MOJE WSZYSTKO I NIC część II WIECZNA MIŁOŚĆ

MOJE WSZYSTKO I NIC część I

 Trzydzieści dziewięć lat temu na ślubnym kobiercu stanęło dwoje młodych ludzi.

 

 Ona piękna z blond włosami i oczach koloru niebieskiego. Miała wówczas dwadzieścia cztery lata i wydawało się, że świat stoi przed nią otworem. Zanim związała się z przyszłym mężem miała swoją pasję. Uwielbiała podróże, zwłaszcza wspinaczki górskie. Niejeden szlak górski przeszła, niejedno widziała i zwiedziła.

 Pochodziła z dobrego domu, gdzie rodzina i tradycja były najważniejsze. Oprócz niej było jeszcze dwoje młodszego rodzeństwa, siostra i brat. Wszyscy mieszkali w niewielkiej miejscowości leżącej niedaleko Częstochowy. Jej rodzice posiadali dom z ogrodem. Z czasem, gdy ona i rodzeństwo byli już starsi, rodzice kupili jeszcze jeden dom z tą różnicą, że ten drugi był położony w malowniczej wsi. Do domu przylegały trzy pola uprawne, które rodziły plony. Tuż po sąsiedzku stały domy należące do rodziny jej matki. Ojciec pochodził z Garwolina położonego sześćdziesiąt kilometrów od Warszawy.

 

 On rok starszy, szczupły blondyn o oczach koloru ciemnego piwa zasłoniętych okularami. Jego matka urodziła się w Niemczech, a ojciec w Radomsku, gdzie zamieszkali po ślubie i tam na świat przyszły ich dzieci. Trzech synów i dwie córki. Lecz jego rodzina była całkowitym przeciwieństwem jej rodziny. Dziś nazwano by to patologią. I tak w rzeczywistości było. Tam nikt nie stronił od alkoholu. To alkohol grał pierwsze skrzypce, był najważniejszy.

 

 Kiedy zaczęli się spotykać, jej rodzice jeszcze na początku próbowali przemówić jej do rozsądku pytając. - Dziecko, czy ty wiesz z kim się spotykasz? Pytali tak, bo miasto nieduże, a i zakładów pracy nie było za wiele. Jej babcia doskonale znała rodzinę tego chłopaka, a zwłaszcza jego matkę. Obie panie razem pracowały w jednym z zakładów przez krótki czas.

 - To moja sprawa i nie wtrącajcie się. Jestem już dorosła i nic wam do tego - odpowiadała wyniosłym tonem. Buntowała się słysząc takie stwierdzenia, a jej krnąbrność i bunt sprawiały kłopoty wychowawcze jej rodzicom jeszcze w czasach szkolnych. Mimo, że potrafiła być ambitna, to jednak z trudem udało jej się skończyć szkołę zawodową.

 

 Była uparta i wciąż stawała w kontrze przeciwko argumentom rodziców. Kochała swojego wybranka i wiedziała, że żadna siła nie będzie w stanie ich rozdzielić. Któregoś dnia wyszło na jaw coś, co wstrząsnęło nie tylko nią i jej chłopakiem, ale rodzicami także. Okazało się, że młodzi zaliczyli klasyczną wpadkę. Teraz nie było już wyjścia. Ślub musiał się odbyć, bo środowisko, w którym mieszkali było hermetyczne i małe ze skłonnością do plotek i szukania niezdrowych sensacji. Klamka więc zapadła. Zaślubiny miały odbyć się w styczniu, ale w międzyczasie zmarł dziadek Agaty. Bardzo przeżyła tę śmierć. Dziadek był dla niej autorytetem, a ona jego ulubienicą, chociaż nie była przecież jedyną wnuczką. Rozważali wtedy przełożenie daty ślubu.

 - Dzieci nie ma powodu aby odwoływać czy też przesuwać ślub - tłumaczyła babcia.

 - Ale... - próbowała protestować Agata.- Kochanie nie ma żadnego "ale". Dziadek z całą pewnością by tego nie chciał, to po pierwsze, a po drugie to jemu życia nie wróci - te słowa przekonały młodych i myśl o przesunięciu lub odwołaniu ślubu odeszła.

 

 

 I tak właśnie ta dwójka w jeden ze styczniowych weekendów złożyła przed Bogiem, rodziną i przyjaciółmi przysięgę wierności, miłości i uczciwości oraz że nie opuszczą się aż do śmierci. Po zaślubinach w domu jej rodziców odbyło się huczne wesele. W ten oto sposób Agata weszła do rodziny Zygmunta, a Zygmunt do rodziny Agaty. O ile jego rodzina prawie w całości ją zaakceptowała, tak członkowie jej rodziny za Zygmuntem nie przepadali. Uważali, że Zygmunt wżenił się w dobrze usytuowaną rodzinę Agaty wyłącznie ze względów materialnych.

 Po ślubie zamieszkali z rodzicami i rodzeństwem Agaty.

 Jakiś czas po ślubie teściowie Zygmunta po rozmowach z młodymi postanowili powiększyć ich dom dobudowując dwa dodatkowe pomieszczenia. Jedno miało być wspólne i spełniać funkcję ganku czy też przedpokoju. Drugie miało należeć do młodych i służyć jako kuchnia. I tak na wiosnę ruszyły prace nad dobudówką. Wtedy też zaczęła ujawniać się druga natura Zygmunta. Jedna z takich sytuacji bardzo zapadła w pamięci jego teściowej.

 - A co to mamusia robi? - zapytał z głupkowatym uśmiechem na twarzy. Matka Agaty tylko spojrzała na niego i nie odzywając się wróciła do przerwanej czynności.

 Zygmunt ominął teściową i poszedł do domu, bo przecież był zmęczony po pracy. Lecz to, że teście kopali dół pod dobudówkę, która miała służyć w dużej mierze młodym w ogóle go nie obeszło. Po kilku minutach kobieta usłyszała kłótnię córki z mężem i mimo, że nie starała się mieszać w ich życie to tym razem postanowiła zareagować.

 - Zygmunt czego tak się wydzierasz, na całej ulicy cię słychać - odezwała się kobieta.

 - Niech się mama nie wtrąca to nasze sprawy - padło z ust Agaty.

 - No właśnie nie wpierdalaj się. Zajmij się budową - usłyszała od Zygmunta. Poczuła się tak jakby dostała w twarz.

 Zacisnęła tylko zęby i aby nie rozpłakać się przy nich opuściła pomieszczenie.

 Późnym wieczorem gdy wrócił z pracy ojciec Agaty dowiedział się o całym zajściu od żony.

 - Wierz mi, gdyby nie to, że Agata jest w ciąży pogoniłabym ich oboje. Jedno warte drugiego.

 - Czasami zastanawiam się co ona miała w głowie wiążąc się z nim. Przecież z jej urodą mogłaby mieć nie jednego. Wiesz Halinko jakoś nie wróżę im dobrego życia. I jak mi Bóg świadkiem chciałbym się mylić - mówił Franciszek, nie zdając sobie sprawy jak bardzo staną się prorocze te jego słowa.

 

 Czas płynął, budowa nabierała kształtu. Wiosna zawitała w końcu na dobre. Agata już nie pracowała, do rozwiązania zostały zaledwie dwa miesiące. W ich małżeństwie coraz częściej dochodziło do kłótni, często wówczas interweniował ktoś z rodziny Agaty. Zygmunt nie był typem zięcia jakiego sobie wyobrażali jej rodzice. Był często wulgarny, chamski, bezczelny, ale w jakimś sensie miał na to pozwolenie Agaty, bo gdy obrażał kogoś z jej najbliższych ona nie reagowała, a nawet stawała po jego stronie. Natomiast Agata była bardzo lubiana przez rodzinę Zygmunta. Przez swojego teścia Czesława i teściową Adelę była wręcz uwielbiana. Często mówiono, że to dusza towarzystwa. Tylko jedna z sióstr Zygmunta nie przepadała za Agatą, ale to była niechęć obustronna. Obie kobiety jakoś nie darzyły się sympatią. Lecz na Agacie nie robiło to większego wrażenia. Ona miała poparcie ze strony teściów, co nawet samego Zygmunta czasami irytowało. Jednego razu nawet sam na własnej skórze przekonał się o tej zażyłości.

 

 Wrócił z pracy pijany i dość mocno pokłócił się z Agatą oraz jej rodziną.

 - Wynoś się stąd – usłyszał od żony.

 Grzecznie zabrał się i wyszedł przy okazji przeklinając rodzinę Agaty pod nosem. Po niespełna kwadransie był w domu rodzinnym i zamiast zostać przyjętym z otwartymi ramionami dostało mu się jak tylko wytrzeźwiał.

 - Wracaj do żony pijaku jeden. Założyłeś rodzinę to wracaj do niej – usłyszał, gdy tylko wstał. Głowa bolała, a matka ciosała mu kołki na głowie. I niby nic dziwnego, że matka próbuje przywrócić go do porządku, ale przecież tam wszyscy byli tacy.

 

 

 Wreszcie nadszedł maj i dzień kiedy Agata urodziła córkę. Dziewczynka urodziła się zdrowa, co zakrawało na cud. Agata dzień wcześniej wraz ze swoją teściową dość hucznie obchodziły święto jakim jest Dzień Matki. Nie tylko hucznie, ale i mocno zakrapiane. Dziewczynka była wierną kopią ojca.

 Identyczny kolor oczu, ten sam wykrój ust. Zygmunt chodził dumny jak paw. Agata najzwyczajniej w świecie wykonywała swoje obowiązki jako matka, ale bez większego entuzjazmu. Kilka miesięcy później ochrzczono dziecko nadając mu imię Bożena. Chrzestnymi zostali siostra Agaty oraz kolega Zygmunta.

 

 Bożenka była oczkiem w głowie dziadków, cioć i wujków ze strony matki. Rodzina ojca po prostu ją tolerowała. Przez kolejne dwa lata niewiele się zmieniło w życiu Agaty i Zygmunta. Bożenka rozwijała się zdrowo i tylko dorastała w domu, gdzie rodzice coraz częściej zaglądali do kieliszka i robili awantury.

 

 Jak się okazało Zygmunt miał ciężką rękę, która niejednokrotnie lądowała na twarzy Agaty. Często Bożenkę do siebie zabierali dziadkowie Halina i Franciszek, co skutkowało dodatkowym powodem do kłótni. Gdy tylko dziewczynka była na tyle już duża rodzice Agaty od wiosny do jesieni zabierali ją do siebie na wieś. Dzięki temu oszczędzali wnuczce widoku pijanych rodziców i awantur.

 Dla nich samych to też było wybawienie, bo mogli wyjść do znajomych czy do rodziny Zygmunta bez zbędnego balastu jakim była córka.

 Trzy lata po urodzeniu Bożenki Agata urodziła drugie dziecko syna, który był lustrzanym odbiciem matki.

 Przemek w przeciwieństwie do Bożenki był ulubieńcem rodziny ze strony ojca. Narodziny dziecka w każdej rodzinie to radość dla wszystkich, ale jak się okaże nie do końca tak było w tym przypadku. Bożenka jako małe dziecko nie rozumiała tego.

 - Kochanie Przemuś jest malutki i potrzebuje więcej uwagi - próbowała wnuczce tłumaczyć babcia Halina.

 Chociaż jej samej było trudno zrozumieć to dziwne zachowanie swojej córki i zięcia, ale i jego rodziny.

 Wielokrotnie widziała jak Agata i Zygmunt zaczęli traktować córkę. Nic dziwnego, że ta mała dziewczynka czuła się odtrącona przez rodziców.

 - Bądź cicho bo Przemek śpi. Zajmij się bratem - tego typu słowa padały z ust matki albo ojca Bożenki.

 - Agata tak nie można - jednego razu mówiła matka do Agaty, gdy ta kolejny raz była światkiem ich zachowania wobec Bożenki.

 - O co ci mamie chodzi? - zapytała Agata nie rozumiejąc o co chodzi matce.

 - Nie udawaj, od jakiegoś czasu wiecznie krzyczycie na nią, wymagacie aby zajmowała się małym - wyjaśniła córce.

 - Mama przesadza. Co jest złego w tym, że czasami popilnuje Przemka, przecież jest jego starszą siostrą. Ja sama zajmowałam się młodszym rodzeństwem - odpowiedziała, ale tylko spowodowała wybuch gniewu u swej matki.

 - Nie bądź bezczelna - padło z ust matki. Prawdą było, że czasem Agata jako najstarsza z całej trójki miała zając się rodzeństwem, ale nie miała wówczas zaledwie trzech lat. I były to wyjątkowe sytuacje, a oni wręcz wyręczali się tą małą dziewczynką.

 

 Jedna z takich sytuacji zwłaszcza zapadła w pamięci małej Bożenki. Dziewczynka miała zaledwie trzy i pół roku, a jej braciszek niecałe pół roku. Był to czas Świąt Bożego Narodzenia. Całą czwórką wracali do domu od rodziny Zygmunta. Bożenka pchała przed sobą wózek z bratem, a rodzice idąc za nią kłócili się, wyzywali od najgorszych.

 - Proszę nie kłóćcie się - prosiła Bożenka.

 - Wypierdalaj do domu – usłyszała z ust rodziców.

 Mała odwróciła się i ze łzami w oczkach pchając przed sobą wózek szła do domu nie odzywając się już nic.

 Tego typu sytuacje powtarzały się dość często.

 - Wiesz mamo czasami to wygląda tak jakby Agacie nie zależało na Bożence - kiedyś padło takie stwierdzenie z ust siostry Agaty.

 CDN...

Liczba ocen: 0
  50%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~julitam
Kategoria: inne
Opis:
Dodano: 2020-06-26 00:18:05
Komentarze.

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin