Historia Samanthy — część II Bez trzymanki

Historia Samanthy — część I

 Cykl: Stare Mini-Serie Grozy

 

 Auto pędziło dobre dziewięćdziesiąt mil na godzinę, jednak kierująca pojazdem nadal dociskała pedał gazu. Jeszcze niecałe pół godziny temu siedziała w restauracji w Lexington, marząc o tym, by poznany drogą mailową mężczyzna okazał się tym właściwym. Teraz nie mogła zrozumieć, czemu zdecydowała się na ten wyjazd.

 Ścisnęła mocniej kierownicę, pozwalając, by długie paznokcie miękko zagłębiły się w skórę. Przyspieszyła. Silnik zaryczał i prowadząca przez nią Corvetta osiągnęła prędkość stu mil na godzinę. Dochodziła dwudziesta druga. Jeżeli utrzyma tempo, za dwadzieścia minut będzie w domu.

 Międzystanowa trzydziestka piątka była pusta, jeśli nie liczyć mijanych co jakichś czas ciężarówek. W zasadzie wiodła prosto, niekiedy łagodnie skręcając.

 Kobieta odważyła się przyspieszyć do stu dziecięciu i zdenerwowana, sięgnęła po papierosa. Powietrze wypełnił dym, gdy Lucky Strike zetknął się z purpurą wydatnych ust. Uchyliła szybę. Noc była ciepła nawet jak na ostatnie dni lata, a na bezchmurnym niebie świeciło miliard złocistych światełek oraz srebrna księżycowa tarcza. Samantha wyminęła przewożący konie pojazd i westchnęła, pozwalając pamięci zabrać się do wydarzeń z wieczora.

 

 Rupert zapowiadał się nieźle. Może i rzeczywiście, kiedy gawędzili przez internet, odjął sobie kilka lat i kilogramów, jednak sam wygląd zewnętrzny zdawał się zbytnio nie odbiegać od prawdy. Nie chodziło jednak o jego wygląd.

 Spotkanie na żywo zablokowało go. Onieśmieliło. Z wesołego gawędziarza zmieniło w nudnego, patrzącego ciągle na własne dłonie, chłopaczka. Człeczka, który niewiele pytał i nie wiedział nawet co zamówić. Samantha jeszcze przed podaniem głównego dania zaczęła zapisywać w pamięci dzielące ich różnice.

 Wcześniej, kiedy jeszcze zależało jej na spotkaniu, przygotowała dokładnie cały plan, widząc jednak, że niewiele ma do stracenia, wyłożyła karty na stół. Na ręku zaś miała parę, która przypominała o błędach minionych dni. Brian i Lucy. Bliźniaki.

 Mężczyzna spojrzał na nią, potem rozejrzał się po całej sali. Twarz mu zbielała niczym odświętny obrus.

  — Mają tu naprawdę pyszną kawę — wydukał.

 Kobieta wstała, wyszła, wsiadła i odjechała. Dokładnie w tej kolejności. Bez ani jednego słowa. A teraz w asyście nocy i zapachu świeżo skoszonej trawy pędziła do domu, marząc, by ciepły prysznic zmył z niej naiwność niegodną trzydziestoletniej kobiety.

 Sięgnęła po następnego papierosa, wpychając jednocześnie pustą paczkę do schowka i zwolniła do osiemdziesięciu. Samochód wszedł płynnie w zakręt.

 Na przydrożnej tablicy odczytała: Owensboro. Trzydzieści trzy mile.

 

 Dochodziła dwudziesta druga piętnaście, kiedy zaparkowała Corvettę w garażu stylowo urządzonej willi. Nie do końca jednak styl jakim epatowało domostwo był jej stylem. Taką ją wyszarpała przy rozwodzie. I mimo że od rozstania upłynął już prawie rok, ciągle coś zmieniała, żeby dom jak najbardziej oddawał jej osobowość.

 Powiesiła płaszcz i właśnie wchodziła do kuchni, kiedy z góry dobiegł ją tupot stóp. Dzieci zbiegły na dół, robiąc przy tym naprawdę dużo hałasu. W pierwszej chwili sądziła, że pośpiech jest wyrazem tęsknoty. Te jednak przekrzykiwały się tylko.

 — Mamo, mamo. Był tu jakiś pan — zaczął Brian.

 — Tak. I robił zdjęcia domkowi — dodała Lucy.

 Pewnie z kimś się umówiłam i zapomniałam, pomyślała Samantha. W piątek mam oddać do renowacji meble z salonu, jednak kierowca przybycie poprzedzić miał telefonem.

 Uśmiechnęła się, choć kwestia zdjęć trochę ją przestraszyła. Najprawdopodobniej tatuś postanowił jeszcze o coś powalczyć.

 — Słuchajcie. Czy ktoś zna tego pana? To nie był tatuś?

 — Nieee. — Znowu głośniejszy był Brian. — Ten był gruby i bardzo, baaardzo wysoki.

 — Ja pierwsza zauważyłem, jak robi zdjęcia domkowi. Pomachaliśmy mu.

 — Pomachaliście?

 — Tak — wydarł się synek. — A wtedy on też nam pomachał.

 — To prawda, mamo. To prawda. A potem ten pan przeciągnął tak nożem po szyi, jakby chciał powiedzieć, że wszystkich nas pozarzyna.

 Zaniemówiła.

 — Jak randka? — zapytała Lucy, zupełnie zapominając o poprzednio wypowiedzianym zdaniu. Ot, cała dziecięca magia.

 — A ten pan, to jakiś twój znajomy? — Kolejne pytanie padło ze strony syna. Ona jednak była już przy drzwiach, przekręcając klucz i nakładając stalowy łańcuch. Zamek Gerdy, opatrzony dopiskiem Ze1, pomimo posiadania tytanowej płytki, nie zdołał jej uspokoić. Przebiegła przez salon do kuchni i przystanęła. Drzwi prowadzące na ogród były otwarte.

 Podeszła na sztywnych nogach, w każdej chwili spodziewając się ataku maniaka i je zamknęła. Potem wstawiła kawę i usiadła, starając się przypomnieć sobie jakiekolwiek zwady z sąsiadami. Nic.

 Poza mną w zasięgu mili mieszkają tu tylko Millerowie i stara panna McGretty, pomyślała. Prawdopodobnie Shawn kogoś wynajął. Inaczej dzieci, by go rozpoznały. Tylko w jakim celu? Sprawy rozwodowe zostały załatwione już dawno. Poza tym były mąż nie był typem psychopaty. Był kobieciarzem.

 Dźwięk wyłączanego ekspresu ją przestraszył. Wstała, zalała kawę. Następnie sięgnęła po torebkę. Wpierw szukała spokojnie, by chwilę później wysypać wszystko na stół. Komórki jednak nie było.

 W samochodzie. Prawdopodobnie ją zostawiłam w samochodzie.

 Właśnie wstawała, gdy dzieci wbiegły do kuchni.

 — Narysowałem dla ciebie tego pana.

 — Ale to ja zapamiętałam, jak wyglądał.

 Chłopiec podał jej kartkę bloku, z pieczołowitością godną wręczania szkolnego świadectwa.

 Spojrzała.

 Nagryzmolony świecową kredką mężczyzna miał olbrzymi korpus i małą główkę. W ręku zaś trzymał coś, co w domysłach dzieci miało być nożem. Pod rysunkiem widniał podpis namalowany niebieskim kolorem. „Obcy Pan.” Obok zaś narysowane zostały dwie malutkie postacie, opatrzone stosownymi podpisami. „Ja” i „Lucy”.

 Jeszcze raz spojrzała na kartkę, mając nadzieję, że monstrualny wzrost obcego jest wynikiem nieukształtowania się wyobraźni przestrzennej jej dzieci. Nie była bojaźliwą kobietą, jednak zmęczenie całym dniem spowodowało, że postanowiła zadzwonić do ex-męża.

 To będzie mój pierwszy telefon od ponad dwóch miesięcy, pomyślała. I lepiej niech ten zasraniec nie spodziewa się żadnych miłych słów.

 Telefon w salonie nie działał.

 Fala gorąca przetoczyła się przez jej ciało, niszcząc bastiony rozsądku i wdzierając się szturmem do mózgu.

 — Gdzie masz telefon, Brian?

 — Nie wiem. Gdzieś w pokoju.

 — A ty?

 — Ładuje się. Przynieść?

 — Nie. Sama przyniosę. Zostańcie tu.

 — Mamo — usłyszała, kiedy była na schodach. — Czy to ten pan?

 Zdobyła się na uśmiech, który chyba nie przekonał jej córki i ruszyła na górę. Nagle dom, o który tak wcześniej walczyła, przytłoczył ją. Stał się zbyt duży. Rozległy. Nasłuchując i poruszając się niezmiernie cicho, otworzyła drzwi. Zapaliła światło, zamierając na widok postaci siedzącej pod oknem. Serce stanęło. Ciało zdrętwiało niezdolne wykonać ruch. Wielki ciemno-zielony pluszak rozmiarów dorosłego człowieka szczerzył do niej swe ząbki.

 To twój ostatni kawał, sukinsynu – wspomniała w duchu ex-męża. Rozejrzała się za telefonem i ulżyło jej, gdy dostrzegła na parapecie podłużny kształt.

 Komórka była zniszczona.

 Głośnik został wyrwany, a przyciski poobłupywane. Ekran pozostał nietknięty i zobaczyła, że pod tekstem wiadomości nieodebranych świeci się cyfra jeden. Drżącym palcem nacisnęła joystick. Ukazał się tekst wiadomości. Zgłupiała.

 Dzieci doleciał przerażony krzyk, więc rzuciły się pędem ku górze. Kiedy do niej dobiegły, była blada.

 — Chcę, żebyś przypomniał sobie, gdzie położyłeś telefon.

 — A mój jest zły?

 — Nie, Lucy — skłamała.

 Brian zaczął szukać. Jednak po kilku bezowocnych minutach przestał. A matka, nie wiedzieć czemu, nie pozwoliła mu na wyjście z pokoju.

 Laptop. Wpadła na to tak nagle, że niemal krzyknęła z radości. Mogę skorzystać z komunikatora bądź z darmowych SMS-ów na stronie. Wciąż nie zdradziła maluchom, co się stało, jednak dziewczynka zaczynała się niepokoić.

 Kiedy w asyście dzieci udała się do sypialni, w jej głowie wciąż pobrzmiewała treść wiadomości.

 „Czy naprawdę sądziłaś, że nie pomyślę o wszystkim?” – brzmiała.

 

 Dotarcie do pokoju zajęło im dużo czasu, a każdy przebyty krok wydawał się zbyt głośny. Decyzja o otwarciu drzwi także nie przyszła natychmiast.

 Będzie siedział za biurkiem, szeptała ta część jej mózgu, która nigdy nie odważyła się dorosnąć. Siedział i patrzył się w ciebie. Nie, to nie błąd. Nie na ciebie, lecz w ciebie. Będzie patrzył się w ciebie. Dokładnie w ciebie.

 Palce zastygły na klamce.

 Albo inaczej – dopadło ją znowu. – Będzie stał tuż za drzwiami. Wejdziesz, a wtedy on…

 ...nie, nie, nie…

 … młotkiem, uderzy młotkiem…

 — Mamo, wchodzimy? — Znajomy głos. Z daleka. Z bardzo daleka.

 Przekręciła klamkę, choć towarzyszący temu dźwięk wwiercił jej się w skronie. Jak ostatnie sekundy życia. Jak zluzowanie zapadki od (…chyba francuskiej...) maszyny ucinającej głowy, zaczynającej się na siódmą literę alfabetu.

 Skrzypnięcie drzwi, jak:

  — Witaj. Zobacz, co mam dla ciebie?

 Będzie miał mocny głos, pomyślała. Nie wiem czemu, ale będzie miał mocny, pewny głos. Bardzo silny. Władczy.

 Za biurkiem nikt nie siedział.

 — Mamo — doleciało z daleka — ściskasz mi rękę.

 Wypuściła powietrze z płuc, czując, jak zapach perfum obumiera, rozszarpany lepkimi mackami potu i oczekując ciosu zza drzwi, zrobiła krok.

 Jeden jard drogi, w napięciu jakiego nie mógł dostarczyć żaden film ani żadna przeczytana powieść. Jeden jard drogi. Wędrówki, podczas której zamyka się oczy tak mocno, że trzeszczy w skroniach. Nie czuje się przegryzanych zębami warg. Nie słyszy nic oprócz serca.

 Toshiba stała na biurku. Wycelowana w stronę drzwi. Włączona. Naszykowana.

 Oddalała od siebie myśl o tym, że nieznajomy był w domu. O tym, że przemykał tuż za plecami jej dzieci. Grzebał w prywatnych rzeczach.

 Przyjdzie czas na tego typu refleksje, pomyślała. Na rozkładanie ich na czynniki pierwsze. Na regenerację, w asyście hektolitrów kawy i kojącego głosu terapeuty. Na wszystko przyjdzie czas, lecz nie teraz. Teraz trzeba stąd wyjść. Wygrać grę, której nie zna się zasad.

 Przeżyć. Po prostu przeżyć.

 „Masz dwie nieodebrane wiadomości”. – Zdawał się drwić z niej laptop, kiedy uruchomiała komunikator. Nim stał się jednak aktywny, Samantha patrzyła gdzie indziej.

 Pięć zdjęć.

 Pięć wysłanych zdjęć. Być może z pokoju obok.

 Jej willa. Zdjęcie od frontu.

 Jej bawiące się dzieci. Zdjęcie od tyłu.

 Ona pijąca kawę w kuchni. Lewy profil.

 I jej samochód.

 Przed zniszczeniem i po.

 

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 8

Opis:

Dodano: 2019-08-25 23:06:00
Komentarze.
~jotka 1 r.
Początek wydawał mi się nieco kobiecy. To znaczy inaczej, jakby narracja była zbyt subtelna, jak na Twoje twory. Ale podejrzewam, że to stary tekst; jeśli nie to też dobrze, bo już od środka mnie wciągnęło. Nie ma epatowania wulgarnością, rozbuchania emocjonalnego na skraju, a powolne tkanie klimatu grozy.
Nie jest to może jakoś mocno innowacyjne, ale intryga zbudowana świetnie. Chcę numer dwa!
Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Tak, tylko uber-stare na razie wstawiam. Takie +10l.
Fajno, że... no wiadomo
Odpowiedz
@nuncjusz 1 r.
Test
Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Test to był na ATolu Bikini.
Odpowiedz
~Adelajda 1 r.
Chyba się powtórzę, ale Twoje stare teksty, a te, które niedawno popełniłeś jakby napisała inna osoba. Fajnie poznać inne oblicze Twoich prac Chociaż Historia Samanthy posiada podobny klimat do Eyre.
Podobało się
Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Eyre pisaliśmy razem z Rithą. Nasz pierwszy taniec <chlip> Te teksty są meeega stare. Ale, żyje się raz albo i pół. Dziękować.
Odpowiedz
^Halmar 1 r.
Całkiem niezłe. Wciąga. Choć motywy zgrane, ale fajnie zapodane.
Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Zgrane, zgrane. To z czasów naiwności wielkiej. Lata upadłe. Dawne, dawne czasy
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
No dobrze, obadajmy to to
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
O kurdex, obyczajówka, romansidło wręcz. Nie bardzo rozumiem zachowania kobiety na tej randce, jakaś niezrównoważona deczko.
„— To prawda, mamo. To prawda. A potem ten pan przeciągnął tak nożem po szyi, jakby chciał powiedzieć, że wszystkich nas pozarzyna.
Zaniemówiła” – no tak, wiadome było, że podkręcisz atmosferę słusznie

„Nagryzmolony świecową kredką mężczyzna miał olbrzymi korpus i małą główkę. W ręku zaś trzymał coś, co w domysłach dzieci miało być nożem. Pod rysunkiem widniał podpis namalowany niebieskim kolorem. „Obcy Pan.” Obok zaś narysowane zostały dwie malutkie postacie, opatrzone stosownymi podpisami. „Ja” i „Lucy”- dobreee, creepy, działa na wyobraźnię, atmosfera napięcia wytworzona została w tym opowiadaniu bardzo gitesowo

Potem jeszcze bardziej, ciachane zdania, kurde, bardzo dobrze skonstruowany suspens na zwykłych, „domowych” obrazach. „Pierwszy śnieg” Nesbo miałam w głowie przez większość lektury tegóż opka, bardzo podobne osaczenie.

Ja pierdolę, końcówka jest IDEALNA. W zasadzie cały ostatni akapit, ale im dalej tym intensywniej. Gdzieś to uchował, takie opko, Canulardo, nie pokazując na światło dzienne. Wstydź się!


psst. Eyre się tu w komciach wspomina widzę ) Zaobserwowałam (wieki temu) na insta profil Eyre Highway czy jakoś tak i se czasem zerkam. Miło wspominam, wtedy jeszcze pisanie z Canulardem mnie paraliżująco stresowało ))

Odpowiedz
*Ritha 1 r.
A że motywy sztapmowe, jak Ty to powiadasz - yebacc, 70 % moich jednoostrzałowych opek (w skórcie jednopek) jest na sztampie utkane.
Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Hahaha, cudo koment. Tak było )
Uchowalem bo... no bo tak i oo. Taka tam staroć.
Dziekowac.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin