Pięćset mil do domu — część XXXVI Pięćset mil do domu — część XXXIV

Pięćset mil do domu — część XXXV

 Link do części XXXIV: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2771

 

 XXIII

 Zabił chłopaka nożem. Zdążył i zabił. Tyle.

 Na filmach cios karate ogłusza najczęściej wartownika. Tylko że na filmach jest kamera, fotel reżysera z nim samym w środku oraz asystenci, przynoszący przesłodzoną kawę w tandetnych, jednorazowych kubeczkach.

 Tutaj kamery nie było i Polip chłopaka zadźgał, prowadząc pierwszy cios w kark, a potem dobijając całą serią na oślep. Wiele z tych uderzeń wzięła na siebie kurtka. Kilka zdołały pozbijać, wiedzione już tylko automatyzmem opartym na chęci przeżycia, ręce.

 Ale się nie udało i chłopak zmarł.

 Motocyklista podszedł do dziewczynki, wiedząc, że jedyne, co może jej teraz dać, to obojętność. Miłość, chęć dbania, wkurzenie – wszystko wyleciało razem z energią, kiedy zasypywał tego młokosa gradem ciosów. Utonęło pod chrupnięciem, kiedy nóż wszedł dzieciakowi przez kark i tym przeciągłym, stawiającym wszystkie włosy na karku "puuffeemm", gdy sprężynowiec zagłębiając się na skos policzka, masakrował zęby i odcinając czubek nosa, niknął gdzieś w gałce ocznej. Widok wykrzywionej twarzy, skręconej bocznie szyi i tego przeciągłego, płynącego prosto z trzewi jęknięcia, kiedy ostrze zagnieździło się w karku. Cała ta późniejsza walka, to tylko obrona kukiełki, której odcięto sznurki. Próba zachowania życia, będąc w zasadzie martwym.

 (Chryste. Jak dużo znajduje się woli w umierającym nagłą śmiercią człowieku. Jak pierwotny toczy bój o zachowanie życia, będąc w zasadzie zabitym. Jak nie chcą mu zgasnąć oczy).

 Zwymiotował.

 Mała plama kolorowych wymiocin na tle większej, ciemniejszej, wyglądała jak dziesiątka na tarczy. Nahaftował ponownie. Następnie, ciągle z torsjami przetaczającymi się przez żołądek i z psychicznego wycieńczenia ledwie co słaniając się na nogach, ruszył w stronę dziewczynki.

 Nie chciał jej besztać, zwłaszcza że sama miała nietęgą minę. Zapytał więc tylko, co to do chuja było? Odparła, że inwencja. Wtedy spojrzał na napis:

  — Będziesz trópem — odszyfrował litery, mimo że dwie pierwsze utonęły już w zalewie życiodajnych soków leżącego. — Trópem — powtórzył.

 Nie chodziło mu w zasadzie o błąd, tylko o sam pomysł. Był zbyt wyjałowiony z emocji, żeby się czepiać. Czuł, jakby go ktoś wyrwał z głębokiego snu przy pomocy kubła lodowatej wody. Serce drgało nierówno, przechodząc od szaleńczych sprintów, do pojedynczych, niemal niewyczuwalnych uderzeń. Karkiem spływały kaskady zimnych dreszczy. Lepkie od krwi ręce, przynosiły niedający się okiełznać dyskomfort.

 Thelma jednak odebrała jego słowa jako przytyk.

 — Liczy się pomysł, Alex — skwitowała, jednak też dziwnie głucho. Zupełnie bez tej zuchwałej barwy w głosie. Na wpół zemdlony, niepewnie dopytał: "jaki?"

 — Inwencja — odparowała. — Są tu jacyś inni umarli, którzy nie robią błędów ortograficznych?

 Nim zdążył się do jej zaczepki ustosunkować, widok twarzy zakutego chłopaka uwolnił następną falę skurczy. W większości spieniona ślina obryzgała mu buty.

 — Chyba nie dam rady — poskarżył się jej oraz światu. — Chyba już nie dam rady.

 Stanęła przed nim. Ukrył twarz za rękawem. Nie, żeby przechytrzyć łzy. Bardziej coś z sercem. Ciemne plamki, nieostry wzrok oraz szum. Przeciągły, jednostajny, popociągowy terkot. Przysiadł, powtarzając jak mantrę, że nie ma sił.

 Dała mu trochę czasu.

 

 XXIV

 Wiwat nie był jednym z tych czarujących, harlequinowych kawalerów, którzy po seksie tulą do siebie kobietę. Spytał ją za to z błyskiem w oku, czy Rose długo już studiuje kurwinistykę? Zamiar miał dobry, chciał pokazać, że szanuje rzemiosło i ten, tego... Cóż. Jej wzrok wyrażał dużo. I raczej nie był to entuzjazm dla zalotów.

 — No co? Ja cię złapałem za rękę czy ty mnie? Nie rób takiej obrażonej miny.

 Siedzieli już w samochodzie dobre piętnaście minut. Deszcz ciągle uderzał o szyby, choć w myśl jego zuchwałej intensywności, powinien skończyć się szybciej. Przynajmniej tak o tym wszystkim myślał Wiwat, który ogólnie z obserwacją deszczu niewiele miewał wspólnego. Nie przeszkadzało mu to jednak uważać się za speca od pogody.

 Wedle wszelkich prawideł rządzących rozkładem dnia do nadejścia szarówki mieli jeszcze co najmniej dwie godziny, jednak na zewnątrz było bardzo ponuro. Kilka drapieżnie wyglądających chmur scentralizowało się w jednym punkcie, przesłaniając Słońce. Szalejący wiatr ciskał kurzem po szybach, bardzo skracając widoczność. Kłębiące się pod autem węże, gniewnymi sykami wyrażały niemoc.

 — Jeśli byś mnie jeszcze kiedyś, uchowaj Boże, pieprzył, zostaw kartkę, że byłeś. Tyle mam ci do powiedzenia, Wiwat.

 Zadymka robiła się coraz poważniejsza. Deszcz nie miał chyba zamiaru przestać padać do świąt, a porywisty wicher traktował lżejsze zwierzęta jak marionetki. By się usłyszeć, trzeba było niemal do siebie krzyczeć.

 Oboje wiedzieli, że tak naprawdę nie ma tu na co czekać. Północ, południe, wschód czy może zachód? Wszystko jedno. Należało docisnąć gaz i wynieść się z tego miejsca jak najprędzej.

 — Przestań. Teraz się unosisz, ale jakby ci było nieklawo, to byś mi nie przeorała tak plegarów. Całą koszulkę mam we krwi.

 Nic. Żadnej reakcji.

 — Rose?

 Niedbale ciśnięte: "Co?" Nie usłyszał.

 — Rose. Mówiłem, że...

 — Chryste! Dobra już! Skończ! Niech ci będzie. Wpisuję cię na listę niepedałów, ale na razie ołówkiem. Może być?

 Zawiało mocniej i jeden ze skorpionów przydzwonił im w przednią szybę, zostawiając kolorową maź. Wietrzna pylica zredukowała widoczność do zaledwie kilkunastu jardów. Zakapior wznowił w swoim stylu myśl:

 — Niepedał. To mi pasuje. Zaczynasz się w końcu równa babeczka robić. A tak w ogóle, to sobie coś fajnego przypomniałem. Wiesz, czym się różni pedał od lodówki?

 Wyglądało na to, że tylko ona zdaje sobie sprawę z niesamowitych wydarzeń, jakich są właśnie świadkami. Czuła pod skórą, że to może nie być ostatnie stadium zagniewanej natury. Że naprawdę powinni już jechać.

 — Rose! — krzyknął. — To jest ten moment, w którym ty mówisz: "Nie".

 Pokręciła głową, myśląc nad jego niebywałą głupotą. Ostukujące ich kamyczki, mogły w każdej chwili poradzić sobie z szybami. Rozruszała auto. On oczywiście odebrał jej konsternację na swój sposób.

 — Może być — rzucił. — Więc tak. Lodówka nie pierdzi, kiedy się wyciąga z niej parówkę. Dobre, nie?

 Obrzuciła go wkurzonym wzrokiem.

 — Niedobre?

 — Wiwat! — wrzasnęła. — Zobacz, co tu się dzieje? Musimy spadać, a nie gadać teraz o głupotach!

 Rozejrzał się. Zamyślił. Kolejny kamyk zrykoszetował od szyby, która chyba tylko darem losu wytrzymała.

 — No to jedź.

 W lakonicznym wyrażaniu oczywistości był doprawdy niezrównany. Znów pokręciła głową, tym razem nad tym, że tak łatwo mu to wszystko przychodzi. Stąd pewnie i licha moralność. Szczęśliwy gad.

 Zaczął jej opowiadać kolejny "prześwietny żart".

 Wolno ruszyła, przetaczając się zarówno po zwierzętach, jak i ludziach. Zatrzęsło wozem. Pięć minut później piaskowa burza została gdzieś poza nimi. Od trzech Wiwat już spał.

 

 XXV

 Kiedy wróciła, siedział w taki sam sposób. Nieobecny myślami, nieobecny oczami. Wykończony. Powiedziała mu, że dostała się oknem i już wie, gdzie oni dokładnie są.

 Nie skomentował.

 Podała mu liczbę. Nawet tych potworniejszych zaczęła przybliżać z wyglądu. Widząc jednak jego cielęcy sposób bycia, dała spokój.

 Spojrzał dopiero po drugim ciśniętym kamyku. Mętny wzrok jawił się przesytem popękanych żyłek na gałce ocznej. Łzawa krwawość nadawała mu nierzeczywisty, niemal wampirzy wymiar. Żłobił nożem przed sobą i na nią patrzył. Bez chęci do walki czy wstania. Być może nawet do życia.

 — Ośmiu, Polip — przypomniała wiadomość, którą mu już czterokrotnie oznajmiała. — Po lewej od drzwi, tak z dziesięć jardów, przy ognisku siedzi sześciu. Piją alkohol. Bardziej pośrodku, od prawej i nieco dalej, jest tych dwóch, co się znęca nad twoim. Jeden olbrzymi i jeden jakiś pokrzywiony na ryju.

  Niedbałym gestem wskazał jej rząd motorów. Nie zrozumiała, ale był nieugięty. Ponownie wzruszyła ramionami, które nie mogłyby już utrzymać najlżejszej nawet kurteczki. Był niewzruszony i chropowatym głosem rzucił, by policzyła.

 Zrobiła to. Stojących w rzędzie maszyn było jedenaście.

 Skalkulowała, odejmując trupa od wyniku.

 — No trudno. Pomyliłam się. Dwóch musi jeszcze gdzieś być, ale przy ogniu naprawdę jest tylko szóstka. Mogę jeszcze raz zbadać, jeśli chcesz.

 — Saracen? Siostra chłopaka? Cokolwiek?

 — Mogę iść jeszcze raz.

 Smutno pokręcił głową, prosząc, żeby się nie wygłupiała. Że zrobiła bardzo dużo i nie spieprzyła zadania. Że jest z niej naprawdę cholernie dumny.

 Czuła, że coś tu nie gra. Z zaczątkiem martwych łez jaśniejących na bardzo smutnej twarzy powtórzyła, że pójdzie. Niech Alex tutaj poczeka, odpocznie sobie, a ona pójdzie i zbada. Przepatrzy tam każdą mysią dziurę, jeśli trzeba. Niech on tylko siedzi i odpoczywa.

 Ponowił tym samym cholernym głosem, że to nic nie da. Zrobił to w taki sposób, że gdyby zjawy posiadały serduszka, jej by w tej chwili pękło. Łzy nie spływały na ziemię, gdyż były tak samo nierealne, co i ona.

 — Czemu?

 Dźwignął się w akompaniamencie protestujących kości. Zawiesił rękę tak, by spoczywała na jej barku. Bardzo bała się słów, które wypowie.

 — Temu, że jest ich zbyt dużo — wyjaśnił. — Jest ich zbyt dużo, a ja nie mam już sił. Nawet gdyby stali w rzędzie, nie zdołałbym ich pokonać. Nie mam już sił, Thelma. W mięśniach nie mam i w głowie. Nie mam już sił, a ich jest po prostu zbyt dużo.

 Tak bardzo chciała, by słowa, którymi mu na ten wywód odpowiedziała, nigdy nie padły z jej ust. Gdyby tylko mogła cofnąć czas, zrobiłaby to bez najmniejszego zawahania. Niestety. Ośmiojardowy rzut jaszczurką był maksem jej zdolności i złowrogie: "Więc co chcesz zrobić?" zawisło ciężko w powietrzu.

 — Zabiję tylu, ilu tylko się da.

 

 Link do części XXXVI: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2773

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 12

Opis:

Dodano: 2020-04-22 00:01:54
Komentarze.
~JamCi 6 m.
Osz... Tyle mam do powiedzenia.
Odpowiedz
*Canulas 6 m.
JamCi - Nooo, trzy literki

Odpowiedz
*Ritha 5 m.
"Widok wykrzywionej twarzy, skręconej bocznie szyi i tego przeciągłego, płynącego prosto z trzewi, jęknięcia, kiedy ostrze zagnieździło się w karku" - sporo tu przecinków, rozumiem wtrącenia itp. ale intuicyjnie wywaliłabym ten przed "jęknięcia"
"Mała plama kolorowych wymiocin, na tle większej" - ten też bym wywaliła

"Wiwat nie był jednym z tych czarujących, harlequinowych kawalerów, którzy po seksie tulą do siebie kobietę. Spytał ją za to z błyskiem w oku, czy Rose długo już studiuje kurwinistykę? Zamiar miał dobry, chciał pokazać, że szanuje rzemiosło i ten, tego... Cóż" - jednak lepiej, żeby tu Alfonsyna nie przychodziła

Niedbale ciśnięte "Co?" Nie usłyszał - hmm, zawsze jak pisałeś tak, to był jeszcze dwukropek przed cudzysłowem

To jest ten moment, w którym ty mówisz: "nie" - no właśnie, tutaj jest dwukropek, ale zwykle to w cudzysłowie było z dużej

Cały dialog Wiwas-Rose jest uroczy od samiuśkiego początku parę części wcześniej.
Opis Polipa też fajny.

"Z zaczątkiem martwych łez jaśniejących na bardzo smutnej twarzy, powtórzyła, że pójdzie" - pierwszy przecinek bym wyrzuciła

Ośmiojardowy rzut jaszczurką był maksem jej zdolności i złowrogie "Więc co chcesz zrobić?" zawisło ciężko w powietrzu. - tu też mi brakuje dwukropka

Ostatnie kwestia, kto ją mówi? Nie wiem, czytałam uważnie, z narracji wynika, że ona, a zdanie pasuje mi bardziej do niego.
Odpowiedz
*Canulas 5 m.
Ritha tak, przecinki, wiadomo, ale przyjrzę się też dwukropkom, bo widać, że i tu coś nie halogen. Kłaniam się głebiej niźli we pas
Odpowiedz
*Canulas 5 m.
Ritha - kolejna część poprawiona według sugestii. Nie mam siły, więc tylko jedna.
Ukłonias.
Odpowiedz
~alfonsyna 5 m.
"skwitowała, jednak też dziwnie niemo" - nie wiem czy nie lepiej zmienić to "niemo" na "bezbarwnie" czy "głucho" czy coś podobnego, bo jednak ona się odezwała, co logicznie kłóci się z tym "niemo";
"gdyby zjawy posiadały serduszka, jej by w tej chwili pękło" - urocze to
Pominę opieszałość i brak kultury Wiwata, współczuję tylko Rose jej głupich wyborów, no ale bywa.
Za to prześwietna jest scena z Polipem i Thelmą - nasycona i smutno-urocza. Dzięki temu mogę zapomnieć ten niesmak pozostały po Wiwacie.
Odpowiedz
*Canulas 5 m.
alfonsyna nooo, fakt, niezbyt szczęśliwie wybrzmiewa "niemo". Cuś pomyślę.
Oj tam, Wiwat.
Odpowiedz
*Canulas 5 m.
alfonsyna - tropem poprawy dotarłem aż tu, wiec niechaj grzmiące echo podziękowań dotrze do Ciebie.
Odpowiedz
~alfonsyna 5 m.
Canulas, dotarło, nieźle Ci idzie!
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin