i wróciła kotara (kacik poezji) koszminder kosziminder kominder
Praca Wyróżniona

(TW#11) kombinezon dres

 Postać: Plebs (bohater zbiorowy)

 Zdarzenie: Wyliczanka

 Efekt: Budzisz się po stu latach.

 

 

 

 

 

 

 Obudziłem się dokładnie po stu latach. Był rok dwa tysiące sto dwudziesty, o czym poinformowała mnie sympatyczna pani doktor, ładna brunetka o figurze modelki. Siedzieliśmy w wygodnych fotelach w jej schludnym gabinecie. Ona miała na sobie śnieżnobiały kitel lekarski, ja ubrany byłem w dres, który dano mi po wybudzeniu. A raczej po odmrożeniu.

 - Wyleczyliśmy pana - powiedziała pani doktor.

 

 ***

 

 Sto lat wcześniej zdecydowałem się na ten krok, chociaż wszyscy przekonywali mnie, że to nie ma sensu. Że to tylko wyciąganie pieniędzy od bogaczy. Zabieg krioniki niszczy bezpowrotnie każdą komórkę schładzanego ciała, woda zawarta w komórkach po prostu zamarza i rozrywa je od środka.

 Ja jednak nie słuchałem dobrych rad troszczących się o moją fortunę życzliwych klakierów i dałem się zamrozić w tytanowej kapsule wypełnionej ciekłym azotem. Moje ciało schłodzone do minus stu dziewięćdziesięciu sześciu stopni Celsjusza miało czekać w lodowej kąpieli do dnia, kiedy choroba na którą zapadłem będzie już uleczalna i będzie opracowany sposób na wskrzeszenie zamrożonego w ciekłym azocie człowieka.

 Zresztą jaki miałem wybór? Był lipcowy piękny dzień, kiedy poszedłem na wizytę kontrolną do doktora Rozmusa.

 - Ma pan raka trzustki. Z przerzutami - powiedział doktor Rozmus wpatrzony w papiery na swoim biurku. - Pół roku, najwyżej rok, tyle panu zostało.

 - Są jakieś szanse na wyleczenie? - zapytałem.

 - Nie ma szans... nie ma pan prawie żadnej szansy - powiedział doktor.

 Zapaliłem papierosa, na protesty doktora Rozmusa, że nie powinienem palić, wzruszyłem ramionami. Jeszcze nie docierała do mnie smutna prawda, że to koniec. Nie miałem praktycznie żadnych objawów, poza lekkim bólem w okolicach brzucha...

 - I nie da się nic zrobić?

 - Dużo rzeczy da się zrobić - powiedział Rozmus - tylko nikomu to nie pomaga wrócić do zdrowia.

 - No to fajnie - powiedziałem.

 Doktor Rozmus popatrzył na mnie zdziwiony.

 - Fajnie, że mi pan o tym wprost powiedział, bez owijania w bawełnę.

 

 ***

 

 Sprzedałem jacht i Bentleya, a także duży pakiet akcji mojej firmy. Fortuny dorobiłem się na produkcji i sprzedaży kijów do bejsbola i kijów do golfa. Byłem największym producentem obu rodzajów kijów i zawsze miałem na nie popyt. Kiedy w kraju robiło się biednie, lepiej sprzedawały się kije bejsbolowe. Kiedy robiło się dostatniej i klasa średnia rosła w siłę, wtedy lepiej "schodziły" kije do golfa.

 Jachty nawet podrożały ostatnio ale co z tego, skoro nie miałem czasu żeby się targować. Sprzedałem jacht, samochód i pakiet akcji młodemu obywatelowi Kataru Abdullahowi ibn Mahdadiemu. Podobno jest świetnym golfistą. Może. Nie wiem. Na pewno potrafił się targować i musiałem mu sprzedać wszystko po śmiesznie niskich cenach. Ale potrzebowałem szybko gotówki. Dużo gotówki.

 Musiałem opłacić nie tylko zamrożenie w kapsule na nie wiadomo jak długi czas. Kilkadziesiąt lat? Kilkaset? Musiałem zabezpieczyć również mój dom. Opłacić służbę, konserwatorów, ogrodników, fachowców od basenu, adminstrację. I znowu - wszystkich tych ludzi musiałem opłacić z góry, z założeniem, że będę płacił również ich następcom, ludziom, którzy jeszcze się nie urodzili. Chciałem, po odmrożeniu, mieć gdzie wrócić. Mieć swój własny kąt. Mieć dom nadający się do mieszkania. Spisałem testament, w którym zawarłem wszystkie szczegóły postępowania z moim majątkiem i dałem pieniądze i władzę ludziom, którzy będą prowadzili firmę i dom podczas mojej nieobecności.

 

 ***

 

 No i opłaciło się. Był rok dwa tysiące sto dwudziesty, a ja siedziałem przed miłą panią doktor, która mogłaby być gwiazdą filmową, taka była ładna. Nie byłem już chory i strasznie chciało mi się palić.

 - Ma pani może papierosa? - zapytałem. - Nie paliłem od stu lat - zażartowałem.

 Pani doktor odwzajemniła uśmiech. Na policzkach, kiedy się uśmiechała tworzyły się jej śliczne dołeczki.

 - Tu pewnie nie wolno palić - dodałem.

 - Nie. Dlaczego? - odparła. - Wolno palić ale nie mam papierosów. Jak pan chce, to może wyskoczyć po papierosy do sięgarni. Kombinezon już pan ma założony, więc nie musi się pan niczego obawiać. Jak pan wyjdzie, to trzeba iść w prawo, potem przez rynek cały czas prosto, potem przez park, za parkiem pierwsza ulica w lewo. Tylko niech pan wraca zaraz, to powiem panu parę szczegółów o naszym świecie. Trochę się pozmieniało w czasie tych stu lat, kiedy pana nie było.

 Ucieszyłem się, że uprzejma pani doktor pozwoliła mi wyskoczyć po fajki. Trochę się zdziwiłem, że papierosy kupuje się w księgarni. I nie zrozumiałem o co jej chodziło z tym kombinezonem. Może tak nazywała dres, który miałem na sobie? Opuściłem schludny gabinet i wyszedłem pierwszy raz po stu latach nieobecności na miasto.

 Szpital, w którym po odmrożeniu wyleczono mnie z nowotworu trzustki, mieścił się w starej, zabytkowej części miasta. Z miłym zdziwieniem stwierdziłem, że nic się prawie nie zmieniło mimo upływu tylu lat. Te same kamienice, tyle że ładniejsze, bo świeżo odnowione. Wszystkie fasady domów wyremontowane i odmalowane, chodniki równe i czyste, trawniki zadbane i przystrzyżone, po ulicach jeździły lśniące samochody o futurystycznych kształtach. Rynek wyglądał podobnie. Wszystkie kamienice jak z żurnala. Dużo zieleni. Klomby z kolorowym kwieciem cieszyły feerią kolorów. W ogródkach piwnych wyfraczeni kelnerzy obsługiwali nielicznych klientów, była jeszcze wczesna pora i niewielu przechodniów spotkałem po drodze. Pod bramą ratusza zauważyłem dwóch policjantów. Nie mieli broni. Z samochodu dostawczego wysiadł kierowca, dwóch pracowników służb porządkowych w zielonych kombinezonach wymieniało worki w koszach na śmieci. Jakieś młode dziewczyny, wyglądające na studentki, przeszły obok śmiejąc się, kilku facetów w eleganckich garniturach przechadzało się z komórkami przy uchu. Zauważyłem też grupkę dresiarzy - bluza z kapturem, dres, adidasy - siedzieli na murku, skubali pestki słonecznika i pluli na chodnik. Dresiarze - pomyślałem. Byli, są i będą. Są nieśmiertelni. Po chwili dotarło do mnie, że wyglądam jak oni. Też miałem na sobie spodnie od dresu, dresową bluzę z kapturem i sportowe buty. Poproszę panią doktor o jakieś lepsze ciuchy, jak wrócę do szpitala, albo kupię sobie nowe, jak się trochę ogarnę.

 Nagle usłyszałem gwizd podobny do tego jakim właściciele psów przywołują swoich pupilów. To jeden z dresiarzy zagwizdał na przechodzące obok trzy młode kobiety. Odwróciły się odruchowo. I wtedy młodzi mężczyźni zerwali się nagle i podbiegli w ich stronę. Zobaczyłem srebrny błysk ostrzy noży, które pojawiły się nagle w ich rękach. Było ich trzech, więc każdy zajął się jedną z dziewczyn. Jeden dźgnął kobietę w brzuch, drugi zrobił to samo. Trzeci złapał swoją ofiarę za włosy, stanął za nią i przeciągnął nożem po gardle. Wszystko stało się tak nagle, że mimo iż widziałem to jak na dłoni, bo stałem ledwie kilka metrów dalej, groza tego co zaszło jeszcze nie dotarła do mojej świadomości. Dziewczyny dźgnięte w brzuch osunęły się na chodnik, strasznie krzyczały, zwijały się z bólu i wierzgały w agonii. Bazaltowe płyty chodnika zabarwiła krew wypływająca z ran i z ust. Trzecia kobieta charczała i dławiła się własną krwią, a oprawca piłował jej dalej gardło, aż ustało charczenie i usłyszałem zgrzyt ostrza o tchawicę...

 Chciałem uciekać ale byłem skamieniały ze zgrozy. Po chwili ciała dziewcząt znieruchomiały, krzyki i rzężenie ustały. Zabite kobiety leżały w kałuży krwi, z rozrzuconymi rękami, w groteskowych pozach, tak jak zastała je śmierć. Grymas bólu i przerażenia zastygł na ich martwych coraz bledszych twarzach z otwartymi oczami i ustami.

 Dresiarze wytarli zakrwawione ostrza noży o sukienki zabitych kobiet. Usłyszałem głośny śmiech. Jeden z nich splunął na martwe ciało.

 Serce waliło mi w piersiach jak ciężki młot. Pierwsze wywołane szokiem zesztywnienie minęło i poczułem, że dygoczę. Trząsłem się jak galareta. Wreszcie jakoś zebrałem się w sobie i uciekłem w stronę parku, aby być jak najdalej od tego strasznego widoku.

 Ale w parku natknąłem się na kolejne odrażające akty przemocy. Nie mogłem złapać tchu, przestałem biec. Na jednej z ławek ustawionych wzdłuż wysypanej żwirem parkowej alejki, pośród rosłych dębów i prastarych kasztanowców, zobaczyłem starego dresiarza gwałcącego młodą kobietę. Staruch zdarł z niej spódnicę, majtki i garsonkę, została tylko w biustonoszu. Dziewczyna nie broniła się już, widziałem podrygujący goły tyłek gwałciciela, jego chude nogi i wymięte spodnie od dresu spuszczone do kostek. Znowu zacząłem biec, żeby uciec od tego co zobaczyłem i nie słyszeć ohydnego sapania starego satyra. Żwirowa ścieżka skończyła się. Skręciłem i ukryłem się za gęstym żywopłotem. Pociemniało mi w oczach z emocji. Musiałem na chwilę usiąść na trawie, żeby nie zemdleć. Siedziałem i próbowałem uspokoić oddech i trzęsące się ręce. Po pewnym czasie trochę ochłonąłem, akurat na tyle, aby schować się głębiej za żywopłot, bo po jego drugiej stronie pojawili się jacyś nowi dresiarze. Zatrzymali się akurat blisko mojej kryjówki. Patrzyłem przez plątaninę krzaków żywopłotu na facetów i ich ofiary. Jeden z dresów miał pistolet. Mierzył do ustawionych w rzędzie czterech mężczyzn ubranych w białe koszule, krawaty i eleganckie garnitury. Mężczyźni mieli uniesione do góry ręce w geście poddania.

 - Tromf tromf, misia bela - zaczął dziecięcą wyliczankę dresiarz z pistoletem. Każde słowo akcentował celując bronią do kolejnego z nieszczęśników. - Misia Kasia konfacela, misia a, misia be, misia Kasia kon fa ce.

 - Na kogo wypadło na tego bęc! - krzyknął drugi z dresiarzy i zarechotał. A potem padł strzał i jeden z mężczyzn trafiony w głowę upadł bez życia na ziemię.

 - Wynocha! - krzyknął dres z pistoletem do pozostałych przy życiu facetów. Uciekli wśród śmiechu reszty dresiarzy. A mnie znowu zatkało, tak że nie mogłem prawie zaczerpnąć powietrza. Poruszyłem się i jakaś gałązka trzasnęła pode mną. Struchlałem. Usłyszałem kroki zbliżających się oprawców. Podeszli do mnie. Ten z pistoletem uśmiechnął się od ucha do ucha.

 - Cześć ziom! - powiedział, mierząc do mnie. - Podglądamy? Nie ma to jak fajna egzekucja z rana. Co, nie?

 Nagle wyraz jego twarzy zmienił się. Uniósł brwi ze zdziwienia.

 - Cały się trzęsiesz ziom. Coś taki wydygany?

 Nie mogłem wydobyć z siebie słowa przez ściśnięte gardło. W ostatnich nie sparaliżowanych strachem zakamarkach świadomości tliła się rozpacz i niezrozumienie. Gdzie ja jestem? Co to za świat? Skąd tyle przemocy? A przecież u pani doktor w szpitalu było tak spokojnie, tak zwyczajnie. Czy trafiłem akurat na wybuch jakiejś rewolucji? Buntu plebsu przeciwko możnym tego świata? A może to jakaś wojna domowa? Ale dlaczego śliczna pani doktor nie ostrzegła mnie. Nic nie powiedziała...

 - Kopsnij szluga ziom - powiedział dresiarz z bronią.

 - Nie mam - wykrztusiłem. Nagle błysnęła mi w głowie absurdalna myśl - poszedłem kupić fajki, a nie miałem pieniędzy.

 - A kombinezon masz? - zapytał. - Bo jak nie to...

 Nie dokończył. Na jego obliczu zagościł głupi uśmieszek. A potem zaczął wyliczankę mierząc do mnie raz w głowę, raz w serce.

 - Ene due rabe, bocian połknął żabę, a później Chińczyka, co z tego wynika, raz, dwa, trzy, wychodź ty...

 Strzelił mi w serce. Zdążyłem zobaczyć jęzor ognia wydobywający się z lufy i usłyszeć huk. Dziwne ale nic nie poczułem. Nie bolało. Tylko czerń ciemna jak smoła starła z moich oczu widok oprawcy.

 

 ***

 

 Kiedy się ocknąłem, zobaczyłem nad sobą twarz starszego mężczyzny przyglądającego mi się badawczo. Odruchowo dotknąłem klatki piersiowej w okolicy serca. Popatrzyłem na dłonie. Nie było na nich krwi. Powoli wracała mi pełna świadomość. Wziąłem głęboki oddech. Podźwignąłem się na łokciach i usiadłem. Obmacałem dokładnie całe ciało. Nic mi nie było. Nie zostałem nawet draśnięty. Dziwne. Facet celował mi prosto w serce. Z bliska. A jednak chybił...

 - Widzę, że panu lepiej - powiedział starszy jegomość. Kiedy zobaczyłem, że on też nosi dres, trochę się przestraszyłem, ale nie miał chyba przy sobie broni i nie żywił chyba wobec mnie żadnych złych zamiarów.

 - Śpioch? - zapytał starszy mężczyzna.

 - Nie rozumiem - odparłem.

 - Odmrożeniec? Prawda, że zgadłem?

 - Skąd pan wie?

 - Od razu się domyśliłem, jak zobaczyłem jak ten gnojek strzelił do pana. Stracił pan przytomność ze strachu.

 Mężczyzna podał mi rękę i pomógł wstać.

 - Zapraszam na piwo. Po tych wszystkich emocjach należy się panu.

 - Ale ja nie mam pieniędzy.

 - Ja też, ale niech się pan nie martwi na zapas. To co? Idziemy?

 No i poszliśmy do rynku. Obok żywopłotu, za którym się schroniłem, zostawiliśmy zwłoki mężczyzny w eleganckim garniturze, którego zastrzelił dresiarz. Potem natknęliśmy się jeszcze na kilka świeżych trupów, między innymi na zwłoki kobiety, którą wcześniej obleśny staruch gwałcił na ławce. Nie wystarczyło mu że ją zgwałcił, musiał ją jeszcze zabić. Leżała teraz naga obok ławki, z rozrzuconymi nogami i okropną krwawą raną na piersiach. Patrzyła martwymi oczami gdzieś w bok, a jej twarz była biała jak papier. Byłem kompletnie rozbity, zdruzgotany i przygnębiony. Chciało mi się od tego wszystkiego płakać. Nie chciałem żyć w takim świecie. Co dziwne, i tym bardziej przygnębiające, miałem wrażenie, że te wszystkie straszne widoki, te wszystkie trupy nie robiły żadnego wrażenia na moim towarzyszu. Musi tu panować straszliwa znieczulica - pomyślałem. W głowie kłębiły mi się setki myśli. Z tego wszystkiego zupełnie zapomniałem o paleniu i dopiero kiedy zasiedliśmy przy kawiarnianym stoliku i starszy pan poczęstował mnie papierosem, zdałem sobie sprawę, jak bardzo chce mi się palić.

 Po pierwszym piwie przeszliśmy na ty. Facet kazał do siebie mówić Wus i miał już sześćdziesiąt pięć lat. Pierwsze co zrobił, to pochwalił się, że umie czytać. Wzruszyłem ramionami. Ciągle jeszcze dygotałem wewnętrznie i trzęsły mi się ręce. Stoliki w knajpie oblegali sami dresiarze, ale nikt nie był agresywny. Wszyscy pili piwo, przeklinali, palili bez przerwy papierosy i pluli na podłogę. Czasami ktoś beknął albo puścił głośnego bąka, a wtedy imprezowiczów ogarniał radosny rechot. Zwróciłem uwagę na pewien szczegół. Przy każdym stole stała spluwaczka, blaszany talerzyk na metalowej nóżce z ciężką podstawką. Ale niewiele było tam plwociny. Większość gości wolała pluć na podłogę. Mój nowy kolega spokojnie sączył piwo i wyglądał na zupełnie wyluzowanego.

 - Nie widziałeś? - krzyknąłem. - Oni je zabili! Zamordowali! Zarżnęli jak barany.

 - Chyba jak owce. Jeśli już – odparł Wus i uśmiechnął się dziwnie.

 Byłem wstrząśnięty obojętnością mojego kompana. Jak mógł mówić o tym z takim spokojem?

 - Prymitywna rozrywka plebsu - powiedział Wus.

 Nie wierzyłem własnym uszom.

 - Rozrywka? Zabijanie ludzi nazywasz rozrywką? Takie młode kobiety. I już nie żyją. Zabrano im ich młode życie...

 - To były Iwonki.

 - Co?

 - KUKŁY.

 Zakrztusiłem się piwem. Akurat przy sąsiednim stoliku ktoś głośno beknął i dresiarze wybuchnęli śmiechem. Miałem wrażenie, że to ze mnie się śmieją. Pomyślałem, że chyba jednak niepotrzebnie wyrwałem się po te fajki, zamiast posłuchać pani doktor, co ma do powiedzenia na temat świata, w którym się znalazłem. Zrozumiałem też, że nie powinienem oceniać pochopnie tego co zobaczyłem, przez pryzmat doświadczeń z mojego świata, który już dawno przeminął...

 - Jak to kukły? Widziałem jak krwawią. Słyszałem jak krzyczą. Widziałem jak gasną im oczy...

 - Są nie do odróżnienia. Wyglądają i umierają zupełnie jak prawdziwi ludzie.

 - To androidy? Cyborgi?

 - Raczej zdalnie sterowane kukły.

 - No to po czym poznajecie, czy ktoś jest człowiekiem, czy tą... kukłą?

 - Człowieka nie można zabić.

 - Jak to nie można?

 Wus upił piwa i zapalił kolejnego papierosa.

 - Pamiętasz tamtego dresiarza, który do ciebie strzelił?

 - Jasne, że pamiętam. Mało co nie umarłem ze strachu. Ale on chybił.

 - Wcale nie chybił. Trafił cię prosto w serce.

 - Jak to?

 - Tak to. Zrozumiałem wtedy, że jesteś odmrożeńcem. Nikt nie lubi jak do niego strzelają, ale żeby od razy zemdleć ze strachu...

 - No to, jeśli trafił, to dlaczego...

 - Nie można cię zabić, bo masz na sobie kombinezon, czyli nanopowłokę.

 - Nano co?

 - Nanopowłokę. Z plastmiksu. Pancerz kulodporny.

 - Pancerz? Niemożliwe! Nic na sobie nie mam. Oprócz dresu.

 - Masz. Kiedy nic się nie dzieje nanopowłoka jest przeźroczysta i nieodczuwalna, przepuszcza wszystkie substancje potrzebne ci do życia: tlen, wilgoć. Ale jesteś w niej cały. Każdy centymetr kwadratowy twojego ciała, skóra, oczy, każdy palec u rąk i u nóg, każdy pojedynczny włosek wyrastający ci z nosa... cały jesteś w nanopowłoce, inaczej już byś nie żył. Kiedy tamten dres do ciebie strzelił, twoja nanopowłoka zesztywniała natychmiast i zamieniła się w twardy pancerz, twardszy od najtwardszej skały. Było tak jakbyś stał za kuloodporną szybą, tylko ta szyba ma grubość kilku atomów. Kula po prostu odbiła się od ciebie jak od kuloodpornej szyby.

 Milczałem zszokowany tymi rewelacjami.

 - Musicie mieć bardzo zdolnych naukowców, skoro wymyślili takie cuda. Nanopowłoka, roboty zdalne kropka w kropkę takie jak człowiek

 - Nie mamy żadnych naukowców - powiedział Wus - ostani naukowiec umarł piętnaście lat temu.

 - Jak to umarł? Wszyscy umarli? No to kto to wszystko wymyślił?

 - Eliszewa.

 - Kto?

 - Program operacyjny w komputerze centralnym. Nie wiadomo dlaczego tak go nazwano. Sztuczna inteligencja. Powstała w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Ty już wtedy leżałeś zamrożony w ciekłym azocie. Świat pogrążał się w coraz większym chaosie. Katastrofa ekologiczna, katastrofa klimatyczna, katastrofa demograficzna, wyczerpywanie się surowców naturalnych, katastrofa humanitarna, głód, wojny, terroryzm, rozboje, gwałty, morderstwa... ludzie wychodząc do pracy żegnali się z rodziną jakby szli na wojnę. Nie byli pewni, czy wrócą do domu na kolację, powszechny dostęp do broni w każdym państwie robił swoje. Pauperyzacja społeczeństw, upadek wszelkich autorytetów, upadek kultury, anihilacja wszelkich norm społecznych, powszechne zdziczenie. Świat na krawędzi. Żaden rząd nie radził sobie z tymi wyzwaniami. Na pomoc przyszli naukowcy. Mozolnie krok po kroku, rok po roku, grzebali w programach sterujących coraz bardziej skomplikowanymi procesami, aż dogrzebali się i wprawili machinę w ruch. Przekroczyli barierę, poza którą program sam potrafił się udoskonalać, już bez pomocy człowieka. I tak powstała sztuczna inteligencja. Mieści się w komputerze wielkości egipskiej piramidy i panuje nad wszystkim. Naukowcy i inżynierowie wszczepili jej na wstępnym etapie rozwoju tropizmy (instynkty) dzięki którym wszelkie jej działanie musi mieć na celu dobro człowieka. A najważniejszym z tych dóbr jest życie.

 - Ale jak Eliszewa może panować, skoro jest tylko programem komputerowym?

 - Eliszewa jest wszędzie i może wszystko. No... prawie wszystko.

 - Jak to jest wszędzie?

 Wus zamoczył usta w piwie i zgasił papierosa w popielniczce.

 - Wiesz ile waży bakteria? - zapytał.

 - Nie.

 - Jedną miliardową jednej miliardowej grama.

 - Tak mało?

 - Właśnie. Tyle ważą liszewy, czyli mikromoduły, klocki z których Eliszewa potrafi stworzyć wszystko czego zapragnie. Choćby mikroskopijne drony do podsłuchiwania i podglądania całego otoczenia. Te mikromoduły łączą się ze sobą i tworzą plastmiks. Uniwersalną substancję, która może naśladować każdą inną substancję. Od sposobu w jaki łączą się liszewy w plastmiks zależą jego właściwości. Może być twardy jak diament, a nawet twardszy, albo miękki jak aksamit, może przybierać dowolny kształt, barwę, zapach, może w jednej chwili, w ułamku sekundy, a właściwie NATYCHMIAST, przechodzić metamorfozę, czyli zmieniać się, zmieniać kolor, gęstość, kształt, woń. Może być w jednej chwili cieczą, a następnej gazem. Nie wiemy jak Eliszewa to robi, domyślamy się tylko, że steruje liszewami centralnie, prawdopodobnie emituje jakieś promieniowanie, wiązki promieni, które każą mikromodułom łączyć się w plastmiks według planu Eliszewy.

 - A liszewy? Te klocki. Z czego są liszewy?

 - Ze wszystkiego. Z piasku pustyni, z wody w oceanie, z powietrza, z odpadów. Z czegokolwiek. Zdaje się, że Eliszewa ma zdolność kształtowania materii na poziomie kwantowym i dlatego plastmiks jest taki...

 - Już wiem! - przerwałem Wusowi. - Nanopowłoka, która uratowała mi życie jest z plastmiksu!

 - Dokładnie. I te zastrzelone Iwonki też. W przypadku nanopowłoki plastmiks ma za zadanie ochronić cię przed kulami. Zbudowane z plastmiksu Iwonki mają do złudzenia przypominać prawdziwe kobiety.

 - Dlaczego Iwonki?

 - Nie wiadomo. Z początku sztuczne panienki nazywano "Barbie", a sztucznych facetów "Ken", ale przyjęły się Iwonki i Edki.

 - Istnieją tylko po to aby ludzie mogli do nich strzelać?

 - Zostały stworzone do pracy. Teraz nikt już nie pracuje. Żaden człowiek. Wszytko robią za nas Iwonki i Edki. Wszystkie usługi, sprzątanie śmieci, strzyżenie, komunikacja, prowadzenie hoteli, knajp, kelnerzy, manicurzystki, obsługa elektrowni, opróżnianie szamba, remonty mieszkań, wszelka produkcja, tym wszystkim zajmują się Edki i Iwonki zdalnie sterowane przez komputer centralny, którym zawiaduje Eliszewa. Z początku te udające ludzi urządzenia też miały nanopowłokę i były niezniszczalne, ale potem Eliszewa zdjęła ją, bo tłumiona agresja pęczniała wśród ludzi i musiała znaleźć jakieś ujście. Nie mogąc zrobić krzywdy bliźniemu człowiek popadał w depresję i apatię. Eliszewa jednym posunięciem odebrała ludziom wielki kawał życia, możliwość czynienia zła. Zamknęła możliwość zadawania śmierci i gwałtu. A cel osiągnęła nie przez perswazję, nie przez czynienie człowieka i świata, w którym żyje lepszym, tylko przez fizyczne uniemożliwienie czynu. Ludzie w nanopowłokach byli bezpieczni jak u mamy przy cycku, w czasach niemowlęctwa, nic nie mogło im się stać. Nie można było ich zgwałcić, czy zabić. Ale kij ma zawsze dwa końce. Niemożność czynienia zła sprawiała, że chęć gwałtu, mordu i niszczenia kumulowała się w ludziach, odkładała jak brudny szlam. Aby zapobiec złym emocjom Eliszewa zdjęła nanopowłoki z pracujących dla ludzkości robotów. Zdjęła nanopowłoki ze wszystkich Iwonek i Edków. A wtedy spragnieni krwi młodzieńcy rzucili się wręcz na bezbronne atrapy i poczęli je tępić bez litości. Eliszewa ledwo nadążała z produkcją coraz to nowych plastmiksowych modeli Iwonek i Edków. A każdy model musiał być inny, skoro miały przypominać zwykłych ludzi. Produkowała ich najczęściej pięknych i młodych, bo większa była uciecha ze zgładzenia życia młodego urodziwego eleganckiego, niż jakiegoś szpetnego stojącego nad grobem obdartusa.

 Czasu mieli wszyscy aż zanadto, bo nikt nie pracował. Pozamykano szkoły. Nikt już się niczego nie uczył, bo po co, skoro każdy problem lepiej i szybciej potrafiła rozwiązać Eliszewa? Całymi dniami grillowano przy piwie, a po nocach i rankiem urządzano polowania na Edków i Iwonki. Z biegiem lat wykształcił się widoczny podział - ludzie schamieli i zdziczeli, wszyscy zaczęli chodzić w dresach, oduczyli się czytać i pisać. Ostoją elegancji i kultury stały się człekopodobne kukły. Iwonki ubierały się w eleganckie garsonki i seksowne sukienki. Każdy Edek nosił garnitur, skórzane buty i krawat.

 - A co z kulturą? Sztuką? - zapytałem.

 - Nie ma już ludzi zajmujących się sztuką. Nie ma już pisarzy, poetów, muzyków, malarzy, filmowców, aktorów. Wszystko potrafi zrobić lepiej i szybciej Eliszewa. Nikt nie robi już filmów, bo Eliszewa potrafi wyprodukować dowolny film animując każdą klatkę, kadr po kadrze, piksel po pikselu, animując aktorów grających lepiej niż najlepsi aktorzy z krwi i kości. Filmy zawsze są dobre, mają interesujący scenariusz, ciekawą akcję, dobry montaż, świetną muzykę... I taka operacja zajmuje jej kilka sekund. Potrafi napisać, a stworzone przez nią Edki i Iwonki zagrać, napiękniejszą symfonię świata przebijając kunsztem Mozarta i Bethovena. Potrafi stworzyć Edka grającego na fortepianie lepiej od Rubinsteina, czy Pogorevicza. Potrafi pisać arcydzieła literackie w ilościach hurtowych.

 - To smutne - powiedziałem.

 - Tak... tym bardziej, że i tak nikt już nie czyta, nie słucha, nie ogląda. Kultura upadła. Nie ma już odbiorców sztuki, więc wszystkie talenty liryczne, czy muzyczne Eliszewy pozostają niewykorzystane.

 Od stolika stojącego przy oknie rozległ się pijacki śpiew:

 - Zabiłem Edka, cóż to był za pryk! Krew z pryka sika, siku, siku, sik! - ryczeli podchmieleni biesiadnicy.

 

 ***

 

 Siedzieliśmy w knajpie i piliśmy jedno piwo za drugim. Mijały godziny. Wus opowiadał mi o swoim świecie, o świecie, który teraz miał być również mój. Zapytałem dlaczego fajki kupuje się w księgarni. Tak powiedziała ponętna pani doktor. Nie kupuje się tylko dostaje i nie w księgarni tylko w SIĘGARNI, czyli miejscu bezpłatnej dystrybucji podstawowych dóbr. Odparł. Papierosy, wódka, piwo, kiełbasa grillowa i węgiel drzewny są bezpłatne. Poza tym każdy obywatel dostaje dochód podstawowy gwarantowany w kleklach, który wystarcza na wszystkie inne potrzeby. Klekle to oficjalna waluta. Broń jest tania jak barszcz. Każdego stać.

 Zamówiliśmy po ostatnim piwie. Powoli sączyliśmy i paliliśmy papierosy.

 - Całkiem dobre to piwo - powiedziałem - smakuje jak naturalny wyrób z jakiegoś małego browaru.

 - To plastmiks - odparł Wus. - Myślałem, że zrozumiałeś. Nie ma już żadnych browarów. Ani dużych państwowych, ani prywatnych. Ta ciecz, którą pijesz, to plastmiks. Plastmiks utworzony z liszewów, cząsteczek wielkości bakterii. Plastmiks udający piwo. Eliszewa produkuje plastmiks lepszy w smaku od najlepszego piwa. Po co miałby ktoś zbierać chmiel, warzyć piwo, skoro Eliszewa robi taki dobry plastmiks? Ludzie jedzą chleb z plastmiksu posmarowany plastmiksowym masłem. Popijają to plastmiksowym mlekiem, smażą plastmiksowe jajka na plastmiksowym boczku.

 - Papierosy też?

 - Wszystko. Widzisz elewacje budynków? Wyglądają jak świeżo po remoncie. To wszystko plastmiks. Są z plastmiksu. Dlatego tak ładnie się prezentują.

 Nagle wyraz twarzy mojego rozmówcy zmienił się nie do poznania. Przyjazną życzliwość zastąpił grymas wściekłości. Patrzył się chwilę w swój kufel wypełniony do połowy piwem, a potem krzyknął zimnym zmienionym ze złości głosem:

 - Kelner!

 Po chwili podbiegł kelner uśmiechając się niepewnie.

 - Co to jest? - zasyczał Wus.

 - Nie rozumiem...

 - Tu jest WŁOS! - ryknął Wus. - Podałeś mi piwo z włosem!

 - Przepraszam pana najmocniej - kajał się kelner, ale Wus nie chciał słuchać. Poczerwieniały na twarzy ze złości wyciągnął z kieszeni dresowych spodni nóż sprężynowy, otworzył jednym kliknięciem i wbił po rękojeść w szyję kelnera. Kiedy go wyciągnął trysnęła krew i ochlapała stół i stojące na nim kufle z piwem. Kelner strasznie zarzęził. Ustami popłynął kolejny strumień krwi. Drugi cios trafił go w serce. Przewrócił oczami i zwiotczał, a potem padł martwy pod stół.

 Mój kompan dyszał ciężko, wściekłość na jego pobrużdżonej, pełnej zmarszczek twarzy powoli ustępowała. Patrzyłem na Wusa i na jego ofiarę i zaczynało docierać do mnie, jak bardzo dalej nie wiem gdzie jestem, kim jest mój towarzysz od kufla, jacy są ludzie i jaki jest świat, który zamieszkują. Wiedziałem jedno. Nie podobał mi się ten świat.

 - Pierdolony Edek - powiedział Wus.

 - Straszny ten wasz świat - wysapałem. - To było ohydne, co zrobiłeś.

 Wus był już całkiem spokojny.

 - Taki zły ten nasz świat - odparł. - A twój to niby taki fajny? Pamiętaj, że umiem czytać. To teraz rzadkie. Ale ja umiem. I czytałem o twoich czasach. Europa lata dziewięćdziesiąte. Byłeś wtedy młody. Pamiętasz Jugosławię? Dwieście tysięcy ofiar. Czystki etniczne. Kobiety, dzieci, starcy mordowani bez litości. Zbiorowe egzekucje, masowe groby. Tortury, obcinanie nosów, uszu, wydłubywanie oczu. Albo później, tuż przed tym jak się dałeś zamrozić. Syria. Naloty bombowe na cywili, na szpitale. Dzieci bez rączek, nóżek, Dzieci bez głów. Ludzie pod gruzami, ludzie bez szklanki wody, bez choćby kromki chleba. Taki fajny ten twój świat? Co wtedy czułeś? Co robiłeś? Siedziałeś z gazetą przy jajecznicy, czytałeś i jadłeś. Smakowało ci? Czy jajecznica stanęła ci w gardle? Nie. Czy przewracając szpalty gazety pełne opisów mordów, gwałtów i wojen, czułeś na palcach krew? Czy ręce robiły ci się lepkie od krwi? Nie! Czy naprawdę tak dobrze jest bez kagańca? Zależy komu. Ofiary mają inny punkt widzenia niż oprawcy. Nigdy nie zadowolisz wszystkich. Eliszewa założyła nam kaganiec. Żeby nas uratować. Żeby uratować bliźniego przed bliźnim. Spełniła to, do czego ją powołano. Chroni życie każdego człowieka. Patrzysz na nas, na tych wszystkich dresiarzy, na ten cały plebs z pogardą. Ale oni nie zabijają naprawdę. Są jak dzieciaki w twoich czasach przyklejone do komputera, grające w strzelanki. Zmieniła się tylko siła iluzji. Dziś z pomocą technologii iluzja jest stuprocentowa. Już nic nie musisz sobie wyobrażać, dopowiadać. Ale sens tej gry pozostał taki sam. Rozładować napięcie i agresję.

 Pożegnałem się z Wusem chłodno. Spędziliśmy w dusznej knajpie wiele godzin. Zrobiło się późne popołudnie, postanowiłem wrócić do szpitala, do miłej pani doktor. Rynek pełen był dresiarzy znęcających się nad Iwonkami i Edkami. Słychać było wrzaski i jęki torturowanych, gwałconych i mordowanych „ludzi”. Wszędzie leżały zwłoki w wielkich kałużach krwi. Martwe oczy trupów patrzyły pusto w niebo. Mimo, że wiedziałem już, że to wszystko pic na wodę, że to nie są prawdziwi ludzie, zrobiło mi się niedobrze i zwymiotowałem. Miałem dosyć tego nowego wspaniałego świata już po jednym dniu.

 W szpitalu nie zastałem już mojej pani doktor ze ślicznymi dołeczkami na policzkach. Wisiała na ulicznej latarni z wytrzeszczonymi oczami, wykrzywioną grozą twarzą i wywalonym na wierzch fioletowym językiem.

 Zajęła się mną nowa pani doktor, którą podstawić musiała Eliszewa w miejsce tej powieszonej. Była to tym razem oszałamiająco piękna blondynka z wielkimi zielonymi oczami. Uśmiechała się do mnie przyjaźnie i obiecała że zrobi wszystko o co ją poproszę. Wiedziałem, że to Iwonka zdalnie sterowana przez Eliszewę, czyli rozmawiając z nią rozmawiałem tak naprawdę z centralnym komputerem, rozmawiałem z Eliszewą – sztuczną inteligencją.

 - Chciałbym stąd uciec – powiedziałem – a właściwie wrócić. Wrócić tam skąd przybyłem, do mojego czasu. Czy to możliwe?

 - Aktualnie nie. - odparła Eliszewa ustami Iwonki. - Ale w przyszłości? Kto wie? Pracujemy nad tym – dodała i uśmiechnęła się do mnie promiennie.

 - W takim razie zamroźcie mnie z powrotem. Poczekam zamrożony, aż podróże w czasie będą możliwe. A wtedy odmrozicie mnie i wyślecie do dwa tysiące dwudziestego roku. Nie musicie mnie nawet budzić. Chciałbym zapomnieć o wszystkim, co tutaj zobaczyłem. Nie chcę niczego pamiętać. Chcę wrócić do moich czasów. Czy może pani to dla mnie zrobić?

 - Ależ oczywiście – powiedziała Eliszewa. - Jestem tu po to aby spełniać pana życzenia.

 Trzy godziny później leżałem nagi na łóżku podłączony do skomplikowanej aparatury medycznej. Trwały przygotowania do procesu zamrażania mojego ciała w ciekłym azocie. Ostatnie, co pamiętam, to ukłucie igły. Środek nasenny dostał się do mojej krwi i zasnąłem.

 

 ***

 

 Obudziłem się z dziwnym uczuciem, jakbym przespał tysiąc lat, jakbym wrócił z jakiejś dalekiej podróży. Czułem się całkiem dobrze. Bóle brzucha, które miewałem czasem z rana, tym razem nie dawały o sobie znać. Miałem dziś wizytę kontrolną u doktora Rozmusa. Rutynowe badania trzustki dały niepokojące wyniki. Chociaż doktor Rozmus nie użył tego słowa, po jego zatroskanej minie domyśliłem się, że może być niedobrze, że to może być nowotwór. Wziąłem gorący prysznic, ubrałem się, wypiłem poranną kawę i udałem się do lekarza.

 

 ***

 

 To niesamowite – powiedział doktor Rozmus wpatrując się w wyniki badań – wszystkie niepokojące objawy ustąpiły. Nic panu nie dolega. Jest pan zdrowy. Gratuluję.

 Odetchnąłem z ulgą. Poczułem się lekki i wolny jak ptak. Groza strasznej choroby ominęła mnie. Mogłem żyć i cieszyć się życiem.

 Kiedy opuściłem budynek, w którym przyjmował doktor Rozmus oślepiło mnie na chwilę jasne słońce pięknego lipcowego dnia. Po chwili oczy przywykły i bez zmrużenia powiek mogłem podziwiać wędrujące po błękitnym niebie puszyste baranki chmur. Czułem jak zalewają mnie miękkie fale szczęścia. W pewnym momencie zapipkała komórka. Dzwonił Eryk Bladrdasch mój asystent. Podekscytowanym głosem oznajmił, że ukradziono mi jacht i Bentleya. I wyczyszczono jedno z kont. Nikt nie ma pojęcia jak to się stało. Jacht i samochód po prostu zniknęły, mimo alarmów, super zamków, monitoringu i ochrony...

 - Olać to – powiedziałem do asystenta Eryka. - I tak nie lubiłem pływać tym szajsem. A w Bentleyu czułem się jak emeryt na trzy dni przed zgonem.

 Przed rozłączeniem usłyszałem w słuchawce zdziwione westchnienie.

 To tylko przedmioty – pomyślałem. Nic nie mogło mnie dzisiaj pozbawić dobrego nastroju.

 

 ***

 

 Kiedy wracając do domu szedłem żwirową alejką przez park, w cieniu rosłych dębów i prastarych kasztanowców napadło mnie trzech bandytów. Nie nosili dresów tylko eleganckie garnitury. Ale mimo to mieli ze sobą kije bejsbolowe. Jeden z nich uderzył mnie z całej siły trzonkiem w brzuch. Zawyłem z bólu i zgięty w pół padłem na ziemię. Drugi cios rozbił mi głowę. Przed zapadnięciem czarnej kurtyny zauważyłem, że kij, którym oberwałem jest mojej produkcji. Widniało na nim logo mojej firmy. Czułem, że umieram, że już się z tego nie wygrzebię. W tej ostatniej chwili życia przypomniało mi się nagle wszystko, co przeżyłem w świecie przyszłości. Przypomniała mi się piękna pani doktor ze ślicznymi dołeczkami, która potem okazała się być Iwonką, przypomniały mi się inne Iwonki i Edki. Przypomniało mi się jak dresiarz strzelił mi z pistoletu prosto w serce...

 Jaka szkoda, że nie mam na sobie nanopowłoki, że nie mam kombinezonu – pomyślałem i zamknąłem oczy. Świadomość wyciekała ze mnie. Z mojej rozbitej głowy razem z krwią, z mojego serca, z mojej duszy. Wysnuwała się jak dym z papierosa, nitka po nitce, coraz cieńszą nicią, coraz lżejszą smugą. Aż rozpłynęła się w cieniu drzew i nie zostało po mnie już nic.

Liczba ocen: 7
88%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !sensol
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 5

Opis:
Dodano: 2020-07-11 16:30:29
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
~oko 28 d.
czyli coś poszkapili naukowcy. miał kaprys nie pamiętać nic po powrocie, więc wiedza o plastmiksie powinna zaginąć. i o dresach, Iwonkach i pani doktor.
Odpowiedz
!sensol 27 d.
oko no raczej
Odpowiedz
~Adelajda 27 d.
z dużym wykopem
"Strzelił mi serce." - w serce

Rany! Sensol! Coś Ty tu nawyczyniał! Genialnie wykorzystany zestaw, wszystko mi się podobało. Troszkę mi tu Borszewicza przemyciłeś, troszkę tego innego świata, którego zawsze szukam w literaturze, a ciężko jest go odnaleźć. Eliszewa, jacht, Wus - cudnie. Powinieneś wkleić tu gdzieś link do "Eliszewy" - aby każdy mógł się zapoznać i z tamtym tekstem.

Mogłabym powyciągać te smaczki i zacytować, ale dużo tego.

Opowiadanie pierwsza klasa
Odpowiedz
!sensol 27 d.
Adelajda dzięki za słowa otuchy i za wykrycie byka. już poprawiam
Odpowiedz
~Adelajda 27 d.
sensol chciałam Ci poprawić jeszcze sięgarnie na początku, ale w porę się opamiętałam
Odpowiedz
!sensol 27 d.
Adelajda
Odpowiedz
@nuncjusz 27 d.
z wykopem
Pierwsze oceny widzę Testowo dam bdb
Odpowiedz
~alka666 27 d.
z wykopem
Podoba misie podoba
Odpowiedz
~pkropka 27 d.
Wow, jest wszystko. Golf, jachty, wus, a nawet Eliszewa! Super
Tylko czemu koleś na propozycję piwa mówi "nie mam pieniędzy", ale po fajki popędził na ślepo?

Świetne. Jedyne podróże w czasie jakie uznaję, to te, które nie wpływają w żaden sposób na bieg wydarzeń. Miał umrzeć i umarł. Pięknie
Odpowiedz
!sensol 27 d.
pkropka oczywista niekoneskwencja. aż mi serce rośnie,ze zauważyłaś. znaczy ,ze uważnie czytałaś




Odpowiedz
!sensol 27 d.
niekonsekwencje to chleb powszedni filmów, popularbnej literatury itp. tak więc - chyba nie będę zmienaił
Odpowiedz
!sensol 27 d.
ach! i wielkie dzięki za zestaw. bardzo mi podpasował. normalnie jak zobaczyłem to otworzyły się we mnie dwrzi percepcji. poczułem wenę. twój zestaw był kataliztorem
Odpowiedz
~pkropka 26 d.
sensol musimy zrzucić błąd na skołowanie świeżo wybudzone go
Cieszę się, że zestaw podszedł
Odpowiedz
~hens 24 d.
z wykopem
Bogaty, rozbudowany świat.
Podoba mi się opis technologii.

" Taki zły ten nasz świat, mówisz - powiedział." -> mówisz, powiedział nie powinno być obok siebie.

" Byłem największym producentem obu rodzajów kijów i zawsze miałem na nie popyt. Kiedy w kraju robiło się biednie, lepiej sprzedawały się kije bejsbolowe. Kiedy robiło się dostatniej i klasa średnia rosła w siłę, wtedy lepiej "schodziły" kije do golfa." - doceniam przemyconą ironię.

Opowiadanie bardzo fajne, tylko to zakończenie: powtarzalny schemat tego, że główny bohater jest napadany (czy czegoś nie zrozumiałem?)
W zakończeniu dałbym, że zginął nie od noża, a od kija...

Druga sprawa: czemu super komputer spełniał wolę bohatera o podróżowaniu w czasie? Skoro tak, podróże powinny być masowe, a skoro tak, zawsze pojawia się pytanie, czemu inni nie podróżowali? W czasach współczesnych dla głównego bohatera, takich gości z przyszłości powinno być wielu i być standardową praktyką. W związku z czym zamrażanie się do czasów, w których jest to możliwe, nie powinno nikogo dziwić.

Ogólnie podobało mi się.

Odpowiedz
!sensol 24 d.
hens trochę też mnie to razi, nie wiem jak zmienić, żeby było dobrze.

1. pomysł zmiany końca (zamiast noża kij) GENIALNY! muszę zmienić - będzie się dodatkowo łączyło z fachem bohatera dzięki

2. podróże w czasie są nie do wyjaśnienia na gruncie logiki. zawsze wpada się w sidła niekonsekwencji. ale to nic. trzeba nad tym przejść do porządku dziennego i się nie przejmować.
dzięki za wizytę


Odpowiedz
!sensol 24 d.
hens zmieniłem - danke
Odpowiedz
~Aja 24 d.
z dużym wykopem
No więc tak - tekst perełka. Opowiadanie klarowne, sprawnie naszkicowane i opatrzone tzw. " Twojością ", którą lubię ogromnie. Świat wykreowany konsekwentnie w obu ujęciach czasowych.
Bardzo dziękuję za tak dobrze wypełniony czas czytaniem.

Odpowiedz
!sensol 24 d.
Aja jeszcze raz dzięki. fajnie, że się podobało
Odpowiedz
~Agnieszka 24 d.
z dużym wykopem
O kurcze, ale wysyp świetnych tekstów w tym TW
Czytam, zachwycam się... Niby czasu nie mam, ale lecę dalej, bo takie to ciekawe.
Zaczynając pomyślałam, ale długie opko, a nawet nie wiem, kiedy dobiegłam do końca.
Kriogenika, to po podróżach w kosmicznych otchłaniach chyba druga pasjonująca mnie dziedzina
To, jak się z nią rozprawiłeś i konsekwencje, jakie z sobą niesie - super
Do tego Eliszewa...
Podobało mi się. Bardzo nawet
Pozdrowionka
Odpowiedz
!sensol 24 d.
Agnieszka dziękuję za odwiedziny i słowa otuchy opko sie rozrosło mimo, że skracałem jak mogłem. troche się baełm , że nikt nie przeczyta. ale jakos się udało
Odpowiedz
^Halmar 24 d.
z dużym wykopem
"Sprzedałem jacht i Bentleya, a także duży pakiet akcji mojej firmy. Fortuny dorobiłem się na produkcji i sprzedaży kijów do bejsbola i kijów do golfa. Byłem największym producentem obu rodzajów kijów i zawsze miałem na nie popyt. Kiedy w kraju robiło się biednie, lepiej sprzedawały się kije bejsbolowe. Kiedy robiło się dostatniej i klasa średnia rosła w siłę, wtedy lepiej "schodziły" kije do golfa" - za ten fragment dam się posiekać na plasterki Cudowna, sensolowa esencja czarnego humoru

"Jak pan chce, to może wyskoczyć po papierosy do sięgarni" ---> księgarni.

"Niemożność czynienia zła sprawiała, że chęć gwałtu, mordu i niszczenia kumulowała się w ludziach, odkładała jak brudny szlam. Aby zapobiec złym emocjom Eliszewa zdjęła nanopowłoki z pracujących dla ludzkości robotów. Zdjęła nanopowłoki ze wszystkich Iwonek i Edków. A wtedy spragnieni krwi młodzieńcy rzucili się wręcz na bezbronne atrapy i poczęli je tępić bez litości. Eliszewa ledwo nadążała z produkcją coraz to nowych plastmiksowych modeli Iwonek i Edków. A każdy model musiał być inny, skoro miały przypominać zwykłych ludzi. Produkowała ich najczęściej pięknych i młodych, bo większa była uciecha ze zgładzenia życia młodego urodziwego eleganckiego, niż jakiegoś szpetnego stojącego nad grobem obdartusa" - aż mnie ciary przeszły na myśl o takim świecie.

Wus i Eliszewa - ha! Witajcie w universum Sensola

Jak dla mnie - najlepszy tekst tej edycji.


Odpowiedz
!sensol 24 d.
Halmar dziękuję za przybycie i fajnie, że się podobało. ale jednak trochę musiałem przynudzić, bo straciłaś czujność - sięgarnia to nie jest błąd - wyjaśnia się to potem w tekście. zdravia
Odpowiedz
^Halmar 24 d.
sensol byva ❤️
Lecz humoru nie tracę, zdanie swe podtrzymuję
Odpowiedz
~JamCi 23 d.
Ok kurdę. Tysiąc procent Sensola w Sensolu. Świetny tekst. Przytkało mnie.
Odpowiedz
!sensol 23 d.
JamCi dzięki za odwiedziny i słowa otuchy nigdy ich mało
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin