Gargulcowy grajdoł cz. 2 Zima stulecia

Gargulcowy grajdoł cz.1

  Lipowa 16a

 

  Była jesień. Brązowe kulki kasztanów mieszały się z leżącymi na ziemi liśćmi. Pach, pach, spadały z wysokości w miękkie żółtobrązowe poszycie, mokre od wilgoci chłodnego poranka, ociężałe, oślizłe i lepkie. Tuż nad nimi gęsta mgła leniwie unosiła się w górę, walczyła z grawitacją. Z oddali wrażenie jej cielesności było bardziej wiarygodne niż z bliska, kiedy wchodziła w chmurę, traciła nagle kształt i mętny stan swej złudnej bieli. Ledwie było ją widać, nie sposób uchwycić. Nieśmiałe, pierwsze promienie słońca przebijały się z trudem do ziemi, by osuszyć liście i tym samym sprawić, że lekkie, poddawały się podmuchom wiatru, zaczynały wędrować, wirować i tańczyć jak opętane. Kasztany zostawały na miejscu upadku, niektóre pękną i ukorzenią się, z kilku wyrosną młode drzewka, może jedno dorośnie do wieku dojrzałego. Przycupnęły drzewa na skraju drogi i obserwowały przejeżdżające samochody, czasami wiatr zmierzwił im czupryny, rozkołysał, by gniewnie i z przestrogą chwilę chwiały się na boki. Wyglądały jak starcy z ubytkami we włosach i zębach, którym już niewiele zostało do stracenia.

  Samochód mknął wąską drogą asfaltową, wśród drzew do połowy ogołoconych z liści, które zrywały się z ziemi, by zatańczyć swe tango i po chwili upaść bez tchu.

  Kobieta zerkała co chwilę w lusterko wsteczne, obserwowała wir liści tworzących złudną postać człowieka. Mijała rozległe pola po obu stronach drogi, tuż za gęstymi krzewami i rzędami drzew. Jechała wzdłuż lasu z jednej i wysokiego muru, z drugiej strony. Za lasem znów ciągnęły się pola, aż do pierwszych domów na skraju wsi. Samochód zwolnił i ostro skręcił w prawo, kierując się w stronę gęstej zabudowy domów jednorodzinnych. Każdy był inny, jakby powstawały w różnych epokach historycznych. Wśród jednopiętrowych z płaskimi dachami, przycupnął mały, szary z odpadającym tynkiem, zgarbiony staruszek z małymi otworami okiennymi i przydymionymi szybami, okryty dwuspadowym daszkiem z mchem i trawą wyrastającymi ze szczelin między połamanymi dachówkami. Podwórko i płot, powyginany w różne strony sprawiały wrażenie zaniedbanego i opuszczonego miejsca.

  Samochód wjechał przez otwartą bramę, której resztki ledwo trzymały się na zawiasach i zaparkował przed wejściem do chatki. Kobieta ubrana w dżinsy i sweter, wysiadła z auta, wyjęła pokaźny plecak z bagażnika i rozejrzała się po podwórku. Wyszła na ulicę, by sprawdzić adres zapisany na kartce: ul. Lipowa 16a. Budynek z lewej strony domku miał numer 16, po prawej znajdowała się pusta, ogrodzona drucianą siatką działka z dokończonym fundamentem, ścianami parteru i piętra powstającej budowli. Następny budynek ma nr 17. To musiało być tutaj, bo po drugiej stronie ulicy domy oznaczone były nieparzystymi numerami. Upewniwszy się co do miejsca, kobieta skierowała się do wyraźnie nadgryzionych zębem czasu drzwi chatki. Nie było dzwonka. Puka. Nikt nie odpowiada, więc popycha lekko drzwi. Otwierając się ukazały wnętrze ciemnej sieni. Weszła niepewnie dotykając lewą ręką zimnej ściany w obawie, że natrafi na coś śliskiego, lepkiego lub włochatego. Opędziła się od natrętnych myśli, odruchowo szczypiąc się w płatek prawego ucha. W dzieciństwie często musiała to robić, gdy tuż po zapadnięciu zmroku, meble w pokoju zaczynały się poruszać, a drzwi wszystkich szaf nagle otwierały się bezgłośnie.

  W ciemności dotknęła drewnianej powierzchni, pchnęła delikatnie i jej oczom ukazała się kuchnia ze starym piecem na węgiel, metalową miską na niewielkiej szafce, stołem z dwoma krzesłami przy oknie oraz dużą szafą kuchenną, po przeciwnej stronie pomieszczenia. Na ścianie przy piecu wisiały chochle, mieszadła, sitka, patelnia i dwa średniej wielkości rondle. Obok szafy kuchennej znajdowały się niewielkie drzwi. Kobieta przeszła przez całą kuchnię i otworzyła je, by odkryć za nimi pustą spiżarnię. Sprawdziła też drzwi przy szafce z miską. Weszła do sypialni. Jednoosobowe łóżko było świeżo powleczone białą, pachnącą pościelą, obok łóżka stał nocny stolik z grubą świecą na kaganku i zapałkami. Obok leżała książka w czarnej okładce, na której wytłoczony był złoty krzyż. Zapewne Biblia. Była też miska na niewielkiej szafce, identyczna jak ta w kuchni. Przez małe okienko wpadło nikłe światło dnia, wprost na kwadratowy, drewniany stolik z krzesłem i piec kaflowy ustawiony naprzeciwko okna.

  Kobieta w myślach szybko wyobraziła sobie plan mieszkania, nie znając wielkości sieni, ani tego, czy są tu jeszcze inne pomieszczenia. Na dworze robiło się ciemno, więc zapaliła świecę i skierowała się do sieni drzwiami prowadzącymi z sypialni. Chciała poszukać łazienkę ale znalazła tylko dwa wiadra, jedno z zimną wodą i drugie puste z pokrywą. Zrezygnowana wypakowała z plecaka butelkę wody i postawiła przy łóżku, pidżamę, mydło i ręcznik. Umyła się na tyle, na ile pozwalała na to zimna woda, po czym wylała ją do wiadra z pokrywą. Położyła się do łóżka.

  Kilka dni temu stanął przed nią mały człowieczek, karzeł z karteczką w ręku i napisanym na niej adresem. Podał ją z uśmiechem i słowami:

  – Proszę się dobrze zastanowić, zanim odrzuci pani zaproszenie.

 Chwilę wpatrywała się w kartkę nic nie rozumiejąc. Kiedy rozejrzała się, człowieczka już nie było. Pod adresem była wskazówka: „kieruj się na zachód”. Schowała kartkę do kieszeni i zapomniała o niej. Dopiero dzisiaj rano trafiła na nią, kiedy opróżniała kieszenie spodni. Działała impulsywnie zostawiając wszystko, pakując plecak i wychodząc z mieszkania. Niemal instynktownie wybrała drogę nie kierując się żadną mapą czy nawigacją, jakby trasę miała wpisaną w pamięć.

 

  Złośliwy karzeł

 

  Spała mocno i spokojnie. Rano obudziła się rześka i wypoczęta. Na samą myśl porannej toalety skrzywiła się i przeciągnęła w pościeli, zanim postawiła bose stopy na zimnych deskach podłogi. Przeszyły ją dreszcze, więc zarzuciła na siebie koc, który leżał zwinięty na kołdrze. Stopy wsunęła szybko w buty i ruszyła w stronę wiader. Kiedy podniosła wieko zauważyła, że w środku jest puste, chociaż dobrze pamiętała, że wieczorem wlewała do niego wodę z mydlinami. Potem chwyciła wiadro z wodą do mycia i okazało się, że ktoś je napełnił. Szybko umyła się i ubrała, zaścieliła łóżko i weszła do kuchni.

  – Dzień dobry! – krzyknęła głośno i wyraźnie, jednak nikt nie odpowiedział. Przypomniała sobie o pustej spiżarni, więc tylko zajrzała do dużej szafy kuchennej, by upewnić się, że nie znajdzie tu nic do jedzenia. Jej wzrok zatrzymał się na stole, gdzie stał kosz wiklinowy z pałąkiem. Nie mogła sobie przypomnieć czy widziała go wcześniej. Chwyciła go i wyszła na dwór. Szybko doszła do końca ulicy, przeszła w obie strony poprzeczną. Po drodze nikogo nie spotkała, tylko raz uchwyciła kątem oka ruch firany. Zapukała do drzwi ale nikt nie otwierał. Uderzyła mocniej, po czym drzwi lekko uchyliły się i podejrzliwa para oczu spojrzała na nią z ciemnego wnętrza domu.

  – Czego tu?

  – Dzień dobry. Gdzie mogę kupić coś do jedzenia?

  – Tutaj nie ma sklepów. Niech idzie do Cedrwiny. Ona coś poradzi.

  – Kto to jest Cedrwina?

 Z ciemności wychyliła się rozbawiona twarz brzydkiego, karłowatego starucha. Jego haczykowaty nos niemal dotykał swym czubkiem brody. Małe, ruchliwe oczka pozbawione były rzęs i brwi. Siatka zmarszczek zdradzała rozbawioną mimikę. Tylko usta nie drgnęły, zastygłe w smutnym grymasie.

  – Cedrwina to baba, która wie wszystko. Mieszka tam, pod lasem.

 Zza drzwi wysunęła się chuda ręka, naznaczona siecią sinych żył. Olbrzymia dłoń o długich, sękatych palcach wskazuje kierunek do lasu. Kobieta obejrzała się za siebie, wtedy nos i dłoń znikły za głośno zatrzaśniętymi dębowymi drzwiami. Dopiero teraz przyjrzała się drewnu, podrapanemu jakby przez drapieżne duże zwierzę. Niedźwiedź w tej okolicy? Niemożliwe. Zapyta Cedrwinę.

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~alka666
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 4

Opis:

To powstające opowiadanie dla młodzieży. Surowizna. Jeszcze wiele poprawek i rozbudowań mnie czeka. Ale tak na początek chciałam zapytać, czy warto? Wrzucę za chwilę dalszy ciąg.

Dodano: 2020-08-03 16:43:29
Komentarze.
~oko 1 m.
Nieśmiałe, pierwsze promienie słońca przebijały się z trudem do ziemi, by osuszyć liście i tym samym sprawić, że lekkie, poddawały się podmuchom wiatru, zaczynały wędrować, wirować i tańczyć jak opętane. - bardzo trudne zdanie. i to "że" niezbyt szczęśliwe, bo "by" wystąpiło wcześniej.
Chciała poszukać łazienkę ale znalazła tylko dwa wiadra, jedno z zimną wodą i drugie puste z pokrywą. - odszukać będzie schludniej.
Umyła się na tyle, na ile pozwalała na to zimna woda, po czym wylała ją do wiadra z pokrywą. - "na to" przy zimnej wodzie jest zbędne, a zdanie będzie ładniejsze bez nich.
Na samą myśl porannej toalety skrzywiła się i przeciągnęła w pościeli, zanim postawiła bose stopy na zimnych deskach podłogi. - o porannej toalecie chyba.
po jednym kawałku trudno sądzić, bo to dopiero wstęp do czegoś, co ma się zdarzyć, albo nie.
Odpowiedz
~alka666 1 m.
oko dzięki za uwagi, są cenne.
Jak w opisie zaznaczyłam - to surowizna. Dopiero powstaje i to poziom młodzieżowy. Na razie piszę i nie poprawiam, będę to rozbudowywać i poprawiać, kiedy ogólny rys zostanie ukończony.
Chodziło mi o pytanie (w wątku "Jak napisać powieść" w sprawie braku imienia bohaterki. Pomijając surówkę, czy jest to "do strawienia", czy lepiej nadać imię bohaterce?
Na razie fragmenty tekstu przepisałam na szybko z rękopisu.
Odpowiedz
~oko 1 m.
alka666
po co? niech nie ma imienia, aż jej nadadzą nowe tambylcy. bo chyba maja taki zamiar.
surowe, to nie szkodzi, da się dopieścić. w końcu to nie przecinki stanowią o wartości, a te zawsze można powstawiać w ramach korekty.
Odpowiedz
~alka666 1 m.
oko myślałam o dopracowaniu w opisy, może dialogi. Na razie piszę, biegnę jak pies przez pole. Potem będę uzupełniać.
Z Bajką o Wilczku też tak pracowałam. Na zeszłoroczny Wiec Słowiański napisałam bajkę z elementami wierzeń słowiańskich. Znajomy grafik pomógł i stworzył ilustracje, które jednocześnie były kolorowankami. Zrobiliśmy to gratis. Wszystkie egzemplarze rozdały się. Czytałam tekst, dzieciaki kolorowały, a rodzice słuchali. Nie pozwolili mi przerywać czytania. Byli bardziej zainteresowani od dzieci Ale to było fajne.
Odpowiedz
~oko 1 m.
alka666
super inicjatywa. goń w takim razie. nic złego w tym nie ma. a drobiazgi można polerować dowolnie długo. grunt, żeby było co.
Odpowiedz
~alka666 1 m.
oko dzięki
Odpowiedz
~Aja 1 m.
Bardzo fajnie się czyta. Tylko drażni mnie przeskok w czasie narracji. Masz przeszły a potem nagle teraźniejszy na chwilę. Myślę, że to raczej wersja robocza jest - może warto zwrócić uwagę na konsekwencję czasową.

Idę dalej czytać.
Odpowiedz
~alka666 1 m.
Aja zgadza się. To szybko pisane, by z głowy nie wyparowało. Będą poprawki i rozbudowania. Ale póki co - pędzę, by pomysły nie pouciekały.
Czasy - czasami zmieniam, ale później to poprawię. Będzie przeszły
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin