*** ***

Leśny oddech

 Oddychać mi przyszło mgłą, która wiła nad ranem białe dywany. Karmić musiałam się nocą, co w koszach swych niosła tylko zepsute jabłka. Kochać trzeba było ciałem, co twarde jak kora nic nie czuło. Najprościej byłoby zakopać się pod ziemią jak pędrak chrabąszcza i tam przezimować resztę marnego życia. Lecz było w tej miernocie coś nazbyt pięknego, pociągającego, coś nad czym przystanąć mogła tylko moja dusza. Karmiona zepsutym mlekiem matki od pierwszych chwil.

 ***

 

 JESIEŃ

 Po dwóch miesiącach upalnego lata w końcu nadeszła deszczowa jesień. Drzewa otuliły się złotem, czerwienią, rdzą i kroplami deszczu, które pachniały jak ziemiste kwiaty. Ludzie zaś zdołali już pochować się w swoich domach, a było to zjawisko w istocie niesamowite. Jakby woda, wiatr i chłód odpychały ich jak najdalej. Niektórzy nawet wyjeżdżali na ten okres w cieplejsze rejony świata, twierdząc że nie chcą aby dopadła ich jesienna chandra. I tak wraz z nadejściem tej deszczowej pory roku ulice pustoszały, a na zewnątrz wychodzili tylko desperaci, ci najodważniejsi i oczywiście ja. Siebie kwalifikowałam w kategorii obłąkanych, tych co lubili wszystko to, czego inni nie lubią.

 A zwykłam błąkać się po lesie i chłonąć wszelkie jego kolory, które napawały mnie swym pięknem i usypiały moje demony. Wkoło rozkwitały wrzosy, kwiaty śmierci i smutku. Moja prababcia zawsze mawiała, że kto zabiera te rośliny ze sobą do domu, będzie kochał i żył nieszczęśliwie. Było w tych słowach trochę prawdy. Przesądy starych ludzi zawsze wydawały się rzeczywiste.

 Od czasu do czasu zdało się napotkać stado jeleni, które wędrowało przez dzikie mgły do wodopoju. Zwierzęta te majestatyczne same w sobie wyglądały jak duchy lasu, które strzegły czegoś nieosiągalnego dla ludzkich zmysłów. Natomiast między krzakami można było zaobserwować obecność raniuszków, które przypominały pluszowe misie. Puchate ptaki. Natura potrafiła być zabawna.

 Po pewnym czasie flora zapadła w głęboki sen. Obumarłe liście trawiła już ziemia. Noc wydłużała się, zaś dzień stawał się coraz krótszy. Po deszczach nadeszły chłodne dni, które zwiastowały nadejście zimy.

 

 ***

 Matko o sowich oczach, bądź mi chlebem, mlekiem i miodem. Nie zostawiaj mnie nocą na srebrnych polach. Utul do snu, gdym samotnie płaczę pod gwiazdami. Matko osieroconych marzeń bądź mi opoką, gdy umieram codziennie, by oddychać. A kiedy spadną pierwsze płatki śniegu, otrzyj łzy z mych polików.

 ***

 ZIMA

 

 Stare latarnie tliły się gdzieś w oddali. W powietrzu tańczyły śnieżne panienki, a gdy stykały się z gołą skórą, szczypały zimnem. Krajobraz dopełniały domy otulone puchowymi dywanami, błyszczącymi w świetle księżyca. Nie było nic piękniejszego od zimowej nocy. Istota tego piękna tkwiła w bezwzględności. Zima potrafiła tylko brać, nic nie dając w zamian. Karmiła nasze oczy i dusze jadłem, które było puste i nie syciło. Moje myśli biegły ku Dziewczynce z zapałkami. Ona zasnęła w objęciach lodowej damy. Jej również nie okazała swej łaski, nigdy tego nie robiła.

 ***

 Kochanku mój! Rozkwitaj powoli niczym pąk białej róży. W miłości naszej nie doszukuj się wad, albowiem wszystko przeminie. Świat nasz trwać będzie jeno chwilę. Jak wiosna rozpieści nas ciepłym promieniem słońca, by potem lato mogło wypalić w nas wszelkie uczucia. Ostaną się popioły, nicość i sen. Będą śnić o nas nasze dzieci.

 ***

 

 WIOSNA

 

 Tego roku wiosna nie przyszła. Dookoła malował się zgniły świat. Choć śniegi dawno już stopniały, nic nie chciało rozkwitać, wzrastać i powstawać z gleby. Pąki skamieniały w swych powłokach, nie uchyliły nawet rąbka zieleni. Chmury zsiniały, spurpurowiały, zbrązowiały i nigdy w swym byciu nie były tak dalekie. Działo się coś okrutnego, bowiem natura cierpiała i płakała. Zdarzało się to bardzo rzadko, jednak co kilka lat miało swe miejsce. Świat opłakiwał ludzkość.

 Jakże smutny był to widok. Kwiaty, drzewa, wszelaka roślinność nosiły żałobę po człowieku. Po istocie, która wciąż dążąc do doskonałości, zapomniała jak cudownie jest oddychać. Jak niesamowite jest to, że wplatając dłonie w trawę - czujemy ją. Jak ulotne są kwiaty bzu, gdy drażnią nasz zmysł powonienia. Jakże smutna bywa świadomość, że zarazem żyjemy i nie żyjemy.

 A życie było wiosną. Kiedy to prędko zakwitały złociste i fioletowe krokusy. Gdy pojawiały się pierwsze dzwoneczki kwiatów na wrzoścach. To wszystko napawało człowieka nadzieją na lepsze jutro. Jakże cudowne są wtedy wierzbowe bazie, forsycje czy też kwitnące wiśnie. Nie ma nic piękniejszego w wiośnie jak nowe życie. Można by się zachwycać jej urokami nieustannie i jak pszczoła, która nie może odlecieć od obfitego kielicha, tak my skąpani w słońcu dławilibyśmy się tym pięknem.

 

 

 ***

 Świat zatoczył koło. Znów nie pamiętam tamtych miłości. Czy zrodziły się w deszczu jesiennym, czy też podczas parnego lata. Nic nie pamiętam, a jakże bym chciała wrócić do wspomnień z przeszłości. Świat zatoczył koło i włożył mi w dłonie tylko piach. Cóż począć... cóż począć. Niepamięć mnie opętała i jak matka utuliła do snu. Nie ma mnie we mnie i tylko śmierć wita mnie w domu.

 ***

 LATO - sen ostatni

 

 Latem przyszłam na świat. Jak motyl wyklułam się z kokonu, by wzlecieć i upaść. Ja, dziecko ziemi i dzikich rzek. Ja, dziecko które pokochało każdą, najmniejszą istotę na tym świecie. Ja, dziecko które cierpiało, gdy kolejno istoty te umierały. Jak wątły kwiat kołysałam się na wietrze i oddawałam swój los w ręce obcego mi Boga

 Każdego dnia mego życia byłam kimś innym. Raz byłam mrówką, tak maluczką jak ziarno ryżu i było mi z tym dobrze. Innym razem wcieliłam się w pluskwiaka i przyprawiałam ludzi o mdłości. Najbardziej jednak lubiłam być ćmą. Owadem, co wędrując przez mroki nie lękał się niczego. Nocą zawsze działo się więcej. Księżyc połykał gwiazdy, drzewa śpiewały pieśni o dawnych dziejach, a krew buzowała w żyłach na myśl o wolności.

 Lecz dziś, świat zatacza koło, zaś moje stare i szorstkie ciało szykuje się na to, że ziemia pochłonie je z godnością i karmić będzie się nim przez długie lata. Dusza zaś w końcu odnajdzie spokój i w harmonii z naturą trwać będzie wiecznie. Nie lękam się czarnej kostuchy, albowiem to ona boi się mnie, jak demony boją się światła.

 

 

 

 

 Jak mimoza zamyka swe liście, tak ja zamknę moje powieki.

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Adelajda
Kategoria: inne

Liczba wejść: 1

Opis:
Dodano: 2019-09-07 17:10:00
Komentarze.
*Canulas 11 m.
Takie mistyczno-poetyckie ave natura. Spokojne, subtelne, odmierzone w słowie. Wyciszające.
Gdzieś tam bym obadał pod kątem nadpowiedzeń, typu: "ja", "swoje", "mnie", "mi".
W każdym razie czytam to po obejrzeniu zdjęcia z lasem - tu, na portalu - i fajnie się uzupełnia.
Odpowiedz
~Adelajda 11 m.
Kiedyś go poprawię pod wieloma kątami Ale Ty już czytałeś ten tekst, trochę dałeś mi wtedy kopa żeby go dokończyć (dziękuję).
Pozdrówki.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin