Za plecami O tobie grzeszę

Żyletka

 Wstań, ubierz się, umyj, idź, zrób coś ze sobą - słowa obce pełne liter, bez zawartości środka. Przystawione piętnem pieczątki właściwego mniemania o tym, co trzeba, powinnam, muszę. Urosłe tak bardzo, gdzieś obok mijaniem, jak krajobrazy w szybie jadącego pociągu. Nie mój tor. Może spóźniłam się na ten odpowiedni pociąg?

 Wszyscy wiedzą jak się zachowywać, co robić - tylko ja nie potrafię schylić się po znaczenie tych wyrazów w zdaniach rzuconych rękawicą w moją stronę.

 Czynności puste. Niedobór. Środek pełny. Nadmiar.

 Cięcie.

 Zapinam skurcz uśmiechu na twarzy - jest odpowiednio. Słyszę oddech ulgi z płuc okolicznych ludzi, bo nie trzeba nic. Nie trzeba się martwić, opiekować, organizować. Bo przecież jest dobrze. "Jest dobrze" - jak spinka do włosów kolorowym diamencikiem włożona w oczy i już nic nie burzy fryzury. Ułożona nie kłuje po uczuciach smutkiem. Twarz nawykła do pracy mięśni, usta rozciągnięte w ozdobie - jest dobrze. Radość jest.

 A ja. Mijam. Obok. Życia.

 Cięcie.

 Kup sobie coś, będzie ci lepiej. Coś - trzy pojemne litery nieznaczące nic. Lub zjedz czekoladę, bo wydziela endorfiny. Zrób coś wreszcie. Robię więc. Chyba. Łykam posłusznie, jak tucznikowa gęś, kostkę czarną od zawartości wysokiej kakao i czekam. Jednak moje endorfiny najwyraźniej nie wiedzą o tym, że powinny się wydzielić. Może umysł śpi lub zredukował się i teraz jest tylko bezkształtną masą na obraz i podobieństwo ciała, które wypełnia.

 W jaki sposób kupić/zrobić życie?

 Cięcie.

 Fajnie się z tobą rozmawia, masz tyle zainteresowań i potencjał. Kobiecości potencjał, co budzi zmysły tak, że aż chce się poznać ciebie, natychmiast. Rozum mnie w tobie zachwyca. Jakie masz wymiary?

 Wymiary? Zastanawiam się. Bo nie wiem. Jakie wymiary ma mój umysł i czy w ogóle je ma - bezkształtnie w środku rozlana rzeka bez brzegów. Nie wiem, nie potrafię zmierzyć - może gdybym miskę miała pojemną i zanurzyła?

 Nie powiesz? No tak - jesteś gruba, nie mój target - sorry, znikam.

 Patrzę w lustro. Brak odbicia.

 Cięcie.

 Zjedz coś, przecież nie możesz żyć powietrzem. Otwieram usta szeroko i chłonę resztkę tlenu ze smogu. Czuję jak krew transportuje go do moich kończyn - mogę chodzić. Nie chcę do końca, ale mogę. Ciało działa jakby poza moją świadomością, która skupia się tylko na tym, by oddychać. Męczące. Obrastam mniemaniem innych, co osiada na mnie jak kurz na meblach. Nie sprzątam i uginam się pod ciężarem coraz bardziej. Lepka od dotyku powinności skóra bywa w niektórych miejscach mnie zbyt cienka i przepuszcza. Do miękkości mojego człowieka, do mięsa lub nawet do kości to, co zostawia siniaki. Ustami innych ludzi, co wiedzą wszystko.

 Ja wiem tylko, że nie umiem.

 Cięcie.

 Przecież nic ci nie jest, nie dzieje się źle. Powiedz coś, daj zrozumieć - przecież nie można tak się zamykać. Nie zamykam się. Mówię potokiem, bez zatrzymywania o głupotach i zdarzeniach nieistotnych sprzed lat wydobytych z pamięci. Masa słów wylewa się lawą dusząc brakiem przystanku. Mówię zagłuszając, by zobaczyli. Widzą - jest znowu dobrze. Bardzo jest kurwa dobrze bez milczenia.

 Stoję na zapadni, w tańcu, bez ruchu. Czekając, aż się otworzy. Spadnę. Bez swojego udziału potoczę się w głąb.

 Cisza we mnie. Najgłębiej. Czerń.

 Cięcie.

 Ból. Nie chodzi o ból, karę, ani biczowanie. Chodzi o to, by zobaczyć. By ustanowić kreskę równą, z której wyleje się ulga. Czerwona i ciepła. Stanie się powód bólu. I będzie się dział za każdym razem, gdy potem wejdzie w oczy postrzępiony zakrzepły brzeg skóry. Będzie prawdą. Namacalną. Tylko moją i tylko dla mnie. Schowaną przed obcym wzrokiem długimi rękawami dobrego samopoczucia. Zakryty obowiązek troski.

 Istnieję. Na krawędzi.

 Cięcie.

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Aja
Kategoria: inne

Liczba wejść: 18

Opis:

Dodano: 2020-08-24 21:20:00
Komentarze.
*Canulas 1 m.
Obserwowane, wyimkowe, przemycone ze (być może z prywatnego, być może to wcielenie) świata. Cięcia robią robotę na wzór kadru. Cięcia zastosowane świetnie, bo z marszu eliminują niepotrzebne łączniki. Tu jest nastawienie na krzyk w treści, więc cały łańcuszek, wszystkie ogniwa, które normalnie spajają sceny, byłyby zbędne. Zabrałyby zbyt dużo odbiorczej uwagi i odebrały tekstowi skondensowanie. Ciekawe są te krzyki, choć mam wrażenie, że jednak ociupinę szlifowane. Jakbyś pilnowała się przed ostatecznym rykiem.
Bardzo zastanawiający tekst.


Odpowiedz
~Aja 1 m.
Canulas dzięki za słowa. Wiesz jak to jest - czasem krzyk najgłośniejszy jest wtedy, kiedy go sznurujemy w ciszy.
To ważny dla mnie tekst.
Cięć nie szlifowałam - może po prostu nie potrzebowałam ryku tylko uderzenia w dzwon. Tylko.

Odpowiedz
~Pasja 1 m.

Człowiek jest taką instytucją. Początek istnienia jest jakimś zaprogramowanym obrazem i wprowadzeniem w obszary coraz bardziej skomplikowane. Cięcie jak restart, jak szklanka wody gasi pragnienie na chwilę. Zaraz potem znowu wchodzimy w ogień. Od początku jesteśmy w sieci zakazów i nakazów. Jak w wojsku służymy w elitarnej jednostce życia. Spadamy i te upadki są nieuchronne. Jednak trzeba się umieć podnieść i iść dalej. Cięcie kaleczy, ale daje nam też siłę na premię w tej naszej instytucji. Największa jest ta niematerialna. Krzyk wnętrzem bywa niesłyszalny, krzyk zewnętrzem czasem zbyt zaboli i pozostawi szkarłatną literę. Co lepiej… Milczeć czy wołać?
Dziękuję za poruszenie trzewi i emocje i przemyślenia. Cieplutko pozdrawiam.

Odpowiedz
~Aja 1 m.
Pasja dziękuję za interpretację.
Wnętrze na ogół nosi więcej siniaków i śladów linii papilarnych mijanych ludzi. Czasem chce krzyczeć ale potrafi jedynie milczeć.
Piętno szkarłatu przemawia przy każdym spojrzeniu.

Dziękuję, że dotknęło i powiedziałaś mi o tym - to dobra świadomość.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin