Pięćset mil do domu — część XXXIV Pięćset mil do domu — część XXXII

Pięćset mil do domu — część XXXIII

  Link do części XXXI: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2762

 

 XVII

 Nie chciał jej spinać, o ile w ogóle zjawy są zdolne do odczuwania stresu, jednak zbyt wiele od smarkuli zależało, by można to było zostawić nieustalone. W tym konkretnym przypadku dużo lepsze wydało mu się przesycenie treścią od źle zrozumianych ustaleń.

 Schodził wolno, uważnie stawiając stopy. Sama górka nie miała w sobie zbyt wiele z młodszej siostrzyczki Mount Elbert, najwyższego szczytu Kolorado, ale deszczowe krople wyślizgały kamienie. Do tego zwierząt łaziły tutaj dziesiątki. Głównie jaszczurki, choć tu i ówdzie mignął koralowy wąż. Przed postawieniem kroku należało dobrze się przypatrzeć i jeszcze lepiej wsłuchać. No i nie tracić z oczu snującego się tam w dole strażnika.

 Umęczony Polip robił, co mógł, ale że rozhasana dziewczynka w dupie miała skorpiony, szybko pozostał w tyle. Byli już nazbyt blisko tego typa, by można ją przywołać do porządku ciętym słowem. Zresztą wątpliwe, żeby ta mała (ale jednak kochana) martwa jędza posłuchała. Zdążył już cholerę trochę poznać i mimo że szczerze polubił, ciągle nie mógł się nadziwić z jak wielką łatwością dziewczynka umie w nim zabić miłowanie bliźniego. Uważał nawet, że gdyby Thelma umarła "przepisowo", w parę dni podporządkowałaby sobie cały cmentarz, wpierw oczywiście kłócąc się z każdym trupem w sąsiedztwie pięciu alejek.

 Zbyt ładny znicz.

 Za długie wizyty gości.

 Śmierdzące kwiaty w wazonie.

 Dosłownie wszystko.

 Z drugiej strony miał pewność, że każdy zmarlak dałby się za nią zabić kolejny raz. Być może nie tylko zmarlak. Dziewczynka dużo zyskiwała, jeśli miało się na tyle cierpliwości, by ją poznać.

 W końcu niemal zatracając się w tych refleksjach, wyszedł na płaski teren. Kilka sąsiadujących u nasypu kamienistych usypisk dawało realną nadzieję na pozostanie niezauważonym. Jednak ostatnie sześćdziesiąt, siedemdziesiąt jardów to równina, gdzieniegdzie tylko upstrzona lichej wielkości trawą. Albo więc małej wyjdzie powierzone zadanie, albo czeka go łukowate obejście do najdalszego z zabudowań i mozolne podchodzenie bliżej.

 Na razie zakradł się do najbardziej wysuniętego kamieniska, za którym leżąc, mógł pozostać w ukryciu. Mała tymczasem szła, niekiedy tylko z sobie wiadomych przyczyn zmieniając chód na trucht czy podskakując. Skupiony Polip coraz bardziej zaczął się zastanawiać, czy aby nie zapomniała o najważniejszym.

 (Na pewno zapomniała. Musiała, bo przecież była już od tego gościa raptem z piętnaście kroków i dalej nic. Zapewne, kiedy jej drobiazgowo tłumaczył, gestykulując przy tym tak, że mógłby spokojnie cztery baseny przepłynąć, ona miała to w dupie. Cholerna, umarła smarkula. Jeśli tylko wyjdą z tego żywi, to spuści jej taki wpier...).

 A wtedy Thelma w końcu przystanęła. Następnie kucnęła i w swe wypłowiałe od słonecznego światła łapki zaczęła coś zbierać, wypełniając nakreślony plan.

  Motocyklista wypuścił dech i odsapnął, przyrzekając solennie górom, światłu, a także pieprzącym się w śmieszny sposób jaszczurkom po prawej stronie, że kiedy tylko będą już bezpieczni, ucałuje jej niegnijące czoło. Cholerna mała zakała. Jak zwykle się tylko droczyła.

 Tylko że wtedy dostrzegł, co też dziewczynka ma w dłoniach. Dostrzegł i w pierwszej chwili nie uwierzył.

 — Zapierdolę ją — rzucił w bezsilnej wściekłości, uderzając głową o mokrą trawę. — Nie wiem jak, ale zapierdolę to złośliwe licho jeszcze raz.

 

 XVIII

 Siedzieli w ciszy, obserwując cały ten niedorzeczny spektakl. No, niezupełnie, bo kolejny, dopiero co pokrojony reklamami przebój, zaczął ich raczyć wesołą treścią tak kurewsko niepasującą do wydarzeń.

 — Możesz to gówno wyłączyć? — Jej głos, nie jego.

 Nachylił się szybko, ocalając ich uszy przed refrenem i korzystając z tych kilku sekund zbliżenia, mocno zaciągnął jej ciałem. Nie zauważyła, ciągle wpatrzona w drogę. Pochwycił zatem wiatr w żagle, przysuwając się bliżej, zastygając piętnaście centymetrów od krocza.

 — No, już, już. Spierdalaj — szepnęła, nie odwracając ciągle wzroku od drogi. Nie do końca jej wierzył, więc pozostał. Nie powtórzyła, co uznał za ewidentne zaproszenie.

 — Ech — jęknął, przysuwając się bliżej. — Chyba dam ci ksywę "Choroba Serca", bo mnie po prostu zabijasz. — I kiedy już miał rozpocząć swój romantyczny taniec, kiedy już niemal sięgał żółtymi zębami suwaka... — Ał, kurwa! Pojebało cię?!

 — Mówiłam, że spokój, tak?

 — Ale niewyraźnie — jęknął, masując głowę. — Do tego, kurwa, za włosy? Jezu, wiesz, jak to boli?

 — No to teraz masz wyraźnie — burknęła, wskazując ręką to niedające się wyjaśnić kłębowisko. — Co o tym sądzisz?

 Szalony tygiel kultur, choć w zwierzęcym wydaniu jeszcze bardziej niedorzeczny, zaściełał całą drogę na przestrzeni minimum stu długich jardów. Skorpiony, koralowe węże, jaszczurki, tysiące żuków czy niepoliczalna liczba mrówek. A także większe, włochate, których nie potrafiła wymienić z nazwy. Wiedziała tylko, że jeśli kucharz ma na czym nosić czapkę, to takie zwierzaczki dobrze się komponują z białym i półwytrawnym.

 Zwierzęta nie wojowały. O nie. Łaziły tylko po sobie, bezładnie się przelewając, czy po prostu nieruchomo stały. Pozostałości deszczu kończyły obstukiwać dach auta. Motocyklista ciągle masował głowę.

 — Ty! Niepachnący! Chcesz mieć ksywę: "Dwa Razy?" Pytałam, co o tym sądzisz?

 — Sądzę, że mam to w dupie — odpowiedział. — Ale ja przez ostatnie pół nocy gadałem z umarłym dzieckiem, więc się trochę wypisuję nad schemat.

 — Przestań, Wiwat. Nie śmieszkuj. To przestało być śmieszne, gdy... A nie, czekaj...

 — Nigdy takie nie było — dokończył za nią. — Ty też nie jesteś taka lotna, jak myślisz, ale nadrabiasz "zewnętrzem". Do tego zaczynasz gadać już do mnie z ksywki. Coś musi być, kurde, na rzeczy?

 Przewróciła oczami.

 (Chryste. Zwyczajny gest, a tak cholernie seksowny, że jeszcze chwila, a wyjdę z tego jebanego samochodu i zafunduję jakiemuś włochatemu chujostwu przejażdżkę na jednookiej karuzeli. Nie wyrobię inaczej. Nie wyrobię).

 — A więc zapytam raz jeszcze — wycedziła przez (jakże piękne) zęby. — Co szanowny pasażer o tym myśli?

 Westchnął. Spojrzał na drogę. Potem zrobił rękoma kilka gestów, jakby ustawiał odpowiedni kadr. Poprawił się na fotelu. Podrapał pod brudną brodą. Następnie wykonał jeszcze piętnaście równie niedorzecznych, przerysowanych wygłupów.

 Rose odpaliła papierosa i czekała, aż skończy. Wypaliła, wsadziła gumę do ust i czekała. Polimery składające się na bazę gumową dawno wystrzelały się z mięty, kiedy zaczął.

 — Nie wiem — rzucił. — Chuj mnie to w sumie boli, jeśli można po tym przecwałować, startując z drugiego biegu. — Następnie zamilkł. Jego cisza była wprost proporcjonalna do ogarniającej ją w szybkim tempie wściekłości. — Nie no, żartuję — dodał, widząc, że babka jest już u kresu cierpliwości. — Żartuję tylko.

 — To skończ!

 Ton jej głosu nie pozostawiał złudzeń.

 — Ale co ja mam ci, skarbie, odpowiedzieć. Łażą po sobie różne zwierzątka i tyle. Może coś je pojebało od pogody? Nie wiem. Dla mnie to wygląda tak, jakby statek kosmiczny pierdolnął w Arkę Noego i się to tałatajstwo wysypało. Tyle i tylko tyle. A jeśli już musisz wiedzieć, to takie pojebane rzeczy mnie nie ruszają. Nie po wczorajszej nocy.

 Kiwnęła głową z uznaniem, co go w pewien sposób zawstydziło.

 (Matko jedyna. Z odciętych łap mógłbym stworzyć ogródek. A teraz? Chryste. Jakbym miał pieprzone trzynaście lat).

 — Miałeś o gumy prosić, gdy ci się skończą.

 — A skończyły się?

 Kiwnęła głową, ale tym razem inaczej. Tym razem z najprawdziwszą, pierdoloną, sympatią. Wiwat wręcz słyszał piski swego kutasa, informujące właściciela o tym, że jeśli to spierdoli, to ten go w nocy udusi. Poruszony zakapior szczerze obiecał fujarze, że nie zawiedzie. Kiedy uplatał tę wiekopomną myśl, hymn mu pobrzmiewał w głowie, a gwiazdki powiewającej na silnym wietrze flagi, wyglądały co najmniej majestatycznie.

 — No to poproszę — bąknął.

 Rose rzuciła mu paczkę, a sama odpaliła papierosa. Ostatniego. Opakowanie po szlugach wyleciało przez okno.

 — Arka Noego. Matko. Skąd ci się takie coś wzięło?

 Wzruszył ramionami. Potem rzucił okiem przez przednią szybę i zaczął otwierać drzwi. Wcale nie była pewna czy to taki znowu świetny pomysł, ale przekonał ją dwoma krótkimi zdaniami.

 — Chodź, Rose. Zapytajmy Noego.

 

 XIX

 (Nie, nie, nie, nie, nie, nie. Ona nie może mi tego, kurwa, zrobić!)

 Mogła.

 Postawiony na straży maksymalnie siedemnastoletni chłopak rozejrzał się zszokowany. Następnie przetarł oczy. Ona zrobiła to znów.

 Dzieciak popatrzył w niebo, potem jeszcze trochę po kierunkach. Następnie truchtem wrócił do zostawionego przy motorach plecaka. Kiedy zaczął w nim grzebać, Polip uznał, że moment jest odpowiedni.

 Stres był niewyobrażalny, ale akcja się udała. Dobiegł do zabudowań, choć kosztowało go to niemal cały prąd. Skrył się za rzędem maszyn, próbując zregenerować życiodajną energię. Kiedy, podobnie do wyciągniętej z wody ryby, usiłował odzyskać dech, zjawa ponownie przycelowała w gościa. Wycieńczony tym stresującym sprintem, dziesiąty już chyba raz poprzysiągł w myślach, że ją po prostu zabije. O tak. Najpierw przywróci do życia, a potem utłucze Thelmę jeszcze raz.

 

 XX

 Wysiedli.

 Wiwat brawurowo trzasnął drzwiami, za co zgromiła go wzrokiem. Słońce wyłaniające się zza ostatniej chmurki, jaka płynęła niebem, było czerwone jak diabli.

 Tamci stali we trzech, kołysząc się miarowo na boki. Ich nogi, czasem aż po pół łydki tonęły w zwierzęcym gównie. Jednemu skorpion zapierdzielał po nogawce.

 Widać było, że laska nie radzi już sobie tak dobrze poza królestwem swego wymuskanego samochodu. Wyglądała na silnie przejętą tym całym bajzlem i jeszcze bardziej zlęknioną. Ucieszyło go to, bo w końcu zaczynała się zachowywać jak statystyczna kobieta. Przynajmniej w jego pojęciu. Na dodatek, mógł jej zaimponować.

 Zrobił dwa kroki w ich stronę, a wtedy Rose zapytała, czy sądzi, że tamci goście są na prochach.

 Jeszcze przedwczoraj by odparł, że chuj ich wie, jednak przez dwa dni sporo się wydarzyło. Odpowiedział więc krótkim, rzeczowym: "Tak", w duchu dodając dwa słowa: "Na śmiertelnych".

 — Jeszcze nigdy nie strzelałam do człowieka — pisnęła panna, aż się trochę przestraszył. No dosłownie, jakby miała dwa głosy. Jeden w swojej czterokołowej oazie i jeden poza. Oba były oczywiście cudowne i doskonale się uzupełniały.

 — A do czego strzelałaś? — spytał, obserwując ich ruchy. Ten będący najdalej jedynie stał, pozwalając na wędrówki po sobie gadom oraz robactwu. Dwaj najbliżej stojący ruszyli już w ich kierunku.

 — Do puszek albo do drzew.

 Jej paniczny głos dodał mu tylko otuchy. Powrócił wewnętrzny ład. W końcu mógł znowu być wilkiem.

 — No to... masz przed sobą takie właśnie drzewa. Tylko krwawią, krzyczą i umierają. Choć nie wiem, czy tych okazów to się tyczy.

 Uniosła niepewnie broń. Czy bardziej drżała jej ręka, czy też terkotało uzębienie, to jak mniej więcej z ruletką. Czarne albo czerwone. Pięćdziesiąt procent.

 — Pozwól mi działać, Rose.

 — Czyli?

 — Mierz do nich, jeśli ci lepiej, ale nie strzelaj pierwsza!

 Kolesie zredukowali odległość do pięciu jardów, choć już od dobrych kilku wiedział, że nie są żywi. Skórzane kurtki wisiały na nich upiornie jak prześcieradło na lampie. U niższego przyczyny śmierci nie udało się łatwo domyśleć, ale wyższy, to najprawdziwszy rozpaćkaniec. Prawdziwy zgniłek. Mimo wszystko Wiwat jeszcze się wstrzymał. Popatrzył z większą uwagą. Poszukał. Wtedy jednak usłyszał słowa, po których uśmiech rozpełzł mu się niemal po całej gębie.

 — Wsiadaj do wozu, Rose — polecił i usłuchała natychmiast. Ten trzeci przykukał już zamieszanie, bo również zaczął podchodzić.

 — Gdzie Kanati? — ponowił wysoki, głosem co prawda skrzekliwym, ale poniekąd przytomnym. Jedyne niesprasowane żółte oko truposza łypało badawczo. Obdarta z trzech palców dłoń sięgnęła w kierunku kabury.

 Ktoś kiedyś, prawdopodobnie Ukrop, ale mógł to równie dobrze być B.J., opowiedział Wiwatowi pewną krótką, acz (w poczuciu jego wysublimowanego smaku) całkiem zabawną anegdotkę. Była o tym, jak to pewne małżeństwo wybrało się kiedyś do lekarza, mówiąc, że chcieliby doczekać się potomka. Lekarz na nich popatrzył, obejrzał z bliska i pyta: czy to aby na pewno dobry pomysł? Para energicznie potwierdzała, ale doktor ciągle nie był zdecydowany. No normalnie, cholerny konował ciągle nie dawał się kupić. W końcu zapytał: ale chłopaki, serio?

 Tak się Wiwatowi skojarzyło, więc zapytał. Przyjrzał się najbliższemu i spytał, czy oni serio. Wtedy ten martwy cweluch znowu zaczął burczeć o Kanatim.

 — Wiem, że wszyscy być trup — motocyklista mruknął im w odpowiedzi. — Już się tego gówna nasłuchałem.

 

 Link do części XXXIV: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2771

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 10

Opis:

Dodano: 2020-04-21 07:26:31
Komentarze.
~JamCi 6 m.
by można ją przywołać do porządku ciętym słowem - nnie brakuje 'było"?
reszta potem
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
Było tu było, ale było za dużo tego było, więc to się chwilowo zmyło. No ale jak uwiera, to zobaczymy co się da zrobić.
Odpowiedz
~JamCi 6 m.
że każdy zmarlak, dałby się za nią zabić drugi raz - niepotrzebny przecinek?
i w swe wypłowiałe od słonecznego światła łapki zaczęła coś zbierać - cudne
to spuści jej taki wpier...) - a kropka?
wskazując gestem ręki - idem per idem, albo gestem albo ręką bo tak to je to samo
czy po prostu, nieruchomo stały - niepotrzebny przecinek?
Ona nie może tego, kurwa, mi zrobić! - szyk bym zmieniła: ona nie może mi tego
Najpierw przywróci do życia, a potem utłucze Thelmę jeszcze raz. - zdanie sugeruje, ze już raz ją utłukł a nie, że już raz ją utłuczono
Przyjrzał się najbliższemu i spytał, czy oni serio Wtedy ten martwy - brak kropki

Faaajneee. Wiwata lubię jeszcze ciut bardziej :-)
No i część bez męczenia Czarodzieja.



Odpowiedz
*Canulas 6 m.
JamCi zgadzam się z przecinkami. Chyba zgadzam się z szykiem. Rozważę przemodelowanie kwestii w "zabiję ją drugi raz".
Kropki dostawię.
Gest ręki zostaję. Uber puryzm, to 3/4 faszyzmu.

Dziękować.

Ps. Zmian dokonam późnymi godzinami dnia jutrzejszego. Dziś nie mam prądu, a chciałem jeszcze wstawić.

Odpowiedz
~JamCi 6 m.
Canulas a spoko, to tylko sugestie, w dodatku możliwe, że w ogóle nietrafne. A z ręką to w takim razie zmieniłabym (ja) na ruch ręki. Ale to moje zboczenie, nie Twoje ;-)
A tekst świetny i już jestem wciagnięta nie po uszy tylko w ogóle parę metrów pod powierzchnię.
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
JamCi - ooo, pod tym kątem nie myślałem. Noo, zobaczę to, jak już ma karoca objedzie włości i zacumuje na willa plaza - domek.
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
JamCi - już pozmieniałem 95%. Tak więc trudy Twe na marne nie poszły.
Odpowiedz
~JamCi 6 m.
Canulas Cieszę
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
w parę dni, by podporządkowała sobie cały cmentarz - to jest dziwne, może:
w parę dni podporządkowałaby sobie cały cmentarz

Z drugiej strony, miał pewność, że każdy zmarlak, dałby się za nią zabić drugi raz.- drugiej/drugi i pierwszy przecinek wątpliwy

W końcu niemal się zatracając w tych refleksjach - no przerzuciłabym to "się": W końcu niemal zatracając się w tych refleksjach (ale jak uważasz)

"Chyba dam ci ksywę "Choroba Serca", bo mnie po prostu zabijasz" - o kurwa, chyba przedawkował Randkę w ciemno czy inny Czar par

Wklejam i czytam dalej (jeszcze nie skończyłam tego odcinka)
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
— Sądzę, że mam to w dupie — odpowiedział. — Ale ja przez ostatnie pół nocy gadałem z umarłym dzieckiem, więc się trochę wypisuję nad schemat.

— Nie wiem — rzucił. — Chuj mnie to w sumie boli, jeśli można po tym przecwałować, startując z drugiego biegu - otóż to

— Ale co ja mam ci, skarbie, odpowiedzieć. Łażą po sobie różne zwierzątka i tyle. Może coś je pojebało od pogody? Nie wiem. Dla mnie to wygląda tak, jakby statek kosmiczny pierdolnął w Arkę Noego i się to tałatajstwo wysypało. Tyle i tylko tyle. A jeśli już musisz wiedzieć, to takie pojebane rzeczy mnie nie ruszają. Nie po wczorajszej nocy.- i to, to jest mój cały Wiwacik

— Miałeś o gumy prosić, gdy ci się skończą.
— A skończyły się?

"Kiwnęła głową, ale tym razem inaczej. Tym razem z najprawdziwszą, pierdoloną, sympatią. Wiwat wręcz słyszał piski swego kutasa, informujące właściciela o tym, że jeśli to spierdoli, to ten go w nocy udusi"

— Chodź, Rose. Zapytajmy Noego. - i to

Stres był niewyobrażalny, ale cała akcja się udała. Dobiegł do zabudowań, choć kosztowało go to niemal cały prąd. - cała/cały

wklejam i cdn
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
Słońce wyłaniające się zza ostatniej chmurki, jaka płynęła niebem – było czerwone jak diabli. - ee, moment, prrr, co to takie dziwne, wtrącenie ofosowane z jednej strony przecinkiem z drugiej myślnikiem, nie podobie mię się takie

Jeszcze przedwczoraj by odparł, że chuj ich wie. Jednak przez dwa dni sporo się wydarzyło. - obadaj czy nie zrobić z tego jednego zdania

Jej paniczny głos dodał mu tylko otuchy. Powrócił wewnętrzny ład. W końcu mógł znowu być wilkiem.

— No to... masz przed sobą takie właśnie drzewa. Tylko krwawią, krzyczą i umierają. - ZŁOTO!

Lekarz na nich popatrzył, obejrzał z bliska i pyta: czy to aby na pewno dobry pomysł? Para energicznie potwierdzała, ale doktor ciągle nie był zdecydowany. No normalnie, cholerny konował ciągle nie dawał się kupić. W końcu zapytał: Ale chłopaki, serio? - patrz:
i pyta: czy to aby na pewno
zapytał: Ale chłopaki
Raz jest z małej po dwukropku, raz z dużej.

i spytał, czy oni serio[.] Wtedy ten martwy

Świetna końcówka. Świetna cześć.
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
Ritha Ło baben, tu trza było się namachać, co łatwe. I pomyśleć - co niełatwe. Znów 95% refleksji w punkt. I dziękuję za uber bogate pasy komentarzy. Wszystkie rady zastosowane, obecność odnotowana. Znowu dziękuje. Niemal już finalnie
Odpowiedz
~alfonsyna 5 m.
"żeby ta mała (ale jednak kochana) martwa jędza posłuchała" - no wiadomo, że kochana, dobrze, że to zauważył!
"w parę dni, podporządkowałaby sobie cały cmentarz" - przecinek musi sobie stąd pójść, bo zawadza;
"ale zapierdolę te złośliwe licho jeszcze raz" - "to złośliwe licho" - liczba pojedyncza;
"— Eh — jęknął" - Ech;
"wskazując ręką, to niedające się wyjaśnić kłębowisko" - przecinek zbędny;
"gwiazdki powiewające na silnym wietrze flagi" - nie miało być "powiewającej"? Bo to chyba flaga powiewała, nie gwiazdki;
"po których uśmiech rozpełz mu się" - rozpełzł;
No okej, trochę mi nawet smutno, że się Wiwatowi włączyła ruja, no ale tak czasem bywa. Ale ta ostatnia scena istotnie była dobra, pomimo jego udziału w niej, więc da się przeżyć.
Odpowiedz
*Canulas 5 m.
alfonsyna zaczynamy podzięczną epopeję, cwałując przez komentarze. Dziękuję wpierw tu
Odpowiedz
*Canulas 5 m.
alfonsyna -uuff, ponaprawiałem i tutaj. Ynformuję jedynie szanowną czytelniczkę, że może nei od razu, ale zawsze wracam i poprawiam
Odpowiedz
~alfonsyna 5 m.
Canulas nie wątpię, że ogarnięte jak trzeba, nie wątpię.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin