Przekąska Przetwory

Ho, ho - rekrutacja

 Zmęczony pytaniami o liczbę fakultetów, języków mi nieobcych, nieoczekiwanych talentów i umiejętności występujących rzadziej niż powierzchniowe złoża platyny, postanowiłem zmienić lokalizację i opuścić aglomerację. Nie, żeby od razu w Bieszczady, ale gdzieś, gdzie meandrujący, szczuplutki asfalt wstydzi się odrobinę własnej obecności i z tej zgryzoty kruszeje bezpotomnie. Gdzieś, gdzie domki przycupnęły w pobliżu szosy tak dawno, że jak im kazać powspominać, to aż na zadzie przysiądą, a dachy porosną mszanymi muldami. Chałupy, dla których eternit jest nowoczesnością nieosiągalną. Można powiedzieć, że szukałem miejsca, gdzie historia zatrzymała się zaraz po wojnie i to nie wiadomo dokładnie po której, i tak się jej spodobało, że zaniechała. Ani kroku naprzód zrobić nie chce, jakby wiedziała, że stan międzywojenny pozwoli jej leniuchować, zamiast z mozołem piać dumne pieśni i na krwawych sztandarach nosić martwe ideały i kolejne stracone nadzieje.

 

 Pojechałem. Czemu nie? Na rowerze, żeby sensacji nie wzbudzać czymś, co silnik ma, a w pole nie wjedzie. Trochę się uchetałem, bo kto to widział, żeby dorosły facet wyhodowany w klimatyzowanym centrum podtrzymywania funkcji życiowych wybierał się na Tour de Pologne i to bez wozu wsparcia, mobilnego gabinetu odnowy biologicznej, konfesjonału i wyszynku z obsługą. Dobrze chociaż, że spakowałem papierowe pieniądze, chociaż przyglądałem się im z lekkim niedowierzaniem, że tak wciąż jeszcze można płacić.

 

 Zegar słoneczny chyba spieszył, bo zanim miasto przestało podgryzać widokiem moje pośladki już zamierzało skakać na łeb na szyję i zabić się o widnokrąg, a ja na tej kostropatej ścieżynce pośrodku niczego smażyłem się i to beztłuszczowo. Patelnia pełna skwarków – kurz, kamienie i martwe owady. Poza tym pustka, jeśli można tak nazwać kolczaste chwasty porastające rowy i pobocza. Przyroda pchała się na szosę bezwstydnie i nitka asfaltu zdawała się kurczyć ze strachu. Podniosłem łeb z niejakim wysiłkiem i faktycznie – im bliżej horyzontu, tym węższa droga – ciekawe, czy rower przejdzie, bo kierownicę ma pełnowymiarową, a nie jakąś japońską miniaturkę. Chociaż rzadko musiałem używać wzroku do poszukiwania towarzystwa tym razem przydał się. Tam, gdzie droga robiła się niebezpiecznie wąska i nawet koloru utrzymać nie potrafiła, widać było wioskę opartą o ścianę lasu. Albo przypiętą doń, niczym magnes na drzwiach lodówki.

 

 Dalej nie dojadę na pewno. Próbowałem negocjować z nogami drugi bieg, czy jak nazwać kolarskie przejście od stępa do kłusa, ale nogi słuch straciły z chwilą skazania ich na mielenie w kółko drobnego ruchu z oporem nie dającym się elektronicznie wyregulować. Barbarzyńska, analogowa siłownia okradała mi płuca z powietrza, a krew w ramach ucieczki z nóg do głowy mi uderzyła i tylko patrzeć inwazji wizji i omamów. Głośno wolę nie powtarzać inwokacji, bo sam siebie nie podejrzewałem o tak bogate słownictwo. Dość powiedzieć, że musiał się ktoś zlitować nade mną, bo droga znów stała się wystarczająco szeroka dla roweru, a wioska litościwie rosła w oczach i w naturze. Wreszcie przednie koło roweru zawadziło o kamień sterczący na poboczu i zaparkowałem bez wdzięku pod kościelnym płotem, jak ostatni żebrak.

 

 Ksiądz wyszedł – chyba sprawdzić, czy mu płotu nie przewróciłem, a ja wykorzystałem okazję i zasięgnąłem języka. O headhunterów tutejszych zapytałem, a on zaśmiał się wieloznacznie i brodą wskazał na knajpę wyzywająco stojącą po drugiej stronie drogi, jakby zamierzała z kościołem grać w tenisa ziemnego. Zostawiłem rower pod ochroną dwóch bezpańskich najwyraźniej kur i poszedłem. Na razie incognito – że niby turysta; piwa się napić, a może przekąsić ludowe specjały – taki zwiad gastronomiczny. Legendę miałem, pępek dumnie wypiąłem dla zwiększenia wiarygodności i wszedłem. W środku panowało… Powiedzmy, że klimatyzacja nie była tutaj znana, a tlen najwyraźniej uznawano za szkodliwy, więc wypierany był bez litości za pomocą machorki i uzewnętrzania procesów wewnątrzjelitowych. Tłok sprawiał, że moje pępkowe wypięcie stało się nadmiarowe, więc wessałem go w siebie i przedarłem do baru. Barman postawił przede mną kufel nie zaszczycając mnie wzrokiem, tylko ręką machnął w kierunku jednego ze stołów.

 

 Obejrzałem się. Towarzystwo niczym specjalnym nie różniło się od siedzącego przy innych stolikach, jednak tu było mniej liczne. Ilościowo mniej liczne, bo wagą zapewniali zwycięstwo bez konieczności używania instrumentów pomiarowych. Mój pępek ze wstydu chciał się zapaść pod ziemię, ale poczłapałem posłusznie, żeby nogom dać wytchnienie. Incognito mi się zmarnowało, bo za całe menu o tej porze robiła wódka i piwo, z opcją zakąski w postaci papierosów bez filtra i banderoli, której konieczność zuchwale podważała cyrylica w oczywistej czerwieni. Biesiadnicy posunęli się bez wyraźnej niechęci, co mnie odrobinę podniosło na duchu.

 

 - Pracy nie szuka? He?- zapytał mały Budda.

 

 - A szuka! Gdyby jakaś się trafiła – przechyliłem kufel, bo mi własna odwaga usta wysuszyła. CV wyjmować, kiedy blat parował rozlanym alkoholem, czy poczekać, aż łowcy poproszą? Przechyliłem kufel raz jeszcze odwlekając nieuchronne.

 

 - A maczetą robić umie? Hu? – zapytał Budda o większym stażu.

 

 - Nie umie, ale się nauczy.

 

 Budda, który był wodzem stolikowych Buddów przeciągnął łaskawym wzrokiem po knajpie.

 

 - Niech przyjdzie o czwartej rano, to pójdziemy karczować. Razem

 z połową wioski, to nie zabłądzi. Ha?

 

Liczba ocen: 2
68%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~oko
Kategoria: obyczajowe

Liczba wejść: 20

Opis:

po długim dłubaniu w zębach postanowiłem uczynić ów twór obyczajowym, choć zapewniam, że nie jestem przekonany i łatwo dam się podprowadzić w kierunku "inne"...

Dodano: 2020-07-18 14:00:27
Komentarze.
z wykopem
Bardzo zgrabnie i lekko operujesz słowem, a do tego jeszcze masz dobre poczucie humoru, które potrafisz sprzedać w nienachalny sposób.
Wygląda to na początek większego opka i po takim wstępie można się wciągnąć.

Odpowiedz
~oko 4 m.
Maurycy
często piszę tak, żeby zostawić furtkę na ciąg dalszy. ale nie piszę ich - zostawiam miejsce dla czytających na własne pomysły.
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
z wykopem
Aż się prosi o kontynuację, za dużo obiecuje Fajna narracja, widać, że rozpisana ręka.
Odpowiedz
~oko 4 m.
Ritha
gdybym kończył wszystko, co niedomknięte, to teraz pisałbym kilkadziesiąt, albo i więcej opowiadań naraz. niech zostaną takie niedokończone rozwiązaniem. żyli długo i szczęśliwie? coraz trudniej w to wierzyć. ponoć romantyzm, to choroba młodości
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
oko no chyba, że tak
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin