Ludożerca Siła woli

Wspinaczka

 Testosteron śmierdział octem, zupełnie jak w męskiej szatni pełnej spoconych, zuchwałych niedorosłości, umęczonych nieustannym wzwodem i myślami podążającymi tylko jednym tropem i jednego aromatu szukające – zapachu samicy. Ostry, drapiący smród ogólnej sypialni w schronisku turystycznym, na sali wypełnionej śpiącym narybkiem przyszłych alpinistów był jeszcze intensywniejszy i kłębił się chmurą tak jadowitą, że samą sobą gotowa była zapłodnić jajo na tyle nierozsądne, żeby się zbliżyć do owego pomieszczenia. Na szczęście dla jaj, najbliższe było odległe o jakieś sześć kilometrów, w wiosce u podnóża gór i spało beztrosko, nieświadome zbiorowego snu dwudziestu wyprężonych ciał nastawionych nawet w sennej nieświadomości na prokreację. Ławice plemników potykały się o siebie, bezszelestnie i daremnie krążąc w poszukiwaniu Sezamu.

 

 Pożądanie nie cofnie się przed żadnym słowem, które pozwoli mu rozkwitnąć spełnieniem. Obieca wszystko i każdą niegodziwość popełni kryjąc się pod płaszczykiem słów nieskończonych i wielkich. Miłość? Proszę bardzo! I chociaż trudno podejrzewać nastoletnie życiorysy o wyrachowanie i cynizm, to jednak w spełnieniu wyszepczą żarliwe słowa, wierząc w nie najszczerzej, przez czas wystarczający na uwolnienie się od nadmiaru nasienia i nieświadomi wagi słów unosić je będą dalej i dalej, powielając sztafetę przetrwania, jakby życiowym powołaniem była. Kto wie, czy faktycznie nie jest…

 

 Delikatne staccato skrywanych w mroku westchnień, powielanych kolejno przez wypełniające się gorącym, świeżuteńkim materiałem genetycznym śpiwory, podniosło się z karimat i splotło w warkocz żądzy, żeby powołać do życia Wspólny Byt – poszukiwacza i zdobywcy. Senne szepty, nadzieje i błagania, dłonie poszukujące, chwytające powietrze i w desperacji szukające spełnienia w autoerotycznym akcie, ukształtowały kwaśną mgłę nad podłogą w niematerialne Ciało Stałe o płonących oczach i ustach zaciśniętych z bólu niespełnienia, kiedy wzwód malował kształt kobiety nieobecnej, a tak bardzo potrzebnej.

 

 Gdzieś przy budynkach gospodarczych zawył pies, jakby wystraszył się Zjawy Pryszczatej, która niewiele sobie robiąc z drewnianych bali wypłynęła z sypialni najkrótszą drogą na zewnątrz i snuła się po śniegu nie czując zimna, ani skrępowania własną nagością, która przecież gotowość miała zwiastować wiekuistą i na pierwszy zew, na najdrobniejsze zaproszenie, aluzję, niechby tylko sugestię kobiecości, chętna zapłonąć w dzikości spragnionej tak bardzo, że od samych słów zdolna eksplodować.

 

 Nie pomogła całodniowa wspinaczka skałkowa pod okiem bezdusznego instruktora, nie pomógł chłód wody w ogólnej umywalni, ani suta kolacja i dyskretnie przemycony do sypialni alkohol. Zbiorowy Byt w dwudziestu intymnościach generował jedną ikonę, jedno zapotrzebowanie i myśl tak często powielaną, że tężejącą w kicz – delikatna kobieca nagość połączona z przyzwoleniem na fantazje, których wypowiedzenie bez rumieńca wymaga wulgarności skrytej w nastoletniej monokulturze, gdyż w każdych innych warunkach, staje się zbyt trudną do wysłowienia i kończy się chrapliwym oddechem, przyspieszonym pulsem i mokrą bielizną.

 

 A teraz Zbiorowe Błaganie uplecione księżycową nocą wędruje boso, turystycznym szlakiem w kierunku stacji kolejowej i węszy jakby spodziewało się na leśnej drodze napotkać rusałki tańczące wokół ukrytego zdroju, choć przecież każdy wie, że rusałki tańczą nie po to, by stać się spełnieniem młodzieńczych snów. Nie takim spełnieniem. Zjawa szła sennie, ciszej od leśnych zwierząt, wystarczająco szybko, żeby zdążyć dojść do wsi, nim brzask pomaluje kolorami schronisko i rozplecie Zbiorowy Byt na byty małe, sterczące i skrępowane własną sztywnością, gdy zęby myć przyjdzie w umywalni. Na byty niespełnione, które kolejny dzień spędzą drąc dłonie na linach i ostrym granicie skał, zanim ukoją ból utulone w cieple miękkiej moszny, pod pobłażliwymi powiekami następnej nocy.

 

 Zjawa stanęła w końcu na torach i jakiś pociąg wracający z chaosu gór w nizinną monotonię objął ją światłem i stalą. Niematerialność ma tę zaletę, że pozwala swobodnie przepłynąć przez wnętrza wagonów bez uszczerbku dla zmysłów. Rozglądała się rozpaczliwie, gdyż mało czasu dane jej było, żeby pośród podróżnych odnaleźć obiekt chłopięcych westchnień. Bezskutecznie. Pociąg wił się już niczym zaskroniec, wgryzając się pomiędzy stoki, przeskakując po żelaznych mostach górskie strumienie i doliny zbyt głębokie, by się w nie zanurzać. Światła przedziałów wciąż jeszcze dotykały sosen na stokach, lecz po chwili utonęły one znów w niebycie nocy, a cisza wróciła lotem nietoperza kołując niespiesznie nad okolicą.

 

 Stacja kolejowa, jak można było domniemywać, stała opuszczona, brudna i niegościnna. Jedynie dróżnik wiódł swoje nocne życie puste od emocji, powtarzalne i rutynowe. Niestety – i on płcią pożądaną nie został namaszczony, a podobne Bytowi marzenia nosił w głowie, choć już lekko przykurzone. Gdyby wiedział, być może dołożyłby własne westchnienie do Zbiorowej Świadomości już wędrującej boso z wyprężonym członkiem w stronę wsi. Szła tak cicho, że najczujniejszy z wiejskich burków oka nie otworzył i nie zaraził wsi jazgotem powtarzanym stadnie, choć bezrozumnie.

 

 Na skraju wioski, niczym zaproszenie lub wyzwanie stał dom sołtysa. W małżeńskim łożu gospodarz z rozanieloną twarzą pilnujący kolanem sołtysiny śpiącej w długiej, białej sukni nocnej, leżącej z bezwstydnie wypiętą pupą rzucającą wyzywanie sufitowi. Zjawa, choć to niepojęte, zlekceważyła widzenie, a jęk poszedł po splotach wygłodniałych świadomości jednostkowych. Na sztywnych z niespełnienia nogach Zbiorowy Byt minął małżeńską sypialnię, przedarł się przez sąsiedni pokój regularnie skrapiany nasieniem potomka sołtysowego i błogosławionego szeptem bliskim wszystkim szeptom przyniesionym przez Zjawę, aż doszedł do kolejnego pomieszczenia, w którym aromat testosteronu był zupełnie nieznaną wonią. Byt wciągnął głośno powietrze i przestrzeń zadrżała echem każdej komórki z której został powołany do życia.

 

 Na wąskim, panieńskim łóżku spał sen przyszłych alpinistów. Zdrowa cera kilkanaście lat dopiero pielęgnowana świeżym, górskim powietrzem beztrosko wykopała się z niewoli ciężkiej pierzyny i oddawała księżycowi poblask nagiej skóry, ledwie okrytej przeźroczystą delikatnością gładkiej halki. Twarz zatopiona w wielkiej poduszce była odprężona, jednak gałki oczne za zamkniętymi powiekami wydawały się przyglądać bezczelnie Zjawie, taksując z ciekawością jakie wrażenie na przybyszu zrobiła jej nagość dziewicza. Trudno powiedzieć, że bezinteresownie poddała się obserwacji – przecież w zamian weryfikowała własne podejrzenia związane z odmiennością płciową nieoczekiwanego gościa.

 

 W stadzie głodnych wilków, przed które rzuci się krwawy ochłap łosia nie usłyszy się takiego jęku, wycia, szarpaniny i niepokoju. Może - gdyby ktoś wrzucił gniazdo szerszeni w klasę pełną wyrostków. Zjawa aż pulsowała od wszystkich świadomości tworzących Gabaryt. Zakipiało od eksplozji, wielokrotność gorączki spływała na uda dziewczęcia, na jej brzuch i piersi, a jęk nie ustawał, bo pożądanie tak wielkie na jednym akcie nie chciało poprzestać i żebrało o więcej. Zjawą wstrząsały drgania, gdy byty przepychały się chcąc dotknąć, skosztować zapoznać się z cielesnością śpiącej dziewczyny, a ta… Chryste!

 

 W powodzi uniesień, w aktach pospiesznych, niecierpliwych, żebraczych niemalże Zjawa słabła i roztapiała się. Nogi straciły stabilność, rozchwierutane żądzami, więc przycupnęła na skraju łóżka, patrząc wciąż na śpiącą, dziewczęcą nieświadomość… Czyżby? Delikatna, młoda dłoń marszczyć poczęła skraj halki i unosić ją wyżej i wyżej, aż w nagości pępka utonęły księżycowe cienie, a druga dłoń utopiła palce w kobiecości i jękiem wilgotnym odbiło się od ścian pragnienie wychodzące naprzeciw pragnieniu Zjawy szarpanej indywidualnymi eksplozjami i zbiorową ekscytacją. Dwadzieścia dłoni realizujących spełnienie za spełnieniem. Egoistyczne, bezwzględne, zwierzęce i samcze. Kontur tracił moc, świadomość i granice własnego istnienia, aż stał się domysłem zaledwie, siedzącym półgębkiem na łóżku i wpatrzonym ostatnim wzrokiem, w kobiecą rękę skąpaną we własnych sokach i szukającą krzyku spełnienia we własnej nieświadomości. Nim pierwszy kur zapiać zdążył, wyciągnęło dziewczę zmęczoną dłoń i położyło ją na kołdrze - tam, gdzie dogorywał właśnie Zbiorowy Członek upleciony z pojedynczych euforii niewyszkolonych jeszcze alpinistów. Przytrzymany dziewczęcą, drżącą dłonią, nim odpłynął w alternatywne światy, zdążył ostatnim tchnieniem wyszeptać:

 

 - Kocham cię… - Lecz którym z dwudziestu wkrótce-alpinistycznych głosów?

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~oko
Kategoria: romans

Liczba wejść: 18

Opis:

eksperymenty związane z wyborem gatunku... może to romans właśnie?

Dodano: 2020-07-26 09:48:23
Komentarze.
~Pasja 4 m.
Erotyk w sennym marazmie. Pragnienie miłości i spełnienia się zabija nieraz sens pożądania. Zjawa współgrająca z ciszą wspina się na szczyt ekstazy. I co dalej? Doskonale wplatałeś zapachy ... fermony zmysłów podniecenia. Pozdrawiam
Odpowiedz
~oko 4 m.
Pasja
nie mam pojęcia co dalej... potem alpiniści budzą się i zamieniają miękkie marzenia na twardą skałę.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin