Pieśń o Swietłanie Josifownej ..::cip-cip-cip::..

TW #11 Zaklinacz deszczu

 Postać: Megaloman i świta pochlebców

 Zdarzenie: Publiczna egzekucja z poczęstunkiem

 Efekt: Niech w tekście wybrzmi jeden z siedmiu grzechów.

 

 Ojciec jest obecny w każdym moim wspomnieniu z dzieciństwa. Pamiętam go jako postawnego mężczyznę o niesamowitych brązowych oczach i bardzo jasnych, zmierzwionych, dość długich włosach, z których lubił układać fantazyjne fryzury. Jego głos był donośny, a ton przyjemny, choć pewny i stanowczy; zawsze mówił tak, jakby przemawiał przed audytorium. Otaczała go aura właściwa ludziom wybitnym – mimo iż stąpał mocno po ziemi, jego myśli błądziły w przestworzach; był zupełnie oderwany od rzeczywistości, a jednocześnie miał pojęcie o sprawach, których zwykli ludzie nawet nie podejrzewali. Nigdy później nie spotkałem tak pełnego pasji człowieka. Fascynowało mnie wszystko, co było z nim związane.

 Kiedy szliśmy przez miasto, wszyscy mu się kłaniali: „Dzień dobry, panie profesorze!”. Byłem strasznie dumny, że jestem jego synem. Traktował mnie zawsze poważnie i liczył się z moim zdaniem. Już jako kilkulatek całe dnie spędzałem w jego pracowni, obserwując, jak pochyla się nad zawiłymi obliczeniami i schematami coraz to nowych aparatur, mruży oczy i obraca ołówek między palcem wskazującym i środkowym lewej dłoni.

 

 Był prawdziwym wizjonerem i luminarzem nauk atmosferycznych. Odkąd pamiętam, badał zjawiska pogodowe i zastanawiał się, jak na nie wpływać. Jego obsesją była koncepcja bezpłatnej energii. Wykorzystywał każdą wolną chwilę na jej poszukiwanie. Był przekonany, że można zaprząc siły natury w służbę ludzkości, okiełznać wiatr, Słońce i morskie pływy.

 Czasem zabierał mnie na próby polowe prototypów. Pozwalał mi je nawet uruchamiać i cierpliwie wyjaśniał zasadę działania. Najczęściej jednak towarzyszyłem mu w pomiarach, których dokonywał w swoim laboratorium na wzgórzu. Było to magiczne miejsce, pełne rozmaitych cyrkli, kątomierzy, barometrów, heliometrów i innych dziwacznych czujników, rejestrujących parametry ruchu powietrza, promieniowania słonecznego oraz zjawisk optycznych i akustycznych związanych z elektrycznością w atmosferze ziemskiej. Na podstawie uzyskanych wyników ojciec kreślił kolorowymi ołówkami bajeczne wykresy, które bez końca porównywał i analizował, tworząc obszerne raporty. Potem na ich podstawie pisał artykuły do periodyków Towarzystwa Geograficznego i innych czasopism naukowych.

 

 Wreszcie skonstruował urządzenie, któremu nadał nazwę kondensatora powietrznego. Składało się ono z wiązki pustych w środku metalowych rur wykonanych z cienkiej błyszczącej blachy, jednym końcem wymierzonych skośnie w niebo, a drugim zanurzonych w wodzie. Zasada działania aparatu opierała się na wynalazku elektryczności zmiennej, a jej nowatorstwo polegało na pozyskiwaniu energii z promieniowania słonecznego i kosmicznego.

 

 Po wielu próbach laboratoryjnych, ojciec zdecydował się przetestować aparat w terenie. Z niemałym trudem wtoczyliśmy maszynerię na szczyt wzgórza. Dzień był słoneczny, niebo czyste, ani jednej chmury na niebie. Ojciec ustawił dysze pionowo, następnie naciskał dźwignie, w celu uzyskania odpowiedniego kąta nachylenia. Bez skutku. Nie działo się kompletnie nic. Kolejne dni wyglądały podobnie. Lecz pewnego dnia, kiedy na niebie pojawiły się wreszcie pojedyncze obłoczki, eksperyment posunął się nieco do przodu. Po wielokrotnych manipulacjach dźwigniami, ojcu udało się utworzyć skupisko chmur i wycisnąć z niego parę kropel deszczu.

 Od tej pory rzucił się w wir pracy, ledwie starczało mu czasu na zajęcia w instytucie. Myślał o zrzeczeniu się obowiązków wykładowcy, by całkowicie poświęcić się badaniom, jednak nie stać nas było na to. Postanowił więc swoim wynalazkiem zainteresować rząd. Wierzył, że odkrycie może przysłużyć się nie tylko rolnictwu, ale także obronności. Uważał, że może stworzyć urządzenie skupiające pioruny w wiązkę o określonym zasięgu i mocy, które można precyzyjnie wycelować we flotę przeciwnika. Zwrócił się więc do władz naukowych o udzielenie funduszy na dalsze badania. Spotkał się jednak ze stanowczą odmową.

 

 To niepowodzenie uruchomiło lawinę zdarzeń.

 Zaczęło się od oszczerczych artykułów w prasie. Szydercy nazywali ojca szarlatanem i cyrkowym magikiem, wielkim demagogiem, mistrzem tromtadracji i nadwornym megalomanem. Powoływano się na opinie naukowe, dowodzące że aparat wytwarza niebezpieczne dla organizmów żywych „fale prądowe”.

 – Stek bzdur, nawet nie zadali sobie trudu, by dotrzeć do moich prac, do mnie, tylko zrobili wywiad z moimi wrogami! Wcześniej zazdrość środowiska, teraz lobby producentów nawadniaczy i nawozów… Podłość, podłość… – ojciec był załamany i uważał, że ta dyskredytacja to spisek kręgów ekonomicznych, który zawiązał się po jego oświadczeniu, że jest w stanie zbudować urządzenie do wytwarzania elektryczności zasilane skoncentrowaną energią atmosferyczną.

 Wracał z instytutu zdenerwowany i smutny. Zamknął się w sobie. Przesiadywał w pracowni, prawie go nie widywałem. Słyszałem, jak kilkakrotnie rozmawiał przez telefon. Z jego tonu wnioskowałem, że kłóci się z kimś zapamiętale.

 Teorie spiskowe ojca i jego zapalczywość wywołały takie kontrowersje w naukowym środowisku, że instytut wymówił mu posadę. Ale on, niezrażony, kontynuował swoją pracę, mimo coraz bardziej gęstniejącej wokół niego atmosfery. Nagle ludzie przestali pozdrawiać go na ulicy i nikt nas już nie odwiedzał. Codziennie ze skrzynki na listy ojciec wyciągał korespondencję zawierającą obelgi, groźby i szyderstwa.

 Kiedy pewnego dnia nie zaprowadzono mnie do szkoły, zrozumiałem, że nasze życie już nigdy nie będzie takie jak dawniej.

 

 Nigdy nie zapomnę poranka, kiedy do naszego domu wdarli się agenci rządowi w asyście policji. Wyprowadzili ojca skutego kajdankami, jak groźnego przestępcę. Z mieszkania zniknęły zapiski naukowe i dziennik, w którym opisywał swoje eksperymenty.

 Oskarżono go o zakłócanie porządku publicznego, skazano na więzienie, zakaz publikacji książek i czasopism z wynikami badań, a istniejące kopie jego prac spalono w spalarni miejskiej.

 Kondensator powietrzny zdemontowano.

 

 Dzięki wstawiennictwu rektora instytutu, karę więzienia zamieniono na wygnanie. Musieliśmy opuścić nasz dom w górach i nasz kraj. Zamieszkaliśmy na południu, w krainie płaskiej jak talerz, piaszczystej i gorącej jak piekło.

 Farmerzy dzień i noc modlili się o deszcz, jednak natura była nieubłagana.

 Ojciec godzinami patrzył, jak mozolnie nawadniają swoje pola. Potem zamykał się w pracowni, warzył jakieś mikstury w kolbach, badał pod mikroskopem. Kręcił głową, parskał poirytowany i mamrotał do siebie. Potem coś obliczał, kreślił schematy, w nieskończoność poprawiał.

 Czułem, że tym razem musi mu się udać, że wreszcie stworzy coś, co przewyższy wszystko, co do tej pory wynalazł.

 

 Wreszcie konstrukcja była gotowa do próby generalnej. Wytoczyliśmy ją na pole przed naszym domem. Nowy aparat ojciec nazwał ewaporatorem. Ogólnie rzecz biorąc, był potężną cewką elektromagnetyczną, jedną wielką wytwornicą piorunów. Zasada jego działania opierała się o schemat perpetuum mobile.

 Po około dwóch godzinach prób zrobiło się zupełnie ciemno. W oddali zagrzmiało. Ojciec wpatrywał się z napięciem w niebo, manipulował dźwigniami, naprowadzając dysze na skupiska chmur.

 Wreszcie niebo przeszyła potężna błyskawica i poczuliśmy pierwsze od wielu miesięcy krople zbawiennego deszczu. Zgromadzeni wokół farmerzy zaczęli krzyczeć z radości. Kobiety płakały.

 Padało przez tydzień. Pola zazieleniły się, zboża wspięły, oliwki nabrzmiały soczystością.

 

 Od tej pory ojciec otaczany był czcią niemal religijną. Mieszkańcy wsi przynosili nam płody rolne i dużo piwa.

 Ojciec nie ustawał w doskonaleniu aparatu. Lista jego dążeń była coraz bardziej ambitna: nie było to już tylko wywoływanie opadów na terenach dotkniętych przez susze. Jego priorytetem nie była już bezpłatna elektryczność, lecz bezprzewodowe jej przesyłanie na dowolną odległość.

 

 Tamtego roku żniwa były obfite. Farmerzy szykowali się do najweselszych od niepamiętnych czasów dożynek, których zwieńczeniem miał być huczny festyn w drugą niedzielę września. Powstawały fantazyjnie przyozdobione płodami ziemi dekoracje z okazałych bel siana i słomy, na rożnach przy każdej chałupie pieczono dorodne kołacze, przydomowe wędzarki roztaczały aromaty przyprawiające o ślinotok każdego, a gospodynie dusiły w wielkich ogniskach pieczonki z soczystych żeberek w pomidorach, cebuli i papryce, z ziemniakami i mnóstwem aromatycznych ziół. Wszędzie słychać było śpiewy i śmiechy.

 

 W przeddzień festynu ziemia gwałtownie zadrżała. Jakaś potężna eksplozja, której nigdy wcześniej tu nie doświadczono, wstrząsnęła krainą. Fala uderzeniowa przeorała pola, połamała drzewa, a zwieńczył ją błysk eksplozji widoczny z odległości kilkuset kilometrów. Lunął deszcz z mocą, jakiej tu nigdy nie doświadczono. Powódź porwała zbiory, zalała całą osadę, zniszczyła wszystko.

 Uznano, że to sprawka mojego ojca. W jednej chwili powszechna wdzięczność zamieniła się w nienawiść, nieposkromioną niczym rzeka wyrwana z naturalnego koryta.

 W biały dzień, przy oficjalnym przyzwoleniu naczelnika wsi, tłum wywlókł ojca z naszej chaty na wzgórzu.

 Nie było żadnego sądu, świadków, okoliczności łagodzących. Ojciec był winny, co do tego nikt od początku do końca nie miał żadnych wątpliwości. Wyrok zapadł natychmiast. Jedynie słuszny i oczywisty: śmierć.

 Nim ucichły oskarżycielskie głosy, chłopi chwycili za drągi, cepy, kosy, noże i kamienie.

 

 Prócz leworęczności odziedziczyłem po ojcu analityczny umysł. Zaraził mnie swoją pasją. Na studiach mechatronicznych zauważyłem dziwne zależności między czytanymi słowami a rzeczywistością. Odkryłem zjawisko mikrosynchroniczności, polegające na odwzorowywaniu pożądanych społecznie postaw i emocji w taki sposób, by wykreowana rzeczywistość zdawała się przyjaznym i przyjemnym miejscem do życia. Pod wpływem odkrycia tego fenomenu, zacząłem analizować artykuły w gazetach codziennych, liczyć słowa, dzielić je na sylaby, łączyć na nowo, badać powiązania. Odkryłem, kto za tym wszystkim stoi.

 Ojciec się mylił. Niepotrzebnie poświęcał się badaniom, niepotrzebnie stracił życie. Nikomu nie zależało na bezpłatnej energii.

 Rządowi się to nie opłacało, a zwyczajni, prości ludzie przywykli do płacenia podatków i danin. Bez powrozu na szyi nie umieliby żyć.

 

 Znalazłem kilka wyrwanych kartek z notatnika, niedbale wsuniętych pod kulawą nogę stołu w pracowni. Były to pokreślone zapiski z odrzuconych przez ojca koncepcji. Na jednej z nich było brakujące równanie.

 Odtworzyłem kondensator powietrzny, wprowadzając kilka modyfikacji. Nowy aparat nazwałem anihilatorem. Do eksperymentu wykorzystałem materiał radioaktywny, którego ogromne złoża kryła ta bezużyteczna ziemia.

 

 Ojciec byłby ze mnie dumny.

Liczba ocen: 5
85%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ^Halmar
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 1

Opis:
Dodano: 2020-07-12 14:39:08
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
~oko 1 m.
smutne. działanie kontra zabobony i polityka. szkoda, że tacy ludzie przegrywają.
Odpowiedz
^Halmar 29 d.
oko, taka jest rola i przeznaczenie wizjonerów. Przegrywają.
Dzię

Odpowiedz
~alka666 1 m.
z wykopem
Bardzo ciekawe opowiadanie. Z ekonomicznego punktu widzenia, w istocie - nikomu z rządzących nie zależy na tym, by energia elektryczna była darmowa. To niebezpieczny koncept! Taka myśl.
Odpowiedz
^Halmar 29 d.
alka666, taaak... To akurat jest fakt. Opowiadanie jest fikcją, ale opiera się o całkiem realne koncepcje.
Dzię
Odpowiedz
~pkropka 1 m.
z dużym wykopem
Świetne. Wciągnęło mnie bez reszty, aż dam pierwsza ocenę
Czepne się tylko jednego. Jakoś razi mnie określenia dnia, w którym zamknęli ojca "pewnym dniem". Myślę że tak ważne i druzgocące przeżycie sprawiłoby, że dokładnie określiłby dzień. Choć to oczywiście sugestia, podoba mi się tak czy siak
Odpowiedz
^Halmar 29 d.
pkropka Dziękuję! Poprawiłam zgodnie z Twoją podpowiedzią - faktycznie, w pośpiechu i nieświadomości pisania wyszedł babolek
Odpowiedz
~hens 1 m.
z dużym wykopem
"kontynuował swoją pracę, " - spokojnie można wyciąć "Swoją", to wiadomo.

O rany! Jest super.
Początkowo myślałem, że narracja nie będzie zbyt spójna, taka baśniowa, aż:

"Na studiach mechatronicznych zauważyłem dziwne zależności między czytanymi słowami a rzeczywistością. Odkryłem zjawisko mikrosynchroniczności, polegające na odwzorowywaniu pożądanych społecznie postaw i emocji w taki sposób, by wykreowana rzeczywistość zdawała się przyjaznym i przyjemnym miejscem do życia. Pod wpływem odkrycia tego fenomenu, zacząłem analizować artykuły w gazetach codziennych, liczyć słowa, dzielić je na sylaby, łączyć na nowo, badać powiązania. Odkryłem, kto za tym wszystkim stoi." -> Super pomysł. I teoria spiskowa, i współczesne mechanizmy manipulacji napisane w formie baśniowej. Trochę jak u Lema - jakby całą nowa gałąź wymyślonej nauki.


Po nieprzerobieniu połowy tekstów, mój faworyt tego rozdania.


Odpowiedz
~hens 1 m.
Aha, i fajnie są opisane technologie: trochę baśniowo, a trochę realnie.
Odpowiedz
^Halmar 29 d.
hens, serrrrdecznie dziękuję! Ach, teorie spiskowe to po prostu mój konik, może dlatego wybrzmiało Tobie tak wiarygodnie i mało baśniowo... Staram się jak mogę!

Odpowiedz
~Adelajda 29 d.
Świetne opko. Aż mi się przypomniał lekcje fizyki w gimnazjum, jak nam nauczyciel o Teslie opowiadał
Super
Odpowiedz
^Halmar 29 d.
Adelajda! Kurczę, masz nosa, dziewczyno! Pisząc to opowiadanie, myślałam właśnie o Tesli.
A przede wszystkim o mało znanym, ale szalenie genialnym Wilhelmie Reichu

Odpowiedz
~Agnieszka 29 d.
z dużym wykopem
Witam,

Lecim z czytaniem

"Był prawdziwym wizjonerem i luminarzem nauk atmosferycznych. " - zaje...ste zdanie Zachwyconam
"Słońce i morskie pływy" - Słońce z dużej litery - kupiłaś mnie

Podsumowując - przeczytałam jednym tchem
Świetnie poprowadzone opowiadanie
Pomysł, wykonanie, wszystko
Pozdrowionka



Odpowiedz
^Halmar 29 d.
Agnieszka
Mam ciary, jak czytam Twoją opinię
Odpowiedz
~JamCi 28 d.
z dużym wykopem
Rewelacja. Powoli konsekwentnie i błyskotliwie (ale nienahalnie) prowadzona myyśl. Ani chwili nnudy. Wkurwiało mnie wszystko, co odrywałło moją uwagę od czytania.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin