jasno ciemno
TW#8 - To Apokalipsa TW#6 - Tam, gdzie Emmy się uśmiecha

Przypalony świat 1z2

 Poprzez łagodnie odludne pustkowia kwiecień przebiegł szybko, po czym wpadł pod koła losowej ciężarówki i nastał maj. Wszystko w szaleńczym tempie zgodnym ze światowymi standardami. Minął tydzień, słońce prażyło, choć na przemian z chłodniejszymi akcentami wiatru. Na wylocie z miasteczka Buggy Deer rodzina oposów zaliczyła bezpłatny kurs wałkowania oponami szambiarki, do tego pełnej. Futrzane naleśniki w krwistym sosie powoli przypalane przez majowe słońce zwróciły uwagę kierowcy autobusu z trzema pasażerami, którzy zmierzali na wschód, w losowe miejsca, byle dalej od Buggy Deer. Mężczyzna zapoznał się z sytuacją, ale nie wiele zrobił. Oprócz splunięcia i kichnięcia właściwie nic. Wsiadł z powrotem do autobusu, wrzucił bieg i ruszył.

 — Te oposy nie były niczemu winne — odezwał się nieco przyduszony głos.

 Kierowca spojrzał w lusterko. Cztery truchła nikły za wzniesieniem, aż w końcu nie było nic więcej, tylko pustkowia i rzeka asfaltu pomiędzy nimi.

 — Przejście dla oposów to inwestycja jutra. Można napomknąć burmistrzowi Buggy Deer — zaszydził.

 — Wyjeżdżam na zawsze, więc raczej nie będę miała okazji. Ale pan, panie kierowco, może…

 — Niech się pani nie martwi, w końcu to zwyczajny ludzki odruch. To spokój dla sumienia. Widzę cztery rozjechane oposy, myślę – przejście dla innych bezbronnych rodzin oposów do końca tego miesiąca.

 — Takich ludzi nam potrzeba. Takich jak pan.

 Spojrzał w lusterko. Babka uśmiechała się do siebie, do piaszczystych pustkowi i sępów krążących w górze. Pewnie do nieba też. Reszta to jest dwóch emerytów w kapeluszach, spała na dalszych miejscach pochrapując cicho. Możliwe, że kiedy kierowca naciskał pedał hamulca z siłą, jakby miażdżył szczura, nadal spali, mimo krzyków kobiety, mimo że autobus w mig wywrócił się na lewy bok.

 ****

 Koło południa asfalt parzył jak rozgrzana patelnia. Wydawało się, że kwestią czasu jest, kiedy zmieni się we wrzący potok smoły. Na horyzoncie pojawił się lśniąco zielony traktor strzelający z tłumika czarnymi obłokami spalin. Kierowca leniwie spoglądał za siebie doglądając nowo przemalowanej snopowiązałki. Lśniła powściągliwą czerwienią i pachniała nowością. Zupełnie jak nowe skarpetki na Boże Narodzenie. Przynajmniej w zapachu nowości. Traktor zjeżdżając z lekkiego wzniesienie, przyspieszył. Asfalt śmierdział, mieszał w głowie, ale nie tak tyle, żeby nie zauważyć szambiarki stojącej na środku szosy. Unieruchomiona jak wypchany wół nawet nie drgnęła, kiedy traktor wbił się w nią z impetem. Było trochę hałasu, trochę krwi. Przednia oś wygięła się na kształt litery U, podobnie jak chłodnica. Zza szambiarki wychylił się jakiś wąsaty gość, cały we krwi. W oczach nie miał nic oprócz strachu. Co chwilę łapały go silne dreszcze mimo lejącego się z nieba żaru. Mało realistyczna sytuacja, ale fatamorgana nie maczała w tym swoich wyimaginowanych palców. Był blady, co w taki gorąc nie było widokiem częstym. Spuszczona głowa dyndała na szyi od niechcenia. Mógłby kręcić kółka, powłócząc jednocześnie nogami, tańczyć jednoosobowe tango albo recytować dziecięce wierszyki. Zamiast tego klapnął na asfalt jak kawał krwistej wołowiny na ruszt.

 — Ej, chłopie, nie umieraj, mamy do przegadania — Podbiegł do niego z lekkim opóźnieniem. Trochę speszony, trochę zły i lekko usmażony na karku.

 — Co to było? Nagle obudziłem się i zobaczyłem wywrócony autobus. Wszystko mnie boli.

 — Nie wiem, chyba zasnąłeś za kierownicą i spowodowałeś cały ten bajzel. Odpowiesz za to, chyba że wpierw usmażysz się tu razem ze mną.

 Facet przewrócił nerwowo oczami.

 — A ty kto? Tylko nie mów, że mój anioł stróż, bo zacznę się głośno śmiać.

 — Barton Guadiolly.

 — Farmer?

 — Nie, adwokat na urlopie. Lubię w wolnym czasie jeździć z moją snopowiązałką. Teraz jest świeżo po malowaniu i wygląda jeszcze piękniej.

 — Fakt, jest niezła. Nawet lepsza od mojej byłej żony? Jestem Rislly Turon, szambiarz z zawodu i pasji.

 Uścisnęli sobie dłonie. Obie spocone. Właściwie żaden z nich nie wiedział po co to robią.

 — Schlebiasz mi, porównując moje cudo do swojej byłej.

 Rislly zasyczał z bólu, próbując podnieść się o własnych siłach. Po ramieniu spłynęły strugi krwi.

 — Mówię, jak jest. Paniusia śpi na cmentarzu miejskim już trzeci rok. Ale jakoś mi do niej nie tęskno.

 — Problemy w związku?

 — Coś w ten deseń. W końcu ona pierwsza wybrała się na strych ze sznurem. Ja też miałem to w planach, ale jak zwykle była pierwsza.

 Barton spojrzał w stronę wywróconego autobusu. Wysilił przy ty mięśnie szyi, aby lepiej ogarnąć wzrokiem teren. W końcu i tak porzucił bezceremonialnie Turona, który nadal nie potrafił wstać o własnych siłach. Nawet uronił jedną słoną łzę w akcie rozżarzonego gniewu, który tłumił w sobie.

 Autobus leżał na prawym boku. Na uwagę zasługiwała wystająca ręką kierowcy pochlastana przez kawałki szkła, które zagnieździły się w niej jak robactwo w zepsutym mięsie. Barton ostrożnie zajrzał do środka. Oprócz zdecydowanie martwego kierowcy, w autobusie znajdowały się jeszcze trzy osoby. Na pierwszy rzut oka trupy, chodź była mała szansa, że ktoś przeżył.

 — I jak? Żyją? — usłyszał nieco złamany głos.

 — Kierowca martwy, reszta nie wiem. Sprawdzę.

 Rislly zacisnął usta na myśl o wszystkim, co spotka go, kiedy zjawi się policja. Akurat teraz nie miał ochoty na odbieranie sobie życia. W końcu udało mu się spłacić auto i nie zalegał z czynszem od pół roku. Promienie słońca odbijały się w mozaice z potłuczonych szyb. Oczekiwanie wydawało się tylko przeciąganiem nieuchronnego. A mimo wszystko głupi promyk nadziei skakał radośnie pośród zgniłej pustki i bezsilności.

 — To jak? Chcesz wiedzieć? — usłyszał.

 — Nie, nie chcę. Zostaw ich. W ogóle, po co ta cała fatyga? Są martwi.

 — Nie inaczej. Od cholery krwi. Coś ty najlepszego narobił, szambiarzu miesiąca?

 Wymienili spojrzenia. Zaufanie spadło poniżej zera. Teraz Burton kombinował nad planem awaryjnym. Biedny szambiarz. Albo raczej, jebany, zawodowy morderca. To pewne.

 Zeskoczył z autobusu i zatoczył duży łuk, nieustannie przyglądając się Rislly’emu. Facet był autentycznie zdezorientowany. Na twarzy wciąż malowały się zmarszczki wywołane przeszywającym bólem. Do tego pot i chyba łzy.

 — Co, teraz jednak mi nie ufasz?

 Barton zacisnął zęby. Przesunął się jeszcze o dwa kroki i chwycił za leżący obok buta odłamek szkła. Potencjalnie plan zakładał rozerwanie facetowi tętnicy, a potem się zobaczy. Złapią go i tak. Ma współudział jak w banku.

 — Dobiłeś wszystkich, a teraz chcesz ode mnie przysługi. No, dobrze mówię. Zabawa się zaczęła na dobre. — Zamachnął się odłamkiem, przeszywając powietrze. Rislly nawet nie drgnął. Był dziesięć kroków od Bartona.

 — Fani snopowiązałek zawsze kończą źle. Powieszenie, ugotowanie, spalenie żywcem. Niektórych ćwiartują i rzucają świniom na pożarcie o poranku. Ty możesz być następny, ale masz zajebistego farta. Zabijam, ale też i chronię. — Przeczołgał się pod drzwi kabiny i ostatkiem sił podciągnął się na metalowych stopniach. Na karku poczuł piekący dotyk szkła.

 — Mogę cię zabić i uciec stąd. — Docisnął szpiczasty koniec, lekko rozcinając skórę.

 — Nie możesz. To absurd. Rodzina oposów, ty, wszystko. Jesteś w jebanym niebezpieczeństwie. Po kolana w bagnie, z którego tylko ja cię mogę wydostać.

 — O czym ty mówisz? Nie jestem pieprzonym rolnikiem, tylko adwokatem.

 — Co z tego? Paradujesz ze snopowiązałką, świeżo malowaną, w kolorze tak nierzucającym się w oczy, że uwierz mi, nie dożyjesz jutrzejszego poranka. Już cię mają na widelcu, ale szukają noża i sosu czosnkowego.

 — Takie przypadki nie istnieją. Mam umrzeć, ale przypadkowo wpierdalam się w szambiarkę prowadzoną przez mordercę i prywatnego ochroniarza?

 — Po pierwsze, zabijam, kiedy okazja jest co najmniej idealna. Po drugie, szambiarka to moje marzenie z dzieciństwa, więc łącze zawodową robotę z marzeniami. Lepiej ochłoń i daj mi spisać w myślach korzystną dla nas obu umowę na twoje życie.

7917 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: groteska

Liczba wejść: 21

Opis:

Dodano: 2020-05-01 22:00:11
Komentarze.
~JamCi 8 m.
ale nie wiele zrobił - niewiele
Wysilił przy ty mięśnie szyi - przy tym
Hmmmm... Zaczęło się super, potem absurd osiągnął zenit a potem... zgłupiałam. Sama nie wiem co mam o tym myśleś, bo końcówka przewróciła mi móżdźek jak naleśnik na patelni. Zryty berecik mam. Zryłeś mi berecik.

Odpowiedz
~marok 8 m.
JamCi, poniekąd tak miało byc. Miałem dłuższą przerwę od pisania i muszę sie wdrożyć, pewnie dlatego takie wyszło pogmatwane
Odpowiedz
~JamCi 8 m.
marok ryj, czekam na więcej.
Odpowiedz
Jeszcze to:
"Traktor zjeżdżając z lekkiego wzniesienie" - wzniesienia;
"ale nie tak tyle" - raczej "nie na tyle" albo "nie aż tak";
"wystająca ręką kierowcy pochlastana przez kawałki szkła" - ręka;
"Na pierwszy rzut oka trupy, chodź była mała szansa" - choć;
Właściwie to całkiem sprawnie szła akcja i nadążałam za nią aż do momentu tej ich ostatniej rozmowy - na końcu chyba za bardzo mi się ci dwaj bohaterowie zlewają i nie do końca jestem w stanie ich rozróżnić bez dogłębnej analizy. Nie wiem, czy taki właśnie był zamysł, ale ta końcówka strasznie zamieszała.
Odpowiedz
~marok 8 m.
alfonsyna aż takiego dużego zamieszania nie miało wywołać, ale chyba straciłem prąd po tak długiej pustce.
Odpowiedz
marok, ważne, że się coś dzieje, jakoś się trzeba rozkręcić.
Odpowiedz
*Ritha 8 m.
Pierwszy akapit do trzech gwiazdek - tak mogłaby się zaczynać powieść Kinga - facet odwozi babkę, która na zawsze opuszcza miasteczko, rozjeżdżają oposy, kurtuazyjna gadka raczej oszczędna w słowach i ogólnikowa w tematach. Do trzech gwiazdek jest niezły klimat. Czytam dalej.

"Unieruchomiona jak wypchany wół nawet nie drgnęła, kiedy traktor wbił się w nią z impetem. Było trochę hałasu, trochę krwi. Przednia oś wygięła się na kształt litery U, podobnie jak chłodnica. Zza szambiarki wychylił się jakiś wąsaty gość, cały we krwi. W oczach nie miał nic oprócz strachu" - i to fajne

"Autobus leżał na prawym boku. Na uwagę zasługiwała wystająca ręką kierowcy pochlastana przez kawałki szkła, które zagnieździły się w niej jak robactwo w zepsutym mięsie. Barton ostrożnie zajrzał do środka. Oprócz zdecydowanie martwego kierowcy, w autobusie znajdowały się jeszcze trzy osoby. Na pierwszy rzut oka trupy, chodź była mała szansa, że ktoś przeżył" - tu też przyjemna narracja, taki spokój w opisywaniu katastrof, taa, to jeden z Twoich coraz bardziej wyrazistych znaków rozpoznawczych

" Barton zacisnął zęby. Przesunął się jeszcze o dwa kroki i chwycił za leżący obok buta odłamek szkła. Potencjalnie plan zakładał rozerwanie facetowi tętnicy, a potem się zobaczy. Złapią go i tak. Ma współudział jak w banku" - zaczynam się gubić...

"Mam umrzeć, ale przypadkowo wpierdalam się w szambiarkę prowadzoną przez mordercę i prywatnego ochroniarza?" - zgłupiałam totalnie

Czyli resumując - zaczęło się klimatycznie i do połowy było git, potem skręciłeś w absurd jakoś tak trochę chyba zbyt niespodziewanie i czytelnik-pasażer nie przetrzymał tego zakrętu, wypadłam przez okno. Obadam drugą część. Dobrze, że piszesz.
Odpowiedz
~marok 8 m.
Ritha no to miało być absurdalne Ale po tej przerwie zapomniałem jak ten absurd dawkowac, chyba. No zrąbałem, ale już dokończę
Odpowiedz
*Ritha 8 m.
marok dokończ, dokończ, troszkę tylko przedawkowałeś, zaserwowałeś czytelnikom złoty strzał
Odpowiedz
"Na wylocie z miasteczka Buggy Deer rodzina oposów zaliczyła bezpłatny kurs wałkowania oponami szambiarki, do tego pełnej." -zacne. Szczerze zacne.

" — Nie inaczej. Od cholery krwi. Coś ty najlepszego narobił, szambiarzu miesiąca?" - i t super.

Ogólnie początek to jak "Pod Kopułą" - Kinga.

Końcówka się już lekko rozsznurowała logicznie, jak dla mnie.
Zobaczym dali.
Odpowiedz
~marok 8 m.
Nie czytałem, więc nie wiem za bardzo czy to dobrze, mniemam że całkiem okej. Końcówka pokręciła wiem, no ruszyłem żeby tylko ruszyć, ale nie pogubisz się za bardzo. Będzie git
Odpowiedz
marok no i dobrze. Ja się dopiero zbieram z ziemi, więc propsuję inicjatywę odpecenia.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin