Moma sedi na czerdak deszcz

Syn Miki

 TW#16 Syn Miki

 Postać: popychadło

 Zdarzenie: polowanie na wielkiego jeża

 Gatunek: yyyyy…. Khe khe… coś mi do gardła wpadło. Horroł czy co?

 

 Mikuś, syn Miki.

 

 Co było kiedyś? Jak przez mgłę pamiętam, właściwie nie pamiętam, bardziej z tamtych czasów utkwiły mi w głowie konie i krowy.

 

 Potem był Dacek. Pewnego dnia wstaliśmy i Tata powiedział, że mamy psa. Był straszny, zły (pies, nie Tata). Trafił do nas już jako dorosły. Wszyscy się go bali. Czarny, z kręconymi kudłami i zielonymi, wściekle jarzącymi się oczami. Na początku patrzyliśmy na niego z daleka, zasłonięci przez klatki, z przerażeniem i fascynacją w oczach. Nawet Tata się bał. Nie bałam się tylko ja. Oswoiłam i byłam jedyną osobą, która go głaskała i jedyną, której na to pozwalał. Było to o tyle dziwne, że ja zawsze byłam straszną pierdołą. Takie popychadło. Młodsza siostra spuszczała mi regularnie manto. A Dacka oswoiłam, jak i wiele innych nieufnych zwierzątek później. W sumie talent do oswajania został mi do dziś. I zwierząt i czasem ludzi. Dacek biegał na złożonym systemie stalowych linek, skonstruowanym przez mojego Tatę. Zawieszone to było trzy metry nad ziemią i pozwalało na swobodne poruszanie się w obrębie określonej przestrzeni.

 

 Dacek został otruty. Komuś się nie podobało, że nie pozwoli wejść nikomu.

 

 Na Mikusia czekaliśmy. U sąsiadów były szczeniaki, wybraliśmy go już na samym początku i czekaliśmy, aż będzie na tyle duży, żeby mógł zostać bez mamy. Nie mogliśmy się doczekać. Od początku było widać, że to nie jest zwykły pies. To był pies z charakterem. Zły jak cholera już jako mały szczeniak, ale nie głupio zły, tylko z jakimś takim planem. Osoby, które znalazły się na naszym terenie, miały niezły problem. Jeśli kogoś nienawidził, to z całego serca, bez kompromisów. Umiał szanować, jak nie potrafią ludzie. Gdy dopadł kota, to tylko jedno szarpnięcie, nie miały z nim żadnych szans. Do czasu. Od dziadków przywieźliśmy kota, nazwaliśmy go Lolek. Był cały biały, miał tylko jedno ucho szare i odrobinę na plecach, jeszcze był kociakiem - takim trochę podrośniętym. Mikuś dopadł go przy schodkach. Lolek, zaklinowany w narożniku nie miał wyjścia: walczył o życie. O dziwo zdarł cały pysk przeciwnika. A Mikuś? Nabrał do niego szacunku. To był pierwszy kot, którego nie zabił. Na początku to była ostrożna przyjaźń, później spali obaj na schodkach, trochę przytuleni. Lolek wywalczył niepisaną zasadę, której Mikuś przestrzegał potem przez całe osiemnaście lat swojego życia: wszystkie koty to zło, wymagające natychmiastowej likwidacji, ale domowe są ok. Zwykle to były po prostu poprawne relacje, ale zdarzały się i miłości. Były kiedyś dwa kotki, dwaj bracia: Sloot i Mruk. No i Mruk pokochał Mikusia dziecięcą jakąś, ufną miłością. A Mikuś jego. Jak to wyglądało? Mruk jadł z jego miski, spał w budzie. Największa przyjemność? Lazł do niego, Mikuś brał go do paszczy tak, że z jednej strony wisiały przednie łapki i głowa a z drugiej tylne i ogon, trzymał za brzuszek i nosił ostrożnie a kotek mruczał jak szalony. Śmiesznie to wyglądało, bo Mruk był sporym pręgowanym kocurem, ale paszcza Mikusia dawała radę.

 

 Mikuś, syn Miki.

 

 To był pies z zasadami. Miał swoje własne. Jakie? Mógł kogoś lubić i się z nim przyjaźnić, ale jeśli ktoś zrobił krok na nasz teren, kończył z Mikusiem opartym na ramionach i warczącym mu w twarz aż do przyjścia Taty, który uwalniał nieszczęśnika. Codziennie nad ranem chodził z naszą sąsiadką, odprowadzał ją do szosy, gdy wynosiła bańki z mlekiem. Ale gdy przeszła za furtkę, już było inaczej. Odprowadzał moją siostrę na autobus trzy i pół kilometra, kładł się pod ławką na przystanku i czekał, aż pojedzie. Potem grzecznie wracał do domu. Zdarzały mu się różne przygody. Ktoś go próbował zastrzelić, ale miał twardy łeb, wylizał się, chociaż mało brakowało, bo już go coś jadło żywcem.

 

 Czasem, kiedy jechaliśmy w pole, zabieraliśmy go ze sobą. Wtedy był w siódmym niebie. Często jednak zostawał w domu. Obrażał się o to straszliwie. Po fochu po prostu ściągał obrożę i przyczłapiony biegł za nami, szorując brzuchem po ziemi. Jeśli Tata się zlitował i powiedział: no chodź, wtedy biegł już normalnie i czasem skakał na przyczepę.

 

 Kiedyś tak za nami pobiegł. Kopaliśmy wtedy buraki. Patrzył uważnie, co robimy. Po chwili podszedł do buraka, wziął go w pysk i położył na samym czubku kupki, na jaką je składaliśmy. W dzieciństwie jeszcze (naszym, jego już nie) robiliśmy bałwana. Strasznie chciał nam pomóc i drapał łapami, przez co go uszkadzał. Nakrzyczeliśmy na niego, odpędzili. Obraził się, odwrócił tyłkiem do bałwana i nas. Bałwanek został radośnie ukończony. Rano po bałwanie została tylko ubita kupka śniegu. Jak nie mógł się z nami bawić, to bałwanka nie będzie. Stał dumnie przy swoim dziele i czekał na nas i naszą reakcję.

 

 Kiedy chłopaki przychodzili nam malować okna na środopoście, to mój Brat – zdrajca trzymał psa, żeby szkodniki mogły dokonać aktu tradycyjnego zniszczenia. Na lany poniedziałek byłyśmy pierwsze do lania, więc koło czwartej rano zamykał Mikusia, żeby mogli nas bezkarnie utopić, i jeszcze trochę niemrawo (bo niewyspani), pójść dalej i rozkręcać się u dziewczyn mieszkających dalej. Mikuś zrobiłby z nich sieczkę.

 

 Którejś nocy, późnym latem, było niespokojnie. Słyszeliśmy, że coś się dzieje. Rano Tata nas zawołał, żeby coś nam pokazać. To było dziwne. Stożek jak wulkan na sadzie, taka jakby wieża otoczona fosą. Co to? Potem pokazał to, co było dalej. Wielki jeż. Martwy. Aż do śmierci i po niej zwinięty jak trzeba. Tylko że Mikuś mądry był. Okopał go tak, że się w końcu stoczył. Pysk dumnego łowczego goił się nie wiem ile, pewnie z tydzień. Nie wiem, czy gdzieś dziabnął w końcu, czy jeż zszedł na zawał. W każdym razie nie żył – biedny. Mikuś jak zwykle dumny i nie wiem, czy blady, bo popielata sierść nie pozwalała zobaczyć.

 

 W papierach miał wpisane przez weterynarza: rasa – polski owczarek nizinny. Ale umówmy się: taki on był polski owczarek nizinny, jak ja baletnica. Był zwykłym (niezwykłym) kundlem.

 

 Został uśpiony jako pełnoletni. Nie miał już siły wejść do budy.

 

 Dlaczego był taki wyjątkowy? Nie wiem. Sam z siebie taki był, ale pewnie też dlatego, że razem dorastaliśmy. Nigdy żadne zwierzę nie miało tyle naszego czasu i uwagi co on. Nie miało więc tylu ludzkich, naszych cech.

 

 Mikuś, syn Miki.

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~JamCi
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 4

Opis:

dla Alki do poczytania

Dodano: 2020-07-18 09:48:19
Komentarze.
~alka666 2 m.
Pomnik dla Milusia! Wspaniały pies. Lubię charakterze zwierzęta.

Odpowiedz
~alka666 2 m.
Charakterne zwierzęta.
Odpowiedz
~JamCi 2 m.
alka666 no taki był
Odpowiedz
!sensol 2 m.
wzruszyłem się. cudna historia. jak byłem mały strasznie chciałem mieć psa. przyjaciela psa. dopiero w czasach dorosłości marzenie się spełniło. cudne opko
Odpowiedz
~JamCi 2 m.
sensol ja miałam psy, koty, króliki, konie, krowy, świnie Gołebie i sowy w gólębniku. Byłam dzieckiem pracujacym. A i tak Mikuś był wyjątkowy. Potem Znajdek jeszcze.
Odpowiedz
+berkas 2 m.
Pojawia się i znika, to i ja przeczytam, zostaw jeszcze na kilka minut.
Odpowiedz
+berkas 2 m.
z wykopem
Piękna opowieść.
Odpowiedz
~JamCi 2 m.
berkas stary tekścik, czytałeś na bank.
Odpowiedz
^Halmar 2 m.
Ja skomentowałam wersję skasowaną 😠
Odpowiedz
~JamCi 2 m.
Halmar a ja pamiętam i cenię komentarz :-) nie zapomniałam :-)

Odpowiedz
~oko 2 m.
TW 16? tak szybko? czy to jakaś historyczna numeracja?
Nosisz w pamięci kilka psów i masz co o nich opowiadać. pewnie wystarczyłoby na więcej niż jedno opowiadanie. a ten bieżący? nie zasłużył jeszcze?
Odpowiedz
~JamCi 2 m.
oko dawno dawno temu. Drugi mój TW.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin