uśmiechnął.

 — Ta dziura jeszcze kogoś interesuję? Wątpię.

 — Najwyraźniej. Mam nadzieję, że alkohol mają prawdziwy.

 — Nie łudziłbym się. Ja zawsze obniżałem swoje oczekiwania do minimum, a i tak wracałem zawiedziony. Taki szmat drogi dla kilku kubków? — Miał niejasne, przenikliwe spojrzenie. Może chciał wyczytać co nieco z myśli, choć prędzej wyglądało to, jak stan przed jakimś udarem.

 — Płacą, to jadę. Nie lubię dzikiego zachodu, ale dla pieniędzy można zrobić wyjątek, prawda?

 — Ta, szczególnie jak płacą tyle, że styknie na ratę kredytu za samochód. W każdym razie dobrze, że się spotkaliśmy. Miasteczko ma nową dyrektorkę. Panna Emmy Shout. Okropne babsko. Uważaj na nią, lubi sobie powrzeszczeć bez powodu.

 Garston zdziwił się na samą myśl, że Shendy jednak odpuściła. Rozmawiali o tym kilka razy. Za każdym Shendy miała takie samo zdanie. Odeszła jak mówiła, choć miał nadzieję, że to tylko chwilowe głupie wybory, jakaś zaćma na zdrowym rozsądku. Gorzka rzeczywistość przyszła niespodziewanie.

 — Będę uważał — zapewnił.

 — Taka drobna rada ode mnie. Miałem tę nieprzyjemność gadać z tym blond diabłem. Urodą nie grzeszy, a wyszczekana jak głodny kojot.

 Wrzucił bieg i ruszył. Facet powoli niknął za horyzontem. Garston dusił gaz bez powodu lekko zdezorientowany i nieprzygotowany na rozmowę z głodnym kojotem w ludzkiej skórze. Kiedy miasteczko pojawiło się przed nim, uświadomił sobie, że facet, z którym rozmawiał pojawił się znikąd. W promieniu kilku mil nie było widać ani jednego domu, zupełna pustka. Po plecach przeszedł mu ponownie dreszcz. Miał nawet ochotę zawrócić i sprawdzić, czy mężczyzna nadal tam jest, a może już dawno teleportował się na drugi koniec stanu. Odgonił te myśli i zatrzymał się przed bramą prowadzącą do repliki miasteczka z dzikiego zachodu. Kilka drewnianych budynków, pośrodku piaszczysta droga i dwa plastikowe konie. Jeden uwiązany pod bankiem, drugi medytujący obok studni. Kiedy przechodził obok pierwszego budynku aż podskoczył ze strachu, kiedy przed nosem pojawił mu się gumowy wąż zwisający na lince umocowanej do wędki. Praktyczność i cięcie kosztów współgrało idealnie. Kilkoro facetów krzątało się to tu to tam. Obok stoiska rzeźnika stało dwóch blondynów w kowbojskich strojach. Garston górował nad nimi co najmniej o głowę. Miał prawie siedem stóp, choć nie umiał grać w koszykówkę.

 

 — Dzień dobry — krzyknął, zanim jeszcze go zauważyli.

 — Niech będzie. Kolejny do obsady?

 — Obsady?

 — Do cyrku, obsady, stada. Cholera wybierz sobie synonim. Nowy?

 — Ja od kubków. Zamówienie przywiozłem.

 — Ronnie, to ten czarny rycerz — odezwał się drugi.

 Obaj przeszukali Garstona wzrokiem. Na twarzach nie pojawiły się serdeczne uśmiechy, raczej lekkie obrzydzenie połączone z rozczarowaniem.

 — Ja jestem Ronnie, a to Barney. Miło cię widzieć w naszej obsadzie, czarny rycerzu.

 Garston przytomnie skinął tylko głową i odszedł szukając wzrokiem nowej dyrektorki. Pod nogami przebiegła mu grupa bachorów w różowych kostiumach kąpielowych. Prawdziwy dziki zachód, pomyślał.

 Emmy Shout stała na werandzie, a Garston przez chwilę szukał jakiegoś słowa w głowie, czując narastający niepokój. Faktycznie była paskudna. Miała wory pod oczami i chude, wręcz anorektyczne policzki. Włosy miała sztywne i nastroszone jak wiedźma.

 — Ty od tych kubków? — spytała.

 — Tak. Ale chyba pani ludzie wzięli mnie za kogoś innego.

 — Ci idioci? Na każdego mówią czarny rycerz. Na każdego, kogo nie znają. Dla nich to synonim zagadki, czy czegoś tam. Bóg mnie ukarał, że trafiłam tutaj.

 Kazała mu zanieść kartony do jej biura. Była to drewniana budka wielkości sporej toalety. Na szczęście wystarczająco wysoka, żeby Garston mógł bez problemu się wyprostować. Emmy usiadła za biurkiem. Zaczęła szperać w szufladzie. Kiedy nachyliła się, zobaczył jej piersi. Gdyby wypił trochę whisky wyglądałyby jak worki z piaskiem. Na trzeźwo było jeszcze gorzej.

 — Jak sam widzisz, ten park jest jedną wielką katastrofą. Mamy zero środki, brak sponsorów. Ludzie wykładają kasę z własnych kieszeni, bo podobno kochają to miejsce. Ale wiesz, co ja myślę? — Spojrzała na Garstona ostrym wzrokiem. Oczy ropuchy z zapaleniem spojówek. Nawet się nie zastanowił czy żaby mają spojówki.

 — To tylko przejściowe problemy — stwierdził z udawanym spokojem.

 — Nie próbuj mydlić mi oczu. To cholerny spisek, a ja nie ma dokąd uciec. Wysłali mnie na to odludzie za romans z Urugwajczykiem. Chcieliśmy mieć dzieci, takie słodkie urugwajczątka. Piękne plany i piękne życie. Ale oni mnie zesłali do piekła. — Poczerwieniała ze złości. Na wierzchach dłoni pojawiły się wyraźnie faktury żył. Zacisnęła pięści.

 — Co pani zamierza?

 — Wyjmij jeden kubek. Będzie mi potrzebny.

 Posłusznie odpakował karton i postawił na biurku jeden biały kubek z nadrukiem rewolwerowca. Emmy wsypała do niego resztki fusów z herbaty i trochę lukrecji. Wszystko zgrabnie wymieszała łyżeczką. Wyglądała na kobietę stojącą nad przepaścią, gotową skoczyć w każdej chwili.

 — Nie wiem, czy to pomoże, ale może warto pomyśleć o przeniesieniu całego parku?

 — Nie ma mowy. Już za późno. Teraz czeka mnie nowe życie! Ja pierdolę!

 Chwyciła kubek i uniosła nad głowę. W oczach Garstona Emmy została zassana przed fusy, wrzeszcząc przy tym przeraźliwie. Kubek lewitował potem jeszcze przez chwilę. W końcu opadł na biurko, ale nie roztrzaskał się. Garston wyciągnął ku niemu dłoń i wtedy poczuł, jak powoli odpływa. Znowu ktoś krzyczał. Wszystko wokoło nabrało barw fioletu i żółci. Oba kolory przechodziły przez siebie, tworząc hipnotyzujący tunel którym Garston podążał w nieznanym kierunku na wpół przytomny. Obraz powoli tracił koloryt, aż zastąpiła go tylko szara masa, w którą wleciał z impetem.

 ****

 Ciepła trawa przyjemne otuliła jego twarz. Pachniała sorbetem cytrynowym i truskawkami. Nie czuł większego bólu, oprócz lekkiego łupania w lewym kolanie. Musiał upaść dość niezgrabnie, ale i tak wyjątkowo dobrze, żeby ochronić kręgosłup.

 — Wstawaj, idioto! Jak mogłeś wykorzystać mój pomysł! — Znajomy głos, bolesne kopniaki pod żebra i w uda. Jeszcze przetarł dokładnie oczy. Emmy.

 — Gdzie jesteśmy?

 — Nie wiem. W kubku tak myślę. Ale to był mój pomysł.

 Na słowie kubek Garston zrobił dłuższą pauzę. Byli w kubku. Podała mu jakieś tabletki? Szukał w pamięci obrazu, na którym jakby nigdy nic łyka trochę w ogóle niepodejrzanych kapsułek. Nic, zero. Nie był napruty, nie zwariował. Raczej nie śnił. Emmy z jej brzydotą od razu by zdechła w jego marzeniach sennych rozerwana przez jakaś straż czy coś. A więc jednak. Są w cholernym kubku. Warto się z tym pogodzić zawczasu.

 — Jesteś wiedźmą? — spytał, podnosząc się z ciepłej trawy.

 — Nie, ale wiem co nieco o mikrowszechświatach.

 — Czyli szalony doktorek Emmy. Pięknie. To teraz powiedz mi, jak wrócić do tego normalnego wszechświata.

 — Ja bym nie wracała. — Chyba pierwszy raz odkąd ją poznał, zobaczył na twarzy uśmiech. Był tak szczery, że w pewien sposób krył jej brzydotę. Mniej wiedźmy w wiedźmie.

 Rozejrzał się po okolicy. Było jak w dziecięcym śnie. Nieogarnięta wzrokiem polana. Wszystko pachnące owocami, a niebo czyste, błękitne i na wyciągnięcie ręki, szczególnie dla niego. Mógł pochwycić każdy z obłoków. Zgadywał, że to wata cukrowa. Wziął gryz. Żeberka w sosie własnym. Był blisko.

 — Tak to sobie wyobrażałam — rozmarzyła się. — Świat idealny. Chmury o smaku żeberek i dzieci.

 Zza horyzontu wyłoniła się grupka dzieciaków. Przybiegły do Emmy z roześmianymi buziami. Na głowach miały kapelusze w kształcie truskawek, malin i jagód. Kobieta tuliła każde z nich. Kiedy Garston odwrócił się, lustrując płynące nad nim obłoki, usłyszał płacz. Emmy miała te dzieci kochać, tulić i takie tam. Tak myślał. Z watą cukrową minął się o sto mil, w tym przypadku podobnie. Chłopiec z kapeluszem w kształcie maliny leżał na trawie z odgryzioną ręką, którą Emmy trzymała w dłoniach i obgryzała. Uśmiechała się przy tym szeroko.

 — Jesteś kanibalem?!

 — Nie, ale one smakują przepysznie. Jak owocki. Maliny to moje ulubione. Masz. — Z łatwością oderwała drugą rękę i rzuciła do Garstona.

 Chłopak wrzeszczał coraz głośniej. Inne dzieci nadal skakały z radości, nuciły jakieś melodie. Choreografia tańca nie zachwycała, ale miała swój urok. Garston wziął gryz tuż nad łokciem. Przepyszny, malinowy smak wypełnił jego usta. Ogołocił rękę do kości, która była równie dobra. Smakowała jak budyń śmietankowy w wersji piankowej.

 — Ty miałaś być kojotem. Cholernym, głodnym kojotem — wydusił, przełykając ostatni kęs.

 — Głodna jestem i to bardzo, ale nie jestem kojotem.

 — Spotkałem faceta na drodze. Mówił, że jesteś okropnym i wygłodniałym kojotem.

 Utkwiła wzrok w jego twarzy.

 — Nie wiem, kogo spotkałeś, ale on znał mnie tam. Tutaj jestem innym człowiekiem. Ty zresztą też. Wcinasz w końcu rękę dzieciaka. Bezbronnego bachora. Patrzysz, jak się wykrwawia i się śmiejesz, bo jest pyszny, malinowy.

 Uśmiechnął się. Odpowiedziała tym samym.

 — Emmy Shout faktycznie była cholernie oschłą zdzirą, ale ja już nią nie jestem. Tutaj mam wszystko, żeby wreszcie być szczęśliwą. Nie wiem co z tobą, wrócisz?

 — Nie wiem za bardzo jak.

 — Może kiedyś ci powiem, ale na razie zostań. Może jeszcze zmienisz zdanie. — Złapała skaczącą obok dziewczynkę. Wgryzła się w jej szyję z rozkoszą, upijając krwi. Smakowała jak sok jagodowy.

 — Dasz trochę?

 — Nie, uwielbiam sok jagodowy. Weź tamtą, truskawka też jest dobra.

 — Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. To trochę nierealne.

 — Albo to jest tak nierealne, albo tam wszystko jest zbyt nudne.

 Siedzieli na ciepłej polanie kolejne godziny. Dzieci przybywało. Kiedy w końcu stracili rachubę czasu, na horyzoncie pojawił się szef kuchni niosący kosz pełen lukrecji i pączków z nadzieniem czekoladowym. Garston pomyślał, że facet przyszedł jak na zawołanie. Od jakiegoś czasu zamarzył sobie kilka pączków czekoladowych. Nawet brzydota Emmy nie przeszkadzała mu jeść je jeden z drugim i spoglądać z uśmiechem w jej oczy.

12174 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 39

Opis:

Dodano: 2020-04-05 17:51:56
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
Jaki tytułos! łaaaa, fajny
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
"Było to o tyle istotne, że prowadził starego Chevroleta z dziurawą jak ser szwajcarski paką, na której radośnie podskakiwały cztery pudła pełne porcelanowych kubków" - no fajnie się zaczyna

Co cię tu sprowadza. - pytajnik zamiast kropki
— Płacą[,] to jadę.
Nie lubię dzikiego zachodu, ale dla pieniędzy można zrobić wyjątek, prawda. - tutaj też chyba pytajnik na końcu
W każdym razie dobrze[,] że się spotkaliśmy.

Poprawiaj, zanim przyjdzie Alfonsyna i się napoci. Ja czytam dalej (narracja cudna).
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
Odeszła[,] jak mówiła, choć miał nadzieję

"Kiedy miasteczko pojawiło się przed nim, uświadomił sobie, że facet, z którym rozmawiał pojawił się znikąd. W promieniu kilku mil nie było widać ani jednego domu, zupełna pustka" - to ciekawe

Kilkoro facetów krzątało się to tu ot tam. - chyba: to tu, to tam

"— Do cyrku, obsady, stada. Cholera wybierz sobie synonim. Nowy?" - git
"— Ci idioci? Na każdego mówią czarny rycerz. Na każdego, kogo nie znają. Dla nich to synonim zagadki, czy czegoś tam. Bóg mnie ukarał, że trafiłam tutaj" xd

"Była ta drewniana budka wielkości sporej toalety. Na szczęście była wystarczająco wysoka" - 2x "była"

" — Jak sam widzisz, ten park jest wielką katastrofą. Mamy zero środki, brak sponsorów" - "jest jedną, wielką katastrofą" brzmiało by chyba lepiej, zero środków*
"Ludzie wykładają kasę z własnej kieszenie" - własnych*

"Wysłali mnie na to odludzie za romans z Urugwajczykiem. Chcieliśmy mieć dzieci, takie słodkie urugwajczątka" xd

Wklejam i czytam dalej (bo jak się urwie to nie będzie czasu poprawiać znów, czas goni)
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
"Wyglądała na kobietę stojącą nad przepaścią[,] gotową skoczyć w każdej chwili"

"— Nie ma mowy. Już za późno. Teraz czeka mnie nowe życie! Ja pierdole!" - pierdolę*

"Oba kolory przechodziły przez siebie, tworząc hipnotyzujący tunel[,] którym Garston podążał w nieznanym kierunku[,] na wpół przytomny"

" — Gdzie jesteśmy?
— Nie wiem. W kubku tak myślę. Ale to był mój pomysł" - haha, zajebisty motyw

" — Nie, ale wiem co niego o mikrowszechświatach" - co nieco*
"Było jak dziecięcym śnie" - jak w*
"Kiedy Garston odwrócił się, lustrując płynące nad nim obłoki[,] usłyszał płacz"

Marok, to jest crazy Bardzo, bardzo crazy! Zdążyłam w ostatniej chwili. Podoba mi się pomysł! Narracja również. Nie rozwlekłeś za bardzo, więc git. Piąteczka!
Odpowiedz
~marok 9 m.
Ritha dzięki. Crazy jest bo tak miało być, ale chyba nie przesadziłem, oby nie. Chciałem tak równomiernie, żeby nie zalać tą dziwnością całkowicie.
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
marok nie przesadziłeś, jest ok
Odpowiedz
Tytuł naprawdę fajny
Odpowiedz
A reszta jeszcze lepsza. Wyszło lepiej niż bardzo dobrze
Odpowiedz
~marok 9 m.
fanthomas uuu, miło, że wpadłeś. Dzięki
Odpowiedz
"Nie często widuje nieznajomych" - Nieczęsto (chyba) i widuję;
"Ta dziura jeszcze kogoś interesuję?" - interesuje;
"Mamy zero środki, brak sponsorów" - zero środków;
"W oczach Garstona Emmy została zassana przed fusy" - przez fusy;
"Na słowie kubek Garston zrobił dłuższą pauzę" - jakoś nie ogarniam, jak Garston zrobił pauzę, skoro to Emmy mówiła o kubku - albo to niezbyt jasne, albo ja już mam nieogar
"rozerwana przez jakaś straż czy coś" - jakąś;
"Chmury o smaku żeberek i dzieci" - hmmm, chmury też były o smaku dzieci? Trochę to perwersyjne, czy Emmy już może próbowała jakiegoś dziecka przed tą akcją? xd
Matko boska, jest szaleństwo, ale takie pozytywne, że się w sumie rozweseliłam. Masz swój styl, ewidentnie, czuć go w każdym tekście już, każdy jest jakiś taki Marokowy, że chyba bez podpisu bym rozpoznała. Ale to dobrze, daje to taki przyjemny klimat za każdym razem, teraz też. Ciekawy pomysł z tym zupełnie dosłownie potraktowanym mikroświatem.
Odpowiedz
~marok 9 m.
alfonsyna no pogmatwałem trochę z tym kubkiem, w łowie to zrozumiałem, ale nie pomyślałem, że to tak dziwne będzie brzmieć dla kogoś innego. Za szybko podjąłem decyzję. Dzięki
Odpowiedz
Okejka, Ritha i alfonsyna wskazały ci błędy 🙂
Szalone opowiadanie, w szczególności sam pomysł. Fajnie wpleciony zestaw. Sam mikroświat w kubku. Dzieci o smaku malinowym, no szalone, ale zarazem fajnie napisane 🙂
Odpowiedz
~marok 9 m.
Adelajda, czasami po prostu za bardzo nie kminie żeby nie przesadzić i wezmę dosłownie zestaw. Może wyjdzie równie git dziękuję
Odpowiedz
Odlotowe opowiadanie! Normalnie prawdziwa czarownica, wiedźma, czy inna jędza - zjadająca dzieci nafaszerowane słodkimi smakami. I ta chmurka waty cukrowej, która okazała się żeberkami

Odpowiedz
~marok 9 m.
alka666 no trochę odleciałem, ale nie za daleko. Dzięki
Odpowiedz
marok Bardzo fajnie odleciałeś. Tak w moim guście

Żeberka mnie rozwaliły. Bardzo lubię! Mięsożercą jestem, ale od jarzynek i owoców nie stronię. Truskaweczki...
Odpowiedz
" Mamy zero środki, brak sponsorów." - zerowe środki lub zero środków

" — Nie próbuj mydlić mi oczu. To cholerny spisek, a ja nie ma dokąd uciec. Wysłali mnie na to odludzie za romans z Urugwajczykiem. Chcieliśmy mieć dzieci, takie słodkie urugwajczątka. Piękne plany i piękne życie." - haha, zajebiste

" — Ja bym nie wracała. — Chyba pierwszy raz odkąd ją poznał, zobaczył na twarzy uśmiech. Był tak szczery, że w pewien sposób krył jej brzydotę. Mniej wiedźmy w wiedźmie." i to super.


Było kilka literówek, ale nie mam aż tyle prądu do kopiuj-wklej.
Kurde, to chyba kwintesencja bizarro Fantomas uroniłby łzę, gdyby żył.

Świetnie pojebane. Naprawdę wporzo tekst.


Odpowiedz
~marok 9 m.
Canulas ostatnio prąd drogi, może dlatego
Dzięki
Odpowiedz
*berkas 9 m.
7 stóp = 213,36 cm, no nie powiem wysoki ziomek .
"Wstawaj, idioto! Jak mogłeś wykorzystać mój pomysł! — Znajomy głos, bolesne kopniaki pod żebra i w uda. Jeszcze przetarł dokładnie oczy. Emmy.

— Gdzie jesteśmy?

— Nie wiem. W kubku tak myślę. Ale to był mój pomysł. "
"przez jakaś straż czy coś" jakąś straż
"Chmury o smaku żeberek i dzieci." już myślałem, że to jakaś literówka, ale chyba jednak nie

" Zza horyzontu wyłoniła się grupka dzieciaków. Przybiegły do Emmy z roześmianymi buziami. Na głowach miały kapelusze w kształcie truskawek, malin i jagód. Kobieta tuliła każde z nich. Kiedy Garston odwrócił się, lustrując płynące nad nim obłoki, usłyszał płacz. Emmy miała te dzieci kochać, tulić i takie tam. Tak myślał. Z watą cukrową minął się o sto mil, w tym przypadku podobnie. Chłopiec z kapeluszem w kształcie maliny leżał na trawie z odgryzioną ręką, którą Emmy trzymała w dłoniach i obgryzała. Uśmiechała się przy tym szeroko.

— Jesteś kanibalem?!

— Nie, ale one smakują przepysznie. Jak owocki. Maliny to moje ulubione. Masz. — Z łatwością oderwała drugą rękę i rzuciła do Garstona.

Chłopak wrzeszczał coraz głośniej. Inne dzieci nadal skakały z radości, nuciły jakieś melodie. Choreografia tańca nie zachwycała, ale miała swój urok. Garston wziął gryz tuż nad łokciem. Przepyszny, malinowy smak wypełnił jego usta. Ogołocił rękę do kości, która była równie dobra. Smakowała jak budyń śmietankowy w wersji piankowej. " ja pierdolę, no nie wiem co powiedzieć. xd

Świetne to jest,w tym szaleństwie jest jakaś pociągająca magia. Maroku jesteś czarodziejem, albo wiedźmem?
Odpowiedz
~marok 9 m.
berkas no miało być na początku 8 stóp, ale ograniczyłem go, bo by jeszcze ludzi deptał niskich. Prawdopodobnie jestem czarodziejskim wiedźmem, ale o tym nikt nie wie, także ciii
Odpowiedz
Bardzo ciekawie napisane, podoba mi się sam pomysł i klimat całego opowiadania.
Odpowiedz
~marok 9 m.
OmnesMoriuntur dzięki
Odpowiedz
Hej,

"Za siedem czwarta słońce zakryła gęsta warstwa chmur, a na zachodzie niebo przeszyła błyskawica." - bardzo ładnie zacząłeś. Rewelacyjnie zadziałał na wyobraźnię i wprowadził w fajny klimat.

"Dla zabicia czasu Garston grał z samym sobą w Widzę Dom." - dobrze i z humorem przełamałeś opis.

"Gęste, szare masy chmur przypominały te zwiastujące nuklearną zimę." - i znów zacne zdanie, świetny opis.

"Nie często widuje nieznajomych." - Nieczęsto razem, zdaje mi się

"Co cię tu sprowadza." - znak zapytania na końcu widzi mi się.

"Ta dziura jeszcze kogoś interesuję?" - interesuje, bez ę

"Ciepła trawa przyjemne otuliła jego twarz. Pachniała sorbetem cytrynowym i truskawkami." - kurcze, ladujesz do wyobraźni te obrazy, w dodatku drażnisz kubki smakowe świetny zabieg

"Mniej wiedźmy w wiedźmie." - to też fajne

Dobra, dotarłam do końca.
Masz te niektóre zdania mega zajefajne. Do tego cała opowieść poprowadzona spokojnie, płynnie, przyjemnie, nienużąco i ciekawie.
Podoba mi się
Pozdrowionka




Odpowiedz
~marok 9 m.
Agnieszka dziękuję
Odpowiedz
~JamCi 9 m.
Ta dziura jeszcze kogoś interesuję - niepotrzebny ogonek
Mniej wiedźmy w wiedźmie. - super
jeden z drugim - za

no to tak: bardzo sugestywnie i świadomie stworzyłeś dwa odmienne światy. Czytając pierwszą część myślałam sobie, że potrafisz stworzyć również "normalny" świat i robisz to w bardzo smakowity i interesujący sposób. Jak się już tym nadelektowałam, machnąłeś to, co kocham: odjazd w marokowym stylu, ale innym, słodko upiornym (ale upiór w domyśle i mglisty).
Podsumowując: kocham to :-)
Odpowiedz
~marok 9 m.
JamCi, no z tymi odjazdami to tak już mam
Odpowiedz
~JamCi 9 m.
marok no i cudownie, to jest świetne.
Odpowiedz
~JamCi 9 m.
a no i po przeczytaniu tekstu doceniłam wartość tytułu
Odpowiedz
^Halmar 9 m.
Odlotowy pomysł, zacnie wykorzystany zestaw. No, no! Dobra robota, komandorze MacMarok
Odpowiedz
~marok 9 m.
Halmar, komandor się cieszy
Odpowiedz
Wus wus
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin