List do Miasta Czołg ładuję prądem i Trenuję Wyobraźnią :)

Zabiłem orła!

 

   - Zabiłem orła! – Piotruś biega wokół stołu, przy którym za chwilę wszyscy zasiądą do obiadu. Jego roziskrzone oczy, potargana płowa czupryna z wyraźnymi zakolami czołowymi i rumiane policzki krzyczą z entuzjazmem, by zwrócić na siebie uwagę reszty domowników. Co chwila wybiega z jadalni konferencyjnej do innych pokoi biurowych w poszukiwaniu coraz to nowych krzeseł dla licznie przybywającej rodziny. Każdego wchodzącego w próg domu wita okrzykiem:

   - Zabiłem orła! – po czym odwraca się na pięcie, tyłem do przybyszy, aby jak najszybciej w podskokach na jednej nodze, dotrzeć do jadalni. Stół jest wąski i długi, pomieści blisko 20 ściśniętych osób. Nikt nie pomyślał o przykryciu go pięknym obrusem. Mieszana zastawa legła na malowanej okleinie, imitującej drewno.

   Jest komplet krzeseł. Stos talerzyków, ustawiony na wzór segmentu tasiemcowego, rozpycha się między butelkami coli i kranówki. Te z kolei obstawione są szklankami, naznaczonymi licznymi odciskami linii papilarnych. Na blat wjechały dwa torty chemiczne, solone paluszki i bitumiczne biszkopty, polane czekoladową smołą. Obiad minął się z podwieczorkiem. Wszyscy zasiedli do stołu.

   - Zabiłem orła. Ewka wam powie.

   Oczy wszystkich skierowały się w stronę drobnej blondynki, wystraszonej ciężarem śmiertelnej odpowiedzialności. Jej zmięta sukienka sama wpychała się między nerwowe paluszki. Zaczerwienione policzki dawały świadectwo uczestnictwa w morderstwie.

   Zdziwiona mamusia spojrzała na swoje pociechy. Po chwili wahania uśmiechnęła się z niedowierzaniem.

   - Dzieci, nie wymyślajcie teraz historyjek z masakrą w tle. Jedzcie grzecznie smakołyki i nie przeszkadzajcie dorosłym.

   - Ale to prawda! Ja zabiłem orła i całego we krwi ściągnąłem z szyby. Ewka, no powiedz coś!

   - Naprawdę. Tak było. Jechaliśmy z Piotrkiem szosą, gdy nagle, łup! Na szybie czerwona miazga.

   - A wycieraczki włączyłeś? – ciotka Dytko, na pajęczych nogach, zawsze z pragmatyzmem podchodzi do sprawy.

   - Nie pomyślałem. Nawet chyba płynu w spryskiwaczu nie było – Piotruś z namysłem uniósł oczka w okolice sufitu. Nogi wsunięte pod krzesło same ruszyły w huśtawkowy tan. Biała podkolanówka na prawej nóżce zsunęła się, częściowo zakrywając czarny półbucik.

   - Ty mały łobuzie! Tyle razy ci powtarzam, wszystko sprawdź, zanim wyprowadzisz wózek ze stodoły – Tatuś nie jest zadowolony z piotrusiowego nieusłuchania. - W końcu się doczekasz, przetrzepię ci te krótkie portki.

 Tatuś skończył swój wywód wychowawczy. Już uspokojony zatopił łyżkę stołową w różowym kremie tortu o truskawkowo - chemicznym smaku i nie znalazłszy żadnego kawałka owocu, wepchnął w usta cukrowy kwiat róży.

   Wujek Dulek kulturalnie wytarł usta rękawem garnituru (znów nie podano serwetek), chwycił butelkę - i nim ktoś zdążył podać szklankę, cała cola znikła w jego przepastnym gardle. Co potwierdziło donośne beknięcie. Zaraz potem zapytał:

   - Piotrusiu, skąd jesteś pewien, że to był orzeł?

   - Bo był biały i duży – odparł Piotruś, pełen swej racji.

   - To w których miejscach był biały? – wujek Dulek drążył dociekliwie.

   - Na brzuchu i pod ogonem. To na pewno był bielik!

   - A gdzieś ty mu tam zaglądał, łobuzie jeden! – ciotka Purytka aż zatrzęsła się z oburzenia.

   - A bielik wcale nie jest biały – odezwała się Pysia, kukająca znad ramienia ciotki Pipety, siedzącej koło kuzyna Brzęczyka, który co chwilę nerwowo spoglądał na zegarek.

   - Jak to nie? Bielik to biel, biały. No musi być biały, jak na godle! – Piotruś nie dawał za wygraną.

   - A, bo bielik jest brunatny – Pysia dzielnie się broni – a na dodatek żaden to orzeł, tylko orłan, od myszołowów.

   - To ja zabiłem myszołowa?

   - Jejku, odważny jesteś tygrysie – przymilnie zamruczała Katka, prężąc przy tym „oddech”. Przy stole najmniej interesuje ją jedzenie, w przeciwieństwie do przedstawicieli męskiego menu.

   - Nie, Piotrusiu. Powiedz, chwyciłeś go za skrzydła? – wujek Dulek z zacięciem ornitologa drążył temat, nie chcąc odpuścić.

   - No, za jedno. Drugie opadło mu do ziemi. Trzymałem go gdzieś tak wysoko – Piotruś zademonstrował wszystkim na jakiej wysokości trzymał w ręku skrzydło drapieżcy.

   - I zobaczyłeś jego bebechy? Widziałeś, co jadł? – Pawło wciąż nakładał na talerzyk i pochłaniał z apetytem kolejne kawałki tortów i ciastek, za każdym razem pytając: - Czy ktoś ma na to ochotę? – po czym siadał na krzesło, nie interesując się więcej zebranymi - ani ich rozmowami, póki nie spałaszował całej kolejnej porcji.

   - To jest około metra – zauważył wujek Dulek niemal z precyzją krawca w oku. - Piotrusiu, nie zabiłeś orła, myszołowa - ani nawet orłana.

   - No to co ja zabiłem? Bociana? Tego od dzieci?

   Niewyraźny szmer konferencyjny przebiegł wzdłuż stołu w jadalni. Łyżki, widelce i noże przestały brzdąkać o spodki filiżanek. Paluszki zaczęły same opadać z ust na blat stołu, butelki zawisły w pół drogi w oczekiwaniu na kroplę prawdy, dodaną do tego dziwnego posiłku. Zbyt chude i za grube ciotki, łysi albo dopiero łysiejący wujkowie, cała rozbrykana dzieciarnia, hałasująca między krzesłami i pod stołem oraz Mamusia i Tatuś, wszyscy spoglądali wzrokiem pełnym potępienia to na Piotrusia, to na wujka Dulka, który dłubał paznokciem w zębach, próbując wydobyć kawałek śniadaniowej wędliny.

   - To był jastrząb – wyjaśnił wujek, powoli cedząc słowa.

   - Zabiłem jastrząbia! Nie bociana, tylko jastrząbia! Teraz Ewka, opowiedz im!

 Salwa ulgi uszła z płuc zebranych gości. To nie bocian od dzieci, tylko jakaś tam pomniejsza ptaszyna.

   Rozemocjonowany Piotruś, nie chcąc dłużej czekać na wyjaśnienia Ewki, zaczął biegać między krzesłami i wykrzykiwać swoje opowiadanie w każdą napotkaną po drodze twarz:

   - Jechaliśmy szosą. Nie, to była już autostrada. Miałem na liczniku 150 kilometrów, sunąłem jak po maśle. Ewka zaczęła mówić o spotkaniu z biznesmenem, który chce od nas kupić dużą partię towaru. I wtedy – łup! Dziwne, że nie zbił nam przedniej szyby, tylko rozkwasił się, juchą zalewając maskę samochodu. Škoda Oktavia to jednak masywne auto. Taki lichy ptaszek nie ma nic do zniszczenia. Nawet nie zarysował lakieru. Chwyciłem za skrzydło i wrzuciłem ścierwo do rowu. Niech się szczury najedzą. Nie musiałem jechać do mechanika, jak z tymi kotami w podwoziu, z którymi jeździłem, aż same zdechły. Wystarczyła myjnia. Resztę drogi mieliśmy bez przygód i w dobrych nastrojach wróciliśmy do domu.

   Kiedy Piotruś skończył opowiadać i usiadł na swoim krzesełku, wracając do huśtania nóżkami, prezes uśmiechnął się pobłażliwie i wstając z miejsca, podziękował zebranym za poczęstunek. Ponownie przypomniał Piotrusiowi o sprawdzaniu auta przed wyruszeniem w trasę. Pracownicy, wzorem prezesa, zaczęli oddalać się do swoich działów. Piotruś w tym czasie, uśmiechając się z satysfakcją, sięgnął do kieszeni spodenek, wyjął nowiuteńkiego iPhone'a i udał się do swojego gabinetu wiceprezesa, aby całkiem poważnie zająć się zabawką.

0%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~alka666
Kategoria: groteska
Opis: Opowiadanie
Dodano: 2020-05-31 10:34:11
Komentarze.
~Adelajda 1 m.
Dziwny tekst i nieco szalony, ale podobało mi się Takie trochę Ferdydurke, pierwsze co mi przyszło na myśl
Odpowiedz
~alka666 1 m.
Adelajda zgadza się Onegdaj Gombrowicz mym mentorem był.
Dzięki, że wpadłaś
Odpowiedz
~sensol 1 m.
znakomite! szkoda, że nie mógł zredukować do sroki, boskie!
Odpowiedz
~alka666 1 m.
sensol dzięki.

Troszkę przerysowałam, wyolbrzymiłam wady ale pracowałam w korpo 11 lat i to spotkanie oraz rozmowa naprawdę miały miejsce. Koniec końców - smutne, ale prawdziwe.

Niech się cieszą, że ich nie uśmierciłam, bo bardzo chciałam
Odpowiedz
^Halmar 1 m.
Nie wiem, poczemu, ale czytając ten tekst, miałam przed oczami reklamę misi haribo. Haribo-korpo-raj.
Odpowiedz
~alka666 1 m.
Halmar dzięki. Coś w tym jest!

Opowiadanko powstało dobrych kilka lat wcześniej
przed 2016.
Odpowiedz
~oko 4 d.
jaszczomp to waleczne ptaszysko. niełatwo wygrać.
Odpowiedz
~alka666 4 d.
oko puknięty autem, pokornieje
Odpowiedz
~oko 4 d.
alka666
autkiem trafić w jaszcząba, to dopiero wyczyn. pijane bydlątko, czy co?
Odpowiedz
~alka666 4 d.
oko na autostradzie nie trudno o pijanego, zbłąkanego jastrząbia. Zwłaszcza ten prezes Piotruś potrafi trafić każde zwierzę, killer małych kotków, które woził w kole zapasowym aż przestały miałczeć. A potem mechanikowi kazał zajrzeć, co tam jest.
Odpowiedz
~oko 4 d.
alka666
zgroza. bardzo mięsożerny gość.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin