Bo postzieleńszość - kolorystyka pór i nóg A w kraterze zabawa

Zielona chwila

  Odnoszę wrażenie, wręcz mam pewność, że to już kolejny raz przedzieram się przez wszechogarniający gąszcz. Jakbym kręciła się w kółko, lub wciąż od nowa pojawiała cyklicznie na początku drogi. Jednak uparcie podążam za, raz za razem, objawiającą się i znikającą sylwetką. Nie wiem, czy gonię, czy uciekam. Drapieżne pnącza sięgają odsłoniętych ramion, zakwitając na skórze parzącymi bąblami. Szmaragdowe błyskawice jełczeją i żółkną na przemian, zwijając się i zamieniając w pomięte, cynfoliowe papierki opakowań po miętowych galaretkach. Zamiast grzmotów wywołują w uszach natrętny, pulsujący dźwięk…

 

  Przez uchylone powieki wdziera się znienawidzone światło dnia. Natarczywy sygnał domofonu.

 Zsuwam się z przepoconej pościeli łóżka. Zimna podłoga otrzeźwia w kontakcie z bosymi stopami.

 Podchodzę do drzwi, rozgarniając natrętne, wciąż kurczowo uczepione zasłony półsnu.

  - Słucham – chrypliwie mamrocę do słuchawki przez ściśnięte gardło, z trudem rozlepiając wyschnięte usta.

  - Dzień dobry pani. Firma Merkury. Zamówione zakupy.

  - Proszę zostawić pod drzwiami.

 Po chwili słyszę delikatne pukanie i oddalające się kroki. Uchylam zabezpieczone łańcuchem drzwi. Rzut okiem na korytarz klatki schodowej. Pusto. Zwalniam łańcuch i wnoszę do wnętrza zapakowaną firmowo torbę. Zapasy.

  Od kiedy nie wychodzę z domu? Od jak dawna większość czasu spędzam w łóżku? W ciągu dnia w niecierpliwym, przerywanym półśnie, w oczekiwaniu na nadejście wieczoru i zielone objęcia nocy. Zielone objęcia nocy.

 

 *

 

  Z Arturem, moim niechlubnym byłym, pożegnałam się, bodajże, rok temu z okładem. Kroplą przepełniającą czarę były nawet nie butelki wymiecione spod wanny. (Czyżby gnojek popijał, siedząc na kiblu?) Ale głównie siniaki, których dorobiłam się w przepychankach z tym damskim bokserem. Kazałam mu spakować manatki. Te, których nie zdążył, wystawiłam przed drzwi.

 Od tego czasu jestem samiusieńka jak palec weterana tartaku. I niekiedy już nawet żałuję tej swojej decyzji. Jaki był, taki był, ale był. A ja ze swoim temperamentem, po prostu, potrzebuję faceta. Dałam się nawet wciągnąć w różnorodne fora randkowe typu: pani poszukuje pana na rżnięcie. I godzinami siedziałam przed kompem (Ginewra szuka Lancelota), prowadząc mniej lub bardziej obsceniczne, wirtualne pogaduszki.

 

 *

  Torbę z zakupami upuściłam niedbale na biurko z komputerem. Od dawna nie zaglądałam do netu. Chyba że po internetowe zakupy spożywcze, wprost pod próg. Praktycznie nie robiłam nic, oprócz wylegiwania się w pościeli.

 Wyciągnęłam z paczki kolejnego herbatnika i popiłam łykiem maślanki. Opakowanie rzuciłam na stos innych, walających się po podłodze. Właśnie tak odżywiam się ostatnio, uwolniona od przygotowywania posiłków i mycia naczyń, które i tak zalegają w zlewozmywaku. Na koniec grzecznie zapaliłam długo oczekiwanego papierosa.

 W drodze do łóżka uważałam, aby nie zerkać na pnący się obok okna roślinny gąszcz, ciemnozielonym cieniem układający się na ścianie, przyczajoną, nieco amorficzną sylwetką. Gdzieś na granicy świadomości rejestrowałam niepokój przemieszany z pulsowaniem emocji promieniujących od podbrzusza.

 

 *

 

  Wiosna. Przed rokiem.

 Wtedy ostatni raz widziałam Marysię. Wymieniliśmy kilka esemesów. A potem, ni stąd ni zowąd, nie byłam w stanie nawiązać świeżo odnowionego kontaktu. Nie odpowiadała na maile. Telefon wyświetlał - błąd połączenia.

 

  To były przypadkowe odwiedziny u dawno niewidzianej przyjaciółki ze studiów. Spotkałyśmy się w supermarkecie, bodajże w Tesco. Zresztą, nieistotne. Po rozpoznaniu i gorącym powitaniu, poszłyśmy na kawę. Koniec końców, Marysia zaprosiła mnie do siebie na kieliszeczek nalewki z pigwy. Nie potrafiłam odmówić, a to było tylko kilka kroków.

  Mieszkała w nieco zapuszczonym bloku z wielkiej płyty. Dwa pokoiki urządzone skromnie lecz z gustem.

 Moją uwagę zwróciło bujne pnącze obsypane żółtymi kielichami kwiatów, rozpięte na ścianie obok ramy okiennej. Wyglądało imponująco, i jakby w sposób swojski znajomo.

  - Tak, to ogórek – oznajmiła z uśmiechem Maria. – Może nie taki zwykły, bo nasiona dostałam od znajomej zielarki z mojej rodzinnej wsi. A ludzie po opłotkach gadają, że to wiedźma - wzruszyła pogardliwie ramionami. - Ludziska! Pewne jest jednak, że jak nikt inny zna się na ziołach i nalewkach. Tę pigwówkę też otrzymałam od niej w prezencie – dodała, nalewając do kieliszeczków złocistego, aromatycznego napoju.

  - A widzisz, chyba mam jeszcze jedno takie nasionko. Jeżeli masz ochotę, to posadzisz sobie, na ten przykład, na parapecie – zakręciła się w poszukiwaniu.

  - O, jest! - Odwinęła z płóciennej szmatki zwyczajnie wyglądającą, podłużną, żółtawą drobinę. - A tu masz specjalny nawóz, który dostałam w komplecie. – Wyciągnęła do mnie rękę ze słoiczkiem, zawierającym jakąś brunatną ciecz.

  - Tylko musisz pamiętać, Gwen, żeby dozować po kropelce, nie więcej.

 

 *

 

  Budzę się ze snu. Naprzemienność. Biel – Czerń. Światło – Mrok. Nasycenie – Głód.

  Mrok – Tęsknota. Noc – Obietnica. Głód. Budzę się do snu.

 

 *

 

  Stopy grzęzną w piasku. Podrywam się do biegu. Po prawej stronie nitka horyzontu stapia się na granicy żywiołów. Morze, powietrze. Giną w poszarpanej zieleni chmur. Nadciąga wiatr, porywając drobne ziarenka i układając w kształty niewielkich zawirowań. Malachitowe, karłowate tornada. Podłoże staje się kamieniste. Potykam się, z mozołem wspinając po piargach ku seledynowym szczytom. Wierchy nagle nicują się do wewnątrz i przemieniają w sadzawki, mamiące z doliny kocimi oczami. Schodzę ku nim głębokim wąwozem, porośniętym świerkami o brunatno-zielonych igłach. Pod nogami chrzęszczą rozdeptywane ogórki. Skąd tu ogórki? Choć właściwie nic nie powinno mnie dziwić w tym śnie. Z jakiejś przyczyny zdaję sobie sprawę, że to sen.

 Nachylam się, podnoszę. To szyszki, świerkowe szyszki. Nie wiem, dlaczego oddycham z ulgą, tym bardziej, że kolejnym moim uczuciem jest niewytłumaczalna tęsknota…

 

  Wybudzam się z tym uczuciem. Wzrok mimowolnie kieruję w stronę parapetu, na którym z doniczki strzelają w górę świeże, zielone pędy. Sen rozwiał się i nie potrafię przypomnieć sobie żadnych szczegółów. Tak niechętnie wstaję dziś z łóżka, żeby rozpocząć nowy, nudny dzień.

 

 *

  O nasionku od Marysi przypomniałam sobie, gdzieś tak, po ośmiu miesiącach. W tym czasie miałam bowiem radosne urwanie głowy z przejmowaniem masy spadkowej po dosyć bliskim, ale praktycznie nieznanym mi, jedynym żyjącym krewnym. Ten, jakby wyczuwając moje kłopoty finansowe, uprzejmie kopnął w kalendarz, gdzieś w dalekiej Australii, zasilając przy okazji moje konto niebagatelną sumką. No, to byłam ustawiona. Teraz po załatwieniu wszelkich formalności, opłaceniu notariuszy i wszystkich innych przedstawicieli urzędów, w tym Urzędu Skarbowego, mogłam wreszcie spędzić resztę swojego żywota jako rentierka. Na razie nie potrafiłam wyskoczyć z dotychczasowych kolein przyzwyczajeń i nawyków. Jak zwykle, odpaliłam więc kompa z zamiarem wejścia na, odwiedzany, coraz częściej, portal randkowy.

 Jakaś nieuświadomiona myśl nie dawała mi jednak spokoju. Zupełnie automatycznie zaczęłam poszukiwać odpowiedniej doniczki. Odpowiedniej na co? Wyjęłam rzucone na dno szuflady zawiniątko. Naczynie wypełniłam ziemią kwiatową, a w zagłębienie wetknęłam otrzymane od Marysi nasionko. Wszystko to robiłam prawie bez udziału świadomości.

  - Teraz jeszcze tylko kropla nawozu.

 Upps, słoiczek wyśliznął mi się nagle i cała zawartość brunatnej brei wsiąkła w przygotowaną glebę.

  - I po zawodach – pomyślałam przekonana, że nawóz w tej obfitości zeżre posadzoną drobinę.

 Mimo to, postanowiłam poczekać na efekty. Kiedy się jednak pojawiły, były niesamowite.

 Już na drugi dzień, z samego rana, po dziwnym, męczącym śnie, z którego pamiętałam tylko zieloną, chyba oceaniczną, głębię, pierwsze swoje kroki skierowałam, bez udziału woli, ku doniczce ustawionej na parapecie okiennym.

 Poskręcane, zielone wąsy sterczały z łodyżki, strzelającej przynajmniej na trzydzieści centymetrów wzwyż.

 Niespecjalnie znam się na botanice, ale wydało mi się to co najmniej dziwne i niepokojące.

 Ciekawa dalszych fenomenów, obficie podlałam roślinkę wodą z plastykowej butelki po pepsi.

 

 *

 

  Znów biegnę. Z mglistym przekonaniem, że tym razem uciekam. Nie mam pojęcia przed kim, ani przed czym. Przekraczam w bród nefrytowy strumień. Zielonkawa szarość rozjaśnia się, gdy na niebo wypływa słońce. Rozwija żółte, kwietne płatki. Mam wrażenie, że to oko spoglądające na mnie z niebios.

  - Gwen, Gwen – wyraźnie słyszę dobiegający zewsząd głos.

 

  Weszło mi w nawyk, że po przebudzeniu sięgam wzrokiem w kierunku rośliny na parapecie.

 Coś nowego. Wśród bujnych pędów żółci się pojedynczy kwiat. Pnącze sięga już górnej ramy okna.

 Nie mam ochoty wstawać z łóżka. Jakiś impuls każe mi jednak podejść, zestawić doniczkę na podłogę. Do karnisza przyczepiam kilka sznurków z pociętej na kawałki linki do bielizny. Chwytne wąsy prawie natychmiast przylegają i owijają się wokół nich.

 Ta czynność wyczerpuje mnie niemal całkowicie. Wracam do łóżka, by po chwili zatonąć w niespokojnym półśnie.

 

  Siedzi na omszałym kamieniu, naprzeciwko mnie. Jego twarz i sylwetka nikną chwilami, przesłaniane zielonkawym mrokiem. Znajdujemy się na skraju leśnej polany. Stoję, obejmując osikę. Całym ciałem drżę wraz z nią. Serce niemal wyrywa mi się z piersi, które przenika słodki ból. Moje sutki twardnieją. Czuję wilgoć sięgającą uda.

  - Kim jesteś?

  - Gwen, Gwen, jeszcze za wcześnie. Przyjdę do ciebie, gdy nadejdzie pora. Jesteśmy sobie przeznaczeni – słyszę szept w odpowiedzi.

 Kurczowo chwytam się pnia.

 

  Kurczowo ściskam poduszkę. Znów te zielone sny. Zwykle pamiętam tylko nieuchwytne reminiscencje, kolory, emocje.

 Tym razem odczuwam podniecenie. Delikatnie… dotykam się. Wnikam palcami...

 Po wszystkim…, wcale nie jestem odprężona. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że coś jest ze mną nie w porządku. Nienaturalne zmęczenie, niechęć do jakiegokolwiek wysiłku, działania. Jakby moja wola zanikła lub została stłamszona, pozostawiając we mnie jedynie aktywność galarety.

 Jakaś depresja? Ale przecież nie ma powodów? Nawet samotność nie powinna mi doskwierać. Teraz, kiedy otworzyły się przede mną nowe możliwości? Jestem zamożna. Na dobrą sprawę mogę sobie, choćby, kupić faceta. Jakiegoś jurnego byczka, który będzie robił wszystko to, co mu rozkażę. W tym rzecz, że nawet nie mam ochoty na wirtualne, erotyczne pogaduszki. Wręcz otrząsam się ze wstrętem na uprawiany do niedawna seks przed kamerką. Akcesoria typu dilda i wibratory pokrywają się kurzem we wnętrzu specjalnej szuflady. A jednak wyraźnie czuję, że mój stan ma związek z jakąś seksualną obsesją.

 Spojrzałam na krzewiące się coraz bardziej pnącze. Dziwne, zakwitło pojedynczym kwiatem, który wyraźnie zaczyna się przekształcać w ogórka. Ale dlaczego odczuwam taki niepokój, kiedy tylko zwrócę nań swoją uwagę? Niewytłumaczalny niepokój, w którym coś jednocześnie odpycha mnie i przyciąga, a w podbrzuszu czuję pulsowanie i wilgoć.

 Próbuję zebrać się do kupy. Zastanawiam się, od jak dawna nie wychodzę z domu? W lodówce pustki. Fakt, że w ogóle nie mam apetytu. Zdaję sobie jednak sprawę, że jeść muszę, niechby i na siłę.

 Poszukałam w necie. Jest! Firma Merkury- zakupy spożywcze, wprost pod próg. Ustaliłam listę sprawunków, opłaciłam przelewem za dwa miesiące z góry. Tę kwestię mam więc z głowy. Po większej części urojony wysiłek spowodował jednak, że natychmiast zawlekłam się z powrotem do łóżka. Nie byłam w stanie odwrócić wzroku i po drodze zauważyłam, że kwiat już zniknął. Jego miejsce zajmował zielony owoc o fallicznym kształcie.

 

 *

 

  Głód – tęsknota – głód. Światło w ciemności.

  Gwen. Na imię ma Gwen.

  Przez Jej rozwarte uda wcisnę się, aby ponownie narodzić z nich dla tego świata. Przez Jej światło rozświetlę swój mrok. Zapłonę ognikiem Jej duszy.

  Będzie mi kochanką i matką. Strawą dla ciała i ducha.

  Gwen. Na imię ma Gwen.

 

 *

 

  I znowu, i znów. Równocześnie uciekam i gonię za oddalającą się sylwetką, pogmatwanymi ścieżkami wszechzieleni, w niepokojącej cykliczności powracającej drogi.

 Drapieżne pnącza sięgają odsłoniętych ramion, zakwitając na skórze parzącymi bąblami.

 Tym razem, zupełnie nieoczekiwanie, rozmyta cieniem postać materializuje się, nabiera ciała, zatrzymuje i odwraca. Zaniepokojona zwalniam. Z ociąganiem podchodzę bliżej.

 Nieznajomy o delikatnej, choć niewątpliwie męskiej, jakby nieco okrutnej twarzy.

 Jest coś rozpoznawalnego w skrzywieniu ust, uśmiechu, który pociąga i odpycha zarazem.

 W smagłej naturalną opalenizną cerze, podświetlonej zielonkawym, ciepłym światłem, opalizują szmaragdowe, kocie oczy, w których bez trudu odgaduję swoje przeznaczenie.

  - Już czas, Gwen, już czas - wyciąga ku mnie rękę. Ujmuje moją dłoń. Przez całe ciało przebiega dreszcz. Mimowolnie daję się prowadzić na malachitową plażę nad brzegiem lazurowego morza, które rozstępuje się wysokim, sięgającym pułapu zbitych obłoków, wąwozem. Schodzimy poza czas i przestrzeń, aby ułożyć się na posłaniu koralowej łąki...

  Jestem tu…

 Na dnie tropikalnego morza. W objęciach orlego gniazda, na skalistym szczycie. W szczelinie antarktycznego lodowca. Spoglądam w oblicze błękitnej planety z wnętrza księżycowego krateru.

  Jestem tu…

 Uwięziona w silnych, męskich ramionach.

 Spleceni w uścisku kotłujemy się przez chwilę po posłaniu. Jest teraz nade mną, uśmiechając się drapieżnie. Mimo niepokoju, czuję niepohamowaną żądzę.

  Nie ma czułości między nami. Niemal siłą rozchyla mi uda. Po wewnętrznej stronie czuję twardość, próbującą wniknąć we mnie. Bronię się.

 Chwyta mnie za ręce, kolanem ponownie rozwierając nogi. Przez chwilę odnoszę wrażenie, że jestem wiązana przez wijące się liany, oplatana przez szorstkie liście. Próbuję się wyrwać.

  - To na nic, Gwen, jesteś moim przeznaczeniem. Jesteśmy przeznaczeni sobie nawzajem – tchnie mi oddechem w twarz.

 Jednym mocnym uderzeniem wchodzi we mnie głęboko i boleśnie. Znów próbuję się wyswobodzić, ale moje ciało zdradza mnie haniebnie. Zaczynam pulsować w rytmie nadawanym przez jego brutalne pchnięcia. Umysł, wciąż zanurzony we śnie, wyrywa się jednak z tego szaleństwa.

 Przed sobą widzę kłąb splątanych łodyg i liści. W sobie czuję Jego. Raz za razem. Ciało reaguje na gwałt poddaniem i narastającym orgazmem. Zapadam w zielony mrok małej śmierci. Tracę przytomność…

 

 

 *

 

  Odzyskuję przytomność, powoli wybudzając się z głębokiego uśpienia. Leżę w przepoconej, skotłowanej pościeli. Ogarnia mnie ogromna ulga.

  - To sen, tylko sen. 

 Nie potrafię sobie przypomnieć szczegółów. I chyba jestem z tego powodu zadowolona. Moja pamięć odrzuca je nie bez powodu. I w tym momencie zaczynam odczuwać dyskomfort. W całym ciele. Czuję się jak zmaltretowany worek kości i ścięgien. Uchylam z wysiłkiem kołdrę. Na ramionach i piersiach mam siniaki. Wyraźne, granatowe, przechodzące w żółć odciski dłoni. Pieczenie w podbrzuszu i pulsujący ból niemal mnie rozrywa. Nachylam się z wysiłkiem. Obrzmiała, splamiona krwią płeć, obtarcia na udach. Zastygam, a moją głowę wypełnia kaskada obrazów. Niemal sparaliżowana strachem, z trudem spoglądam w kierunku pnącza, zajmującego całą ścianę i przesłaniającego okno. Światło dnia przesącza się zielonym powidokiem. Wzrok przyciąga obsceniczny, nabrzmiały owoc w kształcie członka, pokryty lśniącym śluzem i rdzawymi plamami krwi.

  W tej chwili pryska czar. Zaczynam zdawać sobie sprawę z nienormalności ostatnich dni. Choćby to było najbardziej nieprawdopodobne muszę przyjąć, że dostałam się pod władzę rośliny. Dosłownie, pierdolonego ogórka.

 Z trudem wytoczyłam się z pościeli.

  - O nie! Nie będzie mi tu jakaś kurewska, wegetująca flanca robić z mojego życia mizerii.

 Na drżących nogach i uginających się z wysiłku kolanach podeszłam do zielonego koszmaru.

 Zaczęłam rwać łodygi i liście, póki co, skrzętnie omijając obrzydliwego fallusa. W dłoniach czuję jakby silne uderzenia prądu.

  - Broni się skurwiel. Dobra, wiem jak załatwić kutasa.

 Zaczęłam rozglądać się za jakim narzędziem. Jest, duży nóż leżący na stercie brudnych naczyń w zlewozmywaku.

  - No, to teraz cię wykastrujemy bydlaku!

 Wzięłam zamach (…)

 

 (…) powstrzymał mnie dzwonek do drzwi.

 

  - A kogóż tam znowu diabli niosą!?

  Spoglądam przez wziernik. Na korytarzu stoi elegancki mężczyzna z bukietem róż.

  Odnoszę wrażenie, jakbym o czymś zapomniała. Wygładzam moją najlepszą sukienkę, którą włożyłam na to spotkanie.

 

  - Włożyłam? Kiedy?!

 

  Uśmiecham się w duchu – długo nie będzie potrzebna. Uchylam drzwi. Nieznajomy wyciąga w moją stronę kwiaty.

  - Jerzy – przedstawia się. - Byliśmy umówieni.- Jurek Ogórek z portalu – dodaje na widok mojej zdziwionej miny.

  Przez chwilę czuję zamęt. Coś jest nie tak…, coś jest nie tak...

 

  Nagle wszystko znów stało się jasne. W nieco zielonkawym odcieniu.

 

 Tylko jak mogłam zapomnieć? Przecież zdecydowałam się na to spotkanie. Odbieram bukiet, wręczając w zamian wiecheć łodyg i zielonych liści.

  - To dla mnie? – Jerzy uprzejmie wyciąga rękę po nieoczekiwanego fanta.

  - Bardzo przepraszam – sumituję się.- Postanowiłam właśnie pozbyć się pewnego zielska.

  - Z przyjemnością pomogę.

  We dwójkę bardzo szybko uporaliśmy się z nadmiernie rozrosłym chaszczem, pakując poszatkowaną zieleninę do plastykowego worka na śmieci.

  Siedzimy przy nakrytym stole, delektując się dobrym winem.

  - Może zaczniemy od deseru – uśmiecha się Jerzy.

 Doskonały pomysł. W drodze do łóżka zrywamy z siebie ubrania.

 Więzi mnie w swoich silnych, męskich ramionach.

 Spleceni w uścisku kotłujemy się przez chwilę po posłaniu. Jest teraz nade mną, uśmiechając się drapieżnie. Mimo niepokoju czuję niepohamowaną żądzę.

  Nie ma czułości między nami. Niemal siłą rozchyla mi uda. Po wewnętrznej stronie czuję twardość, próbującą wniknąć we mnie. Bronię się przez chwilę.

 Chwyta mnie za ręce, kolanem ponownie rozwierając nogi. W pewnym momencie odnoszę wrażenie, że jestem wiązana przez wijące się liany, oplatana przez szorstkie liście. Próbuję się wyrwać.

  - To na nic, Gwen, jesteś moim przeznaczeniem. Jesteśmy przeznaczeni sobie nawzajem – tchnie mi oddechem w twarz.

 Jednym mocnym uderzeniem wchodzi we mnie głęboko i boleśnie.

 Moje myśli zachodzą turkusową mgłą. Zielona chwila, mila za milą, rozciąga się na wieczność. Płonę. Spalam się w szafirowych płomieniach. Nie miałam pojęcia, że piekło ma kolor zielony.

 

 *

 

  Rozglądam się wokół. Ten świat obecnie należy do mnie.

  - Gwen, och Gwen, jesteś teraz moją częścią. Twoja pamięć jest moją pamięcią.

 Podszedłem do posłania, na którym pozostała garstka popiołu. Na dobrą sprawę mogłem rozróżnić pojedyncze kosteczki. Ujmując ostrożnie prześcieradło, wsypałem prochy do puszki po kawie Jacobs. Urna jak się patrzy. Postawię ją sobie na półce. Może zbiorę całą kolekcję?

 Czuję głód.

  Rozciągam zmysły w przestrzeń. Wszędzie delikatne pulsowanie życiowej energii.

 Ale bałagan. Muszę trochę posprzątać ten bajzel, jaki po sobie zostawiła. Podszedłem do biurka i odpaliłem kompa. Zalogowałem się na portalu randkowym.

 

  Jerzy szuka Smoczycy.

  To ja, Jurek Ogórek.

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Alchemik
Kategoria: proza_poetycka
Opis: Może delikatny, oniryczny horror? Może żart z siebie samego, a przede wszystkim z tych licznych, szukających drugich polówek na internetowych portalach randkowych. Nawet nie mam pojęcia do jakiej kategorii przypisać. Myślę, że to jednak proza poetycka.
Dodano: 2020-07-17 02:42:36
Komentarze.
~oko 18 d.
sen, jaki może zaboleć. albo zakwitnąć mrocznym orgazmem. znakomity. skoro tak potrafisz na jawie, co dzieje się w prawdziwych snach?
Odpowiedz
~Alchemik 18 d.
Oko!
Nie tłumaczę snów.
Jakby co, to piszę wiersze.
Oczywiście, nauka przy pisaniu poezji, a ja wciąż się uczę, ułatwia pisanie prozy, bo kwestię stylu ma się z głowy.
Zostaje jedynie wyobraźnia i jej przenoszenie na papier.
Bardzo dziękuję, oko.
Bardzo dziękuję za docenienie tekstu.

Jerzy
Odpowiedz
~oko 18 d.
Alchemik
sądzisz, że proza nie wymaga stylu? tylko poezja jest taka wymagająca? nie piszę wierszy, to mnie przerasta. w kilku słowach zmieścić myśli i uczucia. mi zabiera to kilka stron - o poważniejszych czuciach i uczuciach nawet nie myślę.
opowiadanie brzmiało jak sen, jak obrazek wyniesiony z nocy. a skoro wyobraźnia podrzuca takie widoki w czasie świadomym, ciekawe, co dzieje się poniżej - w podświadomości. tam dopiero żerują zielone tygrysy i inne jeszcze nie stworzone formy życia.
Odpowiedz
~Alchemik 18 d.
Może źle mnie zrozumiałeś, oko.
Proza jest najbardziej wymagającym stylu gatunkiem literackim.
Chciałem tylko powiedzieć, że uczyłem się stylu w wymagających wierszach, co ułatwiło mi przejście do prozy bez specjalnych perturbacji. A poza tym, ja bardzo dużo czytam. Od dziecka. Czytam i zwracam uwagę nie tylko na treść, ale i sposób zapisu.
Nauczył mnie tego dawno temu mój ojciec.
Odpowiedz
~oko 17 d.
Alchemik
rozumiem. ja świadomie się nie uczyłem. ale czytałem ile wlezie i zastanawiałem się, co sprawia, że jedne książki czytają się same, a inne męczą. odpowiedzią był rytm. tekst musi płynąć, nie może być w nim krawężników, o które umysł się potyka, bo wtedy zamiast przyjemności z czytania ma się drogę przez mękę. powstało tak wiele książek, że nie da się przeczytać wszystkiego. więc takie kanciaste omijać trzeba i już.
Odpowiedz
~Aja 17 d.
Nie wiem czy proza poetycka, ale czyta się świetnie. Lubię oniryzm - niesie możliwości, choć tu w wydaniu koszmarku.
Dobre opowiadanie na dobry dzień.

Odpowiedz
*Canulas 17 d.
z dużym wykopem
Noo, pełnokrwista opowieść. Samo opowadanie dość oryginalne. Od strony technicznej: zastanawia mnie tylko czemu dwukrotnie przeszedłeś do czasu przeszłego. Za pierwszym razem, kiedy niszczyła roślinę, pomyślałem, ok. Pewnie jest to moment dla tekstu najważniejszy i wszystko prowadziło dotąd, stąd taki zabieg. Później jednak powóciłeś do zapisu w czasie teraźniejszym, by podczas dialogu nagle kawałeczek znów uciec.

" Tylko jak mogłam zapomnieć? Przecież zdecydowałam się na to spotkanie. Odbieram bukiet, wręczając w zamian wiecheć łodyg i zielonych liści.

- To dla mnie? – Jerzy uprzejmie wyciąga rękę po nieoczekiwanego fanta.

- Bardzo przepraszam – sumituję się.- Postanowiłam właśnie pozbyć się pewnego zielska.

- Z przyjemnością pomogę.

We dwójkę bardzo szybko uporaliśmy się z nadmiernie rozrosłym chaszczem, pakując poszatkowaną zieleninę do plastykowego worka na śmieci.

Siedzimy przy nakrytym stole, delektując się dobrym winem.

- Może zaczniemy od deseru – uśmiecha się Jerzy."

Jest: wyciaga, sumituję. Potem nagle UPORALIŚMY i znów powrót do: siedzimy, uśmiecha.


Zastanawiam się czy to niedopatrzenie, czy jakiś świadomy zabieg. którego esencji nie potrafię uchwycić. W każdym razie, abstrahując już od tych detali, opko świetne, żywe i co najwazniejsze: O czymś.

Pozdrówka.

Odpowiedz
~Alchemik 17 d.
Ta zmiana czasu, faktycznie, może powodować pewną konfuzję.
Rzecz w tym, że to również zmiana rzeczywistości.
Nieciągłość postrzegania.
Nie zaznaczyłem, że ostatnie sceny, które są wchłonięciem Gwen przez dobijającego się wcześniej z podświadomości Ogórka, są snem. Jednocześnie jednak porwałem czas i rzeczywistość, tak jak to bywa we śnie, kiedy to niekonsekwencje nie budzą wątpliwości. Zwykle, dopiero po przebudzeniu, jeżeli uda nam się sen zapamiętać, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że pewne scenariusze są niemożliwe przez nieprzystawalność czasów i miejsc.
Oniryzm tego opowiadanie nie wynika tylko z opisów snów, jakie miała Gwen, ale głównie z tego, właśnie, że w pewnym momencie rzeczywistość się rwie, nakazując czytelnikowi mieć wątpliwości. Ale też dając szansę na różnorodność interpretacji.
Bo przecież zapamiętane sny są niczym innym, jak uchylonym okienkiem do naszej podświadomości.
Samo opowiadanie, jak zauważyliście, jest mocno freudowskie.
Odpowiedz
~Alchemik 17 d.
Symbolika aż do przesady freudowska, gdzie to każde cygaro, ogórek, lub banan opisuje fallusa. Bowiem w pewnym sensie drwię sobie z psychoanalizy Zygmunta.
Jak dobrze się wczytać, to opowiadanie, mimo koszmarów i horroru, jest żartobliwe.
Odpowiedz
*Canulas 17 d.
Alchemik dziękuję za wyczerpujące wyjaśnienia. Faktycznie, spogladajac przez pryzmat sennego rozgardiaszu dysonans maleje.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin