Autodestrukcja – Łazienka Autodestrukcja – Ucieczka

Autodestrukcja – Schody do piekła

  Z DEDYKIEM DLA RITHY, BO WIEM, ŻE JEJ SIĘ PODOBAŁO :D

 

 Tak, to ja, istnieję. Wiem, bo czuję, widzę, działam; chcę i potrzebuję, daję i czerpię... pragnę. Kocham i jestem kochana. Bezpieczna, spokojna, bez pesymizmu, bez lęku i fałszu, bez czających się zewsząd, złowrogich cieni, mających zamiary – przepiękny entourage, w całym swoim ”ja” niezakłócony, krystalicznie czysty i dobry…

 

 A teraz stoję, zatrzymałam się w miejscu, nieczynna. Bez powietrza, bez przyszłości, bez marzeń. Beznadziejna, mała, nic nie znacząca "ja”, zagubiona, ukarana, zduszona. Jeden dotkliwy epizod, aby zabić wszystko, roztoczyć ciężką chmurę desperacji, okupującą radosny uśmiech mgłę zakrywającą wszystko, całą przyszłość, której po prostu nie będzie.

 Przeszywający cios, nieoczekiwany, niepożądany, znienawidzony finał. Bezczelna, wredna pięść losu uderzająca prosto we mnie, w dziesiątkę, w ten najczulszy punkt, jakim jest szczęście.

 Ale przecież to nie tylko oni, przecież to wszyscy... wszyscy... kiedyś... Każdy, bez wyjątku, kolorowy czy szary, błyszczący lub skryty, tyci i olbrzymi… każdy!

 Więc dlaczego to tak boli, czemu tak kurewsko boli?!

 Żadnych odpowiedzi, jedynie złośliwy uśmiech opatrzności.

 

 Tkwię więc jak posąg, pokonana, zablokowana, urwana jak niedokończony epicki film – zepsuty projektor beztroskiego życia.

 

 Obrałam kurs. Wolno idę stopniami w dół, zatrutą drogą zatracenia, delektując się spływającą po duszy ulgą. Coraz szybciej i szybciej, zachłanniej, kroki dają ukojenie, spokój, sen…

 

 I nagle znów staję. Mur wzniesiony miłością i troską zatrzymuje mnie, trzyma mocno, więzi, bezczelnie nie pozwalając mi wznowić podróż.

 

 Dotykana zewsząd, popychana, ruszyłam wolno, ale dokąd? Nie wiem, dokąd, nadal się jednak poruszam, niemalże stojąc w miejscu. Każdy krok jest trudniejszy od poprzedniego, nogi ciążą niczym ołów, lecz idę dalej. Bez celu, bez przekonania, bez złudzeń...

 

 Lecz znienacka wita mnie przeszkoda, zapora, dokładnie przede mną, jakby dla mnie stworzona. Cały czasu tu była, czaiła się, perfidnie czekała na mnie, na moje najmniejsze wahanie.

 Poślizgnęłam się.

 Szklana pułapka na drodze moich niezmotywowanych, nieporadnych prób, aby odebrać nieodzyskaną jeszcze do końca równowagę i znowu pchnąć w dół.

 

 Staczam się.

 Spadam, coraz niżej i niżej, robiąc czasem nic nie znaczące przystanki, krótkie, oklejone bezpłciowymi nadziejami postoje.

 Lecz po co, w jakim celu? Bezsensowne, złudne działanie.

 Wciąż opadam, a po drodze tylko same niespodzianki, i w końcu jedna!

 Oszałamiające panaceum, fantastyczny lek, lepszy, bardziej satysfakcjonujący, efektywniejszy, wypełniający podły, drażniący niedosyt.

 Klucz fałszywy, haniebny, lecz jakże piękny w swej niegodziwości...

 Sumienia nie ma, już dawno przepadło.

 

 Osuwam się z hukiem, wściekłym tempem, tempem, któremu nikt nie potrafi sprostać. Uciekam coraz szybciej i szybciej, i nikt nie jest w stanie mnie dogonić, złapać, uratować…

 Dotoczyłam się do celu – głęboka, olbrzymia przepaść, makabryczna dziura, w której czeka mnie tylko ciemność.

 

 Upadłam i leżę. Leżę, upodlona, zeszmacona, jak gnijący kawał ścierwa, nadal mimowolnie płynąc w stronę otchłani, ciągnięta niewidzialnymi łapskami nałogu.

 Jestem coraz bliżej... już.... prawie... zaledwie kilka oddechów więcej, aby dojść na skraj.

 Ciemność mnie zachęca, nęci, namawia, obiecując.

 

 Przekroczyłam próg i wpadam... wpadam, lecz nie spadam. Coś mnie złapało, ścisnęło i trzyma. Godnie walczy, zaciskając się mocno na mojej suchej dłoni.

 Coś… ktoś… jest... jest tu... teraz!

 Ale skąd wiedział, jak mnie zauważył, odszukał? Nie, nie szukał, jedynie potknął się o mój wrak, mój zdychający byt, resztki mojego zdezelowanego ja.

 

 Dziura ciągnie mnie bez litości, ale on nie puszcza, nadal sumiennie trzyma, otulając ciepłem całą mnie, to, co ze mnie zostało.

 

 Szarpnięcie. Ciągnie mnie za rękę, aby po chwili unieść i pchnąć w przestrzeń jak zdmuchnięte piórko.

 Płynę. Ogarnięta błogim spokojem lewituję, lekko podążając w jaśniejszą stronę.

 

 Chłód odmętów się oddala…

Liczba ocen: 0
  50%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Agnes1709
Kategoria: proza_poetycka
Opis:
Dodano: 2020-06-26 00:18:19
Komentarze.
~Iga23 17 d.
Takie smutne, ale zarazem piękne.
Odpowiedz
~Agnes1709 17 d.
Iga23 Dzięki, słońce.
Odpowiedz
~SylviaWyka 17 d.
Emocjonalne, przepełnione smutkiem, piękny tekst!
Odpowiedz
~Agnes1709 17 d.
SylviaWyka Dziękuję pięknie.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin