TW #09 — Tym razem nie mogę Nikt nie mówił, że będzie łatwo
Praca Wyróżniona

Zagubione dusze

  Silny wiatr szarpał skołtunioną brodę, podczas gdy boki karego konia poruszały się miarowo. Ujadanie ogarów i tętent kopyt rozrywały noc. Gęsto rosnące konary przysłaniały wąską ścieżkę.

  W bezksiężycową majową noc drogę oświetlała trupia poświata.

  Wspomnienie adrenaliny płynęło w martwych żyłach, w których krew zakrzepła wieki temu. Pokuta nigdy się nie skończy, będzie tylko polowanie. Wieczne, nieprzerwane polowanie. Co noc, rozpoczęte o zmierzchu, kończone wraz z pierwszym pianiem koguta.

  Polowanie na zagubione dusze.

 

  Sfora rzuciła się naprzód. Myśliwy rozciągnął spękane wargi, odsłaniając ciemne zęby w grymasie przypominającym uśmiech. Wypadł zza zakrętu i zobaczył małą duszyczkę, kurczowo ściskającą szmacianą lalkę. Bose stopy dziewczynki pokrywała gruba warstwa błota, twarz zakrywały splątane, czarne włosy. Cienka koszula nocna nieznacznie poruszała się na wietrze.

  Ogary przywarły do istoty, lecz przestały ujadać. Zdziwiony Myśliwy zatrzymał konia. Zsiadł, poklepał zimny bok i mocniej ścisnął trzymaną w szponach drewnianą dzidę. Podkradł się do sfory, gotów zaatakować w każdej chwili. Nie był pewien co za czary omamiły jego psy, ale nie zamierzał pozwolić, żeby któremukolwiek z nich stała się krzywda.

  Wzdrygnął się na dźwięk, którego nie słyszał od wieków. Śmiech dziecka. Myśliwy zatrzymał się gwałtownie na widok przywódcy stada liżącego duszę po twarzy. Ta w odwecie drapała go za naderwanym uchem. Pozostałe psy zdawały się ochraniać dziecko przed chłodem nocy.

  — Do mnie — zaryczał, lecz psy nie zareagowały. Tylko dwa z najmłodszych skierowały puste oczodoły w jego stronę.

  Dziewczynka wzdrygnęła się lekko na dźwięk głosu Myśliwego. Oderwała wzrok od ogara, którego właśnie głaskała, i zamarła z dłonią na podpalanej głowie. W drugiej ręce wciąż ściskała lalkę. Rude warkoczyki z muliny podskakiwały, zdradzając zdenerwowanie dziewczynki.

  — To pana psy? — Głos jej drżał, lecz wyprostowała plecy i patrzyła pewnie w martwe oczy.

  — Co im zrobiłaś, wiedźmo?

  — Nieładnie tak nazywać kogoś wiedźmą.

  — Nie obchodzi mnie co uważasz za nieładne. Zaczarowałaś moje ogary! — zawył wściekle.

  Wybudzone ze snu ptactwo poderwało się z odległych gałęzi. Zdradził je jedynie szmer opadających liści. Psy rozproszyły się, lecz nie odstąpiły dziecka.

  — Nie zaczarowałam pana psów. Podbiegły do mnie, więc się przywitałam.

  Myśliwy pokręcił głową z niedowierzaniem. Zamieszkiwał bór od pół tysiąclecia, najmłodszy z psów towarzyszył mu od stu trzydziestu trzech lat i do tej pory żaden człowiek nie wyszedł bez szwanku ze spotkania z nimi. Poprawił uchwyt na drzewcu dzidy i ruszył pewnie. To dziecko nie będzie wyjątkiem.

  Ogary jeden po drugim odwróciły się w jego stronę. Przywódca stada przywarł do ziemi i zaczął ostrzegawczo warczeć.

  — Spokojnie, pieski. — Dziewczynka próbowała opanować ogary, lecz bezskutecznie.

  Zdezorientowany Myśliwy cofnął się o krok. Spojrzał w piwne oczy dziecka, pogładził brodę, po czym zapytał spokojnym tonem:

  — Co tu robisz?

  — Nie jestem pewna.

  — Czemu nie jesteś w domu? — Nabierał coraz więcej podejrzeń.

  — Rodzice znów mnie zbili, bo nie nakarmiłam gęsi i zapomniałam umyć podłogę w izbie.

  — I co z nimi zrobiłaś?

  — Nic nie zrobiłam. Chciałam się bronić, złapałam rózgę, którą tato chciał mnie zbić. Wtedy upadł. — Dziewczynka patrzyła w ziemię pod stopami.

  — A mama? — dociekał.

  — Zaczęła krzyczeć. Chyba chciała złapać mnie za rękę.

  — Też dotknęła pręta?

  — Skąd wiesz? — Wielkie oczy spoczęły z powrotem na trupiej twarzy oczekując odpowiedzi, która nie miała nadejść.

  — Gdzie masz rózgę?

  Dziewczynka wskazała zarośla po prawej stronie drogi. Wśród nich wyraźnie odznaczała się ścieżka wyschniętej trawy i nagie gałęzie krzaku głogu.

  — Jak ci na imię? — spytał dziecko.

  — Nawoja.

  — Cóż, Nawojo. Nie lubię gadania i nie lubię ciebie, zapamiętaj to dobrze. Oczekuję, że będziesz cichutka, jak myszka pod miotłą. Nie będziesz musiała karmić gęsi, bo ich nie mam, zaś konia mogę dotykać tylko ja. Będziesz zajmować się psami.

  Oczy dziewczynki stawały się coraz większe. Nie zauważyła, kiedy lalka upadła na ziemię. Jak tylko dotarło do niej, co Myśliwy proponuje, wybiegła spomiędzy sfory i mocno go przytuliła. Od razu polubiła zapach mchu, który roztaczał.

  — Dziękuję, dziękuję... — powtarzała raz po raz.

  — Cichaj już, prosiłem. — Mimowolnie pogłaskał małą główkę.

  Postanowił przedwcześnie zakończyć polowanie. Posadził Nawoję na koniu, podał jej rózgę wygrzebaną spomiędzy uschniętych gałęzi, po czym zaprowadził do chatki przycupniętej w samym środku gęstego boru.

  Dziewczynka spała, kiedy dotarli na miejsce. Delikatnie zaniósł ją do izby, położył na sienniku i przykrył starym kocem, na wpół zjedzonym przez mole. Sam usnął w bujanym fotelu, ukołysany przez trele setki mniejszych i większych ptaków zamieszkujących okolicę.

 

  Obudziło go ujadanie ogarów. Lekko uchylił lewą powiekę i z ulgą stwierdził, że słońce powoli chowa się za linią drzew. Widać Nawoja nie należała do typu rannych ptaszków, lub co równie prawdopodobne, zmęczona wrażeniami dnia poprzedniego spała dłużej niż zwykle.

  Dziewczynka biegała między psami, które goniły ją, zawzięcie merdając ogonami. Jedynie przywódca stada, z głową złożoną na przednich łapach, leniwie obserwował zabawę.

  — Młoda, psy nakarmione? — zawołał Myśliwy.

  — Jeszcze nie. Czekałam, aż się obudzisz, nie mogłam znaleźć żadnej karmy. — Nawoja zatrzymała się, a psy jak na komendę przyjęły pozycję „waruj”.

  — W szopie powinno wisieć jeszcze jakieś truchło.

  — Truchło?

  — Nie otwieraj tak szeroko buzi, tylko zmykaj. Tasak leży przy wejściu.

  Dziewczynka niepewnie poszła w kierunku rozpadającej się komórki. Nazwanie szopą tej sterty zbutwiałych desek było hojnym określeniem, lecz powstrzymała się od komentarza. Delikatnie pchnęła skrzydło drzwi, ale te nie poruszyły się. Dopiero kiedy naparła z większą siłą, przy żałosnym jęku zardzewiałych zawiasów udało jej się dostać do środka. Zmarszczyła nos, kiedy doleciał do niej słodkawy swąd gnijącego mięsa. Oganiając się od much sięgnęła prawą ręką w mrok. Dopiero po chwili wymacała chłodne ostrze tasaka. Ujęła drewnianą rękojeść i niechętnie podeszła do truchła zwisającego z haka przytwierdzonego do sufitu. Cała drżała. Powstrzymując mdłości sięgnęła niepewnie do kawałka przypominającego kończynę. Mięso było suche, ale dziwnie miękkie w dotyku. Kiedy Nawoja zacisnęła palce wokół kawałka, który chciała odciąć, wierzchnia warstwa popękała uwalniając sączącą się oślizgłą maź. Tasak upadł na ziemię, zaś dziewczynka wybiegła na świeże powietrze. Opadła na kolana. Brała głębokie wdechy, lecz nie pomogło to utrzymać żółci podchodzącej do gardła.

  — Coś ty taka delikatna? — Myśliwy patrzył na nią z góry. Ręce podparł na bokach, a pod skołtunionym wąsem błąkał się uśmiech.

  — Karmisz psy zgniłym mięsem? — wychrypiała.

  — A jakim mam karmić? To piekielne ogary, takie im smakuje. Zresztą nie muszą jeść, po prostu lubię je rozpieszczać.

  Kręcąc głową Myśliwy poszedł sam nakarmić sforę. W tym czasie Nawoja doprowadziła się do porządku. Rozczesała palcami włosy, wyjęła z nich suche liście i igły pozostałe po poprzedniej nocy. Twarz przemyła wodą ze strumyka, który płynął nieopodal. Przepłukała też usta i ze zdziwieniem stwierdziła, że nie jest spragniona. Nie dokuczał jej też głód.

  — Czemu nie chce mi się pić? — zapytała Myśliwego, kiedy ten usiadł z powrotem na ganku i zapalił fajkę, z której dolatywał zapach rumianku i mokrego mchu.

  — Liczyłem, że będziesz pojętniejsza. Spałaś dzisiaj w chacie demona, bawiłaś się z ogarami, a twoi rodzice padli od dotknięcia rózgi, którą dzierżyłaś. Nie opowiadali ci w dzieciństwie bajek?

  — Bajek?

  — Zacięłaś się, czy co? W końcu zrozumiesz i przyjmiesz w pełni nową rolę.

  Dziewczynka zamyśliła się głęboko. Nie zadawała już więcej pytań, mimo wszystko polubiła nowe miejsce.

 

  Od tamtej pory powoli oswajali się ze swoją obecnością. Myśliwy spał do późna. W tym czasie dziewczynka karmiła psy, prała niegdyś białą koszulę nocną nucąc pod nosem, lub przechadzała się po wymarłej okolicy. Po miesiącu Nawoja była w stanie sama odkrawać kawałki mięsa w różnym stadium rozkładu.

  Co noc Myśliwy wyruszał na polowanie. Kiedy wracał nad ranem, spędzali razem kilka godzin. Opowiadał jej o lesie, nocnych zwierzętach i szumie drzew.

  — Nie możesz zamknąć się tu na zawsze — stwierdził ciepłego czerwcowego poranka, na tydzień przed nocą Kupały*.

  — Nie chcę cię zostawiać.

  — Nie musisz, możesz wracać. Ale powinnaś wypełnić swoją rolę.

  Objął dziewczynkę ramieniem i poprowadził za szopę, gdzie stała oparta rózga.

  — Weź swoje narzędzie i ruszaj. Jutro nie chcę cię tu widzieć.

  Nawoja przytaknęła, po czym otarła ręką nos.

  Bez słowa, w zupełnej ciszy ruszyli ramię w ramię na skraj lasu. Pierwszy brzask otulał uschnięte trawy i zboża, jedynie maki wyciągały czerwone i zielone główki ku porannym promieniom słońca. Nawoja uśmiechnęła się na widok żywych roślin. Wtedy Myśliwy puścił jej rękę i zaczął zrywać naręcze kwiatów. Wspólnie upletli wianek, który ułożył na rozwianych czarnych włosach. Zacisnął usta w wąską kreskę, po czym obrócił się i odszedł.

  Dziewczyna chwilę patrzyła na horyzont. Wyprostowała plecy, ujęła pewniej rózgę, po czym ruszyła ku najbliższej wsi.

 

  Śmiech dzieci wabił z daleka. Nawoja schowała się za dębem i obserwowała jak maluchy w obdartych koszulach biegały za kurczakiem, który uciekał z głośnym gdakaniem. Siedząca nieopodal grupka kobiet plotkowała z wypiekami na twarzy, a zza uchylonych drzwi dobiegały męskie głosy. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, złocąc strzechy chat i kurz unoszący się spod bosych stóp dzieci. Dąb był zbyt silny żeby ucierpieć, ale już i tak stęskniona za wodą trawa powoli zaczynała żółknąć.

  Nagle jeden z chłopców zatrzymał się. Jego wzrok padł na Nawoję i utonął w urocznych oczach dziewczyny. Blondyn odwrócił się tylko na chwilę.

  — Zaraz wracam — zawołał do kolegów, po czym powoli zaczął zbliżać się do dębu obleczonego w zwisające korale kwiatów.

  Chłopiec stanął tuż obok. Lewą rękę położył na pniu, zaś prawą wyciągnął w kierunku dziewczyny. Uśmiechnął się przy tym, ukazując szczerbę w miejscu dwójki. W niebieskich oczach igrały wesołe iskierki.

  — Chcesz pobawić się z nami? — spytał.

  Nawoja w odpowiedzi spuściła wzrok i pokręciła głową. Wyminęła chłopaka, po czym tanecznym krokiem przebiegła pomiędzy grupką, która wciąż dokuczała kurczakowi. Lekko dotknęła każdego z nich rózgą, po czym zniknęła z pola widzenia, zanim ostatni uderzył o ziemię. W powietrzu rozszedł się słodki zapach maków, tataraku i świeżo rozkopanej ziemi.

  Kiedy odchodziła, słyszała za plecami lament kobiet. Nie obróciła się, lecz czuła mrowienie na karku.

  Odwiedziła jeszcze kilka wsi, zanim wróciła do Myśliwego.

 

  Lato i jesień minęły podobnie. Co raz Nawoja wyruszała w drogę do bliższych i dalszych wsi. Po tygodniu lub dwóch wracała. Znów karmiła psy, prała sukienkę, lecz już nie śpiewała. Stała się cicha i zamyślona.

  Myśliwy zaakceptował tę zmianę, tak jak przyjmował zmieniające się pory roku.

  — Nic nie jest stałe — powtarzał, kiedy spacerowali wśród nagich drzew.

 

  Kiedy spadł pierwszy śnieg, Nawoja przygotowała napar z ciemiernika. Wraz z Myśliwym siedzieli na ganku, mając u stóp obserwujące ich psy. Podziwiali taniec białych płatków, które powoli zaściełały świat skrzącym puchem.

  — Niedługo wyruszam. — Głos dziewczyny zabrzmiał obco, kiedy przerwała panującą ciszę.

  — Kiedy wrócisz?

  — Na pewno nie wcześniej, niż na Wesnę**.

  I to Myśliwy przyjął stoicko, lecz dziewczyna czuła potrzebę wyjaśnienia długiej nieobecności.

  — Wybieram się do grodu. Wędrówka zajmie co najmniej tydzień, a na miejscu czeka mnie dużo zajęć.

  — Wiesz, że nie rozliczam cię z czasu. Wrócisz, kiedy uznasz za stosowne.

  Dwie postaci siedzące na ganku obserwowały, jak śnieg dalej niestrudzenie przykrywa świat. Dziewczyna drapała po grzbiecie jednego z ogarów, brodacz zaś sączył napar z wyszczerbionego kubka.

 

  Nawoja ruszyła w drogę, kiedy Myśliwy udał się na spoczynek, a słońce spozierało zza gęstej warstwy chmur. W ostatniej chwili zboczyła z początkowo obranej trasy. Coś ciągnęło ją do pierwszej wsi, którą odwiedziła.

  Ukryła się za tym samym dębem i obserwowała jak kobiety szykują domostwa do snu. Wytrzepywały pierzyny, dokładały do ognia i nawoływały pociechy. Spomiędzy grupki chłopców wracających z kościoła Nawoja wyłowiła blond czuprynę. Niebieskie oczy powędrowały w jej kierunku, pośpiesznie ukryła się więc za grubym pniem. Odczekała aż grupka przejdzie, po czym ruszyła w pierwotnie obranym kierunku.

 

  Rozmiary grodu zapierały dech w piersiach. Masywne mury okalały wąskie uliczki zalatujące uryną i zgniłymi rybami. Życie toczyło się tam całą dobę, lecz nie brakowało też zakamarków, które oferowały ukrycie przed ciekawskimi oczami. Dziewczynka za dnia obserwowała targujących się kupców, po południu spacerujące pary, które wieczorem ciasno splatały dłonie. Nocą splecione były już ciała. Nad ranem kochankowie znikali jak duchy, zastępowani przez klnących tragarzy i cykl zaczynał się od nowa.

  Śnieg, który Nawoja pamiętała jako piękny i skrzący, tutaj był szaro-brązową breją spływającą rynsztokami. Mury chroniły przed ostrym wiatrem, a panujący chłód zdawał się nie przeszkadzać mieszkańcom. Grube kożuchy i kufel grzanego wina każdemu wystarczyły na rozgrzewkę.

  Wraz z upływem czasu do uryny i ryb dołączył słodki zapach wiosny i mokrej ziemi. Lament matek był coraz głośniejszy, a drzwi domów zaczęły zdobić suszone zioła wszelkiej maści. Kobiety rozsypywały sól i mak, chwytając się wszelkich sposobów, lecz nic nie było w stanie zatrzymać cichej śmierci ich dzieci.

  Na wiosnę Nawoja zawędrowała głębiej w miasto. Jej uwagę przykuł piękny beżowy budynek. Z dwóch frontowych rogów wyrastały strzeliste wieże, zakończone na szczycie złotymi kulami. Czerwone dachówki lśniły w słońcu, zaś szklane okna oprawione były w drewniane ramy. Północną ścianę porastał bluszcz, zielony mimo że był dopiero koniec marca.

  Przed mahoniowymi drzwiami czekała złotowłosa dziewczynka. Ubrana w błękitną sukienkę, na którą narzuciła szkarłatny płaszczyk, wyglądała jak księżniczka. Rozglądała się ciekawie wielkimi, ufnymi oczami.

  — Mamo, długo jeszcze? — zapiszczała, przeciągając samogłoski.

  Nikt nie odpowiedział. Mała zacisnęła piąstki i tupnęła groźnie trzewikiem.

  — Mamoo. — Po rumianej buzi spłynęły dwie, wielkie jak groch łzy.

  Nawoja podkradła się bezszelestnie i stanęła przy dziewczynce. Kiedy ta ją zauważyła, wykrzywiła się z grymasem obrzydzenia.

  — Brzydko pachniesz, odejdź.

  Nawoja bez słowa położyła dłoń na złotej główce, rózgą zaś dotknęła policzka dziewczynki. Obserwowała, jak szkarłatny płaszczyk nasiąka wodą z rynsztoka. Odeszła dopiero, kiedy usłyszała jak ktoś w domu naciska klamkę.

 

  Święto Wesny zbliżało się nieubłaganie i Nawoja postanowiła wrócić do domu. Najpierw jednak udała się z powrotem do wsi, którą w myślach nazywała „Pierwszą”. Blondyna odnalazła jeszcze zanim dotarła do pierwszego płotu. Siedział z ojcem na pniu i powoli żuł kromkę chleba. Kiedy skończył, wziął od mężczyzny bukłak, napił się kilka łyków i z uśmiechem podziękował.

  Dziewczynka obserwowała, jak obsiewają pole, po czym zbierają rzeczy i wracają do domu. Chłopiec co jakiś czas oglądał się przez ramię, ale zadbała, żeby jej nie zauważył.

  Kiedy dotarli do wsi, uwagę Nawoi przykuło młode drzewko. Zielone, żółte, fioletowe, niebieskie i czerwone wstążki przywiązane do gałęzi falowały na wietrze. Wokół leżało kilka uschniętych gałązek bzu, których wspomnienie zapachu wciąż można było wyczuć w powietrzu. „Niewiele się spóźnię” – pomyślała.

  Następnego ranka znów siedziała z Myśliwym na ganku. Z zamkniętymi oczami, w skupieniu słuchał o mieście. Nawoja malowała w jego wyobraźni obrazy, których sam nigdy nie widział. Ogary też zdawały się przysłuchiwać opowieści, tego dnia nie zainteresowały się nawet mięsem, które przygotowała przed ich powrotem z polowania.

 

  Tak mijały tygodnie, miesiące, a w końcu lata. Myśliwy co noc wyruszał na polowanie, Nawoja zaś regularnie zapuszczała się do okolicznych wsi i miast. Czasem nie było jej kilka dni, raz wróciła po piętnastu miesiącach. Ale zawsze wracała. Regularnie odwiedzała też Pierwszą wieś, ciekawa jak radzi sobie chłopiec, który jako jedyny wyciągnął do niej rękę.

  Wyrósł na wysokiego, szczupłego młodzieńca. Z biegiem lat coraz bardziej wyręczał ojca w pracach na polu, aż w końcu zastąpił go całkowicie. W tym czasie jego koledzy chodzili z dziewczynami za rękę, lub skradali im pocałunki, kiedy myśleli, że nikt nie patrzy.

 

  Jesień zbliżała się wielkimi krokami, kiedy znów wędrowała do grodu. Ponownie zahaczyła o wieś. Usiadła pod dębem i wraz z oczkami ściętego zboża patrzyła w różowiejące niebo, kiedy z zamyślenia wyrwał ją ciepły głos.

  — Pamiętam cię.

  Spojrzała w górę i zamarła.

  — Mieszkasz w pobliskiej wsi? Czasem cię widuję, ale nie jesteś swoja. — Blondyn wyciągnął rękę, lecz gestem odmówiła pomocy.

  — Tylko tędy przechodzę. Nie przejmuj się mną. — Wstała i zaczęła odchodzić.

  — Zaczekaj chwilę! Chodziło mi, że pamiętam cię z dzieciństwa. Chciałem cię wtedy poznać. Prawdę mówiąc, wciąż chcę.

 — To niemożliwe — ucięła.

  Odeszła, pozostawiając chłopaka pod dębem, lecz zamiast udać się do grodu, wróciła do domu.

 

  Myśliwy jak zawsze przyjął ją bez pytań, mimo to opowiedziała o chłopcu, którego oszczędziła dziewięć lat wcześniej. Słuchał uważnie, gładząc gęstą brodę. Kiedy skończyła mówić, dłuższą chwilę milczał, obserwując jej twarz, która straciła dziecięcą gładkość, zastąpioną przez wyraźnie zarysowane kości policzkowe.

  — Myślę, że powinnaś tam wrócić — stwierdził.

  — I dokończyć to, co zaczęłam?

  — Nie. Poznać tego chłopca, spędzić z nim czas. Wrócić do ludzi.

  — Jak mogę wrócić do ludzi? — zawołała ze złością. — Po tylu latach? Nie mogąc ich dotykać?

  — Cichaj, młoda i słuchaj. Musisz podrzucić rózgę następczyni. Kiedy ta jej użyje, będziesz wolna.

  — Może od mocy. Ale nie od tego, co robiłam.

  Myśliwy skulił się pod piorunującym wzrokiem dziewczyny. Mimo to po chwili odezwał się ponownie.

  — Zawsze możesz tu wrócić, jeżeli będziesz chciała. Wiesz, że przyjmę cię bez zadawania pytań.

  Nawoja opuściła ramiona. Ze smutkiem spojrzała na skromną chatę, później na rozpadającą się stodołę. Zerknęła na ogary, zaalarmowane przez podniesione głosy. Na końcu spojrzała na swojego opiekuna. Bez słowa go przytuliła. Poczuła, jak napięcie uchodzi i z niego.

  — Chcesz, żebym ci pomógł?

  Pokręciła głową, wciskając się głębiej w masywne ramię. Myśli Nawoi uciekały do zapachu świeżo ciętej trawy, cykania świerszczy i porannych treli ptaków. Wszystkich zapachów i dźwięków, o których istnieniu zapomniała przez te lata. Mimo podekscytowania, co rusz przywoływała się do chwili obecnej. Tyle razy się żegnali, lecz zawsze wiedzieli, że znów się zobaczą. Tym razem było inaczej.

 

  Następnego wieczora Myśliwy wyszedł na ganek. Tak jak się spodziewał, Nawoja zniknęła. Psy wpatrzone były w linię drzew na wschodzie, lecz kiedy zagwizdał, posłusznie odwróciły się, gotowe na kolejne polowanie.

 

 ***

 

  Dwa lata później znalazł w trakcie polowania lalkę. Siedziała pośrodku drogi, śnieżnobiała sukienka i rude warkocze z muliny falowały na wietrze. Psy otoczyły zabawkę, jakby chroniąc ją przed chłodem nocy. Myśliwy zsiadł z konia, powoli podszedł do znaleziska i ukucnął. Rozejrzał się wokół, ale nawet najmniejszy szelest nie zdradzał obecności tego, kto przyniósł zabawkę. Spokój psów utwierdził go w przekonaniu, że jest sam. Wyciągnął szponiastą dłoń, delikatnie podniósł lalkę i przytroczył do siodła. Ruszył dalej.

  Silny wiatr szarpał skołtunioną brodę, podczas gdy boki karego konia poruszały się miarowo. Ujadanie ogarów i tętent kopyt rozrywały noc. Gęsto rosnące konary przysłaniały wąską ścieżkę.

  Wspomnienie adrenaliny znów płynęło w martwych żyłach, w których krew zakrzepła wieki temu. Pokuta nigdy się nie kończy, pozostaje tylko polowanie. Wieczne, nieprzerwane, samotne polowanie. Co noc, rozpoczęte o zmierzchu, kończone wraz z pierwszym pianiem koguta.

 

 

 

 

 

 * Noc Kupały – święto związane z letnim przesileniem słońca, przypada około 21 czerwca.

 ** Święto Wesny – święto wiosny przypadające na 1 maja.

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~pkropka
Kategoria: basn

Liczba wejść: 1

Opis:
Dodano: 2020-06-08 20:02:56
Komentarze.
*Ritha 2 m.
Zaczęłam czytać, zapowiada się świetnie. Wrócę.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Niesamowity tekst! Stara, dobra pkropka! A może właśnie nie do końca... Może całkiem nowa i świeża pkropka... Jestem zauroczona lekturą. Masa pracy, propsuję. Efekt świetny. Jezu, nareszcie kawał solidnej prozy wpadł pod moje koła. Brakuje tu takich tekstów. Bardzo mi się podobała baśń.

Odpowiedz
~pkropka 1 m.
Ritha Może stara, ale świeża. W sumie byłam już po myciu, jak wrzucałam
A tak poważnie, dziękuję
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
pkropka niuch niuch!
Odpowiedz
~alka666 1 m.
Piękna baśń! Dziękuję za to cudo.
Odpowiedz
~pkropka 1 m.
alka666 Dziękuję
Odpowiedz
^Halmar 1 m.
Urocze. Gustowne i eleganckie. Bardzo dobrze napisane. I bardzo w moim guście.

Odpowiedz
~pkropka 1 m.
Halmar cieszę się, że trafiłam w gust
Dziękuję
Odpowiedz
Wpadłam i utonęłam w tej cudowności, faktycznie bardzo baśniowe ale takie dla dorosłych. Mnóstwo cudownych opisów, no wspaniała lektura aż chce się czytać i czytać. Słodko gorzkie zakończenie świetne!
Odpowiedz
~pkropka 1 m.
SylviaWyka Dziękuję pięknie
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
"Sfora rzuciła się na przód" - a nie "naprzód"?
"stała się krzywda," - kropka zamiast przecinka;
"wiszącego z haka" - może lepiej albo "wiszącego na haku" albo "zwisającego z haka", bo jednak wisi się na czymś, a zwisa się z czegoś;
"Z resztą nie muszą jeść" - Zresztą;
"Nie możesz zamknąć się tu na zawsze. — Stwierdził ciepłej czerwcowej nocy, na tydzień przed nocą Kupały" - bez kropki i "stwierdził" małą literą, pozbyłabym się też tej podwójnej nocy w tym wypadku;
Bardzo lubię słowiańskie klimaty, więc siłą rzeczy przypadło mi do gustu. Podoba mi się klamra, którą połączyłaś początek z końcem, fajnie zbudowany klimat i prawdziwie wciągająca historia. I mimo wszystko zostało na koniec pewne niedopowiedzenie, które jak najbardziej pasuje do owianej tajemnicą całości. Bardzo ładnie sobie to zaplanowałaś.
Odpowiedz
~pkropka 1 m.
alfonsyna ooo, dziękuję. Czujne oko
Poprawię jak siędę przy kompie.
Dziękuję za miłą wizytę
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Ale wiesz co, muszę Cię opitolić. Jakby były zakłady na początku Ligi TW, kto stanie na podium, to byłabym w plecy, bo na stówę obstawiałabym Ciebie. Mam nadzieję, że w kolejnej powalczysz
Odpowiedz
~pkropka 1 m.
Ritha to dobrze, że się nie zakładaliście xp Dopadło mnie życie i trochę wypadłam z obiegu, zobaczymy jak pójdzie z kolejną.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
pkropka bywa! przyjdzie i Twój czas na wiele pisarskich spraw, masz za duży talent taki talent pociąga za sobą konsekwencje
Odpowiedz
~Adelajda 1 m.
I tu zaznaczjka, czytajka
Odpowiedz
~Adelajda 1 m.
Świetny klimat, zacne opowiadanie pkropko!
Odpowiedz
~pkropka 1 m.
Adelajda dziękuję!
Odpowiedz
Bardzo dobrze się czytało.
Odpowiedz
~Pkropka 1 m.
Zaciekawiony miło mi.
Odpowiedz
Witaj kropeczko! Mnie też dopadło życie, ale w sumie to dobrze

*Dwie postaci - postacie

Baśń w całości połknęłam, ale laleczki nie tknełam.

Całość ♥️

Odpowiedz
~Pkropka 1 m.
Konstancja jak dobrze, to dobrze
Obie formy są poprawne, ja chyba wolę moją.

Dzięki
Odpowiedz
~Pasja 1 m.
Wszystko już napisałam i czapki z głów. Pozdrawiam )
Odpowiedz
~pkropka 1 m.
Pasja dziękuję i cieplutko pozdrawiam
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin