Nikt nie mówił, że będzie łatwo TW #4 — Jedyny wehikuł czasu

Rośnij mamo

 Usłyszał głośny huk. Wszedł do pokoju, przetarł piąstkami zaspane oczy. Zastał mamę leżącą na podłodze, wokół rozlewała się plama soku wiśniowego. Ominął przewrócony stołek, kucnął i zamoczył palec w ciepłej cieczy. Spróbował trochę, lecz skrzywił się z niesmakiem. Sok musiał być zepsuty, miał kwaśny posmak. Podobnie smakowały klucze, które rodzice zawsze mu zabierali, jak tylko włożył je do buzi.

  Mamo, zawołał. Brak reakcji trochę go zdenerwował. Powoli robił się głodny, miał ochotę na naleśniki z syropem i bananem.

  Mamusiu, potrząsnął nią lekko. Sok popłynął intensywniej. Szymek poczuł, jak moczy mu stopy.

  Zaniepokoiło go, że mama wciąż nie odpowiadała. Usiadł po turecku na czystym kawałku podłogi, zaczął nucić piosenkę z ulubionej dobranocki i gładzić kobietę po włosach. Uznał, że może po prostu wystraszyła się i musi ochłonąć. Czasem kózka babci też nie ruszała się, kiedy coś bardzo ją wystraszyło. Wtedy po prostu czekali, aż odzyska przytomność.

 

  Minęła dłuższa chwila. Zdecydowanie zbyt długa, nawet uwzględniając fakt, że mama i koza to nie do końca to samo. Szymek wstał, poszedł do drzwi wejściowych. Wspiął się na palce, drżącą dłonią nacisnął klamkę i bosy wyszedł na korytarz. Łamał jeden z zakazów, czuł jednak, że jest usprawiedliwiony.

  Zapukał w sąsiednie drzwi, nerwowo wyłamywał palce. W końcu drzwi otworzyły się, a w progu stanęła pani Jadzia, która czasem się nim opiekowała. Pozwalała mu do późna oglądać bajki i zawsze miała w zanadrzu cytrynowe landrynki.

  Nachyliła się nad chłopcem, żeby zmierzwić jego rude włosy.

  Co tu robisz, urwisie?

  Uśmiech spełzł z jej twarzy, jak tylko spojrzała na brudne stopy chłopca. Przytuliła go bez słowa. Trwali chwilę w bezruchu, w końcu wziął ją za rękę i zaprowadził do mamy. Choć domyślała się co ujrzy, nie była gotowa. Opadła na kolana i zaczęła szlochać.

  Dopiero po chwili zebrała się w garść i podeszła do telefonu. Mówiła cicho, lecz Szymon usłyszał „chyba nie żyje”. Świat zatrzymał się na sekundę, po czym ruszył z zawrotną prędkością. Pod blok przyjechało mnóstwo samochodów, całe podwórko zalały kolorowe światła. Głównie niebieskie. Ktoś przykrył mamę czarnym workiem, jego otulił kocem. Pani Jadzia zniknęła na korytarzu. Przez uchylone drzwi słyszał strzępki rozmowy i płacz.

  Na chwilę został w domu sam.

  Przypomniał sobie, jak kiedyś mama uratowała umierającą roślinę. Pokazała mu jak uciąć gałązkę, razem włożyli ją do wody, a po kilku tygodniach wyrosły pierwsze korzenie. Wtedy posadzili ją w kolorowej doniczce, w której wciąż rosła na parapecie w salonie.

  Czuł, że musi działać szybko. Przesunął przewrócony stołek i postawił przy lodówce. Wdrapał się na niego, wysunął górną szufladę, z której wyjął ciężki tasak, którym tata przygotowywał niedzielne steki. Opanował oddech, wrócił do mamy i uchylił czarną folię.

  Odnóżka nie musi być duża, wybrzmiało w pamięci.

  Wybrał mały palec lewej ręki. Uderzył, lecz nic się nie stało. Ujął trzonek w obie dłonie i uderzał, aż usłyszał charakterystyczny chrzęst. Schował odnóżkę do kieszeni, tasak wrzucił za kanapę, narzucił z powrotem worek i wrócił pod koc.

  Czekał.

 

  Mieszkanie powoli opustoszało. Pani Jadzia włączyła bajki, żeby zagłuszyć martwą ciszę. Kolorowe obrazy i rozlegający się co chwila śmiech tylko ich irytowały, szybko więc wyłączyli telewizor. Resztę dnia spędzili wpatrując się w drzwi.

 

  Przebudzili się na dźwięk otwieranego zamka. Do mieszkania wszedł tata Szymka. Zmierzwione włosy sterczały w każdym kierunku, zmęczone oczy zdobiły opuchnięte, sine worki.

  Och, Karolu. Pani Jadzia ujęła dłoń mężczyzny i mocno uścisnęła. Tak mi przykro, wyszeptała.

  Skinął głową. Kobieta odstąpiła o krok, odczekała chwilę, po czym bez słowa opuściła mieszkanie. Trzask drzwi ustąpił przygniatającej ciszy.

  Mężczyzna powoli podszedł do syna. Uklęknął tak, żeby ich twarze znalazły się na tej samej wysokości. Minęła wieczność, w trakcie której Karol próbował znaleźć jakiekolwiek słowa, lecz wszystkie go opuściły. Szymek, widząc bezradność ojca, pogłaskał go po policzku.

  Wszystko będzie dobrze, zapewnił, po czym mocno przytulił się do wymiętej koszuli.

  Postanowił nie mówić tacie o uratowanej odnóżce. Chciał zrobić mu niespodziankę i wyjaśnić wszystko dopiero, kiedy mama urośnie duża i silna. Nie wiedział wszak, ile czasu upłynie, zanim tak się stanie.

 

  Karol ułożył Szymka do snu, po czym poszedł wziąć prysznic. Kiedy tylko chłopiec usłyszał szum wody, cichutko wymknął się spod pierzyny, bezszelestnie przekradł do kuchni i nie zapalając światła odnalazł kryształowy kieliszek. Nalał trochę wody, po czym wrócił do pokoju.

  Odnóżka leżała bezpiecznie na dnie kieszeni. Bez problemu wyjął ją, delikatnie włożył do kieliszka i postawił na parapecie, tuż za zasłoną. Tak, żeby nikt jej nie zauważył, póki nie wypuści pierwszych korzeni. Wrócił do łóżka i obserwował, jak blady palec odbija światło księżyca. Cichutko nucił kołysankę. Marzył, że już niedługo zanuci mu ją mama.

 

  Na drugi dzień nie poszedł do przedszkola, choć był poniedziałek. Tata też został w domu, cały dzień spędził na kanapie z twarzą ukrytą w dłoniach. Szymek cichutko bawił się w swoim pokoju. Trochę rysował, chwilę zajmował się kolorowanką, przeprowadził też szybką wojnę między plastikowymi żołnierzykami, a pluszowymi misiami. Mimo to nie mógł oderwać myśli od salonu i tego, jak smutny był jego tata.

  Niebo zaczęło szarzeć, kiedy Szymon wychynął z pokoju. Przekradł się do kuchni zrobić kanapki. Suche kromki chleba posmarował grubo masłem, ułożył na nich szynkę i ser. Miał ochotę przybrać je ogórkiem lub pomidorem, ale nie poradził sobie z ukrojeniem równych plasterków. To, co udało mu się odkroić, położył obok. Sam zjadł dwie kanapki, zagryzając je gorzkim ogórkiem, pozostałe zaniósł do salonu. Położył talerz na stoliku kawowym, usiadł obok taty. Chwilę przyglądał się zgarbionym plecom, obserwował zmarszczki na koszuli. Przytulił się do ręki ojca i wciągnął do nozdrzy ciepły, korzenny zapach.

  Zrobiłem ci kanapki, powiedział w rękaw koszuli. Pewnie jesteś głodny.

  Dziękuję, może zjem później. Teraz nie mam ochoty.

  Ja już zjadłem, więc reszta jest twoja.

  To dobrze.

  Chłopiec jeszcze chwilę trwał wtulony w rękaw, po czym bez słowa wrócił do siebie. Wsunął się pod zasłonę i obserwował palec mamy. Stał się zielonkawy, a część zanurzoną w wodzie pokryła lekka warstwa osadu. To pewnie początek ukorzeniania, pomyślał. Próbował przypomnieć sobie, czy to samo stało się z sadzonką uratowaną przez mamę, lecz nie był pewien.

 

  Następnego dnia Szymek został pod opieką pani Jadzi. Poszli na spacer do parku, obserwowali powoli rozwijające się tulipany i słuchali gdakania kaczek dochodzącego z pobliskiego stawu. Słońce przyjemnie ogrzewało twarze, choć w cieniu wciąż było mroźno.

  Z budki nieopodal parku wzięli na obiad po udku kurczaka z frytkami. Siedzieli na plastikowych krzesłach, jedli plastikowymi widelcami i obserwowali mijających ich ludzi. Głównie byli to mężczyźni w garniturach i panie na wysokich obcasach, co jakiś czas tylko mijał ich ktoś prowadzący wózek dziecięcy. Szymkowi odpowiadało milczenie, smucił go tylko wyraz oczu opiekunki.

  Wrócili do domu dopiero, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi.

  Nie zastali Karola, jedynie kartkę zostawioną na stole i miniaturę garnituru. Pani Jadzia wyjaśniła Szymkowi, że nazajutrz odbywa się pogrzeb, na którym musi wyglądać elegancko i zachowywać się spokojnie. Obiecała, że pomoże mu się ubrać i usiądzie w ławce nieopodal.

  Kiedy tylko został sam, pożegnał odnóżkę. Życzył jej słodkich snów. Prosił też, żeby szybko urosła duża i silna.

 

  Poranek minął na nerwowych przygotowaniach. Zjedli szybkie śniadanie, kupili znicze i wsiedli w samochód.

  Kościół był pełen ludzi, których chłopiec widział po raz pierwszy. Mnóstwo świeżych kwiatów wydzielało słodki zapach, który mieszał się z wonią odleżanego kurzu. Karol miał zaczerwienione oczy, usta cały czas zaciskał w cienką linię. Pustym wzrokiem patrzył przed siebie, prawie nie mrugając, Pani Jadzia siedziała w pierwszej ławce, obok Szymka. Na początku trzymała dłoń na jego ramieniu, jednak w połowie mszy wyjęła chusteczkę i co chwila ocierała oczy.

  Później było dużo uścisków, wiele nieznaczących słów i zapewnień. Szymon obserwował, jak tata bez ustanku kiwa głową, próbuje blado się uśmiechać. Sam czuł, że wiruje mu w głowie od ilości twarzy, których nie zna i które są zdecydowanie zbyt przyjacielskie. Chciał czym prędzej wrócić do mamy. Przypomniał sobie jak mówiła, że kwiaty rosną lepiej, kiedy się z nimi rozmawia i zamierzał poświęcić jej jak najwięcej czasu.

 

  Następny tydzień spędził przy oknie. Opowiadał o szpakach, które uwiły gniazdo w pobliskim drzewie. Wraz z przyjaciółmi ukrywały się wśród gałęzi i urządzały koncerty. Szymek otwierał wtedy okno, wsłuchiwał się w klekotanie i pogwizdywanie lśniących w słońcu ptaków. Próbował opisać mamie jak pięknie lśnią w słońcu na zielono, fioletowo, niebiesko i żółto. Był pewien, że cieszyłaby się z ich obecności.

  Czasem, kiedy milkły ptaki, Szymek nucił piosenki z bajek. Uważnie obserwował palec mamy, który z zielonkawego zabarwienia zaczął przechodzić w fioletowe. Nie był pewien co to oznacza, liczył jednak, że tak powinien przebiegać proces rozwoju odnóżki mamy. Kiedy jednak fiolet przeszedł w czerń, a niepokojąca, słodka woń zaczęła przybierać na sile, Szymek zaniepokoił się.

  Na szczęście tata niczego nie wyczuł. Rzadko bywał w domu, pracował do późna, a pani Jadzia nie wchodziła do dziecięcego pokoju. Odprowadzała Szymka i z progu życzyła mu dobranoc, po czym zamykała drzwi.

 

  Po niecałych dwóch tygodniach zauważył kilka wypustek tuż nad powierzchnią wody. Ucieszył się z zalążków korzeni, lecz następnego dnia na dnie kieliszka zobaczył paznokieć.

  Wszystko w porządku, mamo?

  Lekko dotknął palca, który był wyjątkowo miękki i pokryty śluzem. Zaniepokojony pobiegł do taty, który akurat szykował się do pracy. Kiedy zapłakany chłopiec wyjaśniał co się stało, oczy Karola stawały się coraz większe. Kręcił głową odpychając kłębiące się myśli. Nie zwrócił uwagi na głuchy stuk, który wydała szczoteczka do zębów upadająca na kafelki. Cały drżał, kiedy na miękkich nogach szedł za synem.

  Nie mógł patrzeć. Wziął Szymka na ręce, mocno przytulił i zaniósł do salonu. Długo płakali.

  Wybacz, coś musiałem zrobić nie tak.

  To nie twoja wina. Człowiek rozmnaża się inaczej, niż roślina.

  Myślałem, że ją uratuję.

  Zrobiłeś wszystko, co mogłeś. Było za późno, nikt nie mógł już pomóc.

  To niesprawiedliwe.

  Wiem, kochanie. Czasem jednak życie odbiera nam kontrolę i najlepsze co możemy zrobić, to zacisnąć zęby i iść dalej. Nigdy nie jest to proste, ale mama chciałaby, żebyśmy byli szczęśliwi. I jeszcze będziemy. Musimy tylko dać sobie czas. Obiecuję.

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~pkropka
Kategoria: inne

Liczba wejść: 2

Opis:
Dodano: 2020-04-08 22:47:22
Komentarze.
+berkas 4 m.
oooo jest kropka, heyo.
Mocny tekst, dziecięca naiwność i niewłaściwe adaptowanie schematów nie zna granic.
Bardzo smutne i dla mnie mimo wszystko dość dziwne, ale w tym szaleństwie jest metoda.
Odpowiedz
~pkropka 4 m.
berkas, jestem
Dzięki za czytanie. Fakt, szalone. Cieszę się, że poza tym coś jeszcze zobaczyłeś
Odpowiedz
~JamCi 4 m.
O Kurczę bolało.
Wywołałaś fizyczne reakcje. Smutne bardzo.
Odpowiedz
~pkropka 4 m.
JamCi
Dziękuję
Odpowiedz
Smutne i bardzo poruszające.
Odpowiedz
~pkropka 4 m.
OmnesMoriuntur dziękuję
Odpowiedz
~alfonsyna 4 m.
Bardzo smutne, ale też sugestywne, na pewno zostaje w głowie. Zwłaszcza ten pomysł Szymka, jego własny sposób na poradzenie sobie ze stratą, wszak nadzieja umiera ostatnia. Nawet trochę liczyłam na to, że jakimś cudem plan Szymka się powiedzie, zatem historia angażuje.
Bardzo ciekawy, kreatywny pomysł.
Odpowiedz
~pkropka 3 m.
alfonsyna cieszę się, że zaangażowałaś się w historię. To najważniejsze (chyba)
Bardzo dziękuję
Odpowiedz
^Halmar 3 m.
Wstrząsająca narracja. Bardzo dobra konstrukcja, pomysł palce (!) lizać Dawno nie czytałam czegoś tak dobrego.
Odpowiedz
~pkropka 3 m.
Halmar och, tylko nie polecam lizać palców niewiadomego pochodzenia
Dziękuję!
Odpowiedz
*Canulas 3 m.
Ja pierdzielę. Mocneee. Mocno Mocneee. Dobreee. Dobro dobreee.
Tylko kurde. Troszkę dysonans, że nie zabezpieczyli chłopaka i miał dostęp do wora z mamą. Może gdyby jakoś wyszło, że gdy sąsiadka dzwoniła, to wtedy jej odłupał.
No i dwa.
Dużo krwi wokół. Czyli co: samobójstwo? mord?
Odpowiedz
~pkropka 3 m.
Canulas no niby powinni pilnować, ale stąd jak wyszli na korytarz zebrać zeznania od sasiadki to zostawili otwarte drzwi. Lepszego pomysłu nie miałam
Co do krwi doświadczenia nie mam, ale wydaje mi się, że jak pęknie czaszka to krwi jest sporo. A tu upadek z wysokości, na moje możliwe. Tyle że moje jest zepsute wszystkimi filmami, w których krew się leje nawet z lekkiego zadrapania.
Odpowiedz
*Canulas 3 m.
pkropka nie no, możliwe, możliwe. Nie ma tu dysonansu.po prostu zastanowiło mnie, że nie zabezpieczyli od razu szkrabixona
Odpowiedz
~pkropka 3 m.
Canulas to dobrze, już się próbowałam przejąć
Odpowiedz
*Canulas 3 m.
Zajebisty tytuł.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin