TW#8 Strefa graniczna ...:::antyklimaks:::...

TW#7 Kaskaderzy

 Postać: Botanik-eksperymentator

 Zdarzenie: Wypadek na odludziu

 Efekt: Plecak, torebka, kieszenie kurtki. Powyjmuj co masz i napisz tekst, by brało to jakiś udział.

 

 

 Lubiłam do nich przyjeżdżać. Mieszkanie na Mokotowie miało niepowtarzalny przedwojenny klimat antyków, wypastowanej podłogi, nalewek w kredensie. Spędzałam tu dużo czasu. Coraz więcej, w miarę, jak przybywało mi zajęć w Instytucie.

 Witali mnie zawsze twarzami pełnymi uśmiechów i znakomitą kolacją. Ich związek był osobliwy. Niby byli razem, ale żyli osobno, we własnych światach zabaw i przyjemności.

 Marta zwierzała mi się ze wszystkiego. Byłyśmy w dziwny sposób podobne. Tak podobne, że obcy ludzie brali nas za siostry. Nosiłyśmy nawet ten sam rozmiar butów, różniłyśmy się tylko biustem – ja miałam go aż nadto, a Marta prawie w ogóle.

 Nie lubiła kobiet. Uważała je za nudne i pozbawione poczucia humoru, ale we mnie znalazła przyjaciółkę. Miała cechy, o których zawsze marzyłam: upór, siłę i wolę walki. Zaś moja rozwaga i uporządkowanie stały się pomocą w jej chaotycznym i pośpiesznym życiu. Była dla mnie niczym dopalacz.

 Miała kochanka, kaskadera Boskiego Ivo. To był prawdziwy wariat. Nie liczył się z niebezpieczeństwami, żył na krawędzi. Narkotyki, alkohol, hazard i przemoc – to ją właśnie kręciło.

 Kaskader... Chyba żadne inne zajęcie nie pasowałoby do niego bardziej. Po co ryzykować życiem? Mówiłam jej, ostrzegałam: ten facet ma problemy ze sobą. Uważaj. A ona tylko się uśmiechała: to kochany wariat. Właściwie romantyk, choć niewykształcony, uroczy, inteligentny na swój sposób – no bo po co kaskaderowi literki przed nazwiskiem? Magistrów jak psów, a on jest jeden, jedyny w swoim rodzaju, taki nieokrzesany, brutalny, kiedy chwila tego wymaga.

  – No wiesz – mówiła mi – kobieta potrzebuje czasem ostro.

 Nie rozumiałam. Jak to "potrzebuje ostro"? W ogóle nie mogłam tego zintegrować w swoim światopoglądzie, choć przecież nie byłam święta. W pojęciu Marty – wyzwolonej "korpo-suki", jak mówiła o sobie z dumą – stanowiłam rodzaj skamieliny sprzed epoki emancypacji kobiet. Śmiała się ze mnie, twierdząc, że jestem nieżyciowa i nie umiem się bawić.

 

 Jej mąż Michał był zwyczajnym facetem, siwiejącym czterdziestolatkiem z brzuszkiem i przystojną, pogodną twarzą, a poza tym (dla mnie – przede wszystkim) wybitnym fykologiem. Badał bioaktywne związki pochodzenia sinicowego, całymi dniami przeprowadzał na nich testy toksyczności, poszukując "antidotum na starość", jak lubił żartować. Wieczorami, przy kolacji, rozmawialiśmy o dylematach moralnych pracy naukowej. Ja dopiero zaczynałam raczkować w tej dziedzinie, osiągnięcia Michała mnie napędzały. Imponował mi ogromnie, był bożyszczem w Instytucie, a moim prywatnym guru. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, kiedy przyjął mnie do swojego zespołu – mnie, początkującą! Twierdził, że spośród wielu kandydatów byłam jedyną nie nastawioną wyłącznie na karierę, a moje zaangażowanie było niemal równe jego.

 

 Marta chodziła spać z kurami, nudziły ją te nasze naukowe rozmowy. W weekendy wstawała bardzo wcześnie, jeszcze przed świtem. A wszystko przez specyficzne hobby: LARP. O poranku jeździła do lasów pod Sulejówkiem, przebierała się w historyczny kostium, i wraz z innymi uczestnikami gry przez kilka godzin żyła w średniowiecznym koczowisku banitów. W tamtym równoległym świecie kaskader był jej partnerem na dobre i złe. Strzelali z łuków, polowali na zające, warzyli napary z ziół. Wyobrażałam sobie ich półnagich i dzikich, jak uprawiają seks, tarzając się na mchu.

 

 Z czasem nasze początkowo służbowe rozmowy z Michałem przedłużały się coraz bardziej w noc. Któregoś dnia, gdy Marta wyjechała, gadaliśmy wyjątkowo długo. Poczułam, że nie będzie miał nic przeciwko, jeśli przyjdę do jego łóżka. No i Marta też nie będzie zła, skoro ma Boskiego Ivo…

 Kiedy wróciła, Michał pojechał już na uczelnię. Moje seminarium zaczynało się późnym popołudniem, więc postanowiłyśmy razem zjeść śniadanie. Po jajkach na miękko, a przed grzanką z Nutellą, powiedziałam jej.

 

 *

 

 To było piętnaście godzin stąd.

 Rano z trudem przełykałam kawałek bułki. Pakowanie. Uprząż, kask, buty, ekspresy, chusteczki do higieny intymnej. Przy okazji przejrzałam, co pozostało w plecaku z poprzedniej wyprawy: zużyta chusteczka higieniczna, dziesięciogroszówka, rękawiczki lateksowe (termin ważności: 06.2020), klucze z brelokiem "najlepsze dopiero przed tobą" (a myślałam, że zginęły!), pomarańczowy długopis, przepustka służbowa, żel antybakteryjny, pusta "małpka", pilniczek, opakowanie Dorety (prawie pełne i nieprzeterminowane!), mały czerwony portfel (bez zawartości), grzebień, krem do rąk, pomadka ochronna. Resztki czasu, wspomnienia z czasu zarazy.

 Rok temu o tej porze byliśmy w drodze do czeskich Teplic, gdy przyszła wiadomość o kwarantannie. Kazano nam natychmiast zawracać. Nikt nie oddał nam kosztów organizacji wyprawy.

 – Life is brutal, panta rhei – skonstatowała wtedy Marta. – Odbijemy sobie podwójnie następnym razem. Musisz wybrać się z nami wiosną na wspina, ruszymy w tripa po Bałkanach.

 

 Wspinanie nie jest zajęciem eleganckim. Pocenie, śmierdzenie. Czasem nawet płakanie. Pokonywanie własnych granic boli jak cholera.

 Jednak tego dnia pojechaliśmy po prostu na wycieczkę. Michał nie był zbyt dobrym wspinaczem, zdecydowaliśmy więc postawić bardziej na rekreację niż bicie rekordów. Marta była tylko odrobinę zawiedziona. Na pewno myślała już o następnym LARPie z Ivo.

 

 Pag jest chudym kawałkiem lądu, jednym z wielu wysp na dalmatyńskim wybrzeżu Chorwacji. Drzewa oliwne pamiętają dawne czasy, jednak osady są nowe. Brzydkie, niedokończone. Wokół domów trochę kwiatów, ale obowiązkowo również zerdzewiały traktor.

 Port był maleńki. Takie miejsca poza sezonem mają w sobie coś umarłego. Dwie łodzie rybackie, jacht z grubymi facetami pijącymi na pokładzie piwo. Trzy samochody na nadbrzeżu. Pani dzierga serwetkę. Owca w ogródku za murkiem. Wieje. Minęliśmy coś w kolorze niebieskim, co wkrótce stanie się domem z apartamentami do wynajęcia. Adriatyk miał szary kolor. Skacząc po ostrych, białych kamieniach nad brzegiem zapomniałam o świecie, który został te piętnaście godzin stąd.

 

 *

 

 Nad największym masywem Pakelnicy, Anića Kuk, wisiały czarne chmury.

 Na wspinaczkę wybraliśmy niższą i łagodnie pochyloną ścianę zachodnią. Można na niej odpocząć w wielu miejscach, ale dojście do niech jest bardzo siłowe. Marta wspinała się całym ciałem. Ale przede wszystkim głową. Bo to właśnie od tego, co ma się w głowie zależy sukces. Przecież nie tylko we wspinaniu.

 Powoli i w milczeniu posuwaliśmy się do przodu. To znaczy ja i Michał – Marta wspinała się szybko i nie oglądała na maruderów.

 O zmierzchu znaleźliśmy miejsce na biwak. Nie mieliśmy siły ani ochoty na jedzenie. Rozbiliśmy namiot i szybko zapadliśmy w sen.

 

 Mgła podnosiła się powoli. Wysunęłam głowę z namiotu. Wokół panowała zupełna cisza. Spojrzałam na zegarek. Była prawie ósma. Cofnęłam się do wnętrza. Michał przebudził się i pocierał oczy kciukami. Zawsze wzruszał mnie ten gest, wyglądał tak... chłopięco. Wpełzłam do jego śpiwora i wtuliłam się w ciepłe, męskie ciało. Poczułam, jak jego męskość reaguje.

 – Przyniosłam śniadanie! – Marta z dumą pomachała torbą z zakupami w otwartych drzwiach namiotu. – Ależ tu są ceny! Jajko kosztuje ponad euro. Ale za to ma ważność do końca świata! Wyłaźcie, trzeba przygotować żarcie. I zbieramy się na szlak!

 

 *

 

 Gdy stanęliśmy na szczycie, Michał aż sapnął z wrażenia. Pod nami rozciągał się widok na monumentalne kaniony Pakelnicy – prawdziwe skalne piekło.

 – Piekielnica – mruknęłam.

 Marta w milczeniu podziwiała krajobraz. Pierwszy raz widziałam ją tak cichą.

 Nagle zerwał się bardzo silny, chłodny wiatr.

 – Spadamy stąd. To może być Bura. Musimy dotrzeć do schroniska.

 – Bura? Niemożliwe. Mówiłaś, że sprawdzałaś prognozy! – Michał patrzył z niedowierzaniem na Martę.

 – Czy to teraz ważne? Zbieramy się.

 

 Schodzenie jest zawsze trudniejsze od wchodzenia. Najbardziej w górach, gdzie braki kondycji fizycznej szybko i bezlitośnie wyłażą na wierzch. Kolokwialnie rzecz ujmując, kolana dostają po piździe. Kto wspinał się kiedyś na poważnie, wie o co chodzi.

 Michał co parę metrów zatrzymywał się i ostentacyjnie podpierał skały. Jego ponury wzrok wrogo pełzał po ziemi, zupełnie jak gdyby lada chwila zamierzał kogoś ukatrupić.

 – Ja pierdolę, ile jeszcze? – mamrotał do siebie.

 – Ruszaj się! – wściekała się Marta. – Musimy szybko zejść do schroniska!

 – Sorry, ale moje kolana są rozklekotane i na stromych zejściach szwankują mi zawiasy.

 – Narzekasz jak stara baba.

 – Bo mam dosyć. Po chuja nas ciągnęłaś na górę, znając prognozy?

 – Taaak... Najchętniej nigdzie byś nie wychodził. Siedziałbyś tylko w tym swoim laboratorium i oglądał te głupie glony pod mikroskopem...

 – Sinice to bakterie, nie glony! Ile razy mam ci to powtarzać, tępa dzido? – Michał zacietrzewiał się coraz bardziej.

 – Jak zwał, tak zwał. A z prawdą jest jak z dupą. Każdy siedzi na własnej. – Odparowała z udanym spokojem Marta.

 – Spokój! – Postanowiłam zareagować, zanim skoczą sobie do gardeł. – Zejdźmy wreszcie do tego cholernego schroniska. Umieram z głodu.

 Nie powiedziałam na głos, czego się obawiałam. Z licznych wypraw miałam raczej złe doświadczenia, jeśli chodzi o aprowizację w takich miejscach. Lepiej w tym względzie liczyć tylko na siebie: prawdziwy wspinacz cały swój outdoorowy dobytek nosi cały dzień na grzbiecie i żywi się tylko tym, co niesie ze sobą… Ile razy po morderczej wyrypie ostatkiem sił docieraliśmy do schroniska, a tam z uśmiechem na twarzy informowano nas: "przepraszamy, ale bufet jest już nieczynny"… Miałam nadzieję, że tym razem tak nie będzie. Ze względu na Michała.

 Wreszcie znaleźliśmy się na dnie kanionu. Człowiek w takim miejscu czuje się maleńki jak mrówka: po obu stronach mieliśmy wysokie na kilkaset metrów niemal pionowe skały, a pomiędzy nimi, w górze, wąziutki paseczek nieba.

 Człowiek jest niczym wobec potęgi natury.

 

 *

 

 Na dole nie czuć już było wiatru. Szliśmy kamienną drogą, wypatrując tabliczek informacyjnych.

 – Na pewno dobrze idziemy? – pytanie Michała wyraziło lęki, które miało każde z nas. – Zaraz będzie zmierzchać... Może zostańmy tu, rozbijemy namiot, zjemy, odpoczniemy, a rano pójdziemy dalej?

 – To chyba dobry pomysł... – zawtórowałam.

 – Nie mam zamiaru kolejnej nocy spędzić z wami w namiocie. To jakaś chora sytuacja, nie sądzicie? – Marta zmierzyła nas ironicznym wzrokiem. – Ale okej, jak sobie chcecie. W sumie, co mi tam.

 Rozbiliśmy obóz na polanie. Każdy wyciągnął z plecaka, co miał. Przygotowaliśmy kanapki z herbatników i konserwy turystycznej, do picia gorące kubki. Marta mile zaskoczyła nas, wyciągając ze swoich zapasów butelkę rakiji.

 – Miała być na inną okazję, ale co tam... Raz się żyje. – skwitowała.

 Mocny alkohol szybko uderzył jej do głowy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie wolno pić na zły humor, bo to się zawsze źle kończy.

 – A wiesz, że sama podsunęłam mu tę myśl, żeby cię bzyknął? – Zagadnęła Marta po dłuższej chwili milczenia. ¬– Żeby miał rozrywkę. Wciąż siedzi w tych książkach, albo w laboratorium. Przecież widzę, jak go to męczy. Że utknął w miejscu. A ja nie mam do tego głowy. Mam etat (etat!) w korpo, własne biurko w ołpenspejsie, służbowy laptop, z którego także po godzinach, w czasie śniadania czy kolacji, wysyłam maile z raportami. Bo nie wszystko da się w pracy ogarnąć. Wszystko na ASAP, dedlajn goni dedlajn, a fakapy mnożą się jak pokolenie pięćset plus. Zabawa z Ivo na LARPie to jedyny sposób, bym mogła się odstresować. A potem wracam do domu i znów mogę być dobrą żoną dla Michała. Bezpieczna przystań. Wiesz, o czym mówię? – rzuciła pytanie do nieokreślonego adresata.

 – Idę spać – powiedziałam, przerywając niezręczną ciszę, która zapadła po wyznaniu Marty.

 Zgarnęłam swoje klamoty i wpełzłam do namiotu. Rakija cudownie mnie rozleniwiła, ale zanim zapadłam w sen, słyszałam jeszcze rozmowę małżeństwa.

 – Jak było? Dobra jest? Czy przeciętna, tak jak wygląda?

 – Jezu, Marta! Taka jesteś ciekawa, to sama spróbuj! Chyba nie jesteś zazdrosna? Seks to seks. Ja nie pytam, co robisz z tym swoim wariatem.

 – No nie, no… Zazdrosna to nie. Tylko ciekawa. A ty co się tak rzucasz? Pewnie ci się spodobało, zboczuchu jeden. Przyznaj się. Lubisz dymać swoje podwładne, co nie?

 – Marta, wiesz, jak bardzo nie lubię, kiedy jesteś wulgarna.

 – Świętoszek. Hipokryta! Myślała, że dałam się nabrać na tę jej przyjaźń – o święta naiwności! Ależ miałam frajdę, kiedy chłonęła jak gąbka historię mojego romansu. Z szeroko otwartymi oczami słuchała pikantnych szczegółów i pewnie miała mokre majtki. Niewyżyta, skazana na samotność i zgorzknienie oraz wczesną menopauzę. Może nawet bym jej współczuła. Ale tak bezczelnie się do ciebie dobrała!

 

 Wreszcie zapadła cisza, a wraz z nią naszedł mnie sen.

 Obudziło mnie zimno i parcie na pęcherz. Włożyłam polar i wychynęłam na zewnątrz. Na dworze była jeszcze noc. Załatwiłam się szybko za namiotem i wróciłam do środka. Gdzieś w dali pohukiwała sowa.

 

 *

 *

 *

 

 Do Pakelnicy wróciłam po ośmiu latach. Co prawda, zarzekałam się, że już nigdy moja stopa nie postanie w tym przeklętym miejscu, jednak – jak mawiała Marta – life is brutal, panta rhei. Do powrotu skłoniła mnie wysokie honorarium za artykuł dla gazety detektywistycznej, zainteresowanej historią Potwora Skalnego, jak nazwano seryjnego mordercę grasującego w okolicy Starigradu. Przypisywano mu dziesiątki ofiar, choć nigdy nic nie udowodniono, a samego bohatera tej legendy nie ujęto.

 

 Po śmierci Michała straciłam serce dla botaniki, nigdy zresztą nie miałam do tego drygu.

 Nie był taki, jak myślałam. Ani kulturalny, ani nadzwyczaj mądry. Jego eksperymenty z toksynami sinic były nawet interesujące, ale nigdy nie przyniosły spektakularnych efektów w kosmetologii. A jednak był sławny. No i przystojny, owszem, chociaż zaniedbany. Szybko zorientowałam się, że nadużywa alkoholu. Właściwie od początku wiedziałam. Paradoksalnie, właśnie tacy mężczyźni zawsze mnie pociągali.

 Miał to coś. To, co powodowało, że przyciągałam takich jak on. Magnetyczna zagadka. Gdyby nie był żonaty, to kto wie, jak potoczyłaby się ta historia...

 Pracując w Instytucie jedynie grzałam się w blasku sławy swojego guru. Za to od zawsze miałam smykałkę do pisania oraz skończone studia na dziennikarstwie. Dobrze mieć dwa fakultety, dzięki temu zawsze można spaść na cztery łapy. Zostałam wolnym strzelcem, pisząc artykuły do gazet podróżniczych. Pieniędzy z tego wielkich nie było, ale potrzeby mam niewielkie.

 

 Grunt, to żyć w zgodzie z samym sobą.

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ^Halmar
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis:
Dodano: 2020-04-19 19:59:46
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
~Manta 1 m.
Ooooo będę pierwsza?
"byłam jedyną nie nastawioną" - "nienastawioną"
"Wszystko na ASAP, dedlajn goni dedlajn, a fakapy mnożą się jak pokolenie pięćset plus." hehehehe
Czytałam z wypiekami na twarzy i... chyba czuję niedosyt.
Fajna historia, przyjaźń, romanse, intryga Marty, góry, pogarszająca się pogoda. Czekałam na wielkie bum i nawet nie wiem jak umarł Michał Jestem zawiedziona końcówką, bo naprawdę super się czytało!
Odpowiedz
^Halmar 1 m.
Manta, dziękuję
Tekst napisany szybciorem, dlatego zakończenie kuleje. Kiedyś do tego wrócę, bo ta historia domaga się opowiedzenia.
Odpowiedz
~Manta 1 m.
Halmar, koniecznie, bo ma potencjał
Odpowiedz
~Agnieszka 1 m.
Witam,
Opowiadanie napisane lekkim piórem. Pomysł tu na pewno jest.
Tekst jest dopracowany, ale jakby urwany w tuż przed końce.
Niby na samym końcu pojawiło się wyjaśnienie śmierci jednego z głównych bohaterów, ale, no...
Rozumiem, że chodziło o to, żeby nie było wprost napisane.
TW liga efekt plus zdarzenie i postać wykorzystane maksymalnie. Przyjemne poprowadzone opowiadanie.
Pozdrawiam
Odpowiedz
^Halmar 1 m.
Dzięki, Agu! Szczerze, to już nie pamiętam, co tam namotałam w końcówce, zależało mi żeby jakoś skończyć
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Jeden drobiazg:
"Do powrotu skłoniła mnie wysokie honorarium za artykuł" - skłoniło;
I to: "Miał to coś. To, co powodowało, że przyciągałam takich jak on" - tu mi coś zgrzyta, w sensie, że jest niekonsekwencja - bo pierwsze zdanie mówi, że ON miał to coś, a potem bohaterka ciągnie, że TO powodowało, że ONA przyciągała takich jak on - ale skoro to ON miał to coś, to jak miało to wpływać na fakt, że ONA przyciągała jemu podobnych? Mam nadzieję, że rozumiesz, o co chodzi w moim nieco zawiłym wywodzie
Kurczę, całość bardzo mi się podobała, jest napisana lekko, ale też żywo, nic nie razi, nic nie zgrzyta, wszystko pięknie składa się w całość. Ale faktycznie sama końcówka trochę z tego rytmu wybija - trochę za duży przeskok, w moim osobistym odczuciu, jakby brakowało jednego ważnego puzzla, który by spinał całość i płynnie łączył w jedno. Niedopowiedzenia są jak najbardziej w porządku, ale tu chyba jest ono zbyt duże, jednak chciałabym wiedzieć coś więcej o tej ich relacji i jak ona się tak naprawdę potoczyła. W sumie to nawet miałam pewne podejrzenia, że może Marta okaże się tym czarnym charakterem i zabije męża albo przyjaciółkę. Choć może to byłoby zbyt proste...
No nic, więcej zastrzeżeń nie mam, bo wszystko inne absolutnie bez zarzutu.
Odpowiedz
^Halmar 1 m.
alfonsyna dziękuję, dziękuję! Obszerny i interesujący komentarz. Ze słuszną uwagą o słabym zakończeniu. No i tytuł też słaby - pozwolę sobie dodać uwagę od siebie - z tytułów jestem noga.
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Halmar tytuł jest w porządku, nie przesadzaj! Ja też mam problemy z tytułami niejednokrotnie, to też trudna sztuka.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Nooo, znó bardzo wysokich lotów tekst. Znów lekko. Znów nasycone. Kurde.
Larpy są i spoko, ale wolę tradycyjne RPG, natomiast dobrze napisane o wspinaniu, co i kolanach podczas zejść. Widać bardziej wiedzę, niż reaserch.
Końcówka trochę koło mnie. Oczekiwałem jebnięcia.
Nie jebło.
Odpowiedz
^Halmar 1 m.
Canulas no, nie jebło, wiem Ale cieszę się, że reszta się podobała.
Twoje komentarze są zawsze źródłem mojej radości.
Odpowiedz
+berkas 1 m.
Ojjj lubię łazić po gorachy, super tekst. Miło się czytało.
Odpowiedz
^Halmar 1 m.
berkas super, że wpadłeś i zostawiłeś ślad (zawsze chciałam użyć tego zwrotu he!)
Odpowiedz
+berkas 1 m.

Odpowiedz
Całkiem przyjemna historia, napisana lekkim piórem. Końcówka faktycznie trochę się "urywa", ale może to plus właśnie jeśli miałaby powstać kontynuacja.
Odpowiedz
^Halmar 28 d.
OmnesMoriuntur, serdecznie dziękuję za komplement. To mnie trochę krępuje. A zakończenie, podobnie jak tytuł - moje pięty Achillesowe
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin