TW11 Przypadek TW9 Nienormalna normalność

TW10 Buta Błazna

 Postać: Klown

 Zdarzenie: Zabłądzilem w lesie

 

 Efekt: Napisz tekst w formie zbeletryzowanej wersji wybranego mitu.

 

 — O, patrzcie go. — Mężczyzna cmoknął i wsadził koniuszek języka w miejsce gdzie kiedyś znajdował się ząb.

 — Błazen? — zapytał drugi, który na chwilę przerwał ładowanie glinianych naczyń i garnków na wóz. Dzień na targu mogli zaliczyć do udanych. Zazwyczaj zostawało więcej towaru.

 — Błazen, tfu — splunął ten bez zęba. Jego plwocina zniknęła w gęstym błocie ubitym przez podkute kopyta koni i trepy kręcących się po targowisku. — Jeszcze wczoraj był zwykłym klaunem i zabawiał na odpustach, a teraz proszę. Wielki pan!

 Worek z ceramiką wylądował na wozie i wydał z siebie dźwięk przypominający tłuczenie kufli w tawernie obok. Klacz nieznacznie zastrzygła uszami. Najpewniej była przyzwyczajona do podobnego obchodzenia się z majdanem, którym handlowali bracia.

 — Zbierają się panowie? Widzę, że za późno przyszedłem. — Niedawny klaun, a obecny błazen królewski zbliżył się do jegomości.

 — A ty co? Z konia spadłeś? Już zapomniałeś, że na handel przychodzi się przed południem a nie po? — Zacmokał starszy brat i raz po raz wysuwał język przez szparę między żółtymi zębami. Drugi zarechotał, nie przerywając pracy. Teraz przywiązywał worki do siebie i do wozu, by nie spadły podczas jazdy.

 — Ach, wiesz Gerwazy. Do dobrego szybko człowiek się przyzwyczaja. — Cicho zachichotał błazen, poprawiając kubrak, który miał na sobie.

 — Jeżeli takie żarty prawisz na królewskim dworze, to coś czuję, że prędko wrócisz, skąd żeś przylazł. A nie będzie tak prosto. Znaleźli się chętni na twoje miejsce. — Gerwazy wskazał palcem, na niskiego i korpulentnego mężczyznę gadającego z właścicielem straganu z owocami. Gość miał na sobie kolorowy surdut, rude włosy, twarz pomalowaną na biało z przytwierdzonym krwawym uśmiechem od ucha do ucha.

 — Gerwazy, musisz mi pomóc. — Błazen odwrócił się w stronę handlarza i posłał mu błagalne spojrzenie i złożył ręce jak do modlitwy. — Przez wzgląd na naszą dawną znajomość.

 — Jaką znajomość, Sambor? Zawsze wyżej srałeś niż dupę miałeś, a jak trwoga to do Boga?

 — Gwoli ścisłości do Gerwazego. — Zaśmiał się błazen, ale szybko spoważniał, widząc niebezpiecznie wysuwający się spomiędzy zębów koniuszek języka.

 — Gerwek, wsiadaj. Szkoda czasu na tego chłystka.

 — Czekaj, czekaj. Nie jesteś ciekawy w czym dokładnie mogę pomóc szacownemu błaznowi? — Gerwazy zwrócił się do brata, który siedział już na koźle gotowy do drogi. — Bo ja jestem. Mów byle szybko. — Popatrzył zimno na Sambora.

 — Chodzi o to, że jaśnie panienka jest nieco, powiedziałbym, wymagającą osobą jeżeli chodzi to, co ją bawi, skłania do uśmiechu, co rozpogadza te piękne, szlachetne, lico.

 — Miało być szybko — przerwał mu brat Gerwazego.

 Sambor zniżył głos do szeptu i nachylił się do garkotłuka.

 — Nic jej nie rusza. Próbowałem już wszystkiego, a ona tylko wzrusza ramionami i mówi: „Co to za niegodziwość, jeżeli myślisz panie, że bawić mnie będzie to, co do tej pory bawiło gawiedź”. — Przedrzeźniał księżniczkę, kilka razy odwracając się za siebie, by sprawdzić, czy nikt nie słyszy tej rozmowy.

 — Może ma i rację. Jeżeli tu na rynku ktoś się śmiał z twoich żartów, to niekoniecznie błękitna krew będzie łapać się za brzuchy. Na moje oko potrzebujesz czegoś mocniejszego.

 — Czyli czego? Myślałem, że tu na targu znajdę jakiegoś dziwoląga i zaprowadzę na dwór. A tu ani albinosa, ani karła, ani baby z brodą. Jeżeli nie rozbawić to, chociaż przestraszyć tę panienkę, wzbudzić jakieś uczucia!

 Bracia wymienili spojrzenia i wybuchnęli śmiechem.

 — Ty naprawdę myślisz, że albinosem kogokolwiek jeszcze zaciekawisz.

 — To, co radzisz?

 Gerwazy usadowił się na koźle koło brata.

 — Mów! Widzę, że chcesz coś powiedzieć, ale się wahasz — przekonywał Sambor.

 — Bo to jest historia, w którą wierzą już tylko poganie. W dodatku, trzeba by było mieć jaja, żeby się na to zdobyć, a tobie, jak wiemy, ich brakuje. — Zarechotał. Koń parsknął, jakby chciał zawtórować.

 — O czym ty mówisz? Gerwazy, mów! Mam nóż na gardle. Udałbym się, choćby i do samego diabła!

 — Blisko. Babę Jagę znasz?

 — Przecież to mit!

 — Mit nie mit, nie wiem. We wsi mówią, że u nas można ją spotkać. Chcesz zaskoczyć księżniczkę to szukaj w lesie. Na rozwidleniu drogi musisz skręcić w prawo, tam gdzie kiedyś była droga, a teraz są mokradła.

 Sambor patrzył na Gerwazego badawczym spojrzeniem. Nie mógł jednak powstrzymać rozbawiania.

 — Ty mówisz poważnie! Boże jedyny! Ja ciebie winienem zabrać na dwór! Jedyny taki, który wierzy w Babę Jagę.

 Gerwazy ściągnął cugle i popędził konia. Rozklekotany wóz odjechał w asyście salw śmiechu nadwornego błazna.

 Sambor pokręcił się jeszcze chwilę po opustoszałym targu, zagajał dawnych znajomych, szerokim łukiem ominął tawernę. Zaraz znaleźliby się tacy gotowi wydoić go do ostatniej monety. Przecież mieszkał teraz na dworze królewskim, więc mógł stawiać wszystkim. Niewielu wiedziało jak było na prawdę. Owszem, jadła było pod dostatkiem, a i zawsze miał suche siano pod głową, ale pieniędzy nie było znacznie więcej niż kiedy zarabiał na życie, jako klaun. Niemniej, nie zamierzał wyprowadzać nikogo z błędu.

 Czekała go godzina drogi. Raczej nie zanosiło się na to, by mógł zabrać się z kimś zmierzającym w tamtym kierunku wozem. Aż zaczął żałować, że nie zabrał się z Gerwazym. Chociaż nie. Wyśmianie go w głos na cały rynek, dało mu jakąś satysfakcję.

 Kiedy dotarł do rozwidlenia w lesie, uśmiechnął się pod nosem. Spojrzał w stronę drogi porośniętej gęstymi chaszczami, która kiedyś prowadziła na zamek. Jednak pewnej nocy ubitą przez koła wozów ścieżkę pochłonęła rzeka, płynąca pod powierzchnią. Szybko powstała inna trasa, która okalała mokradła, ale była bezpieczniejsza i przede wszystkim przejezdna.

 — Baba Jaga. — Zaśmiał się. — Głupszej historii jeszcze nie słyszałem! — Ruszył przed siebie, nucąc melodię, do której bezskutecznie próbował ułożyć zabawny tekst. Cały czas coś jednak było nie tak. A to nie mógł znaleźć rymu, a to sylab było za dużo albo za mało.

 — A kij z tym — rzucił do siebie. Kiedy myśli oderwały się od wiersza i wróciły do rzeczywistości, musiał przyznać, że nie tylko w piosence było coś nie tak. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi w oddali. Podbiegł, by rozwiać swoje wątpliwości jak najszybciej. Dotarł do rozwidlenia i na moment przestał oddychać. Był w tym samym miejscu jeszcze chwilę temu. — Co jest? Tak się zamyśliłem, że zabłądziłem?

 Teraz szedł maksymalnie skupiony na drodze. Przyglądał się mijanym sosnom, zapamiętywał kształty liści paproci i kamienie leżące wzdłuż drogi. Wkrótce znowu dotarł do rozstaju.

 — To jest kurwa niemożliwe! — krzyknął, a gdzieś w górze odezwało się stado wron, zbudzonych wrzaskiem. Krakały przeraźliwie i na moment przesłoniły niebo. Stał tam i obserwował oddalające się czarne sylwetki ptaków. Kiedy znowu spojrzał na drogę zobaczył postać. Ktoś szedł w stronę wyjścia z lasu. Popędził w tamtym kierunku, zostawiając skręt na mokradła za sobą. — Hej! Zaczekaj! — Dotarł do starszego mężczyzny, który poruszał się o lasce. Miał na sobie łachmany, spięte agrafką na środku klatki piersiowej. Sambor dostrzegł też tobołek z zielskiem. Zielarz, pomyślał i odetchnął z ulgą.

 — Ta droga prowadzi do wyjścia z lasu? Dobrze idę? Bo już zgłupiałem. Muszę przed zmrokiem dostać się na zamek, w przeciwnym razie noc spędzę pilnując fosy.

 Starzec odwrócił się w kierunku, w którym wskazywał Sambor. Podrapał się po głowie długimi paznokciami pełnymi żałoby, mierzwiąc sztywne siwe włosy.

 — Tędy. Zaraz las się skończy — odezwał się wreszcie zachrypiałym głosem. — Może zechce dobrodziej kupić nieco lipy i czarnego bzu. Dobre na przeziębienie. — Wydobył z sakwy u pasa kilka kwiatów.

 — Nie potrzebuję. Mnie się choroby nie imają! — Sambor pędził już dalej, zostawiając starca z kwiatem czarnego bzu w ręku.

 Las wbrew zapowiedzi się nie skończył. Błazen ciągle był w tym samym miejscu, choć czas płynął nieubłaganie. Słońce zaczęło zachodzić, a w lesie zrobiło się szaro. Szedł dalej, czując jak rośnie w nim strach. Nie potrafił zrozumieć co się dzieje, chciał znaleźć jedynie wyjście z lasu, a wyglądało na to, że od godziny kręci się w kółko. Kiedy jego oczom ukazało się rozwidlenie i siedzący na kamieniu zielarz, poczuł gniew.

 — W tamtą stronę tak? Las się zaraz skończy? Już ja ci pokażę! — Zacisnął pięści. — Hej, oszukałeś mnie! Jestem znowu w tym samym miejscu. — Podszedł do mężczyzny, który odpoczywał na kamieniu ze spuszczoną głową. Długie włosy dotykały kolan i zasłaniały twarz. — Starcze. — Sambor nachylił się, chcąc dotknąć ramienia i zbudzić ze snu.

 Nie zdążył. Mężczyzna uniósł głowę, a oczom Sambora ukazały się puste oczodoły, żuchwa pozbawiona skóry i długie, ostre zębiska jak u drapieżnego zwierzęcia. Po chwili z oczodołów zaczęła wydobywać się fala małych pająków. Każdy wielkości główki od szpilki. Poruszały czarnymi odnóżami, spływały po szczątkach twarzy na kolana i ziemię, było ich mnóstwo. Sambor przeraźliwie krzyknął i zaczął biec w przeciwnym kierunku ile sił w nogach.

 Kilka razy odwrócił się za siebie, sprawdzając czy jest bezpieczny. Wreszcie nogi odmówiły posłuszeństwa. Pochylił się, wsparł ręce na kolanach, oddychał ciężko i cały czas wpatrywał się w miejsce, z którego uciekł. Zwrócił zawartość żołądka na leśną ściółkę, wytarł twarz i wyprostował się, a jego oczom ukazał się dom. Dom na kurzej nóżce. Złożył ręce, zamknął oczy i zaczął się modlić. Coraz wyraźniej słyszał ten dźwięk. Tysiące, miliony odnóży uderzające o ziemię, suche igliwie, zbutwiałe liście brzmiały jak szelest.

 

Liczba ocen: 0
  50%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Manta
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis:
Dodano: 2020-06-28 12:27:57
Komentarze.
^Halmar 16 d.
Bardzo, bardzo fajne pisanie. Sprawne pióro plus dobra historia = czysta frajda z czytania. Uwielbiam takie bajkowe narracje.
Gdzieś tam w połowie zauważyłam brak kropki, no i tu: "Zwrócił zawartości" wkradła się literówka
Smakowite!
Odpowiedz
Witamy nowy tekst TW
Odpowiedz
~pkropka 16 d.
Super. Wciągające, niepokojące.
Podobało mi się
Odpowiedz
~Anette 15 d.
Zaje... Super tekst.👏
Odpowiedz
~jagodolas 15 d.
Kurczę bardzo mi siadło. Klimat, historia, sposób podania. Spoko tekst!
Odpowiedz
~JamCi 14 d.
Jeżeli nie rozbawić to, chociaż przestraszyć tę panienkę - przecinek przed "to"
Faaaajne. Bardzo ciekawe, klimatyczne. Podobało.

Odpowiedz
~alka666 14 d.
Stara, poczciwa Baba Jaga
Odpowiedz
Świetny klimat i pomysł. Przyjemnie się czytało.
Odpowiedz
~Agnieszka 13 d.
Hej,
Sprawnie napisane opko, choć chwilami troszkę mi się dłużyło.
Fabuła przemyślana, dialogi naturalne.
Jest ok
Pozdrowionka
Odpowiedz
~hens 12 d.
Klimat na plus, sprawna narracja.
Odpowiedz
Hmm i nagle bajki z dzieciństwa nabierają nowego znaczenia Świetne zapętlenie, daje klimat. Z chęcią poczytałabym więcej z tym motywem powracania w to samo miejsce, ciekawe.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin