Goecja TW#01 — Boże Siedleczko

Etat Hioba

 Pierwsze zawsze reagują oczy.

 Od psychologicznej strony się nie znam, ale to chyba coś z mózgiem. Wszystko następuje w mgnieniu oka. Potem z reguły krzyk, płacz, rozwalanie wszystkiego czy prośby do Pana Boga, ale to zawsze potem. Czasem jedynie sekundę, ale potem. Nigdy przed. Może taka już konstrukcja naszych ciał. Nie mam pojęcia. Dziwny ten mały świat.

 Przez ostatnie osiem miesięcy obserwuję to zjawisko wielokrotnie. Widzę oczęta małe i kaprawe. Natrafiam na wielkie niczym spodki, czy takie spizgane, przechodzące w narkomańskie szparki. Raz jestem świadkiem, gdy pewnej starszej kobiecie oczy rosną dwukrotnie, rozlewając przerażenie na pomarszczoną twarz. Innym z kolei razem... a zresztą. Za dużo o tym myślę, za dużo gadam i koniec końców ląduje mi w ręku recepta na oksazepam. Zamiast wykupić, biorę deprim, bo bez recepty i lżejszy, choć mam po nim gastrologiczny burdel.

 

 Początek.

 Mój pierwszy raz trafia się we wrześniu. Drugi tydzień nowego roku szkolnego, więc nie wszyscy kierowcy wgrali apkę "ostrożność". W okolicy niemal same proste odcinki, w wakacje niemalże puste, to i się depnie mocniej. Ten depnął.

 Zazwyczaj chodzimy po dwóch, ale jeśli sprawa dotyczy dzieci bądź kilku członków rodziny jednocześnie, często dostajemy wsparcie.

 To nie szowinizm, ale prawie wszyscy wolą, by pierwszym poinformowanym był mężczyzna. Tak jakoś jest, że kobiety wywalają emocje na zewnątrz, a faceci zabierają do środka. Niekiedy potrafią zadać racjonalne pytanie. Takie jak: "kiedy?" albo: "co dalej?"

 Tym razem też wychodzi do nas facet. Klapki, krótkie spodenki i zarośnięta, ogorzała twarz. Tyle pamiętam, a potem to już tylko, jak rzygam zgięty pod płotem w akompaniamencie tłukącego się wewnątrz domu szkła.

 Mirek, mój partner, zabiera mnie na kielicha. Nie pije się w pracy, taaa.

 

 Październik, środa rano. Wiatr okropny i leje z nieba kubłami. Według zegarka nie ma jeszcze dziewiątej, a ciemno jak w środku nocy. Podjeżdżamy pod okoliczną posesję. Lipowa siedem. Kula rośnie mi w gardle.

 Mirek ma lat pięćdziesiąt. Tak, mniej więcej. Sporo widział i ciężko go zaskoczyć. Po pracy gbur, ale przy takich sprawach anioł stróż. Pewnie to pochopne, lecz mam wrażenie, że uzależnił się od bycia wsparciem. Może pozwalając obcym ludziom się na sobie wypłakać czy wyładować czuje się komuś potrzebny?

 Pociągam fajka, by skołatać poszarpane nerwy, a on wybucha śmiechem, na którego dźwięk pulmonolog mógłby ściągnąć brew.

 — Nie pomagasz — burczę, słysząc własne terkoczące zęby.

 Sprawa dotyczy dwudziestosiedmiolatka, który podczas przerwy w pracy po prostu zasnął i zmarł. Zdążył jeszcze usiąść, rozpiąć kubrak i otworzyć pojemnik z kanapkami. Ugryźć jednak nie zdążył. Niestosownie to zabrzmi, lecz idealny na moje rozdziewiczenie.

 Gdy kompan nie przestaje rechotać, ponawiam ostrzejszym tonem. Wtedy wskazuje palcem.

 — Co do chu... — urywam, widząc zaparkowane dukato w czerwono-białych barwach. Polskie firmy stawiają na patriotyzm.

 — Sprawa z bani — rzuca, włączając silnik. I kiedy znów czuję ciało, gdy mogę normalnie oddychać, a stara mazda stacza się z krawężnika... Z małego parterowego domku wychodzi młoda kobieta.

 Wiedziony nagłym impulsem rzucam, żeby zaczekał.

 Stajemy.

 Dziewczyna otwiera drzwi od przyległej komórki, rozmawiając cały czas przez telefon. Minę ma przy tym wesołą. Zupełnie niepasującą do kogoś, kto właśnie powinien obdzwaniać krewnych z informacją o nadchodzącym pogrzebie.

 — Te skurwysyny jej jeszcze nie powiedziały.

 Przyglądamy się baczniej, ale przez strugi deszczu gówno widać. Podjeżdżamy bliżej, a Mirek naciska klakson. Kiedy uchyla się szyba, ze środka wypadają kłęby dymu. Dwóch z trójki delegacyjnych posłańców ładuje baterie odwagi tanim piwem z marketu. Wszyscy palą.

 Na pytanie, czy przekazali wiadomość, siedzący najbliżej okna zaczyna niemrawo buczeć. Stara się przy tym trzymać fason, ale po oczach widać, że łoją już dłuższą chwilę. Po czerwonych mordach płynie pot.

 — Nie odjeżdżajcie! — nakazuje mój partner głosem, jakiego nie chciałbyś usłyszeć od kogoś, kto ma choćby jeden procent władzy. — A kierowca niech naszykuje dokumenty.

 Bełkoczący pasażer coś odpowiada, lecz wycofujemy już na wstecznym pod posesję. Deszcz w dalszym ciągu ostukuje dach wozu, gdy wychodzimy. Stres rośnie. Ciężko mi złapać oddech.

 Mirek naciska za mnie dzwonek, bo po prostu nie jestem w stanie tego zrobić. Stoję tylko jak sparaliżowany, zanosząc w duchu modlitwę do wszystkich świętych, której myślą przewodnią jest prośba, by coś w tym wszystkim nie wyszło. Nie zadziałało. Drzwi się jednak uchylają po minucie i ta sama roześmiana dziewczyna biegnie truchtem do furtki.

 — Pamiętaj o skorpionach — szepcze na szybko Mirek. Potem coś jeszcze dodaje, ale ja już jestem kompletnie wyłączony. Słyszę tylko rozbryzgi kropel deszczu i płaskie buty stukające o chodnik. Uderza mnie to, że dziewczyna nawet ich dokładnie nie założyła, a jedynie przydeptała, zapewne sądząc, że wychodzi na chwilę. Na sekundę. Że pewnie listonosz, a może gość od liczników. Burza taka, więc może sąsiad z pytaniem, czy mają prąd, bo właśnie mu wysadziło i dzieciaki ściągają latarki do smartfonów

 A tu nie. Tu pieprzony psikus.

 Cały się trzęsę i dziękuję za deszcz, bo mogę udawać, że jest on tego przyczyną. Gdyby ktoś mi teraz zmierzył tętno, pewnie karetka by nie stawała na światłach.

 — Słucham? — pyta niepewnie, patrząc, dla zasady, podejrzliwie. U nas reguły takie, że jeden zawsze w cywilu, drugi w mundurze. Cywilny bliski, jakby bardziej dla ludzi. Mundur natomiast wyhamowuje agresję.

 — Czy pani jest siostrą pana Szymona Poręby?

 Coś popieprzyłem, bo dziewuszka poprawia. Mirek prosi, by odkluczyła furtkę. Głos ma przy tym ludzki i współczujący. Dobry ruch. Przez furtkę jej nie przytuli, gdy za piętnaście sekund zacznie krzyczeć.

 — Żoną jestem — zaciąga tamta z podlaskim akcentem. — O co chodzi?

 Biorę głęboki wdech. Tama pęka.

 Mówię jej, o co chodzi.

 

 Mirek ma spory dystans. Zna całą masę creepy-śmiesznych określeń na umarlaków. Zabójstwo w gospodarstwie domowym to w jego żargonie ubój chlewny, na skoczka mówi, Pan Kleks, a ten, który targnął się na życie przez powieszenie, jest żyrandolem. Tak odreagowuje. Wódka po pracy i te pierdoły, to jedyne rzeczy, które tę pięćdziesięcioletnią ludzką układankę trzymają w jednym pudełku.

 Zasady są takie, by poinformować rodzinę jak najszybciej. Tak, żeby dowiedziała się od nas: profesjonalistów, niż ma takie rewelacje wygłaszać sąsiad zza płotu. Temat śliski i nie idzie się do niego przyzwyczaić czy uodpornić, ale można wypracować metody. Mamy też dwustuzłotowy dodatek i kartę Medicovera z darmowym wsparciem psychologa. A jeśli mam mówić za siebie, chęć na skok z okna cztery razy w miesiącu.

 Witajcie w pieprzonej Polsce.

 

 Czwartek rano. Pogodnie. Znowu domek z podwórkiem, bo tutaj w większości takie. Zadanie można by powiedzieć: rutynowe.

 Dzwonimy. Ktoś filuje przez okno. Musieli zobaczyć mundur, więc pewnie się naradzają. To normalne. Wyłączając listonosza z rentą, mundur to zawsze kłopoty.

 Po mniej więcej pięciu, sześciu minutach wychodzi gość w średnim wieku. Idzie wolno, łypiąc na nas spod siwych, krzaczastych brwi.

 — Taaak?

 — Pana żona...

 Krzyczy.

 

 Innym razem też prywatna posesja, choć domek to ledwie altanka z koślawym dachem. Całe podwórko w pokrzywach, a z szamba chyba wybija.

 Dzwonimy.

 Kudłaty mieszaniec drze mordę, ale gdybym był przyszpilony do grubego łańcucha długości sznurówki, sam bym darł. Naciskam dzwonek i przytrzymuję pod palcem dobre piętnaście sekund.

 Nic.

 — Ruina taka, że może nie mają prądu? — śmieszkuje Tomek, który jest na zastępstwie, bo Mirek na chorobowym. Gromię młokosa wzrokiem, ale zbywa me wzburzenie kolejnym uśmieszkiem i bezczelnie coś sprawdza w telefonie. Nie przestaje nawet wtedy, gdy w naszą stronę kuśtyka stara kobieta. Czterdzieści minut temu jej mąż osunął się na półki z gumami orbit w pobliskim sklepie spożywczym. Znieczulica na tym świecie jak skurwysyn, bo gdy rozrywał guziki od marynarki, próbując odzyskać oddech, grupka dzieciaków pospiesznie zbierała rozsypane skarby. Sprzedawczyni też niewiele lepsza, bo żądała, żeby denata jak najszybciej zabrać i pytała, kto zapłaci za zniszczenie plastikowej półki, wartej piętnaście złotych. Kazałem jej, kurwa, przyjść w piątek. Poczeka pół dnia pod drzwiami, a potem udam zatroskaną minę i spiszę wszystko drugą stroną ołówka.

 Gdy o tym myślę, babcia do nas dociera. Starsi ludzie muszą być bliżej z naturą, bo sądząc po oczach – wie. Otwiera furtkę bez słowa i tak jakoś się dzieje, że po chwili to ona pociesza mnie.

 Tomek strzela nam po cichaczu fotę, lecz nie wyłącza dźwięku. I mimo tego, że rozmawiam ze staruszką jeszcze prawie godzinę, cały czas myślę tylko o tym, jak mu zaraz przypierdolę w łeb, a telefon rozwalę w pizdu. Kiedy w końcu zamykamy sprawę, wykonuję jedynie pierwszą część planu. Jest zaskoczony tym, że przejmuję się takim starym pudłem. Dodaje, że powinienem zgodzić się na steaming z akcji, bo można na tym złapać dużo like'ów. Radośnie rzuca, że babcia stoi nad grobem i pewnie odleci w tydzień. Po tej gadce coś we mnie pęka, czego efektem jest kolejny sierp. Po tym nasze drogi się rozchodzą, a że gówniarz wkurwia prawie każdego, wkrótce słuch po nim ginie. Jednego nie można mu odmówić. W sprawie starej Jarzębiak myli się o trzy dni.

 

 Wraca Mirek z alkoholowego L4. Blisko emerytura, a że fachowiec dobry, góra patrzy przez palce. Tym razem stoimy na prywatnej posesji lokalnego prominenta mięsnego, czekając, aż do nas zejdzie.

 Opodal Lexus LS 600 w ciemnym odcieniu brązu, czerwona Toyota Land Cruiser i wypasiony Quad. Objętość garażu sugeruje, że to nie wszystkie, zalegające tu cacka.

 W końcu słychać głośne uderzenie drzwiami i zbliżające się kroki. Zza rogu budynku wychodzi barczysty sześćdziesięciolatek o przenikliwym, nieprzyjemnym spojrzeniu.

 — Tylko szybko! — instruuje, zdradzając w barwie głosu władczy ton. Prosta sylwetka uosabia dominację. Zapach wody kolońskiej emanuje nienachalnością, jednak jest wyraźnie wyczuwalny.

 Ciężki temat, więc Mirek bierze na siebie. Pyta o dane córki i podaje rejestrację z Mercedesa.

 — Abo co? — burczy tamten, ale w głosie słychać pierwsze drgania. — Abo, kurwa mać, co?

 — Bardzo nam przykro, ale miała wypadek. Przy Chrobiczynie uderzyła w słup.

 Pieczołowicie ułożoną fryzurę trafia szlag, kiedy mężczyzna w furii macha głową. Lży przy tym okropnie, krzycząc, że ten samochód kosztował dwieście tysięcy, a fury za dwieście koła nawet na takich słupach nie zwalniają. Każe nam przy tym spierdalać. Grozi, że nas wypierdoli z roboty. Że gdyby chciał, to byłby nawet na ślubie Księżnej Diany. Że zaproszenie mógł mieć.

 Pojawiają się ludzie. Wpierw w oknach, potem wychodzą z budynku. On każe wszystkim spierdalać i cały purpurowy szuka kluczy. Nieśmiało rzucam, że możemy go zawieźć, ale ciska tylko we mnie serią klątw. Klucze od auta ma w rękach, ale wciąż ich poszukuje po kieszeniach. W końcu siada na murku i płacze, luzując krawat. Ja jestem kompletnie skołowany, ale mój partner zatrzymuje jedną z kręcących się kobiet i każe wezwać karetkę.

 Tego wieczora mocno ładujemy wyborową. Mirek wymyśla, że jesteśmy niczym skorpiony w akcji. Że nasze słowa ludzi paraliżują, bo są jak jad i jeszcze inne pierdoły.

 Nie pamiętam, w jakich okolicznościach się rozstajemy. Nazajutrz leczę kaca, on się wiesza.

 Światu za oknem nic nie robi różnicy.

Liczba ocen: 4
96%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 42

Opis:

Dodano: 2020-09-01 19:43:32
Komentarze.
!Szudracz 1 m.
Nie nadążę za Tobą. 😅
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Nadonsz, nadonsz, droga Szu. łubu-dubu, łubu-du. Bardzo czekam asz znuf fpadniesz i pot opko się zakradniesz
Odpowiedz
~alka666 1 m.
z dużym wykopem
Poruszające.
Mam przyjaciółkę psycholożkę w mundurowych. Nie potrafi tak ujmująco opowiadać, jak to opisałeś.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
alka666 tu chciałem zachować jednak cząstkę sprawozdawczą, bez nadmiernego epatowania taką otwartą emocją. Chciałem je podać z drugiego planu - zdawkowo. Nie wiem, jak wyszło.
Nie będę też kłamał, że tekst "z dziś". Dziś było dogranie, zmiany, lifting. Sam trzon już był.
Odpowiedz
~alka666 1 m.
Canulas opowiedziałeś to w taki sposób, jak robił to mój kuzyn. Jego lubiłam słuchać. Opowiadał mi o tragediach w wojsku, gdy był w czerwonych beretach. Lubię ten styl opowieści. Przedstawiasz to, co widzisz, bez niepotrzebnego epatowania emocjami, metaforami itp. Jest jak jest i tyle. Opowiadasz obrazami i ja to widzę. Wprowadzasz zapachy, aż mnie wykręca od wody kolońskiej. Masz krótkie opisy otoczenia, nie szastasz szczegółami, a jednak pasuje mi widok altanki z koślawym dachem i pokrzywami w obejściu. Od razu na myśl przychodzą mi starsi ludzie. Do tego szambo jako efekt zapachowy, podkreślający ubogich, skromnie mieszkających u schyłku życia... Te opisy bardzo pasują do sytuacji. Są dołujące, jak i informacje, które niosą ze sobą posłańcy.
Wiesz, gdybym mocniej weszła w Twoje teksty, mogłabym pisać i pisać.
Przepraszam za wynurzenia.
Twoje pisanie bardzo mi podchodzi.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
alka666 Fajnie, cieszę się. Wynaturzenia zajebiste. Pisanie mam, jak wiadomo, różne. Teksty noirowe sązupełnie inne. Tutaj jest tak i myślę, że jeszcze kilka podobnych tekstów wpadnie.
Odpowiedz
z dużym wykopem
Dobre.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Zaciekawiony o kurde 😳
Odpowiedz
~oko 1 m.
zawód trudny. paskudny. jak każdy, kiedy spotyka się tylko nieszczęśliwych ludzi. musi odkładać się na wątrobie. niedopowiedzenia tylko wzmacniają tekst.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Dziękson za wizytę, senor. Myślę, że sporo zawodów można tu podpiąc, tylko że o ile te z dziedzin lekarskiej często informują ludzi potencjalnie przygotowanych, tak Ci "z wypadków" niezbyt.
Życie.
Odpowiedz
~Wrotycz 1 m.
Racja z pierwszą reakcją. Oczy-czułki.

Inne Canulasowe pisanie, ale przecież to nie noir, chociaż cząstki klimatu jak najbardziej są.
Tytuł... etat Hioba. Tylko pod warunkiem niestępiającej się wrażliwości wobec cierpienia drugiego człowieka. Alkohol, samobójstwo Marka i w kontraście gościu strzelający foto. A przecież i on przynosił hiobową wieść.
Staruszka pocieszająca posłańca złej wieści i reakcja króla ubojni - najciekawsze sceny.
Jaka reakcja tracących bliskich byłaby dla funkcjonariuszy najlepsza?
Hm.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Wrotycz, wiesz co, chwilowo to chyba po prostu podziękuję za komentarz, zamiast się jakoś brawurowo odnosić, bo jestem tak zmęczony, że wyszłaby z tego jakaś niezbyt spójna popelina.
Tak więc - dziękuję.
Odpowiedz
~Karawan 1 m.
to i się depnie mocniej. - obaczyłbym; to i mocniej się depnie,
Pociągam fajka, - albo z fajki, albo (papieros) fajkę, pewnikiem napisałbym "zaciągam się, aż mnie zatyka" ale...sam Pan wisz
Dziękuję!! Kawał dobrego, porządnego tekstu i, co ważne wg mnie, równie (a może nawet bardziej) mocnego jak inne Twoje Mości Canu
Dziękuję więc za to.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Karawan proszę. Czy zmienię wedlw sugestii? Możliwe. Jak mi ostygnie dzbanek, to się przyjrzę.
🤖
Odpowiedz
~Alchemik 1 m.
Pisze się "zaciągam się aż do pępka".
Ja dopiero zacząłem przeglądać twórczość Canulasa.
Stwierdziłem bowiem, ze warto.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Alchemik oj, przekrojowo u mnie jest. Często bardzo wulgarnie. Zapraszam, ale na własne ryzyko. Co do "pisze się", chyba zostawię, jak mam. To nie ó w słowie dupa, że trzeba natychmiadt reperować. Twoja propozycja bardziej jawi mi się jako alternatywa czy sugestia, niż jako jedyna słuszna. Więc nie skorzystam.
Dziękuję za wizytę.
Odpowiedz
!Szudracz 1 m.
Czytałam już ten tekst, chyba nawet tutaj.
Smutno, nie mogłabym wykonywać takiego zawodu.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Szudracz - tak, czytałaś.
Nie, nie tu.
Ps. Tak jak raczej nie grzebię za mocno, tak tu trochę pozmieniałem
Odpowiedz
~Alchemik 1 m.
z dużym wykopem
To ponoć kruki przynosiły złe wieści.
Nie wiem, czy wiesz, ale kiedyś wszystkie kruki były białe, ale poczerniały z powodu noszonych wieści. To idiotyczne, bo powinno być odwrotnie i czarne powinny osiwieć.
Świetne to opowiadanie. Nie tylko przez miarę psychologiczna, ale również przez, niektóre zdania, które odkrywają wartościowanie ludzkie.
Znam pewnego pisarza. Tez Mirek. Uważam go za przyjaciela.
Nie potrafię zbytnio pic. Czasem jednak to jedyny ratunek przed ciemnością w biały dzień.
Ja po prostu uważam, ze to opowiadanie jest majstersztykiem treści i zapisu.
To tak w kwestii ekscentryczności.

Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Alchemik heh, wiem o jakiego Mirka Ci chodzi. Napisał parę ciekawych rzeczy. Bardzo mi miło. Dziękować
Odpowiedz
~Aja 1 m.
z dużym wykopem
Czytam to sobie już po raz niepierwszy. I jest tak samo świetne.
Bardzo lubię Twoją surowość narracji wprowadzającą dystans i ten mróz gdzieś na kręgosłupie, kiedy się czyta.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Aja surowość narracji też lubię, ale jest ona głównie odpryskiem wypadkowych, niż umiejętnością. Często przedobrzam czy próbuję się wymądrzać poetycko. Różnie to wychodzi.
Dziękuję i tutaj.
Odpowiedz
~Aja 1 m.
Canulas przedobrzasz? E tam. Wymądrzaj się, bo nieźle Ci to wychodzi. Cały czas wracam do "Żółtych ludzi" i nada nie najadłam się ich treścią w nasyceniu.
Ten tekst też mi oddziałuje, choć inaczej.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Aja kurde, fajno
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Wiwisekcja rodzaju ludzkiego w pewnym sensie - bo ilu ludzi, tyle reakcji, tyle tragedii i tyle form radzenia sobie. I ostatecznie każdy ma jakiś limit - jak pęknie, to już się skleić nie da.
Daje po emocjach, a to chyba w takim tekście najważniejsze, więc jest jak być powinno.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
alfonsyna no to się cieszę, jeśli tak
Dziękuję pięknie.

Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin