pomajaczone drogowskazy donikąd bez emocji

Tylko mnie kochaj

 Widzi pan we mnie tylko ciało. To oczywiste na swój sposób. Samotna kobieta przy barze sącząca kieliszek niskoprocentowego alkoholu i ten głód w pana oczach, jaki dotyka bezpośrednio moich ud. Ma pan jego oczy, też jest taki zdecydowany i konsekwentny, kiedy dąży do celu. Ale kiedyś... kiedyś bawiliśmy się w naszym miejscu na ziemi. Ma pan takie miejsce? Każdy powinien je mieć, choć przez chwilę. Dla nas to był strych w domu jego dziadków. Pełen tajemnic i zakątków do jakich nikt nie ważył się zaglądać. Nikt poza nami i pająkami, które zasnuwały pajęczynami cienie - zauważył pan, że pajęczyny noszą w sobie światło? Lepka nić osiadająca na twarzy, kiedy z nieuwagi zagląda się ciekawością nie tam, gdzie powinno się być. Nie może pan tego pamiętać, bo to nie pan całował mnie tam pierwszy raz. Świat tak wirował od zadyszki pulsu w dłoniach, a on dotykał mnie tak jakbym miała zniknąć. Tak - udawałam. Udawałam, że boję się burzy. Udawałam, bo chciałam poznać smak jego ramion wokół mojej talii, jego smak. Burza szalała ale przestaliśmy to zauważać, bo w nas toczyło się większe tornado. Zatonęliśmy wtedy w sobie na dłuższy czas obietnicą, że zawsze... nastoletni czas jest taki szczery w chęci dotrzymania. To dorosłość wymazuje prawdę kłamstwem.

 Wie pan, że nigdy nie czułam się już tak bezpieczna jak wtedy? Tam na tym strychu, do którego biegłam w każdej wolnej chwili, by go spotkać. By z nim być.

 Łapaliśmy motyle marzeń w siatki biegając po łąkach na bosaka i przynosił mi w dłoniach garść wody z pobliskiego źródła, by ukoić upał. Albo uczył mnie jak latać w śniegu, kiedy się wywróci i można namalować rękami skrzydła na miękkim puchu. Jego usta miały smak wanilii i pieprzu.

 Kiedy odszedł pierwszy raz, płakałam na tym strychu, siedząc w jego fotelu. Wciąż był tam zostawiony jego zapach. Nie byłam gotowa na koniec świata, ale nikt mnie o to nie zapytał, a ona, po prostu pojawiła się w jego uczuciach nagle i niespodziewanie. Jak tsunami pochłonęła go całkiem nie zostawiając nawet skrawka.

 Najpierw byłam smutna, a potem zła. Ale ułożyłam sobie czas po swojemu.

 Mój mąż? On mnie nigdy nie kochał. Widział tylko portfel i możliwości. Byłam stopniem, od którego mógł łatwiej wybić się w towarzystwie. Jest cenionym fachowcem, doskonałym dyrektorem i bogatym kolegą, z którym można iść na drinka. Jest też fantastycznym kochankiem. Nie, nie dla mnie. Ja byłam tylko żoną. Tak, byłam. Kiedy osiąga się zamierzony cel środki, jakie do niego doprowadziły, są już zużyte, wiec nie ma sensu nadal trzymać ich na półce. Rozwód był niezwykle kulturalny i zgodny - choć wynikał z niezgodności charakterów.

 Umierałam każdego dnia bardziej. Nie widząc celu. Dzieci? Nawet do tego się nie nadawałam, krótkie słowa lekarza - nie będzie pani matką - o posmaku braku, jaki wyrył się w mojej duszy ołowiem. Kobiecość umiera kiedy okazuje się pozbawiona smaku macierzyństwa - przynajmniej u takich kobiet jak ja. Nie wiedziałam, że to nie moja wada tylko świata - że brak miłości potrafi wytrzebić każde pole, że wystarczy tylko chwila czucia, nie wiedziałam.

 Dlaczego to panu mówię? Nie wiem, chyba po prostu nadszedł czas. Kiedy milczenie jakim zawsze zakrzykuję ciszę przestało wystarczać. A pan, no cóż, jutro nie będzie mnie już pamiętać, choć teraz mnie pan kocha. Te słowa tak mało znaczą w męskich ustach - jakby ktoś wyprał ich znaczenie. Mnie nikt nie kocha, choć tak wielu to mówiło, tylko po to, by dostać czego chcieli. Potem miłość ulatniała się jak alkohol z wina w pozostawionym kieliszku.

 Wojna dorosłości, dzień po dniu coraz bardziej wytraca się siebie. Nie ma już bezpiecznych zakątków tylko ostra amunicja w rękach wszystkich dookoła, tak trudno odnaleźć się w świecie zapomnianym przez boga, na którym ludzie udają, że są szczęśliwi, a ja tylko chciałam być kochana.

 Wie pan, że on wrócił? Szukał mnie na tym strychu - bo tam był ten bezpieczny schron przystani dla naszych rozbitków. Zawsze. I od zawsze. Tak, znalazł mnie, nie, nie tam. W mojej firmie, w której zabijałam samotność poranków i wieczorów, i wiedział, że wystarczy dotyk jego oczu – wystarczy, by uczynić mnie należną jemu. Bo ja tylko do niego przynależę. Ona przestała się liczyć dla niego - jaka szkoda, że nie zapytałam wtedy dlaczego. Nie mogłam wiedzieć, że jest chora. A może nie chciałam, nie byłam gotowa znów na stratę. Głupia - jak można stracić coś, czego się nigdy nie miało. Dowiedziałam się jednak. Ludzie są tacy usłużni w podkładaniu nóg - na to zawsze można liczyć, więc poinformowali mnie. Chciałam nie pamiętać. Chciałam wygłuszyć i zatopić wszystko co stało na drodze.

 Utonęłam więc w tym szczęściu jakie - zdawało mi się - otrzymałam wreszcie od losu. Kupowałam wtedy sukienki , bo on najbardziej lubi mnie w sukienkach, i buty na obcasach. To nic wyjątkowego - większość facetów lubi kobiety na obcasach, a on... on chciał oglądać moje stopy na podwyższonych sandałach. Lubiłam ten zachwyt w nim, kiedy szłam w ten sposób, jaki przyciągał jego wzrok do moich bioder. Dziś też mam na nogach paseczki na obcasach, takich jak lubi, dwanaście centymetrów podwyższenia. Jego pożądanie gasi zawsze ból mojego kręgosłupa. Ale dziś czuję igłę w kręgach bardziej dotkliwie, bo przecież antidotum zniknęło.

 Przedwczoraj odprowadziłam go na lotnisko. Musiał wyjechać na konferencję. Wcześniej uprasowałam mu koszulę - tą niebieską - która tak ładnie podkreśla kolor jego oczu. Założyłam te sandały i czerwoną sukienkę - jego ulubioną. Karmiłam się jeszcze jego zachwyconym błyskiem w oczach i smakiem wanilii z pieprzem. Odprowadziłam go. Nie wiedział, że kiedy wróci mnie już tu nie będzie dla niego. Odprowadziłam go, choć wiedziałam, że to tylko pretekst, bo jedzie do niej. Wiem, że leczenie przyniosło efekt - rozmawiałam tydzień temu z jej lekarzem. Tak - tym samym, którego opłaciłam, by dobrze ją leczył. No i udało się - moje wyrzuty sumienia nieco ogłuchły.

 Dziś on patrzy na jej biodra - i nie wątpię, że ich ruch jest znakomicie podkreślony wysokimi obcasami. Tak wiem, że jestem piękna - to miłe, że pan zauważył. W uległej i bardzo zdyscyplinowanej samotności potrafię być piękna jak nikt. Nie, nie ukoję dziś pana tęsknot moim ciałem. Chciałam tylko, by mnie pan wysłuchał. Znajdzie pan inną przystań. Być może bezpieczniejszą. Ja już nie zdążę. Wyjeżdżam.

 Jeszcze tylko pójdę kupić sobie buty na płaskich podeszwach. To chyba rozsądne, kiedy ma się zostać matką.

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Aja
Kategoria: obyczajowe

Liczba wejść: 10

Opis:

Czasem piszę prozę. To tylko wprawki, nie wiem czy coś warte.

Dodano: 2020-07-31 06:55:35
Komentarze.
~oko 3 m.
lekarz się pomylił mówiąc, że bohaterka nie będzie matką?
uderza strych-bezpieczna przystań. miejsce, do którego się wraca, bo jest azylem nawet po latach.
"Kiedy osiąga się zamierzony cel środki, jakie do niego doprowadziły, są już zużyte, wiec nie ma sensu nadal trzymać ich na półce." - znakomite
"Ludzie są tacy usłużni w podkładaniu nóg" - to również
bardzo dobry tekst.
Odpowiedz
~Aja 3 m.
oko lekarze często się mylą.
Bezpieczna przystań jest potrzebna każdemu, ale nie każdy ją ma.
Bardzo dziękuję, że znalazłeś coś wartego przeczytania w tym tekście.
Odpowiedz
~JamCi 3 m.
Specjalnie się zalogowałam i latam po ogródku w poszukiwaniu zasięgu żeby skomentować. Dobry tekst. Słodko gorzki, przejmujący. Odpowiednio rozłożone akcenty. Jest dobrze.
Odpowiedz
~Aja 3 m.
JamCi o rety, wzruszyłam się - naprawdę. Dziękuję za ten dziki taniec i dobre słowo.
Odpowiedz
~JamCi 3 m.
A w ogóle tekst w stylu Pasji i to jest komplement :-)
Odpowiedz
~Aja 3 m.
JamCi dziękuję raz jeszcze - wiem, że to komplement.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin