Monter Historia Samanthy — część I

Historia Samanthy — część II

 Cykl: Stare Mini-Serie Grozy

 

 Żaden potwór nie jest tak straszliwy, jak podsycona popkulturą wyobraźnia. Jak zamknięte drzwi oferujące milion różnych scenariuszy. Jak pusty pokój pożerany przez noc.

 Żadna konfrontacja nie może być gorsza od niepewności. Żadna. Nie ważne z kim.

 Nagle wszystko zostało bardzo daleko. Po prostu gdzieś w głowie włączył się stroboskop, powodując, że przesuwająca się płynnie rzeczywistość zaczęła klatkować.

 Złapała dzieci za ręce i nie reagując na protesty, ruszyła w dół. To było niczym nieskończenie długi czas, jaki towarzyszy oczekującym na ważne wyniki badań.

 Coś à la – „Niech już będzie wiadomo czy jest złośliwy, bo nie wytrzymam napięcia. Niech już wiem. Niech już to będzie za mną”.

 Lucy płakała, kiedy wybiegli z pokoju.

 

 Był tam. Na dole. Przy drzwiach.

 Niczym bramkarz. Niczym ostatni level w grze.

 Może nie przewidział takiego zachowania lub nie wiedział, że tak szybko wybuchnie. Albo to wcześniejsze uzurpowanie sobie robi Boga, było jedynie zwykłym bełkotem szaleńca. Być może można było jeszcze jakoś zbiec.

 Uśmiechnął się prawie pionowym uśmiechem, choć ta deformacja jego twarzy była zaledwie zalążkiem krzywizn i niedorzeczeństw.

 Nawiedził mnie mroczny brat Shakil’a Oneil’a, pomyślała, patrząc, jak łysą głową niemal dotykał sufitu. Ubrany w biały garnitur i czarne skórzane rękawiczki. Tak niedorzecznie. Tak strasznie surrealnie.

 Ruszył wolno w ich stronę i była pewna, że salonowa klepka pęknie pod jego ciężarem. Z każdym jego krokiem chciała uciekać. Wprawić marmurowe ciało z powrotem w ruch. Teleportować się samą siłą myśli.

 Nic z tego. Paraliż ogarnął całą trójkę. A kiedy olbrzym uniósł nad ich głowami kowalski młot, na jej zdrętwiałej twarzy zagościł maleńki uśmiech.

 Bohaterka teleturnieju pod tytułem: „Czy wiesz, od czego zginiesz?”

 …młotek, będzie miał młotek...

 …gratulacje, wygrała pani śmierć z rąk szaleńca. Z rąk koszmaru, który nie ma prawa istnieć…

 Trudno jednak było nazywać młotkiem to, co trzymał w dłoniach.

 Więc tak czuła się ciotka Hilda, kiedy jej toyota stanęła przed maską tira. Gdy wiedziała, że już zaraz, już za momencik...

 Przytuliła dzieci i mocno zamknęła oczy.

 Wtedy padły strzały.

 

  — W zeszły czwartek — rozpoczął detektyw, podając jej kubek z kawą — jakiś emeryt z Bostonu wygrał sto jedenaście milionów dolarów. Nadal jednak uważam, że to pani może pretendować do miana najszczęśliwszej osoby w tym kraju.

 Samantha nie czuła się szczęśliwa. Co prawda, była wdzięczna za uratowanie życia, wiedziała jednak, że już nigdy nie uwolni się od koszmaru. Przekonała ją o tym pierwsza noc, kiedy ledwie co zamknęła oczy. Wszystko ożyło. Przez następne cztery dni personel medyczny miał z nią sporo kłopotów.

 Dzieci zdawały się radzić sobie z tym lepiej. Zwłaszcza kiedy Shaw zaproponował, że się nimi zajmie jakiś czas.

 — Niech zamieszkają u mnie. Tylko na trochę — spróbował, a ona się z ulgą zgodziła. Wtedy jeszcze nie wiedziała, jak głęboki jest uraz.

 Trzy lata, to ponad tysiąc dni. Ciemnoskóry Freddy Krueger przychodził do niej co noc, a podczas pierwszych miesięcy także za dnia. Wypiła jezioro kawy i zażyła tonę psychotropów, wciąż jednak nie potrafiła sobie z tym poradzić. Zmierzyć się koszmarem i zrozumieć.

 Okazało się, że uratowała ich seria wydarzeń, która mogła być tłem do naprawdę naiwnego filmu. Oto bowiem brat Elizabeth McGretty postanowił odwiedzić siostrę po latach. Ot tak, bez ważniejszej sprawy. Nikt nie odpowiadał na dzwonek, więc wszedł do środka i chwilę później odnalazł coś, co mogło być jego siostrą. Roztrzęsiony chwycił za telefon. Dwie godziny później nastąpił finał w jej domu. Składał się z sześciu wystrzelonych kul.

 

 Epilog

  — Hej. To ja, Samantha. Chcę się czymś z wami podzielić. Jakimś przeczuciem, którego nie umiem zdefiniować. Czuję, że coś się wydarzy.

 Dzieci ponownie mieszkają ze mną od roku. Strasznie wyrosły. Z Lucy stała się prawdziwa dama, a Brian jest wyższy ode mnie prawie o głowę. Nie oznacza to jednak, jakoby mój psychiczny stan uległ poprawie. Po prostu majątek mojego byłego męża opierał się w dużej mierze na finansowych inwestycjach. Jak wyznał jego przyjaciel i adwokat, kiedy spotkaliśmy się na pogrzebie, Shaw otrzymał jakiś trefny cynk. Spieniężył wszystko, co miał, a nawet więcej. Nie ustalono jeszcze, czy skoczył sam, czy ktoś mu w tym skoku pomógł.

 Nie wiem, czemu nie sprzedałam domu. Chyba dlatego, że gdybym teraz nie stawiła temu wszystkiemu czoła, już do końca życia musiałabym uciekać. Czasem przy śniadaniu dzieci mnie pytają, jak się czuję. Wtedy wiem, że poprzedniej nocy krzyczałam. Tak jak dzisiaj. Tak jak dosłownie przed chwilą.

 Obudziłam się cała zalana potem. Nałożyłam kapcie i pognałam do biura. Zawsze coś mi w tej historii nie pasowało.

 Ten, który mnie wtedy odwiedził, nie był typem planującej osoby. Był niczym skrzydłowy, wykańczający sprawnie kontrę całego zespołu, ale na sto procent nie był mózgiem. Mrówki mi chodzą po plecach, kiedy włączam laptopa, a sekundy wloką się w nieskończoność. Przeglądam archiwum wiadomości, czując, jak serce szybciej pompuje krew. Wczorajszy stek na powrót staje w gardle.

 Czytam i cała się trzęsę:

 11: 25 Rupert: Mój przyrodni brat także pragnie cię poznać.

 11: 25 Ja: A tak właściwie, to co z nim jest?

 11: 26 Rupert: Jest nieśmiały.

 ………………………

 09: 45 Rupert: On dużo o tobie mówi.

 …………………........

 16: 55 Rupert: Bardzo pragnie cię poznać.

 podoba mu się twoje zdjęcie…

 sam też uwielbia fotografować…

 spotkajmy się dziś…

 Nie, nie. Będę sam… On, hmm… Nie najlepiej się czuje…

 

 Niczym żywy trup docieram do dziecięcego pokoju. Jest pusty. Schodzę więc na dół, zastanawiając się, czy słyszana muzyka jest prawdziwa, czy tylko rozbrzmiewa w mojej głowie. Mijając salon, czuję przeciąg, a wierzcie mi, jak mało kto pamiętam, by wszystko na noc zamykać. Wchodzę do kuchni.

 Wszędzie świece. Całe mnóstwo świec. Wiszący transparent krwawym napisem oznajmia, że dzisiaj mija czwarty rok. Na stole waniliowy tort i ileś w nim świeczek.

 Obok poobcinane głowy moich dzieci.

 Rupert siedzi i patrzy na mnie tymi swoimi małymi, krecimi oczkami. Jakby uosabiał przeciętność. Jakby został stworzony do statystycznych badań. Uśmiecha się. Obok niego leży tak wielki nóż, że nie wiem, czy nie jest maczetą.

 I krew. Wszędzie krew. Podłoga, szafki, stół.

 Nie jestem w stanie wydusić z siebie słowa. On się tylko uśmiecha, popijając kawę z mojej małej, białej filiżanki.

 — Jest jeszcze lepsza — mówi.

 Mam bardzo realne sny i proszę, błagam, niech to będzie tylko jeszcze jeden taki sen. Nie mam jednak odwagi…

 …uszczypnąć się i sprawdzić.

 

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 7

Opis:

Dodano: 2019-08-25 23:05:00
Komentarze.
^Halmar 1 r.
gdzie text????
Odpowiedz
*berkas 1 r.
Zjadł z głodu.
Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Coś się pojebałoi, jestem e-ułomny
Odpowiedz
@nuncjusz 1 r.
No przeca jest
Odpowiedz
^Halmar 1 r.
tera je, ale nie było :P
Odpowiedz
@nuncjusz 1 r.
Cud? 🙏
Odpowiedz
^Halmar 1 r.
niom )
Odpowiedz
^Halmar 1 r.
No i fajnie.
Czemu opowiadanie rozbite na 2 części?
Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Bo jest stare, bo dłuższe teksty rozbijam, bo nie wiem, bo... eee, no
Odpowiedz
~Adelajda 1 r.
"Żaden potwór nie jest tak straszliwy, jak podsycona popkulturą wyobraźnia. Jak zamknięte drzwi oferujące milion różnych scenariuszy. Jak pusty pokój pożerany przez noc.
Żadna konfrontacja nie może być gorsza od niepewności. Żadna." - to bardzo ładne

Fajna część, ale jakoś tak szybko mi się skończyła.




Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Taaa, kiedyś byłem radośnie naiwniutki. Uważałem, że za płotem jest cały świat Brakuje mi tej naiwności.
Pozdrox Laida-Ade
Odpowiedz
~jotka 1 r.
O. Jest. To na później.
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
„Żadna konfrontacja nie może być gorsza od niepewności. Żadna. Nie ważne z kim” – celne spostrzeżenie (plus drobny błąd – nieważne*)

„Mijając salon, czuję przeciąg, a wierzcie mi, jak mało kto pamiętam, by wszystko na noc zamykać” – dbałość o detal na plus (nic nowego zresztą)

„Całe mnóstwo świec. Wiszący transparent krwawym napisem oznajmia, że dzisiaj mija czwarty rok. Na stole waniliowy tort i ileś w nim świeczek.
Obok poobcinane głowy moich dzieci” - dżizas

Dobre oddanie stanów emocjonalnych, natomiast sama fabuła pokręciła się tak, że pogubiłam się gdzieś po drodze. Być może za mała przestrzeń, a ja jestem przyzwyczajona, że raczej nie pigułkujesz, a dajesz wydarzeniom miejsce. Przychodzi mi tu na myśl Pustynna Jenga, nie wiem dlaczego, wyraziste obrazy zostały w głowie, to Twój atut, to że tyle przestrzeni dajesz scenom, wiadomo, że nie zawsze robi się jednakowo, a tutaj jest inaczej, bardziej skrótowo, brakuje mi Twoich mięsistych opisów, tak, to chyba to. Baza wyjściowa jednak, czyli to jak tworzyłes x lat temu była bardzo dobra. Nie dziwne, że to się rozwinęło w dobrą stronę. Postrzeganie świata pod pisanie było zawsze, gdzieś po drodze doszło jednak mięso. Chcę mięsa!

Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Łoj, jaki brzydki błąd. Poprawię, poprawię.
Dziękuję i tu
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin