przykre skutki moderacji (TW#11) kombinezon dres

i wróciła kotara (kacik poezji)

 Czy nie macie czasem wrażenia, że wszyscy was śledzą i wszyscy chcą was zabić?

 

 ***

 

 Od początku nie idzie mi to pisanie. Maszyneria zdaniotwórcza zatarła się i zgrzyta co trochę. A termin goni. Już tylko parę godzin zostało. Może niech bohaterem opowiadania będzie zwykły szary człowiek. Niech nazywa się Mikesz Mielonek. Mielonek jest już teraz wycofany, zamknięty w sobie, przeprasza że żyje i boi się własnego cienia. Na ulicy rozgląda się co chwilę i sprawdza, czy go nie śledzą. Śledzić go mogą również drony. Jeśli słychać bzyczenie, albo widać gdzieś wysoko drony - to oczywiste. Ale jak nie widać i nie słychać, to jeszcze o niczym nie świadczy. Drony mogą być tak wysoko, że ich nie widać, ani nie słychać. Mają kamery z potężnym zoomem i mikrofony kierunkowe. Drony widzą Mielonka, Mielonek nie widzi dronów. A one są. Śledzą go, nagrywają wszystko i przesyłają do centralnego komputera, który to wszystko archiwizuje i analizuje. Nie zostaje przeoczony najmniejszy ruch, każdy szept zostaje zarejestrowany. Więc Mielonek ma opory przed wyjściem z domu. Boi się ludzi i dronów. Ale jednak czasem wychodzi. Musi zrobić zakupy, wyrzucić śmieci, wyprowadzić psa. Każde wyjście z domu to dla Mielonka droga przez mękę. Musi najpierw sprawdzić kapcie, czy równo stoją i spłuczkę, czy nie cieknie. Potem sprawdzić czy ser jest schowany do lodówki, a masło wręcz przeciwnie, czy jest z niej wyciągnięte. Czasem mu się myli. I wtedy ser zapocony, osrany przez muchy wypełnia kuchnię serową wonią. A masło jest twarde i ciężko się potem smaruje.

 Taki jest mój bohater - cały w kompleksach lękach i fobiach.

 

 ***

 

  Jakoś zebrałem się w sobie i zacząłem historię tak:

 

 ***

 

 Jem kotleta mielonego i czynność ta działa na mnie przygnębiająco. Jadę samochodem i czynność ta działa na mnie przygnębiająco. Patrzę w ekran smartfona i działa to na mnie przygnębiająco. Kiedy jem mielońca myślę o tych wszystkich zwierzętach stłoczonych w nieludzkich warunkach i potem zabijanych masowo, żebym ja mógł się nafutrować, i że zostawiam ślad węglowy i zużywam wodę, bo na utuczenie świni trzeba mnóstwo wody i paszy, a one robią potem mnóstwo gówna, które zanieczyszcza środowisko. Kiedy jadę samochodem też zostawiam ślad węglowy, spalam ropę naftową i wydalam do atmosfery dwutlenek węgla. W smartfonie mam kadm, srebro, i inne świństwo. Rzadkie metale które wykopują z afrykańskiej ziemi obdarte, niedożywione pięcio-sześcioletnie dzieci. Czego się nie dotknę, to robię komuś krzywdę. Zakładam majtki i koszulkę t-shirt - popieram niewolniczą pracę szwaczek z Bangladeszu. Przekrawam na pół awokado, przyczyniam się do wycinki lasów tropikalnych. Oglądam pornosa w internecie, zamiast skupić się na cyckach, myślę o międzynarodowym handlu kobietami, o gwałtach, prostytucji i przemocy. O tym, że to przeze mnie ta przemoc. I zamiast cieszyć się, że tu dupa, cycki, widok ten działa na mnie przygnębiająco.

 Telewizja działa na mnie przygnębiająco, radio działa na mnie przygnębiająco, gazety działają na mnie przygnębiająco. Sąsiadka, która dzwoni do mnie, bo chce pożyczyć cukier, działa na mnie przygnębiająco. Zawsze cukier pożycza i nigdy nie oddaje. Jakby nie mogła sobie kupić w sklepie. A jak stoi w drzwiach, to łypie oczami na boki i się rozgląda. Jakby miała peryskopy zamiast oczu. I czoło marszczy. I twierdzi, że pogoda ładna. Widzę przecież, że ładna, więc po co mi to mówi? Może to jakaś aluzja? Że, czemu siedzę w domu, skoro pogoda ładna? Że przewietrzyć się powinienem. Łyknąć świeżego powietrza.

 Więc jak tak pomyślę sobie o tym wszystkim, to dochodzę do wniosku, że jedyne co w takiej sytuacji może zrobić przyzwoity człowiek, to zastrzelić się. Nie! Nie zastrzelić. Strzelając do siebie, spaliłbym proch, czyli powiększył ślad węglowy. A więc nie zastrzelić, tylko powiesić. Wtedy będzie ekologicznie. Po tym akcie eskapizmu wreszcie nie będę nikomu szkodził ani przeszkadzał.

 No, ale to tylko takie gadanie. Wiadomo, że się nie zastrzelę, ani nie powieszę. Ni chu chu. Z psem trzeba wyjść, więc całe to gadanie do bani jest.

 Już samo wyjście z domu jest czynnością trudną i wyczerpującą. Kapcie muszą stać równo, spłuczka musi być sprawdzona, czy nie cieknie, ser ma być schowany do lodówki, a masło z niej wyciągnięte. Potem trzeba zamknąć drzwi i pamiętać o tym. Zapamiętać. Żeby nie wracać. A na klatce schodowej bardzo często pojawia się wścibska sąsiadka, która lubi small talk. Lubi sobie pogadać o niczym. Kiedy wychodzę z mieszkania z siatką na zakupy, pyta:

 - Co? Na zakupy?

 Kiedy wychodzę z psem, pyta:

 - Co? Spacerek?

 Jak worek ze śmieciami mam, mówi:

 - Co? Śmieci wyrzucamy?

 Jak przychodzi do mnie kobieta, to na drugi dzień dopytuje:

 - Żeni się kawaler?

 I tak dalej. W pracy często raportuję. Moja praca składa się w dużej części z raportowania. Raportowanie od APORTOWANIA różni tylko jedna litera. Aportowanie to raportowanie bez "r". A więc jestem jak pies. W pracy jestem psem i aportuję. Jestem raczej ratlerkiem. Nie pitbullem. Boję się własnego cienia. Przemykam pod ścianami, chciałbym być niewidzialny. Czuję powietrze naładowane prądem pośpiechu, słyszę szum włączonych urządzeń biurowych, słyszę syk. To ekspres do kawy. Ale jeszcze wcześniej, zanim dotrę do pracy, obserwuję na ulicy ludzi. Czy mnie nie śledzą. Patrzę, czy nie patrzą. Chcę żeby nie patrzyli. W moją stronę. Patrzę w do góry w niebo, czy nie ma dronów. Chcę, żeby nie było. To, że nie słyszę charakterystycznego bzyczenia o niczym nie świadczy. Mogą być tak daleko, że nie słychać jak bzyczy. Mają kierunkowe mikrofony i kamery zwykłe i na podczerwień z olbrzymim zoomem. Drony wszystko widzą i wszystko słyszą. Ja ich nie widzę, a one mnie - tak. Więc cały czas krąży ta myśl. Że mogą mnie śledzić drony. Jeśli ludzie nawet nie patrzą, to są drony. Sygnał przekazują do centralnego komputera, który to wszystko nagrywa i analizuje. I może już mnie namierzyli. Muszę być czujny...

 

 ***

 

 Tak sobie pisałem tekst. Jak zwykle w pierwszej osobie. Próbowałem jak najbardziej wczuć się w Mielonka, kiedy zaczęło się klamkowanie drugiej sąsiadki. I wiedziałem, że już nic dzisiaj nie napiszę. Klamkowanie drugiej sąsiadki polega na szarpaniu klamką. Tak to nazwałem. Moja sąsiadka ma jakąś straszliwą nerwicę natręctw i nie potrafi opuścić mieszkania bez uporczywego i wielokrotnego sprawdzania, czy zostawiła dom zamknięty. Więc stoi przed drzwiami do własnego lokum i sprawdza klamkę i zamki. Najpierw kręci zamkami, a ma ich ze cztery co najmniej. Klucze zgrzytają w dziurkach i przekręca w lewo, w prawo. Dwa razy w lewo, potem dwa razy w prawo, a potem klang klang klamką. Naciska klamkę - sprawdza, czy zamkięte. Klang klang, klang klang klang. Klang klang. Jest zamknięte, drzwi ani drgną, ale sąsiadka sprawdza dalej: klang klang, klang klang klang klang. I cisza. Chwila ciszy. A potem znowu kręci zamkami. Zgrzyt zgrzyt kle kle kle. Zgrzytają i klekocą zębatki zamków. Dwa w lewo, dwa w prawo, czy zamknięte na pewno, potem następny zamek dwa w lewo dwa w prawo i następny. Zgrzyt zgrzyt kle kle kle kle. I potem znowu klamka: klang klang, klang klang. Sąsiadka szarpie bez wytchnienia klamkę i sprawdza zamki. Wreszcie kończy. Chwila ciszy. I zaczyna szurać. Zaczyna szurać bucikami o wycieraczkę. Szur szur szur szur szur szur. Szura rytmicznie. Szura szybko. Stanowczymi krótkimi ruchami szura. Szur szur szur. Szura jakby była nakręcanym na kluczyk urządzeniem. Jakby była robotem jakimś. Potrafi tak szurać przez wiele minut. Wreszcie odchodzi. Widzę to wszystko przez judasza w swoich drzwiach. Odchodzi na pięć metrów. Nagle sztywnieje. Kuli się w sobie. Garbi. I zawraca. Znów stoi przed drzwiami i zaczyna cały rytuał od nowa. Najpierw zamki, potem klamka. Zgrzyt zgrzyt kle kle kle zgrzyt zgrzyt kle kle, klang klang, klang klang klang klang. Szur szur szur szur szur szur szur szur szur... I odchodzi... I znowu wraca. I znowu zgrzyta zamkami, klamkuje i szura butami o wycieraczkę. Potrafi tak kręcić się w kółko całe kwadranse. Zanim wreszcie sobie pójdzie. Ja stoję i patrzę przez wizjer na zmagania sąsiadki. I hipnotyzuje mnie tan rytuał. Powoli zaczynam łapać rytm zgrzytów, klekotań i klangowania. Słucham i patrzę, słucham i patrzę i wiem, że nie zdążę napisać już swojego opka na TW.

 A miałem już właściwie wszystko obmyślone. Przygotowane. Zamknięte. Mój bohater któregoś dnia natyka się na mieście na człowieka, który dostał ataku epilepsji. Akurat przechodził chodnikiem, kiedy to zobaczył. Mężczyzna przytrzymywany za ręce przez dwóch przechodniów leżąc na plecach podrygiwał w konwulsjach. Obutymi w lakierki stopami stukał głośno o chodnikowe płyty...

 Albo nie! Niech to będzie piękna młoda kobieta! Niech wpadanie pod samochód. Pod Tira. Odbije się od ciężarówki jak szmaciana lalka. Jest ubrana w krótką sukienkę i eleganckie buciki na bardzo wysokim obcasie. Pada na asfalt tuż obok przechodzącego właśnie naszego bohatera Mikesza Mielonka. Jej ciałem miotają agonalne skurcze. Kusząco odkryte nogi wierzgają i wystukują o jezdnię stopami na wysokich obcasach dziwnie rytmiczny ciąg uderzeń. Stuk stuk, stuk stuk, stuk, stuk stuk stuk stuk, stuk stuk stuk stuk stuk, stuk stuk. Nasz bohater tuż przed wypadkiem nagrywał filmik na komórce. Chciał uwiecznić stadko krążących nad ulicą gołębi. Schował bezwiednie komórkę do kieszenie spodni, kiedy zgrzyt i huk wypadku wwierciły mu się pod czaszkę. Zapomniał wyłączyć kamerę i dzięki temu agonalny stukot obcasów umierającej kobiety nagrał się w całości.

 Parę godzin później nasz Mielonek odkrył przypadkiem nagranie agonalnych stuknięć na swojej komórce. Słucha kilka razy i ciągle ma wrażenie, że w tych stuknięciach jest jakiś rytm. Że te stuki układają się w jakieś frazy, w jakieś rytmiczne sekwencje.

 To niemożliwe - myślał. Jakim cudem, kobieta w agonii może wystukiwać obcasem o asfalt rytmiczne dźwięki. Tylko mi się tak wydawać musi - myślał. Ale nie mógł uwolnić się już od tej koncepcji.

 Mikesz Mielonek odpalił komputer i znalazł w Googlach program - translator treści nadawanych alfabetem Morsae'a. Wystarczyło wrzucić do programu plik dźwiękowy. A program, jeśli była w tym pliku zawarta jakaś informacja nadana przy pomocy powtarzających się, ułożonych w pewien cykl odgłosów, wyławiał je i transponował informację na wybrany przez użytkownika język.

 "Strzeż się! Snajperzy chcą cię zabić" - tak brzmiał komunikat wystukany przez umierającą kobietę. Od tej chwili życie Mielonka zmieniło się w koszmar. Już wcześniej wycofany i przestraszony, teraz czuł się jakby całkiem go sparaliżowało społecznie. Bał się wyjść z domu. Snajperzy mogli być przecież wszędzie. Umierająca kobieta przekazał mu w ostatniej chwili tę wiadomość. Przekazała mu ją szyfrem, w jedyny sposób w jaki mogła. A on był na tyle bystry, że odczytał wiadomość.

 Taki to pomysł miałem na opowiadanie. Potem miały być opisy powolnego pogrążania się Mielonka w otchłań samotności i szaleństwa.

 Ale teraz, kiedy sąsiadka uruchomiła tryb klamkowania, wiedziałem, że nie zdążę skończyć swojej historii.

 Słuchałem jak zaczarowany klamkowania sąsiadki. Dzisiaj była w wyjątkowej formie. Już trzy razy odchodziła po skończonym rytuale od drzwi i zanosiło się na kolejny powrót. Nagle wpadłem na szalony pomysł. Podbiegłem do pokoju po komórkę, wróciłem pod drzwi i włączyłem dyktafon. Nagrałem cały jeden cykl klamkowania sąsiadki. Nagrałem zgrzytanie zamkami, szarpanie za klamkę i szuranie.

 Sprawdziłem z ciekawości w Googlach, czy naprawdę istnieje translator treści napisanych (nadanych) alfabetem Morse'a, tak jak wymyśliłem sobie w swoim opowiadaniu. Był! Jest! Jest w necie taki translator!

 Wrzuciłem do translatora plik dźwiękowy z klamkowaniem sąsiadki. Po chwili na ekranie pojawiło się tłumaczenie. Poczułem zimne ciarki biegające mi po plecach.

 " Uważaj na siebie! Zabiją cię stosując Nikkau - taktykę ludzkich min".

 

 ***

 

 A więc to wszystko prawda! Tak jak od dawna podejrzewałem, ktoś chce mnie zabić! Teraz wreszcie mam dowód. Sąsiadka od dawna chciała mnie ostrzec przed niebezpieczeństwem. Dlatego tak zawzięcie kręciła kluczami, szarpała za klamkę i szurała o wycieraczkę. Wcale nie miała nerwicy! Na korytarzu na pewno są podsłuchy i kamery, więc nie mogła powiedzieć tego wprost, musiała ich przechytrzyć, i użyła do przekazania komunikatu alfabetu Morsa'a. Nie miała żadnej nerwicy.

 Całe szczęście, że w porę się skapowałem. Że w porę odczytałem komunikat. Jest jeszcze ciepło i ludzie chodzą lekko ubrani. Trudno teraz pod lekkim ubraniem ukryć pas z bombami. Ale co będzie niedługo, kiedy przyjdą jesienne chłody? Każdy ubrany w płaszcz może być potencjalnym zamachowcem samobójcą. Każdy na ulicy to mój potencjalny wróg. To może być mój morderca...

 Zastanawiam się teraz co robić? Do pisania opowiadania zupełnie straciłem głowę. Chyba sprzedam samochód. Kupię jedzenie za wszystko, wielkie zapasy. I nie będę wychodził z domu przez jesień, zimę i wczesną wiosnę. Dopóki nie zrobi się ciepło. Tylko w ten sposób uda mi się przeżyć. Zamknę się w domu i nie będę otwierał nikomu. A jak zadzwoni sąsiadka po cukier, każę jej odsunąć się od judasza, żeby sprawdzić, czy nie jest obwiązana pasem z granatami. A może w ogóle nie otwierać? Może w ogóle nie podchodzić do drzwi? Przecież jak wysadzi się bezpośrednio pod drzwiami, a ja będę tam stał, to już po mnie.

 Czuję się jak Pan K. Z Procesu Franza Kafki. Wiem, że chcą mnie zabić. Wiem JAK chcą to zrobić. Tylko nie wiem za co.

 

 Zadzwoniłem do Sabiny i opowiedziałem jej o moich obawach, o tym czego dowiedziałem się z translatora Morse'a. Sabina wyśmiała mnie.

 - To jest fejkowa strona - powiedziała - to jest fejkowy translator. Co byś nie wpisał, to wyskoczy ci coś głupiego. Poco komu byłby teraz prawdziwy translator alfabetu Morse'a? To jest zwykły fejk.

 Poradziła mi, abym jeszcze raz wrzucił plik ze stukaniem sąsiadki do programu. Tak zrobiłem.

 Tym razem otrzymałem taki komunikat: "Nastolatek w damskiej bieliźnie z martwą kozą sąsiadki". Wrzuciłem plik kolejny raz do translatora. Otrzymałem kolejne tłumaczenie: "Chory na ebolę zgwałcił księdza w czołgu".

 Trochę mi ulżyło. Sabina miała rację. Translator jest fejkowy. Nie ma się czego bać...

 Ale czy na pewno? Może Sabina jest z nimi w zmowie. I specjalnie mi naopowiadała głupot o fejkowym translatorze, żebym stracił czujność. Żebym wyszedł z domu na miasto i zginął zabity przez zamachowca samobójcę. Tymczasem translator mógł być prawdziwy, wtedy kiedy dostałem komunikat o zagrożeniu. A potem został podmieniony w necie na fejkowy, który generował bzdury o nastolatku w damskiej bieliźnie i chorym na ebolę, który zgwałcił księdza. Mieli moje IP i mogli szybko podmienić stronę, żebym się nie przejmował poprzednim komunikatem i nie podjął środków zaradczych.

 Kto wie? Ciągle o tym myślę i dlatego, chyba już nie zdążę napisać opowiadania na konkurs Treningu Wyobraźni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 poszedłem za kotarę

 wysmarowałem się smarem

 

 smarem wysmarowałem

 gdy za kotarą stałem

 

 poszła w górę kotara

 a ja cały w smarach

 

 tylko ja i smary

 gdy nie ma kotary

 

 błagam cię panie

 opuść kotarę

 

 bym mógł się za nią

 wysmarować smarem

 

 i wróciła kotara

 więc ja zaraz

 

 poszedłem za kotarę

 wysmarowałem się smarem

 

 smarem wysmarowałem

 gdy za kotarą stałem

 

 poszła w górę kotara

 a ja cały w smarach

 

 tylko ja i smary

 gdy nie ma kotary

 

 błagam cię panie

 opuść kotarę

 

 bym mógł się za nią

 wysmarować smarem

 

 i wróciła kotara

 więc ja zaraz

 

 poszedłem za kotarę

 wysmarowałem się smarem

 

 smarem wysmarowałem

 gdy za kotarą stałem

 

 poszła w górę kotara

 a ja cały w smarach

 

 tylko ja i smary

 gdy nie ma kotary

 

 błagam cię panie

 opuść kotarę

 

 bym mógł się za nią

 wysmarować smarem

 

 i wróciła kotara

 więc ja zaraz

 

 poszedłem za kotarę

 wysmarowałem się smarem

 

 smarem wysmarowałem

 gdy za kotarą stałem

 

 poszła w górę kotara

 a ja cały w smarach

 

 tylko ja i smary

 gdy nie ma kotary

 

 błagam cię panie

 opuść kotarę

 

 bym mógł się za nią

 wysmarować smarem

 

 i wróciła kotara

 

 

 Miałem największą na świecie kolekcję oczu. Miałem oczy psów, kotów, koni, krów, królików, świnek morskich, owiec, kóz, kretów, szczurów, myszy. Starałem się mieć chociaż jedną parę oczu każdego gatunku zwierzęcia, które mogłem spotkać. Miałem oczy ptaków i oczy ryb. Oczy żabie i oczy węża. Mniejsze zwierzęta zabijałem nożem, większe strzałem ze strzelby myśliwskiej. Natychmiast zabierałem się za oczy. Oczy powinny być jak najszybciej wyjęte, żeby były świeże. Wycinałem je nożem z zaokrąglonym ostrzem, albo wydłubywałem łyżką. Potem jak najszybciej wracałem do domu i wkładałem je do słoika z formaliną. Nadziewałem na stelaż z drucika i ustawiałem tak, aby patrzyły prosto przed siebie. Z biegiem lat moja kolekcja rosła. Kupiłem specjalne regały pełne długich, wąskich półek. Na półkach stały ciasno, jeden przy drugim, słoiki z formaliną i białymi kulkami gałek ocznych różnych rozmiarów. Wreszcie przyszedł dzień, kiedy regały ze słoikami wypełniły wszystkie ściany, od sufitu do podłogi.

 Zostawiłem miejsce tylko na sprzęt i kolumny. Siadałem w fotelu na środku pokoju i puszczałem z gramofonu "Koncert wiolonczelowy" Lutosławskiego. Ze wszystkich stron patrzyły na mnie oczy. Oczy w słoikach. Słoiki z oczyma... Na stoliku leżały dwie paczki papierosów i duża paczka chipsów. Pod stołem butelka wody mineralnej i trzy wytrawne czerwone wina. Co wieczór siadałem z takim zestawem i co wieczór "Koncert wiolonczelowy" puszczałem. Czasem zostawało jedno wino, nawet często czasem. Bo dwa wina wystarczały. Trzy wina to przesada. Już po dwóch łapałem kontakt z oczami we mnie wpatrzonymi. Patrzyłem na oczy, a oczy patrzyły na mnie. Wgapiałem się w nie. Wstawałem z fotela, podchodziłem do półek ze słoikami. Podchodziłem naprawdę blisko i patrzyłem oczom w oczy. Wyobrażałem sobie co te oczy mogły widzieć. Przez te oczy przeszły do mózgów tych wszystkich istot tysiące, miliony obrazów! Co widział wąż zabity na leśnej ścieżce? A co widział pies zastrzelony na łące pod lasem? Co widziały z żabiej perspektywy oczy żabie, a co z końskiej oczy końskie? Próbowałem wyczytać to w tych oczach, których tysiące patrzyły na mnie nieruchomo.

 Potem wracałem na fotel i wsłuchiwałem się w "Koncert wiolonczelowy" Lutosławskiego. Zapalałem fajkę i popijałem wino. Wiedziałem, że mi nie zabraknie. Trzy butelki to jest niezły zapas. Ten koncert Lutosławskiego jest z początku strasznie niemrawy i cichy. Prawie nic się nie dzieje. Właściwie można powiedzieć, że króluje cisza. A potem wybuchają trąbki. Te trąbki są jak atak nuklearny. Rozwalają. Oczywiście Lutosławski stara się, żeby nie było w tej muzyce melodii... Ale jest niesamowity rytm. Dobrze, że mam chipsy bo zgłodniałem. Nie ma nic prostszego od dania "chipsy". Wystarczy przedziurawić torebkę. Jest też woda i papierosy. I oczy. Wszystko jest.

 

 ***

 

 Półleżę na fotelu. Nie mogę ruszyć ani nogą, ani ręką. Jestem przerażony. Patrzę w bok, na stół. Na blacie leży paczka po chipsach i trzy puste butelki po winie. I kajzerka. I butelka po wodzie mineralnej. I papierosy. Ale nie mogę po nie sięgnąć. Kajzerka patrzy się na mnie z szyderczym uśmiechem. Śledziła mnie przez cały czas. I nadal to robi. Teraz już wiem... Chce mi się palić! Nic z tego, nie mogę się ruszyć. Próbuję rozejrzeć się dookoła. Zewsząd patrzą na mnie oczy w słoikach... I kajzerka. Oczy rybie i oczy żabie. Zimne oczy kocie i smutne oczy psie. Maślane oczy krowie i mokre oczy gadzie. Kajzerka przewierca mnie lustrującym spojrzeniem. Przenika moje myśli. Steruje mną. Terroryzuje. Płaczę zdruzgotany faktem, że zwykła kajzerka mnie zdominowała. Oczy zabitych zwierząt patrzą na mnie zimno, beznamiętnie.

 

 ***

 

 Muszę natychmiast umyć ręce. Siostro, co tu robi Wyrwinoga?

 - Musimy ci zrobić castroskopię - mruczy sanitariusz Wyrwinoga - kto wie, może siedzi w tobie jakiś mały Fidel Castro.

 Od sanitariusza czuć laboratoryjnym spirytusem.

 - Czy ty wiesz, jakie taki mały Fidel Castro może poczynić spustoszenia w twoim organizmie? Jak trwoga to do Wyrwinoga!

 - Wyrwinogi! - próbuję poprawić sanitariusza, ale on już śpiewa. Śpiewa głośno. On już na całe niebo śpiewa!

 - Daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę!

 - Ja ci nogi , ja ci nogi dać nie mogę! - odśpiewuję mu, a on szczerzy się do mnie bezzębnymi ustami.

 Nie! Niemożliwe, jak może się szczerzyć bezzębnymi! Żeby się szczerzyć trzeba mieć zęby. Trzeba mieć kły. Wiem coś o tym. Muszę natychmiast umyć ręce. I sprawdzić kapcie. Dokładnie. Mydłem. A potem zdezynfekować. Dotykałem śmierdzących pieniędzy. Witałem się. Muszę sprawdzić spłuczkę. Witałem się tysiące razy. Czy nie cieknie. Dotykałem rąk. Dłoni. Nie mogę mieć zaufania do tych dłoni. Które dotykałem. I czy szmatkę położyłem na garnek, żeby nie kapało. To znaczy żeby nie było słychać, że kapało, bo kapać będzie tak czy siak, z zepsutego kranu kapie. Czy na pewno umytych dotykałem? A samo umycie to nic. Powinny być jeszcze zdezynfekowane. A kapcie muszą stać równo. Jak żołnierze na defiladzie. Ale kto myśli o dezynfekcji rąk? Że powinny. Nie oszukujmy się. Nikt. Więc dotykam niezdezynfekowanych. I na pewno nieumytych też dotykałem. I nieumytych po wyjściu z kibla dotykałem. Pół biedy jeśli tylko za małą potrzebą. Pół biedy, łatwo powiedzieć. Przed chwilą fiuta otrzepywał, a teraz graba, rącha. Więc dotykam jego fiuta w pewnym sensie. Pośrednio, przez jego nieumytą rękę. A co, jeśli za dużą potrzebą był. I rąk nie umył. Bakterie kałowe podczas uściśnięcia jego nieumytej dłoni mogą odkleić się od niej, a przykleić do mojej. No i co ze szmatką w kuchni, którą na garnek położyłem, żeby nie było słychać kapania? Z zepsutego kranu kapie woda - kap kapu. Więc może już cały garnek nakapało, może już menisk się zrobił albo się przelewa, ale bezgłośnie, bo szmatka.

 - Ja ci nogi dać nie mogę! - odśpiewuję sanitariuszowi - bo nie jestem, bo nie jestem Wyrwinogą! - krzyczę na całe gardło.

 - Przyszła kreska na Matyska! - wyje sanitariusz. Pochyla się nade mną. W rękach ma spiralę do przetykania kanalizacji. Stalową linę. Wtyka mi ją do ust. I kręci. Spirala zagłębia się w moje trzewia. Wwierca się.

 - Bo nie jestem Wyrwinogą! - próbuję zaśpiewać, ale nie wychodzi to zbyt dobrze, bo mam spiralę w przełyku.

 Sanitariusz przewierca mnie spiralą, potem kręci w drugą stronę. Odkręca. Wyciąga ze mnie cały szlam. Gęsty sos rzygowinowy. A w nim kotlety mielone, kwasem potraktowane, nie do poznania. Wino jak krew z ust potokiem rwącym płynące. Sklep owocowo warzywny ale taki podły. Sklep rybny - Gminna Spółdzielnia. Sanepid by tego nie przepuścił. Ale ja i owszem. Wypuszczam bo spirala. Czarna zupa zalewa mi usta. Duszę się rzygowinami. Umieram. Jestem jak Jimmy Hendrix. Prawie.

 Ostanie co słyszę, to triumfalny ryk sanitariusza.

 - Wycastrujemy cię! Wycastrujemy cię!

 Zapadam się w ciemność bez dna. WIEM, że kajzerka z pokoju gdzie trzymam kolekcję oczu śledzi mnie ciągle, śledzi bez chwili wytchnienia, bo jestem też tam gdzie ona, jestem w pokoju ze słoikami z formaliną, a oczy zabitych zwierząt patrzą jak umieram. Czy na pewno zostawiłem równo ułożone kapcie? I co ze szmatką? Czy szmatka nadal leży na garnku? Pewnie tak. Gdyby nie szmatka, to słychać by było kapanie wody z zepsutego kranu.

 

 

 

 

  Pięcioletni Adolf Hitler znowu dostał lanie od ojca.

  Po każdym biciu mały Adolf ocierał mokrą od łez twarz skrzywdzonego dziecka drżącymi piąstkami.

  Ale nie tym razem.

  Po raz pierwszy oczy pozostały suche. Po raz pierwszy błysnęło w nich światło szaleństwa.

 

  W tym samym czasie niebo nad Oświęcimiem zasnuły ciężkie chmury. Mimo, że był środek dnia, zrobiło się ciemno jak w nocy. Wiatr smagał bezlistne drzewa.

  - Będzie burza - powiedział ktoś na ulicy.

  Fabryczny komin wypluwał z siebie kłęby dymu.

  Chociaż nic się jeszcze nie wydarzyło, wszystko było już zapisane.

  Wyryte diablim pazurem w kamieniu, w który zmieniło się serce małego Adolfa.

 

 

 Pięcioletni Adolf Hitler znowu dostał lanie od ojca.

 Po każdym biciu mały Adolf głośno płakał. Potem ocierał mokrą od łez twarz skrzywdzonego dziecka drżącymi piąstkami.

 Ale nie tym razem.

 Po raz pierwszy oczy pozostały suche. Po raz pierwszy błysnęło w nich zimne światło szaleństwa.

 

 W tym samym czasie niebo nad Oświęcimiem zasnuły ciężkie chmury. Mimo, że był środek dnia, zrobiło się ciemno jak w nocy.

 - Będzie burza - powiedział ktoś na ulicy.

 Fabryczny komin wypluwał z siebie kłęby dymu.

 Chociaż nic się jeszcze nie wydarzyło, wszystko było już zapisane.

 Wyryte diablim pazurem w kamieniu, w który zamieniło się serce małego Adolfa.

 

 

 Pięcioletni Adolf Hitler znowu dostał lanie od ojca.

  Po każdym biciu mały Adolf głośno płakał. Potem ocierał mokrą od łez twarz skrzywdzonego dziecka drżącymi piąstkami.

  Ale nie tym razem.

  Po raz pierwszy oczy pozostały suche. Po raz pierwszy błysnęło w nich zimne światło szaleństwa.

 

  W tym samym czasie niebo nad Oświęcimiem zasnuły ciężkie chmury. Mimo, że był środek dnia, zrobiło się ciemno jak w nocy.

  - Będzie burza - powiedział ktoś na ulicy.

  Fabryczny komin wypluwał z siebie kłęby dymu.

  Chociaż nic się jeszcze nie wydarzyło, wszystko było już zapisane.

  Wyryte diablim pazurem w kamieniu, w który zamieniło się serce małego Adolfa.

  Wyryte diablim pazurem na kamiennej skorupie serca małego Adolfa (?)

 Wyryte diablim pazurem na kamiennej skorupie, którą obrosło serce małego Adolfa.

 

 

 

 Pięcioletni Adolf Hitler znowu dostał lanie od ojca.

  Po każdym biciu mały Adolf ocierał mokrą od łez twarz skrzywdzonego dziecka drżącymi piąstkami

  Ale nie tym razem.

  Po raz pierwszy oczy pozostały suche. Po raz pierwszy błysnęło w nich światło szaleństwa.

 

  W tym samym czasie niebo nad Oświęcimiem zasnuły ciężkie chmury. Mimo, że był środek dnia, zrobiło się ciemno jak w nocy. Wiatr smagał bezlistne drzewa.

  - Będzie burza - powiedział ktoś na ulicy.

  Fabryczny komin wypluwał z siebie kłęby dymu.

  Chociaż nic się jeszcze nie wydarzyło, wszystko było już zapisane.

  Wyryte diablim pazurem w kamieniu, w który zmieniło się serce małego Adolfa.

 

 

 

 Generał Oliwa jechał opancerzonym BMW przez kraj. Przed godziną dostał tajny szyfrogram z Centrali. Miał się stawić najszybciej jak to możliwe w Sztabie Generalnym. Rząd w porozumieniu z władzami partii Moralność i Uczciwość wprowadził stan wojenny na terenie całego kraju. Była ciemna noc. Padał deszcz. Generałowi towarzyszył adiutant pułkownik Baryła. Samochód prowadził kierowca pan Zenek. Generał znał pana Zenka od zawsze. Mieszkali kiedyś w jednym bloku w tej samej ostatniej klatce schodowej. Generał był tak obwieszony orderami, że aż brzęczał przy każdym ruchu. Miał wojskową generalską czapkę z denkiem wielkości anteny satelitarnej.

 - Co tak ciemno? - dziwił się generał. - Nie ma prądu, czy jak?

 - To pewnie przez ten stan wojenny - powiedział pułkownik Baryła.

 - Ciemno jak w dupie u Murzyna - odezwał się pan Zenek.

 - Powinniście powiedzieć: "ciemno jak w dupie u Afroamerykanina" - odparł generał.

 - Słyszeliście, co powiedział pan generał? - wtrącił się pułkownik Baryła.

 Generał zasapał.

 - Czy ja was pytałem o zdanie, Baryła?

 - Nie, panie generale.

 - Więc trzymajcie kłapaczkę zamkniętą, rozumicie?

 - Tak jest, panie generale.

 Generał zapatrzył się ponuro w ciemność za szybą BMW.

 - Tylko żartowałem. Pan Zenek dobrze powiedział: w dupie u Murzyna. Jest ciemno dokładnie jak w dupie u Murzyna! Od kiedy to jesteśmy poprawni politycznie, Baryła?

 - Ha, ha, ha! - Zarechotał pułkownik.

 - Teraz to się możecie śmiać jak głupi do sera. Nie zrozumieliście dowcipu, bo jesteście kretynem. Rozumicie?

 - Tak jest panie generale. Zrozumiałem.

 - Przecież mówiłem wam przed chwilą, że nie zrozumieliście.

 - Zrozumiałem, że jestem kretynem, panie generale.

 - To zrozumiałe samo przez się. - Generał brzęknął medalami.

 - Baryła, powiedzcie mi coś. Czy wy jesteście konserwatorem?

 - Cz...czym?

 - Czy wy w ogóle jesteście konserwatorem? Bo już sam nie wiem.

 - Nie jestem, panie generale. Ale jeśli chciałby pan generał abym mu coś naprawił w domu, jakiś zlew, albo wannę przetkał, to ja oczywiście...

 - Jak to nie jesteście? - Generał Oliwa zacietrzewił się i obruszył, a jego wielka czapka posmyrała daszkiem pana Zenka po karku. - To co wy tu robicie? Myślałem, że macie poglądy prawicowe i jesteście konserwatorem!

 - Mam poglądy prawicowe.

 - Macie poglądy prawicowe i nie jesteście konserwatorem?

 Pułkownik Baryła wreszcie zrozumiał.

 - Aa. - powiedział - chodzi panu generałowi o to, czy jestem konserwatystą. Oczywiście. Jestem konserwatystą.

 - To dlaczego mówicie, że nie jesteście?

 - Pan generał pytał o to, czy jestem konserwatorem, więc...

 - Pytałem o to, czy jesteście konserwatystą, głusi jesteście? Nie dość, że głupi to jeszcze głuchy. Jesteście zawszonym głupim i głuchym kretynem! Powtórzcie!

 - Jesteście zawszonym głupim i głuchym kretynem - powtórzył pułkownik Baryła.

 - Coście powiedzieli? - ryknął generał.

 - Pan generał kazał, żebym powtórzył...

 - Baczność!!! - zaryczał generał Oliwa.

 Pułkownik Baryła próbował stanąć na baczność, ale ponieważ siedział w samochodzie, nie mógł się wyprostować i tylko powstał trochę z fotela, poczerwieniał z wysiłku i kleił się plecami do sufitu BMW.

 - Baczność!!! - jeszcze raz wrzasnął generał.

 - Nie mogę. - zaszlochał pułkownik.

 - To jest odmowa wykonania rozkazu! Przypominam, że mamy stan wojenny! Panie Zenku, zatrzymaj się pan. Stop!

 Pan Zenek zatrzymał limuzynę i zgasił motor. Wokół, w wilgotnej ciemności majaczyło puste pole. Słychać było dudniące o dach krople deszczu.

 - Wysiadać - warknął generał do adiutanta.

 - Jak to? - pułkownik blady jak ściana kichnął z nerwów tak nieszczęśliwie, że z nosa poleciał mu smark i zatrzymał się na górnej wardze.

 - Za odmowę wykonania rozkazu zostaniecie rozstrzelani na miejscu. Panie Zenku, weźcie mój pistolet i zastrzelcie tego durnia. Chętnie bym to zrobił sam ale strasznie pada.

 - Tak jest panie generale - powiedział pan Zenek - tylko, że strasznie pada, nie zawilgnie mi pistolet?

 Generał podrapał się po szczecinie za uchem.

 - Faktycznie może zawilgnąć. W takim razie powieście go. Na drzewie. To nawet lepiej. Powieście go na przydrożnym drzewie. Dla przykładu.

 - Ale nie ma sznura, panie generale.

 - A macie linkę holowniczą?

 - Mam.

 - To powieście go na lince holowniczej.

 - Ale nie ma drzew, panie generale.

 - Jak to nie ma drzew?

 - Wszystkie zostały wycięte, panie generale. Względy bezpieczeństwa.

 - To powieście go na latarni.

 - Latarni też nie ma. Wszystkie latarnie zostały zlikwidowane. Dlatego jest tak ciemno właśnie.

 - Też ze względów bezpieczeństwa?

 - Latarnie zlikwidowano w ramach walki z prostytucją - powiedział pan Zenek. - Żeby kurwy nie miały pod czym stać.

 Generał zamlaskał, zamemłał i brzęknął gniewnie orderami.

 - No to ci się upiekło, Baryła. Masz szczęście. Jedziemy dalej. Jak wrócimy do jednostki poszczujemy cię psami. Panie Zenku, jak wrócimy, macie osobiście dopilnować, żeby poszczuli psami tego kretyna Baryłę.

 Pan Zenek pokiwał głową odmownie.

 - Nie możemy poszczuć psami pana pułkownika Baryłę, panie generale.

 - Dlaczego niby nie możemy? Wydałem rozkaz. Nie zrozumieliście rozkazu? Odmawiacie wykonania rozkazu? Chcecie być następni?

 - Nie chcę być następny, ale wszystkie psy zostały zjedzone.

 - Zjedzone? - generał zdziwił się. - W Polsce? W Polsce nie jada się psów.

 - Zostały zjedzone w Korei. W Polsce zostały zabite ze względów sanitarnych, bo roznosiły pasożyty. A potem zostały sprzedane.

 Generał Oliwa machnął zniecierpliwiony ręką.

 - W takim razie wsadzimy go do klatki z jakimiś dzikimi zwierzętami. Zadzwońcie do jakiegoś nadleśnictwa i załatwcie mi jakieś dzikie zwierzęta, przegłodzimy je najpierw, żeby były bardziej zawzięte.

 - Wszystkie dzikie zwierzęta zostały wybite przez myśliwych, panie generale - powiedział pan Zenek. - Zresztą nie dzikie też. Zostały tylko kury, kaczki, owce...

 BMW zjechało na lewy pas jezdni. Pan Zenek wyminął pijanego rowerzystę bez świateł.

 - Nie myślicie chyba, że będę szczuł Baryłę owcami? - sarknął Oliwa.

 Wysiąkał nos w chustkę, i schował ją potem osmarkaną do kieszeni munduru.

 - Macie naprawdę wielkie szczęście Baryła, upiekło się wam po raz drugi. I wytrzyjcie tego gluta z wargi, bo wyglądacie okropnie.

 Pułkownik Baryła półleżał na wygodnym fotelu BMW blady jak papier toaletowy z dodatkiem celulozy.

 - Coście tak zamilkli? - generał Oliwa szturchnął pułkownika Baryłę w bok, ale ten nie poruszył się wcale.

 - Pan pułkownik Baryła chyba wykorkował ze strachu - powiedział pan Zenek. - Mówiłem panu generałowi, że pan pułkownik nie zna się na żartach.

 - Zawał?

 - Albo udar.

 - Myślicie, że on to wziął na poważnie? Że go rozstrzelamy i w ogóle? - generał powtórnie podrapał się po szczecinie za uchem.

 - Chyba tak, panie generale.

 - Nie dość, że głupi i głuchy, to jeszcze bez poczucia humoru.

 Nastała cisza. Tylko deszcz bębnił monotonnie o szyby.

 - I co pan generał teraz powie? - zapytał pan Zenek.

 Generał Oliwa podrapał się po raz trzeci po szczecinie za uchem. Wyciągnął chustkę z kieszeni munduru, znalazł nie osmarkany jeszcze fragment i wysiąkał nos.

 - Że mamy pierwszą ofiarę stanu wojennego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Liczba ocen: 2
68%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !sensol
Kategoria: poezja

Liczba wejść: 8

Opis:

kacik poezji - wiersz rymowany

Dodano: 2020-07-16 23:19:21
Komentarze.
~Alchemik 2 m.
O rany!
Rany, rany!Z pewnością w jakiś tam sposób wiersz został zrymowany.
Inna zaleta utwora to pewnie anafora.
I przeczytałbym prawie do końca utwór kolegi sensola,
gdybym się przy okazji smarem nie usmarował(tu tzw. rym niedokładny).
Czym prędzej szukam kotary, bowiem czytałem nago
i teraz usmarowany przestałem wyglądać blado.
A chcę być trupio blady, bo właśnie leżę w kostnicy.
Nic nie poradzisz sensolu, w lodówce mam łożnicę.
I wstałbym - porządny zombiak, a jednak nieporządek,
bo zbrakło mi kotary, gdym smarowany smarem.

Z poważaniem
Walking Dead
Odpowiedz
!sensol 2 m.
Alchemik pytanie - czy umarłeś z nudów, czy ze śmiechu. a może jedno nie wyklucza drugiego...
Odpowiedz
~Alchemik 2 m.
Kacik poezji? Kacik w kąciku.
Tylko nie musiałeś mnie zabijać przy okazji.
Odpowiedz
~Aja 2 m.
Tak! Znowu perła na miarę mojego ulubionego erotyku. Sensol jesteś geniuszem poetyckim, absolutnie i bezkrytycznie uwielbiam Twoją poetykę.
Odpowiedz
!sensol 2 m.
Aja o rany! cegła na licu mym. danke
Odpowiedz
~Aja 2 m.
sensol kurczę... cegłą Ci przywalać nie chciałam. Mam nadzieję, że wena nie ucierpiała.
Odpowiedz
~JamCi 2 m.
Yeee :-)
Jestes namaślony jak Savio :-)
Odpowiedz
!sensol 2 m.
JamCi nie znam człowieka
Odpowiedz
~JamCi 2 m.
sensol to wunsz.
Odpowiedz
!sensol 2 m.
JamCi ach!!
Odpowiedz
+fanthomas 2 m.
z wykopem
Coś ma i do tego z wykopem
Odpowiedz
!sensol 2 m.
fanthomas dobrze, że nie na odwrót, chyba..
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
z wykopem
Nurt znany, więc i szok mniejszy. Ot, przewrotnie zacne, choć bez dużego wykopu dla mnie.
Odpowiedz
!sensol 2 m.
Canulas ale z wykopem. też coś. ego połechtane
Odpowiedz
!Szudracz 2 m.
Kacik. 😁 Dłuuugie kotary zasłanianie.

Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin