ex Bitwy Literackie Profetorium 2 Odwet TW 12 Postać - Astronom; zdarzenie - ostatnia walka

ex Bitwy Literackie Profetorium 1

 Nie dalej niż pół dnia drogi od stolicy, stał dębowy las. Pełen światła, bo każdy z dębów kocha przestrzeń. Dąbrowa miała również specyficzną, niemal szmaragdową trawę, bo tylko taką dęby tolerują u swoich korzeni. Na środku, leżącej w centrum polany, drzemały dwa wielkie głazy, naprzeciw których, nad świętym źródłem, trwało pochylone pół wierzby, ocalałe z jakiejś katastrofy. Ta reszta pnia odrodziła się, tworząc z wiotkich gałęzi, sięgającą ziemi, wiedźmią fryzurę. Obok inwalidki-wierzby, niby żwawy przewodnik, trwała, równie wiekowa, lipa. Za nimi, w maleńkiej chatce, mieszkało dwoje ludzi; wieszczka i jej następczyni.

 

 Widząca, Oiame dobiegała setki, lecz mimo lat jej ciało było ciągle posłuszne woli kobiety. Mogłoby się wydawać, że ślęczenie nad pergaminami i księgami pozbawi ją sprawności, było jednak inaczej. Dni jej życia od pięćdziesięciu lat wypełniały trzy zadania. Pierwszym była uprawa maleńkiego pola, które dostarczało żywności. Drugim biblioteka, a trzecim przekazywanie wiedzy. Jej następczynię, Lerimę, czekał podobny los; ćwierć wieku przygotowania i kolejne ćwierć, by wiedzę przekazać.

 

 Staruszka stanęła w otwartych drzwiach i czystym głosem krzyknęła do adeptki pochylonej nad grządką:

 — Idę do Profetorium. Dołącz do mnie za chwilę. — Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i weszła z powrotem do wnętrza. Równym krokiem przemierzyła niewielką izdebkę, zostawiając za sobą piec, dwie prycze, stół, dwa krzesła i dwie skrzynie. Stanęła pod ścianą, na której wisiał tkany obraz przedstawiający bogato zdobione, uchylone odrzwia. Na polepie, stanowiącej podłogę pod obrazem, stał dzban z wodą ze źródła. Oiame zwilżyła dłonie wodą, dotknęła obrazu i zrobiła kolejny krok, by zniknąć z izdebki i pojawić się w ogromnej sali.

 

 Kiedy przed laty, po raz pierwszy, została wprowadzona do tego sanktuarium, stała długi czas, by pojąć, co widzi. Niemal okrągłe pomieszczenie zdawało się nie mieć stropu, a dwie biegnące ku sobie, łukami, ściany wyglądały jak olbrzymie arkady. Zamknięciem okręgu tej ażurowej konstrukcji były stojące naprzeciw siebie po obu stronach sali wielkie, pełne ksiąg i pergaminów, stoły. Za kolumnami, z jednej strony, zaglądał do środka słoneczny dzień, a z drugiej wygwieżdżona noc z księżycem w pełni. Powtórne spojrzenie uświadomiło jej, że stoi wewnątrz obrazu doby. Początek łuku przy stole porannym miał kolor świtu, kolejny prześwit pokazywał słoneczne południe, koniec natomiast barwy nieba tuż po zachodzie słońca. Nocna strona zaczynała się kontynuacją zmierzchu, ciemniejąc, by na końcu łuku przejść w szarość nadchodzącego brzasku.

 Wrażenie było tak teatralnie sztuczne, że, po chwili osłupienia, spróbowała podejść do nocnej ściany, by dotknąć, jak wtedy sądziła, dekoracji. W miarę oddalania się od środka do ściany mrok gęstniał, a ją coraz mocniej wypełniał chłód i niepokój. Widziała też coraz więcej szczegółów. Z ciemności zaczynały się wyłaniać zarysy wyrwanej z zawiasów bramy, wiszącej pochylonym skrzydłem, nad końskim zezwłokiem, mierzącym kopytem i żebrami w czarne niebo, ruiny chłopskiej chaty i zamarłej w księżycowej poświacie, splecionej w śmiertelnym uścisku, grupy trupów. Z łomoczącym z przerażenia sercem cofnęła się pospiesznie na środek sali i wrażenie ustąpiło.

 Mimo upływu lat pamiętała ten wstrząs i za każdym razem, gdy musiała podejść do ciemnej ściany, odczuwała wewnętrzny sprzeciw. Taki jednak był los każdego widzącego — poszukiwanie odpowiedzi mimo wewnętrznego sprzeciwu przed makabrycznymi wizjami. Dzień po dniu wchodziła najpierw na ciemną, a potem na jasną stronę sali. Przez miesiące i lata Profetorium przekazywało jej, jak poprzednikom, przepowiednie, a ona powiadamiała, kogo trzeba. Teraz, czekając na Lerimę, podeszła do wieczornego stołu, gdzie leżała otwarta Pierwsza Księga, napisana przez widzącego, który dał początek wieszczącym. Oiame, zgodnie z otrzymanym wczoraj, na jasnej stronie, poleceniem otwarła księgę na stronie „Następca”. Znała treść tej strony od czterdziestu lat. Wiedziała, że każdy dzień zbliża ją do momentu, gdy Profetorium poleci jej otworzyć księgę na tej właśnie karcie.

 Pogryzając dorodną, co dopiero zerwaną śliwę, na środku sali pojawiła się Lerima. Podeszła do staruszki, która milcząco kościstym palcem wskazała na otwarty tom. Adeptka pospiesznie połknęła resztkę śliwki i, spojrzawszy na tekst, zawahała się.

 — To do ciebie Oiame... — Staruszka milczącym skinieniem ponagliła młodszą i ta zaczęła głośno czytać.

 — Oiame, jutro zakończy się twoja powinność, a twoje miejsce zajmie Lerima. To, co zostanie wam przekazane, może się spełnić w dwa miesiące. Nie obawiaj się przejścia i, nim wejdziesz na ścieżkę nocy, przekaż następcy Dzban.

 Reszta strony pozostała niezapisana. Oiame nie musiała słuchać. Znała treść od wczoraj. Taki był jednak rytuał. Treść pojawiała się zawsze, gdy odchodzący Widzący był sam, ale następca musiał ją poznać.

 — Chodźmy Lerimo. Nie ma co odwlekać tego, co pewne. Patrz szczególnie uważnie i zapamiętuj, aby żaden szczegół nam nie umknął. To nasza ostatnia wspólna droga przez nocną i dzienną stronę. — Podniosła z podłogi, stojący tuż przy stole niewielki dzbanek. Wylała sobie i swojej uczennicy po odrobinie źródlanej wody na dłonie, po czym obie zostawiły na krawędzi stołu mokre odciski swoich dłoni. Potem z milczącym ukłonem podała naczynie Lerimie, która, chyląc głowę, zakończyła rytuał, mówiąc:

 — Niech stanie się, co stać się musi — i odstawiła naczynie na ziemię po drugiej stronie stołu.

 Ruszyły, jak co dnia, od stołu wieczornego, podążając w wizję nocy. Z każdym ich krokiem niebo ciemniało i zapełniało się gwiazdami. Do wschodu księżyca było jeszcze trochę czasu. Szły nad obrazem śpiącej stolicy. Na dole poruszały się maleńkie figurki rzezimieszków oprawiających swoje ofiary, a one, przesiewając oczami pojedyncze tragedie i tryumfy, płynęły nad zdarzeniami i przestrzenią. Obraz stolicy odsunął się i nim doszły do rozjaśnionej pełnią północy, miały przed oczami cały kraj. Nigdzie jednak nie pojawił się ciemno-purpurowy pulsujący wewnętrznym żarem znak czegoś nadzwyczajnego. Dopiero gdy w wędrówce przez nocne godziny, dotarły do ledwie zaznaczonej szarości, oznaczającej słabnięcie nocy, daleko, na morzu pojawił się sygnał. Krwisto-czerwony błysk unoszący się nad płynącym pękatym, handlowym statkiem. Jak zawsze obraz powiększył się i idące mogły dostrzec szczegóły. Statek przegrał z cichnącym już sztormem. Kadłub przewalał się pośród ruchomych wodnych gór jak martwy wieloryb. Pusty pokład ze sterczącymi kikutami masztów co chwila niknął pod kolejną falą, ale nie tonął. Obraz ukazywał Widzącym kolejne szczegóły. Wewnątrz, w pustym schowku, wtulony w kąt pomiędzy grodzią a burtą, trwał mały człowiek z katarynką i małpką wczepioną rozpaczliwie w opiekuna. Zmierzwione włosy, blada twarz, ręka głaszcząca przerażone zwierzątko i druga przyciskająca instrument... Obraz oddalił się, pokazując plamkę kadłuba.

 

 — Początek zdarzenia to Kataryniarz. Pora pierwszych sztormów jest zapowiedzią jesieni na Morzu Zachodnim — powiedziała, półgłosem Lerima.

 — Tak. To stanie się niebawem i stanowi początek. Ruszajmy dalej. W wizji świtu powinnyśmy zobaczyć, co wydarzy się dalej — stwierdziła Oiame.

 Po niewielu krokach niebo nad nimi przeszło w perłową szarość. Czerń nocy pozostała jako daleki cień horyzontu. Coraz wyraźniej wyłaniające się z szarości kolory zwiastowały nadejście dnia. Obserwowany wcześniej wrak, zagnany sztormem w pobliże portu, został dostrzeżony. Cztery szalupy mozolnie wciągały zrujnowany kadłub z jedynymi ocalałymi – starym kataryniarzem i jego małpką. Lerimę, mimo lat pobytu w Profetorium, ciągle zaskakiwało raptowne przejście z wizji do realności i co jakiś czas zdarzało się jej wpaść na stół Poranka zaznaczający przejście od nocnej do dziennej strony. Tym razem jednak tłumiony strach i żal, związane z tym, co musiało nadejść, uchroniły ją od kolejnego siniaka. Obie widzące zatrzymały się przy krawędzi stołu, powtarzając poprzedni rytuał. Teraz ślady ich mokrych dłoni zwilżyły obie krawędzie stołu.

 — To już ostatni etap naszego wspólnego życia. Zostajesz na kawał czasu sama Lerimo. Potem pojawi się twoja uczennica lub uczeń i życzę ci, aby była dla ciebie tak dobra, jak ty byłaś dla mnie. Dziękuję za cierpliwość i wyrozumiałość. Gdybym marzyła o idealnej córce, to taką właśnie miałaby ona być.

 — I ja ci dziękuję Oiame. Gdy straciłam rodziców, myślałam, że tej straty nic nie wyrówna. Prowadzona Przeznaczeniem dotarłam tutaj i, dzięki tobie, pogodziłam się z przeszłością.

 — Widać Profetorium wybiera swoich mieszkańców spośród pokrzywdzonych. Ruszajmy.

 Ponownie weszły w wizje. Świat pod jasnym niebem trwał w porannym nabożeństwie narodzin słońca. Wszędzie działo się dobrze. Nim doszły do południa, z pól zwieziono plony, a targowiska zapełniły się handlującymi. Zielony rozbłysk na królewskim dworem i zbliżenie komnaty z parą niemowląt, dziewczynką i chłopcem.

 — To pierwszy dzień jesieni. Trzeba będzie wysłać gołębia do pałacu — zamruczała staruszka — pamiętasz Lerimo, z jaką nitką?

 — „Narodziny — nić zielona, gdy następca — złotą dodaj, gdy królewna — dodaj białą, bierz gołębia i wiąż śmiało. Tyle nici ile dzieci, niech wiadomość szybko leci” — z uśmiechem cytowała zapytana. Uśmiech jednak zamarł, gdy obok zielonego wykwitł słup czerwieni. Niedaleki od dworu, potężny, ciemniejący po bokach, niemal do czerni, a w środku pulsujący jak wolno wypływająca z rany krew.

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Karawan
Kategoria: fantastyka
Opis:
Dodano: 2020-08-01 15:35:44
Komentarze.
~oko 2 d.
jedynka zapewne oznacza, że będą ciągi dalsze. zmiana warty zapowiada, że coś się wydarzy. lubię, gdy się wydarza.

Pogryzając dorodną, co dopiero zerwaną śliwę - śliwa kojarzy mi się jednoznacznie z drzewem, na którym rosną śliwki. ale może mi się tylko wydaje.
Odpowiedz
~alka666 2 d.
Zaciekawiło mnie Twoje opowiadanie. Będę czekać na następne części, jeśli będą. Czy będą?
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin