Opowieści Leny: Test OPPO Reno3, cześć 1 (zajawka) TW#9 Wszystkie odcienie czasu

TW#10 I w proch się obrócisz

 Postać: Bezradny ratownik medyczny

 Zdarzenie: Podróż w głąb tajgi

 Efekt: Manifest surrealistyczny: potok myśli. Wyjdzie jak wyjdzie.

 

 

 „Przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu”

 „W pocie więc oblicza twego

 będziesz musiał zdobywać pożywienie,

 póki nie wrócisz do ziemi,

 z której zostałeś wzięty;

 bo prochem jesteś

 i w proch się obrócisz!”

 

 — I w proch się obrócisz — pomyślałem, patrząc na zdjęcie śpiwora ubrudzonego czymś czarnym. W nocy kładł się tam człowiek, rano pozostała po nim kupka popiołu. Pozostali pomyśleli, że to samospalenie, diabeł, może inne cholerstwo, ale potem inni towarzysze też zamieniali się kolejno w kupki popiołu. Ostatni z nich dotarł przerażony do wioski. I się zaczęło. Dwa dni temu.

 Nie byliśmy na to przygotowani.

 Spoglądałem na zaśnieżone drzewa iglaste. Hałas śmigieł ciężkich helikopterów wojskowych Mi-8T wprawiły mnie w nostalgiczny nastrój. Znałem tajgę od dziecka i wiedziałem, że igły na tej szerokości geograficznej o tej porze roku powinny być pokryte śniegiem. Nie były. W głąb tajgi mieliśmy jeszcze setki kilometrów. Monotonne morze iglastych drzew usypiało mnie. Czułem się mały wobec sił przyrody. Nie wiedziałem, że w sercu tajgi została zbudzona taka, której nie zdołam stawić czoła.

 Trzeszczenie radia ocuciło mnie. Usłyszałem, że jesteśmy blisko.

 — Podaję koordynaty…

 — Trzy minuty do celu.

 — Sprawdźcie kombinezony.

 — Gotowe.

 — Gotowe.

 Też potwierdziłem. W wojsko pracowałem jako ratownik medyczny o specjalizacji broń biologiczna. Na pokładzie mieliśmy też ekspertów od broni chemicznej, lekarzy, wirusologów.

 Wioska Solonsk nadała komunikat SOS, z którego wynikało, że myśliwi zaczęli chorować i zmuszeni byli, aby pozostać w nocy w tajdze. Wtedy to się zaczęło.

 Wylądowaliśmy. Rozstawiliśmy szpitale polowe. Moskwa przysłała więcej sprzętu. Otoczyliśmy wioskę kordonami. Zainstalowaliśmy bazę wojskową.

 Z chorymi nie mieliśmy zbyt dużo do roboty. Umierali. Wyizolowaliśmy wirusa. Ustaliliśmy, gdzie byli myśliwi, którzy zaczęli chorować. Podjechaliśmy na skuterach śnieżnych. Potem musieliśmy iść na piechotę. Przez gęsty las i zaspy ciężko było się przedzierać. Miejsce nie było zbyt odległe, ale w kombinezonach ochronnych poruszaliśmy się z gracją kosmonauty na Księżycu. Znaleźliśmy się w głębi tajgi.

 — Na chuj nas tu wysłali? — zapytałem, a raczej wyraziłem swoją bezradność. Przecież wiedziałem, na jakiego chuja tu leziemy.

 — Musimy sprawdzić, pierwotnego wirusa. — Tanja poczuła się wezwana do odpowiedzi. — Pobierzemy próbki. Porównamy z tym, co znaleźliśmy u chorych w wiosce. Zobaczymy, czy nie mutował. Myśliwi mówili coś o jeziorze, którego wcześniej tam nie było — kontynuowała. Nasz zwiad liczył sobie trzech chłopa i jedną kobietę.

 W końcu dotarliśmy do opisanego miejsca. Ujrzałem pośrodku lasu polanę pod wodą. Tafla wody obejmowała las po drugiej stronie.

 — Jest luty, zmiany klimatyczne — oznajmiła Tanja, patrząc na rozlewisko, którego podobno nigdy wcześniej tutaj nie było. — Efekt cieplarniany. Wieczna zmarzlina topnieje.

 Pobraliśmy próbki wody. Wróciliśmy do szpitala tuż po zmroku. Tego cholerstwa przynieśliśmy sporo. Ze względu na brak wiedzy o sposobach przenoszenia się wirusa, cały czas musieliśmy nosić skafandry. Mieliśmy jedynie jedną izolowaną śluzę, aby móc w niej odpoczywać. Reszta została przydzielona pacjentom. Ci zwalniali lokum średnio po trzech dniach. Ostatniego dnia wirus dosłownie zażerał żywcem, konającego do momentu aż przemienił się w stosik czarnego pyłu, który w istocie był wirusem. Niemalże cały człowiek, nie licząc szkieletu, przemieniał się w wirusa. Pozostałości po ofiarach utylizowaliśmy, spalając w piecach.

 — Wirus nie mutował, zatem znaleźliśmy jego formę pierwotną — czytałem wyniki analizy.

 — Czytaj dalej — ponaglał Vladimir, nasz dowódca.

 — To niemożliwe — kręciłem głową, bo znalazłem niepokojący fragment.

 — I co powiesz?

 — Że to literówka.

 — Nie. To cholerstwo jest datowane metodą połowicznego rozpadu na…

 — Na cztery miliardy lat — dokończyłem. Implikacja tych słów uderzyła mnie dopiero po chwili. — Przecież to jest jebany wirus, do ciężkiej cholery. Zatem kto był nosicielem?

 — To wirus ludzki — poprawił mnie Vladimir i dodał — Robiliśmy testy na zwierzętach, owadach, naczelnych, wszystkim, co mieliśmy pod ręką. Ten konkretny wirus potrzebuje wyłącznie człowieka.

 Milczałem.

 — Mamy z tym do czynienia łącznie od pięciu dni. Nie wiemy jeszcze zbyt wiele, nie znamy jego żywotności, ale już teraz mówi się, że to nie jest jedyna wioska — kontynuował.

 — Wiesz, co oni zrobią? — zapytałem.

 — Kto?

 — Moskwa — doprecyzowałem.

 — Jeśli mamy rację, to ewakuują nas i pierdolną paroma bombami termojądrowymi. Zresztą i tak nie mamy tu już dużo roboty. Umarło 99% populacji Solonska, pozostali umrą w przeciągu trzech dni.

 — To chyba jedyna dobra cecha tego wirusa. Szybko i skutecznie…

 — Tak, to jedyna nadzieja.

 Rozkaz ewakuacji przeszedł czterdzieści osiem godzin później. Upłynęło siedem dni od pierwszego kontaktu, a choroba była obecna już w siedemnastu wioskach w promieniu 100 km.

 — Jesteśmy bezradni wobec tej zarazy. — Wlazłem do śluzy, przeszedłem procedurę dezynsekcji. Zdjąłem kombinezon, który nosiłem dobę, szczając do wewnątrz. Są tam takie woreczki… Cuchnący, pokonany usiadłem pod ścianą. Przyłączyła się do mnie Tanja. W jej wyrazie oczu widziałem nadzieję i strach, a także rodzaj siły. Sam nie wiedziałem, co dokładnie. Dałem jej butelkę. Wypiła. Syknęła. Przetarła resztki wódki z ust rękawem. Była atrakcyjna a ja bezsilny. Jej twarz ukazywała piękno naszego zawodu. Siłę, oddanie, poświęcenie, bezkompromisowość… Patrząc na Tanję, mógłbym wymieniać długo, co widziałem. A moja twarz?

 Przez okno patrzeliśmy na ostatnich umierających pacjentów naszego szpitala. Rozsypywali się na naszych oczach, a my piliśmy w milczeniu. Ostatni z nich konali, a my już opijaliśmy ich jak na stypie, godząc się z tym że przegraliśmy. Nie działały żadne leki.

 Nie było już kogo ratować.

 — To skurwysyństwo ma cztery miliardy lat!

 — Wiem — przytaknęła.

 Rozmowę mieliśmy dokończyć w helikopterze.

 

 ***

 

 Wojska Rakietowe Przeznaczenia Strategicznego, Kańsk, Rosja

 

 Igor obserwował zdjęcia satelitarne. Ponad wszelką wątpliwość do tych wiosek w tym czasie nie dotarł żaden człowiek, żaden samochód, który pochodziłby z Solonska. Przetestowane zwierzęta nie mogły być nosicielami. A zatem wirus musiał przenosić się z wiatrem na duże odległości – nawet 100 km. Patogen był bardzo żywotny, w końcu przetrwał cztery miliardy lat.

 Igor pracował w centrum WRPS połowę Zimnej Wojny, Kryzys Kubański, upadek muru, kurtyny, rozpad ZSSR, 9/11, aneksję Krymu, siedział i przez tyle lat jego misją było wycieranie kurzu na spuście arsenału nuklearnego i patrzenie na dziurkę od klucza, który zwalniał rakiety balistyczne. Tylko raz było blisko… Nigdy by nie pomyślał, że z atomówek będzie strzelał do czegoś tak małego, jak wirus i to na własnym terytorium.

 Igor zatwierdził kody startowe przysłane z Moskwy. Odczytał wszystko według procedury, sprawnie, machinalnie, z emocjami, ale bez zwątpienia w rozkazy. Od czasów ZSSR każda rakieta balistyczna miała wbity adres celu w USA, zatem musiał przeprogramować współrzędne geograficzne. Podał koordynaty, Solonska i szesnastu innych wiosek. Jeszcze tylko miesiąc do emerytury – pomyślał. Pieprzony miesiąc i nie byłby ludobójcą.

 Z silosów nuklearnych pod Kańskiem wystartowało siedemnaście rakiet SS-25 z głowicami termojądrowymi i precyzyjnymi adresami dostarczenia ładunków.

 — Co, jeśli to nie wystarczy?

 

 ***

 

 — Nazwałem go roboczo αΩ. Może dadzą nam Nobla?

 — Początek i koniec — przytaknęła Tanja.

 — Jest coś symbolicznego w tym, że rozpierdoli nas pierwotny organizm. To jak test, który oblaliśmy.

 Tanja patrzyła na mnie i powiedziała:

 — Tam było podziemne jezioro, w którym znajdował się ten wirus. Efekt cieplarniany uwolnił go.

 — O tym mówię — powiedziałem i dodałem — Co ci się w tym nie zgadza?

 — Datowanie węglowe wirusa ustaliło jego wiek na cztery miliardy lat. Ziemia ma niewiele więcej. To jest wirus typowo ludzki, potrzebuje komórek człowieka, aby się rozmnażać. Zrobiliśmy testy nawet na naczelnych i nic.

 — Naczelnych — machnąłem ręką. Zrezygnowany, pijany. — Człowiek współczesny, dwieście tysięcy lat temu, ssaki, siedemdziesiąt milionów lat temu, gady trzysta dwadzieścia milionów lat, pierwsze życie około czterech miliardów lat temu. — Śmiałem się jak szaleniec. — Praczłowiek ponad cztery miliardy lat temu...

 — Chyba musimy zweryfikować nasze poglądy na życie.

 — Wiesz, że w naszym DNA są pozostałości wirusów, pasożytów i wielu organizmów, z którymi wchodziliśmy w interakcję, ewoluując?

 — Takie ciekawostki możesz serwować laskom z pierwszego roku. Mam dyplom i to tej samej jebanej uczelni, co ty! — powiedziała. Powiedziała i mi zaimponowała.

 — Za-im-po-no-wałaś mi — wybełkotałem, czując procenty.

 Z daleka widać było na rozgwieżdżonym nocnym niebie siedemnaście grzybów atomowych. Urosły szybko i odmalowane stały długo na horyzoncie leniwie zmniejszając swój rozmiar.

 — Może zniszczyli go… — rozważała.

 — Walczą z nim ogniem, opadem radioaktywnym, atomem i wytworami cywilizacji. A powinniśmy walczyć nie ogniem a lodem — odpowiedziałem z zadumą, myśląc o efekcie cieplarnianym. — Nie, nie zniszczyli. Potrzebowaliby walnąć tam całym naszym arsenałem, tego nie zrobią, bo byśmy się rozbroili całkowicie i spowodowali efekt zimy nuklearnej. Musieliby spalić całą tajgę i poprosić jeszcze USA i Chiny o pomoc.

 Czy to możliwe, że pierwszy organizm na ziemi miałby być tym ostatnim? A skoro na Ziemi pojawił się wirus ludzki przed człowiekiem, czy nie jest to dowód na panspermię? Praorganizm będący wirusem, z którego wyewoluowało całe życie na Ziemi i wreszcie człowiek, którego ten sam pierwotny wirus ma zabić. Byłby to niezły żart matki natury. Chyba że ona nie miała z tym nic wspólnego.

 Wódka pomagała myśleć. Każdy łyk był jak strumyk napędzający strumień świadomości.

 — To ciekawa koncepcja, ale brak jej podstaw naukowych — zauważyła Tanja, a ja zdałem sobie sprawę, że werbalizowałem większość tego, co działo się w mojej głowie. — Wiesz, jaka jedyna teoria pasuje? — dopytywała.

 — Wiem. — Spojrzałem na gwieździste niebo. Takie, którego nie da się oglądać w miastach. Mieliśmy na pokładzie niezły sprzęt, mogliśmy zobaczyć nawet dysk naszej galaktyki. Wiedziałem, o czym mówiła Tanja. Ten wirus udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że nie narodziliśmy się na Ziemi. Przybyliśmy z gwiazd. Pierwsi koloniści przywieźli ze sobą wirusa, na którego byli odporni. Może jeden z nich wysmarkał coś czarnego, wytarł nos, rzucił chusteczkę do oceanu i tak się zaczęło? Coś się musiało wydarzyć. Może wszyscy odlecieli z Ziemi? Wirus pozostał na tej planecie, ale nie mając nosicieli, hibernował. Nie mógł się rozmnażać, nie mógł mutować. Może tamci zdziczeli, może wyginęli, a może my jesteśmy ich projektem? Może przybywają na różne planety, pozostawiają tutaj zalążki życia, których zadaniem ma być terraformowanie i oprowadzenie do powstania człowieka? Może tym zalążkiem życia jest pierwotny wirus, z którego powstaliśmy i który ma być naszym końcem? Może to rodzaj eksperymentu albo testu naszej cywilizacji, wszystkiego, co zbudowaliśmy? I oblaliśmy ten test.

 — Czyż to nie wspaniałe, że musimy mieć takie samo DNA jak oni? — powiedziałem wreszcie. Nawet jeśli to ścierwo zabije nas wszystkich, to gdzieś w kosmosie muszą żyć inni ludzie. Tacy jak my. Ten wirus jest jak odcisk ich palca. Miejmy nadzieję, że gdzieś tam jesteśmy, bo tutaj na Ziemi nasz czas właśnie się skończyła. Nie wygramy z tym wirusem. Jest odporny na wszystko, co mamy, roznosi się bardzo szybko i zabija każdego. Ten wirus działa wbrew logice, bo przecież wirusy potrzebują nosicieli. Ten patogen wydaje się być bardziej zaprogramowaną bronią biologiczną niż tworem naturalnym.

 — Tanja, twoje oczy — powiedziałem, patrząc na nią uważnie.

 — Co z nimi?

 Tanja odruchowo chciała ich dotknąć, ale podniesione palce pozostały na jej kolanach, podczas gdy kikuty po nich powędrowały do jej czoła. Dziewczyna zamarła. Drżała. Płakała, oglądając okaleczoną dłoń. Zdezorientowana chciała się przytulić, ale w ostatnim odruchu zrezygnowała.

 — Tanja, to i tak nie ma już znaczenia — powiedziałem i pocałowałem ją. Ktoś krzyczał przez radio, podawał kody. Nie słyszałem, ale wiedziałem, co to oznacza. Trzy dni, z których chciałem przeżyć maksymalnie jeden.

 

0%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~hens
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis:
Dodano: 2020-06-20 06:25:44
Komentarze.
Witamy nowy tekst
Odpowiedz
~Adelajda 22 d.
"W wojsko pracowałem jako ratownik medyczny o specjalizacji broń biologiczna." - wojsku?

Świetne opowiadanie, cały czas trzymało mnie w napięciu. Końcówka zaskakująca i przerażająca. Świetnie poradziłeś sobie z zestawem
Odpowiedz
~hens 22 d.
Adelajda Dzięki.
Poprawię.
Odpowiedz
~Agnieszka 21 d.
Cześć,

Ok, czytamy ...

Piszesz:
" Spoglądałem na zaśnieżone drzewa iglaste."... a niedługo potem: "...wiedziałem, że igły na tej szerokości geograficznej o tej porze roku powinny być pokryte śniegiem. Nie były. "

To były zaśnieżone czy nie były? Bo te drzewa, na które patrzyły były, a tu nagle, że jednak nie? Mam tu pewien problem z zwizualizowaniem sobie otoczenia.


"Ostatniego dnia wirus dosłownie zażerał żywcem, konającego do momentu aż przemienił się w stosik czarnego pyłu, który w istocie był wirusem." - nieuzasadniony przecinek przed "konającego", raczej powinien być po tym wyrazie albo dopiero przed słowem "aż". Specjalistą przeciekowym nie jestem, ale w tym miejscu, w którym go postawiłeś, nie powinno go być.

Ok, im bardziej się zagłębiam w tekst, wyłapuję coraz więcej powtórzeń, co teraz już w zasadzie potwierdza, że użyłeś ich celowo Fajny zabieg. W takim wydaniu i na dłuższą metę, urealnia opowieść.

Świetny pomysł z datowaniem daje szerokie pole manewru.

"Ten wirus udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że nie narodziliśmy się na Ziemi." - tu bym jednak polemizowała, bo opisane badania i wnioski, które przytoczyłeś w opowiadaniu, nie wskazują bezpośrednio na to. Raczej otwierają pole do dyskusji, której jednym z wniosków (ale nie jedynym w świetle przedstawionych w tekście argumentów) może być, iż "nie narodziliśmy się na Ziemi". Zwłaszcza, że dalej piszesz: "Byłby to niezły żart matki natury. Chyba że ona nie miała z tym nic wspólnego." - sugerując udział, nazwijmy to - "osób trzecich", a to już samo w sobie daje pole do tworzenia innych hipotez, a więc znów twierdzenie "ponad wszelką wątpliwość..." jest raczej niezasadne. Sformułowałabym to zdanie jednak ostrożniej.

"Ten patogen wydaje się być bardziej zaprogramowaną bronią biologiczną niż tworem naturalnym." - to zdanie również sprawia, że teza o "ponad wszelkiej wątpliwości pozaziemskiego pochodzenia" przestaje być jedyną możliwą. Bo sugeruje, że np. wirusy mogłyby być bronią biologiczną, stworzoną przez "osoby trzecie" na Ziemi, a nie poza nią?

Ponadto, jeśli wyewoluowaliśmy z niego, to jak jednocześnie mógłby on stanowić broń? Tu mi się coś gryzie...

"Miejmy nadzieję, że gdzieś tam jesteśmy, bo tutaj na Ziemi nasz czas właśnie się skończyła." - literówka - skończył

W opowiadaniu poruszyłeś problem, o którym mówi się sporo od dłuższego już czasu. Topniejąca zmarzlina odsłania nie tylko szkielety dawno wymarłej flory i fauny np. Mamutów, ale również elementy niewidocznego gołym okiem mikroświata.
Na szczęście z wirusami bywa tak, że im szczep bardziej śmiercionośny, tym szybciej mutuje (z reguły) w kierunku łagodniejszej odmiany. Dzieje się tak dlatego, że szybkie uśmiercanie nosiciela sprawia, że wirus ma mało czasu na relokację, a to w znaczący sposób ogranicza jego pole działania i utrudnia rozprzestrzenianie.

Trochę się zakręciłam w logicznym rozumowaniu i toku myślenia bohaterów, i tu muszę na spokojnie jeszcze przysiąść.
Niemniej sam pomysł na opowiadanie i implikacje z tego wynikające, jak i wykonanie - bardzo fajne (Dostrzegam wyraźne nawiązania do Prometeusza

Dzięki za przyjemną i dającą do myślenia lekturę
Pozdrawiam i... pewnie tu jeszcze raz wrócę






Odpowiedz
~hens 20 d.
Agnieszka

Wnikliwa analiza, dzięki!
W zestawie dostałem "Manifest surrealistyczny: potok myśli. " -> zatem bohater snuje różne teorie, które nie są spójne. Z drugiej strony: zgadzam się, bohater to naukowiec(aczkolwiek pijany), który pewnie powinien mieć nieco mniej chaotyczne myśli.

Przemyślę sobie to opowiadanie.
Odpowiedz
~Karawan 21 d.
Czepialski;
"W wojsko pracowałem..." - kto? wojsko; kogo? wojska, komu? gdzie? kiedy? wojsku, ... a więc "w wojsku"
"... że myśliwi zaczęli chorować i zmuszeni byli, aby pozostać w nocy w tajdze." - imho niezgrabne zdanie; może "chorzy myśliwi pozostali na noc w tajdze", lub "myśliwi w tajdze zaczęli nagle chorować i wezwali pomoc nie mogąc wrócić na noc..."
"Mieliśmy jedynie jedną izolowaną śluzę, aby móc w niej odpoczywać..." Może zamiast "jedynie" użyć "zaledwie"?
"...przeszedłem procedurę dezynsekcji." - dezynfekcji!! Dezynsekcja to niszczenie owadów i ich form pierwotnych(jaja, larwy etc.)

Tyle na szybko do rozważenia od Czepialskiego, bo to przecie Twój tekst Autorze, a moje jedynie sugestie!!

Pomysł ciekawy, realizacja... Dostrzegam przewagę imaginacji nad wiedzą czy precyzyjniej logiką zaszłości i całej konstrukcji. Doceniam jednak świeżość pomysłu. Lata temu ukazały się informacje o odkryciu wielkiego, podziemego zbiornika słodkiej wody na Antarktydzie i rozbieżności zdań USA i Rosji; "Otwierać!" "Nie otwierać!!" właśnie ze względu na mikroorganizmy. Ponieważ Homo jest głupi i zadufany w sobie to jego wiedza o wirusach, bakteriach i całym poza nim świecie żywym jest prymitywnie niska. "Odkrywamy" ze zdumieniem, że rośliny porozumiewają się ze sobą, a mrówki tworzą cywilizacje znacznie doskonalsze od ludzkich. Dowodzi tego obecna pandemia a i choroby pierwotnie uznane za zwyciężone (jak choćby gruźlica). Dziękuję za tekst i nadal zachęcam do pisania oraz rozwoju. Brawo Ty!!
Odpowiedz
~hens 20 d.
Karawan

Dzięki za opinię.

"Lata temu ukazały się informacje o odkryciu wielkiego, podziemego zbiornika słodkiej wody na Antarktydzie " -> tak, znam temat i był on inspiracją (a także film Epidemia).

"Dostrzegam przewagę imaginacji nad wiedzą czy precyzyjniej logiką " -> Z tą logiką, oczywiście masz rację. Odpowiedziałem na to Agnieszce w komentarzu wyżej.
Odpowiedz
*Ritha 20 d.
Kurde, mam problem z tym opowiadaniem. Bo niby jest świetne - i pomysł i wykonanie, i narracja, i cała ta skrupulatnie utkana opowieść, ale... ale nie wzbudziło moich emocji. W sensie - do końca pozostało mi obojętne czy bohaterowie zginą czy też nie.
Poza tym jednym mankamentem nie mam innych zastrzeżeń, opowiadanie na wysokim poziomie
Odpowiedz
~hens 20 d.
Ritha Brawo spostrzeżenia! Ciekawa uwaga, bo ostatnia scena tak jakoś sama mi się napisała. To nie miał być romans, nie mieli umrzeć, zatem nie rozbudowywałem postaci. Zatem stąd brak emocji.
Odpowiedz
*Ritha 19 d.
hens tak, ale możliwe, ze to tylko moja wewnętrzna, subiektywna potrzeba przywiązywania się do postaci, czyt. możliwe, że się czepiam
Odpowiedz
~pkropka 16 d.
Hajo
Zgadzam się z Agnieszką co do igieł i śniegu. Gdybyś tę niespójność rozdzielił większym fragmentem tekstu, wyglądałoby na niezdecydowanie (odurzenie) bohatera. Tak blisko siebie wygląda na twoje niezdecydowanie.
"Też potwierdziłem. W wojsko pracowałem jako ratownik" - wojsku
" — Na chuj nas tu wysłali? — zapytałem, a raczej wyraziłem swoją bezradność. Przecież wiedziałem, na jakiego chuja tu leziemy." - może jednego chuja zamień na cholerę, albo coś
" — Musimy sprawdzić, pierwotnego wirusa." - zbędny przecinek
"Ostatniego dnia wirus dosłownie zażerał żywcem, konającego do momentu aż [ten] przemienił się w stosik czarnego pyłu," - przecinek do przesunięcia za konającego, plus zgubiłeś podmiot.
"Przez okno patrzeliśmy na ostatnich umierających pacjentów naszego szpitala. Rozsypywali się na naszych oczach," - 2x naszych
Dziwnie, że przyszedł rozkaz ewakuacji. W takiej sytuacji bardziej prawdopodobne byłoby dla mnie, gdyby bez ostrzeżenia zmieciono ich z powierzchni ziemi.
" Ponad wszelką wątpliwość do tych wiosek w tym czasie nie dotarł żaden" - tych/tym"Nigdy by nie pomyślał, że z atomówek będzie strzelał do czegoś tak małego, jak wirus i to na własnym terytorium." - przecinek do przesunięcia a wirus
" Odczytał wszystko według procedury, sprawnie, machinalnie, z emocjami, ale bez zwątpienia w rozkazy" - to machinalnie, czy emocjonalnie? To się trochę wyklucza, chyba ze targały nim emocje, których nie okazywał, ale to wypadałoby pokazać.

Nie ukrywam, początek mnie nie porwał, ale im dalej, tym bardziej mi się podobało. Końcówka bomba.

Odpowiedz
~hens 11 d.
pkropka Dziękuję za wnikliwą analizę!
Odniosę się do wszystkich sugestii, ale już po lidze TW10.
Odpowiedz
~Anette 13 d.
Dobry tekst.
Odpowiedz
~hens 11 d.
Anette Dziękuję
Odpowiedz
^Halmar 12 d.
Jak na strumień świadomości, bardzo spójna narracja. Konsekwentnie poprowadzona od A do Z katastroficzna wizja świata. I kolejny w 10. edycji TW mroczny tekst - chyba pandemia, czy w nią wierzymy, czy nie, oddziałuje jednak na postrzeganie i nasze twórcze płody.
Niepokoje egzystencjalne, odwieczne pytanie Człowieka: co będzie dalej.
Zabrakło mi jednak w tym tekście emocji. Bohaterowie są przez to nieco papierowi i ich lęki mnie nie przekonują. Trochę tu tak jak u Lema, którego wielce szanuję jako pisarza i twórcę własnego uniwersum. Jednak on także bardziej dbał o szczegóły techniczne niż o opisy stanów emocjonalnych...
Jednak ostatnia scena - rewelacja. Warto było przeczytać.
Jeśli chodzi o stronę techniczną, jest sporo do poprawienia. Myślę jednak, że jak na tekst pisany "na szybko", jest naprawdę OK.
Odpowiedz
~hens 11 d.
Halmar No tak, w zestawie było, że "strumień świadomości" i, że "wyjdzie, jak wyjdzie"
Dziękuję za opinię
Odpowiedz
~JamCi 12 d.
Musimy sprawdzić, pierwotnego wirusa - niepotrzebny przecinek
Ziemi nasz czas właśnie się skończyła - skonczył
, jeszcze tam gdzieś coś po drodze
Wciągnęło gdzieś od połowy.
Ciekawe opko.
Odpowiedz
~hens 11 d.
JamCi Dziękuję
Odpowiedz
~alka666 12 d.
Śledząc tok myślenia, rozwój patogenu i zestawiając go z jego szczególną zjadliwością, spodziewałam się, że bohaterowie w końcu zginą. Inaczej nie byłoby spójności, konsekwencji.
Opowiadanie bardzo mi się podoba
Odpowiedz
~hens 11 d.
alka666 Dziękuję. Kto powiedział, że nie zginą...?
Odpowiedz
~alka666 10 d.
hens a miał ktoś to powiedzieć?
Odpowiedz
~hens 10 d.
alka666 Zakończenie jest niby otwarte, ale ... <spoiler alert> wszyscy zginą
Odpowiedz
~alka666 10 d.
hens wyczytałam to spomiędzy wersów
Odpowiedz
~oko 12 d.
super tekst, a puenta jeszcze lepsza.
Odpowiedz
~hens 11 d.
oko Dziękuję
Odpowiedz
~jagodolas 11 d.
Bardzo ciekawy tekst. Końcówka sprawiła, że przypomniał mi się film Prometeusz
Odpowiedz
~hens 11 d.
jagodolas Dzięki.
O Prometeuszu akurat nie myślałem, ale główną inspiracją był film Epidemia.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin