ku mulmul

wścibstwo (TW#9)

 Postać: Wścibska sąsiadka

 Zdarzenie: Kolekcjonowanie wyplutych gum do żucia

 Efekt: Plecak, torebka, kieszenie kurtki. Powyjmuj co masz i napisz tekst, by brało to jakiś udział.

 

 

 

 

 

 

 Znacie ten typ człowieka - wścibska sąsiadka. Każdy z nas pewnie musiał żyć przez jakiś czas z upierdliwą jędzą mieszkającą tuż obok. Tak jak w każdej paryskiej kamienicy jest konsjerżka, tak u nas w każdej bramie każdego bloku musi być przynajmniej jedna wścibska sąsiadka.

 W mojej bramie mieszka wyjątkowo wredna zołza. Nazywa mnie "kawalerem" i już za tego kawalera utopiłbym ją chętnie w łyżce gówna. Wie zawsze wszystko najlepiej, Wie kto z kim i kto kogo. Wie nawet kto jaki telewizor kupił.

 - Patrzyłam na śmietniku - mówi - karton po Samsungu, pięćdziesiąt pięć cali, po co mu taki duży, pokazać się chce, jaśnie pan, albo gały mu wysiadają, pewnie od tego czytania, usiądzie taki dziad na ławce i czyta. Czyta i czyta. Nic tylko czyta i czyta. Ciągle czyta i czyta. Nic nie robi tylko siedzi i czyta. Chyba z piętnaście minut! A w domu pewnie dzieci nie nakarmione, naczynia nie umyte, pranie nie rozwieszone. A tamtego widziałam jak się przewrócił po pijanemu jak wracał w środku nocy. Z jakiejś meliny pewnie. A tamtej pies narobił kupę na trawniku, tuż obok kubła na śmieci, a ta nic, patrzy w niebo, jakby zamyślona, udaje, że nie widzi. Ale ja widzę wszystko.

 Tak mam, jak spotkam sąsiadkę przypadkiem na schodach.

 

 ***

 

 Albo tak:

 - A kawaler gdzie? Śmieci wynieść?

 Schodzę z dwoma czarnymi workami, puste butelki brzęczą o siebie.

 - O, jakaś impreza była? Ożeń się pan! Co tak pan będziesz tu sam siedział jak jakiś borsuk. A piesek gdzie?

 - W DUPIE! - mam ochotę odpowiedzieć. Ale uprzejmie informuję sąsiadkę, że tak. Że wynoszę śmieci, a piesek został w domu.

 Czuję, że dłużej tego nie wytrzymam. Tego tępego gadania, tego jednostajnego bełkotu, klamkowania o niczym. I tych rozbieganych oczek. I tych dzwonków o różnych porach, czy mam pożyczyć trochę cukru, bo się skończył. Albo żarówka się przepaliła, mogę prosić o wymianę? U siebie ma porządek jak w muzeum. Wszystko na swoim miejscu. Kiedy stoi w moich drzwiach, jak pożycza cukier, wiem, że chętnie weszła by do środka, ale jej nie zapraszam.

 Nawet będąc na spacerze z psem, zamiast cieszyć się pięknymi chwilami, błękitnym niebem, barankami chmur, aksamitnym futerkiem pieska, kiedy smyram go za uszkiem - myślę o wścibskiej sąsiadce, o tym że spotkam ją na korytarzu klatki schodowej.

 - Co? Wracamy za spacerku? - zapyta na pewno.

 - Nie, kurwa! Z KAMPANII WRZEŚNIOWEJ! - odpowiadam, to znaczy chciałbym odpowiedzieć.

 - Z psem? - dodaje głupio głupia flądra.

 - Nie, kurwa! Z DINOZAUREM! - odpowiadam w duchu.

 Tak sobie myślę, będąc na spacerze. Pies obwąchuje kępki trawy i niczym się nie przejmuje. Wyciągam z kieszeni kurtki kanapkę z pasztetem, którą przygotowałem sobie wcześniej. Zauważam, że w kieszeni jest dziura. Wsuwam palec przez dziurkę i gmeram pod poszewką. Znajduję dawno zapomnianą zawiniętą w celofan używaną gumę do żucia, która zawieruszyła się tutaj chyba jeszcze zeszłego lata. Miałem mały kryzys i nie powodziło mi się najlepiej. Czasem żułem jedną gumę kilka dni. Szkoda było mi wyrzucać po jednokrotnym użyciu.

 Nagle doznaję olśnienia. Przecież nie muszę nadal tolerować takiego stanu rzeczy! Ta głupia stara rura nie może psuć mi przyjemności ze spaceru z własnym psem!

 Postanawiam zmienić stan relacji łączący mnie ze wścibską sąsiadką. Muszę wytrącić ją ze strefy komfortu, zbić z pantałyku, zdezorientować, sprawić aby ulotniło się z niej to wieczne zadowolenie z siebie.

 

 ***

 

 Przygotowania do akcji trwały całe długie dwa lata. Jeszcze całe dwa lata musiałem znosić wredny charakter mojej sąsiadki. Ale nie dało się szybciej. Całe dwa lata zajęło mi zbieranie wyplutych gum do żucia. Nie tak łatwo jest uzbierać tyle wyplutych gum do żucia aby można było nimi wypełnić dwustulitrową beczkę.

 Musiałem mieć jeszcze worek zdechłych kotów, pasztet i leszcze. Pasztet i leszcze nie stanowiły problemu. Wystarczy kupić pasztet w sklepie mięsnym, a ryby w sklepie rybnym. Ale zdechłe koty - tu musiałem się naprawdę napracować. Objeździłem rowerem wielokrotnie całą okolicę w poszukiwaniu martwych potrąconych przez samochody kotów. Wcale nie było ich tak dużo jak myślałem. Zajeździłem rower, opony zdarłem do łysego, tyle kilometrów musiałem zrobić.

 Wcześniej kupiłem sporą zamrażarkę - na koty, pasztet i leszcze.

 Kiedy wszystko, czyli wyplute gumy do żucia, pasztet, zdechłe koty i leszcze miałem już w mieszkaniu, ryby włożyłem do zamrażarki, pasztetem wypełniłem wszystkie szuflady, a worek ze zdechłymi kotami zostawiłem w łazience.

 Pozostało mi już tylko czekać na dzwonek do drzwi.

 Sąsiadka dzwoni przed południem. Przyszła pożyczyć trochę cukru. Widzę jak filuje w stronę dużego pokoju.

 - Muszę poszukać cukru, może pani wejdzie do środka? - mówię. A ona aż podnosi brwi ze zdziwienia.

 Kiedy wracam z kuchni z paczuszką cukru, sąsiadka ma oczy okrągłe jak spodki. Patrzy na dwustulitrową beczkę pełną wyplutych gum do żucia.

 - Jest pan kolekcjonerem?

 - Kolekcjonerem?

 - Gum.

 - Jakich znowu gum? - dziwię się.

 - Do żucia. Trzyma pan w dwustulitrowej beczce gumy do żucia. Przeżute już gumy do żucia.

 - Co pani mówi? Po co miałbym trzymać w dwustulitrowej beczce przeżute gumy do żucia?

 - Nie wiem.

 - Nie trzymam żadnych gum w żadnej beczce - mówię. - Nie trzymam żadnych gum, tylko pasztet, i nie w beczce tylko w szufladach.

 Podchodzę do meblościanki i wysuwam szufladę.

 - Niech pani sama popatrzy.

 Szuflada jest pełna pasztetu. Wszystkie inne, które wysunąłem - też.

 Sąsiadka patrzy na mnie niepewnie. Chyba już udało mi się zbić ją troszkę z pantałyku i na pewno lekko zdezorientować, a przecież to dopiero początek.

 - Po co panu szuflady pełne pasztetu? Po co trzyma pan w domu pasztet?

 - Nie trzymam żadnego pasztetu w szufladach - odpowiadam. - Nie trzymam pasztetu tylko zdechłe koty i nie w szufladach tylko w worku, i nie w pokoju tylko w łazience.

 Poszliśmy do łazienki.

 - Po co panu worek pełen zdechłych kotów? - pyta sąsiadka po zajrzeniu do wnętrza worka i widzę, że jest już zupełnie zdezorientowana i totalnie wytrącona za strefy komfortu, a po za tym robi jej się chyba niedobrze.

 - Obok jest muszla - informuję - tam ewentualnie można.

 - Nie trzymam worka zdechłych kotów w łazience. Skąd pani to wymyśliła? - mówię do sąsiadki, kiedy po długim jej wymiotowaniu, pełnym krztuszeń i charkotów, wróciliśmy do pokoju. Nie musiałem już bać się żadnego pytania sąsiadki. Stworzyłem zamknięty krąg, w którym na każde pytanie miałem dobrą odpowiedź. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów poczułem się panem sytuacji.

 - Nie trzymam zdechłych kotów, tylko wyplute gumy do żucia i nie w worku, tylko w dwustulitrowej beczce - mówię, a sąsiadka blada jak papier ulatnia się wreszcie z mojego mieszkania. Nawet się nie pożegnała. Zapomniała o cukrze.

 Moja akcja zakończyła się pełnym sukcesem. Sąsiadka weszła do mnie będąc radosną ekstrawertyczką, a wyszła jako ponura introwertyczka. Cieszyła mnie bardzo ta przemiana i byłem dumny z siebie, że tak dobrze udało mi się zrealizować plan.

 Teraz pozostał jeszcze drobiazg. Koleżanki sąsiadki. Równie wścibskie i równie wredne.

 W nocy wyrzucam worek ze zdechłymi kotami do kubła z odpadami bio. Wyciągam z zamrażarki leszcze i pakuję je do worka, który zostawiam w łazience.

 Cały pasztet wyciągam z szuflad i ładuję go do dwustulitrowej beczki, a wyplute gumy do żucia, które wcześniej wysypałem, wkładam do szuflad.

 Następnego dnia spotykam na korytarzu koleżanki mojej wścibskiej sąsiadki, wszystkie jak jedna - wredne zołzy.

 - Podobno trzyma pan pasztet w szufladach, zdechłe koty w worku w łazience i wyplute gumy do żucia w dwustulitrowej beczce! - mówią jednych chórem.

 - Co za absurd! - odpowiadam. - Nie trzymam pasztetu w szufladach. Zresztą niech panie same zobaczą, zapraszam do środka.

 Ropuchy włażą do mojego mieszkania.

 - Coś tu capi - mówi jedna.

 - Pewnie pasztet i leszcze - mówię. - Leszcze nawet świeże, ale jak to leszcze, pachną rybą, a pasztet pewnie już nie pierwszej świeżości...

 - Ale mówił pan przecież, że nie trzyma pasztetu w szufladach.

 - Bo nie trzymam. W szufladach trzymam wyplute gumy do żucia. A pasztet w beczce.

 - A koty? Trzyma pan koty w worku. Martwe.

 - Nie trzymam żadnych kotów! Co za bzdura! Nie trzymam kotów, tylko leszcze! Same panie zobaczcie.

 - Wszystko się pokręciło tej starej lampucerze - kobiety po opuszczeniu łazienki śmieją się. - Pewnie już ją demencja bierze. Albo Alzheimer.

 Druga, ostateczna faza akcji zakończyła się tak jak pierwsza - całkowitym sukcesem. Nie tylko wytrąciłem wścibską sąsiadkę ze strefy komfortu, zbiłem z pantałyku i zdezorientowałem, ale jeszcze podważyłem jej wiarygodność wśród całej reszty wścibskiej i wrednej zgrai. Podważyłem jej kompetencje i dogmat o nieomylności. Okazało się, że moja sąsiadka NIE WIE WSZYSTKIEGO! To był dla niej bolesny cios. Trafiłem ją dokładnie tam, gdzie najbardziej bolało.

 

 ***

 

 Wietrzenie mieszkania i sprzątanie zajęło trzy dni. Ale opłaciło się. Wścibska sąsiadka od tej pory omija mnie szerokim łukiem.

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !sensol
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 11

Opis:

Dodano: 2020-06-12 22:03:46
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
*Ritha 3 m.
Bardzo sensolowo, lekko, zabawnie, zarazem życiowo i absurdalnie. Za późno na mędrkowanie, uśmiechnęłam się, fajny tekst
Odpowiedz
~alka666 3 m.
Nieźle! Babeczka zrobiona na szaro

Chyba sobie zachowam tekst jako poradnik i lekarstwo na wścibskie sąsiadki
Odpowiedz
^Halmar 3 m.
Dzień świra po Sensolowemu haha
Nie no, mistrzostwo świata, co tu dużo mówić. Jestem pod wrażeniem lekkości opowieści, użytych środków i odlotowego konceptu!
Odpowiedz
~Adelajda 3 m.
Świetny tekst, zabawny i pełen absurdu, a może i nie. Rozumiem ból bohatera Taka sąsiadka jest w każdym bloku
Odpowiedz
~Agnieszka 3 m.
Hahaha dobre
Obmyśliłeś niezły patent a ja się jednak zastanawiam, czy nasz bohater też był tak do końca normalny
Fajnie napisane )
Pozdrowionka
Odpowiedz
Świetne opowiadanie, pełne humoru Często się spotyka takie sąsiadki, pozdrawiam
Odpowiedz
!sensol 3 m.
dziękuję wszystkim damom za wizytę i słowa otuchy
Odpowiedz
*Manta 3 m.
Tak! Ja miałam taką sąsiadkę! "Spacerek?" ja jebie.....
Szkoda, że dopiero teraz mogłam przeczytać Twój tekst, poważnie wzięłabym pod uwagę opisane metody
Odpowiedz
~pkropka 3 m.
Sensolowe. Cudowne jak zawsze
Odpowiedz
~JamCi 3 m.
Wie zawsze wszystko najlepiej, - kropka ppowinna być albo mała litera po przecinku
w każdej bramie każdego bloku musi być przynajmniej jedna wścibska sąsiadka - to już trzecie "sąsiadka" w jednym akapicie, może jakiś synonim?
a ryby w klepie rybnym - sklepie

Niedobrze mi się zrobiło.
Rozmyślania na spacerze kto mnie wkurwi, czym i jak przebiegnie rozmowa bardzo znajome. Podsunąłłeś mi świetny pomysł, tylko muszę got roszku zmodyfikowac, bo nie mam wścibskiej sąsiadki, za to mam połowę wkrwiającej ludzkości i podłe bachory na klatce. Przystęppuję do działania. Efektami się podzielę.
Dooobre.
Pozdrawiam.
Odpowiedz
!sensol 3 m.
JamCi dzięki za wyłapanie błędów - poprawione
będzie Ci trudno z połową ludzkości - no chyba napalm jakiś albo atomówka
Odpowiedz
~JamCi 3 m.
sensol noooo albo wytruję albo pozostaje pokochać :-)
Odpowiedz
~hens 3 m.
Dobre rozpoczęcie, nawiązujesz do znanych uniwersalnych emocji. To dobrze, bo od razu budujesz nić porozumienia z czytelnikiem.

Narracja całkiem zabawna.

Trochę ten Twój bohater jak z Dnia świra, dobrze się go ogląda, czyta, ale spotkać w prawdziwym życiu.... niekoniecznie

Sporo absurdu. Widzę ten tekst jako skecz.
Odpowiedz
~alfonsyna 3 m.
Ta sąsiadka to musiała być już mega mocno wkurzająca, że aż tak misterny plan trzeba było na nią uknuć. Na szczęście całe poświęcenie było tego warte, wróg poległ!
Fajny koncept, widać, że tworzenie takich misternych intryg przychodzi Ci z dużą łatwością!
Odpowiedz
!sensol 3 m.
dziękuję za wizytę i słowa otuchy
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin