jasno ciemno
Wieloświat - Czas na śmietnik Wielka wojna z wielkiej płyty: Czerwona cegła versus Maryśka 1z2

Wielka wojna z wielkiej płyty: Czerwona cegła versus Maryśka 2z2

 

 

  Tekst powstał między 25.01 a 26.01 2018

 

 

 

  Chłopak początkowo wyraźnie zdecydowany i pewny swojej decyzji skierował się w stronę drzwi swojego mieszkania. Jednocześnie próbował nie rozmyślać nad sensem tej rozmowy i uznać ją za nigdy nieodbytą. Kobieta już dawno była w windzie. Zamknął dokładnie drzwi na wszystkie możliwe zamki i zasiadł do biurka. Nie mógł jednak uwolnić się od pytań, które nasuwały mu się same.

 Minęło raptem kilkanaście minut, kiedy gwałtownie poderwał się i podszedł do okna. Przy mniejszym o kilka pięter bloku naprzeciwko stało kilku mężczyzn w czarnych uniformach. Co chwila jak nakręcone zabawki chodzili raz w jedną, raz w drugą stronę, a między zwrotami uważnie badali teren.

 — W jakie gówno ja wszedłem? — zapytał sam siebie.

 Jeden ze stojących tam facetów w pewnym momencie wskazał palcem dokładnie na okno, z którego ich obserwował, jednocześnie mówiąc coś, do stojącego obok, osiłka. Ten od razu odszedł i zniknął w środkowej klatce chodowej głównego bloku. Budynek był takiej samej wysokości jak ten, w którym mieszkał chłopak. Tak samo posiadał cztery klatki schodowe i dobudowane do niego dwa znacznie niższe i zapewne młodsze bloki.

  W niektórych częściach posiadał charakterystyczne malunki. Było ich kilkanaście rozmieszczonych tu i tam. Wtedy nie rozumiał ich znaczenia i definiował je jako ozdoby betonowych płyt, które miały im nadać choć trochę bardziej nowoczesny i zachęcający wygląd. Jeszcze przez chwilę przyglądał się im nie zwracając uwagi na pozostałych facetów, którzy odkąd go dostrzegli, nie odrywali od niego oczu. Nagle usłyszał dosyć lekkie pukanie do drzwi. Początkowo zawahał się. Wykombinował na poczekaniu, że siedząc cicho, wyprowadzi nieproszonego gościa w pole. Przeliczył się i to grubo.

 — Wychodź cwaniaku i tak wiem, że tam jesteś. Mamy mało czasu — usłyszał znajomy głos.

 — Czemu się pani na mnie uwzięła? Nie chcę mieć z wami nic wspólnego. Ten cały cyrk nie ma sensu.

 — Chłopcze jesteś, o wiele głupszy niż myślałam. Już wiedzą, że jesteś nowy i będą chcieli cię zwerbować. „Maryśka” działa z takimi prosto. Albo wchodzisz, albo giniesz. A ty tępaku byłeś na tyle inteligentny, że gapiłeś się na ich strażników mających wartę przy robotniówkach. Podałeś się im na tacy. Te góry mięśni może nie mają mózgów, ale wykryli cię.

 — Przy robotniówkach? A to, co znowu?

 — Małe bloki mieszkalne dla robotników „Maryśki". Dobra wychodź, bo nie ma czasu. Chyba że wolisz tu zostać i czekać aż cię oni stąd wyprowadzą.

 Zamyślił się. Po raz kolejny nie chciał w to wszystko wierzyć, ale z drugiej strony zaczynał się bać. Wszystko tworzyło się w logiczną całość, której nie potrafił zaakceptować. Wstał powoli i podszedł do drzwi. Gdy je otworzył, zobaczył swoją sąsiadkę w obstawie dwóch dwumetrowych osiłków.

 — A te goryle po co?

 — Ta noc nie jest bezpieczna. Poza tym jesteśmy na drugim piętrze. Do czwartego ochrona jest bardzo znikoma. Dlatego masz marne szanse, jeśli tu zostaniesz. A reszta?

 — Są już dawno w gotowości na wyższych piętrach a część w piwnicy. Myślisz, że dlaczego jest tu tak cicho?

 — Więc gdzie idziemy? - zapytał, jakby nie chciał znać odpowiedzi.

 — Na ósme piętro do gabinetu głównego.

 Próbując zachować resztki nadziei, że to wszystko wkrótce wyjaśni się jako sporych gabarytów żart, poszedł za kobietą. Tych dwóch odprowadziło ich tylko do windy.

 — Nie idą z nami?

 — Kondygnacje powyżej szóstej są dla nich niedostępne. Ochroniarze nie mają tam prawa przebywać, bo nie mają czarnej karty.

 — Ale ja też nie mam tej karty.

 — Jesteś nowy i na razie nie jest ci potrzebna. Poza tym wchodzisz tam za moim pozwoleniem, czyli pozwoleniem burmistrza.

 — Burmistrza?

 — To takie dziwne? Tak okazałe blokowisko musi mieć organy władzy. Ja jestem burmistrzem pierwszych czterech kondygnacji. Oprócz mnie jest jeszcze jeden burmistrz oraz prezydent, który jest najwyżej na szczeblu władzy. Dwa ostatnie piętra to głównie biura i puste mieszkania. „Czerwona cegła” i „Maryśka” to bloki główne.

 Rozmowę przerwała zatrzymująca się winda.

 — Jesteśmy na miejscu.

  Gdy wyszli, od razu zostali otoczeni przez grupkę mężczyzn w dziwnych ubraniach.

 — A to, co za jedni? - spytał, cofając się gwałtownie.

 — Spokojnie to tylko specjaliści. Są tu na wezwanie prezydenta.

 Kobieta podeszła pod oznakowane dziwnymi symbolami drzwi.

 — Poczekaj tu. Najpierw muszę coś załatwić.

 Chłopak czuł się nieswojo w towarzystwie dziwnie przyglądających się mu facetów.

 — Nie znam cię. Skąd jesteś?

 — Drugie piętro.

 Mężczyzna na te słowa prawie wybuchnął śmiechem.

 — To wszystko tłumaczy. Od razu wiedziałem, że jesteś od tych partaczy z dołu.

 — Partaczy? Masz jakiś problem?

 — Po prostu nienawidzę być w obecności takich szlamowców. Nigdy nie potrafią się zachować. Dziwię się, że tu trafiłeś. Zwykle mają jedynie żółte karty pozwalające na przebywanie maksymalnie na piątym piętrze.

 W tym momencie z gabinetu wyszła jego sąsiadka.

 — Jakiś problem? Chłopak jest ze mną i to chyba do was już dotarło prawda?

 — Tak jest pani burmistrz — odpowiedział i potulnie odszedł w stronę otwartych drzwi po drugiej stronie.

  Chłopak wyrazem wdzięczności uśmiechnął się w jej stronę, a ta od razu odwzajemniła to.

 — Masz chyba więcej szczęścia niż rozumu, ale udało się. Prezydent dał ci pozwolenie do dołączenia w szeregi „Czerwonej cegły".

 — Co to teraz?

 — Zostałeś przydzielony na misję jeszcze tej nocy. Zjadę z tobą do piwnic, a tam zostaniesz odpowiednio uzbrojony. Jest już coraz bliżej nieuniknionej konfrontacji.

 Już na początku, gdy ruszyli w stronę windy czuł dość mieszane uczucia co do swojej decyzji. Gdy mijali kolejnych specjalistów, co chwila spuszczał wzrok, by na nich nie patrzyć. W tamtej chwili jego wewnętrzny mętlik był nie do rozwiązania. Spojrzał na kobietę, która wyraźnie była zamyślona. Gdy weszli już do windy, chłopak chciał jak najszybciej przerwać tę ciszę.

 — To na pewno dobry pomysł?

 — Ale o co chodzi?

 — No czy to dobry pomysł przyjmując mnie od tak przez prezydenta. Nawet mnie nie widział i nic i mnie nie wie. Moje umiejętności a właściwie ich brak może być utrudnieniem.

 — Chłopcze czy nie wiesz nawet ma dziesięciu procent o tym wszystkim. Odkąd się tu wprowadziłeś, zostałeś zapisany w specjalnym rejestrze. Każdy nowy mieszkaniec, który jest tu mniej niż rok, podlega obserwacji całkowitej. Wiemy o tobie wszystko to, co trzeba. Może jesteś nieogarnięty i ledwo co rozumujesz podstawowe sprawy i przepisy, które pozwalają czuć się bezpiecznie, ale to jest atut. Rozumowanie nie będzie ci potrzebne, a oni jeszcze nie wiedzą o tobie wszystkiego. To daje nam przewagę. „Maryśka” ma specjalnych agentów, którzy przenikają do nas i infiltrują cały budynek, a później składają raport. My również mamy agentów, ale ostatnio zaczęli ich demaskować. Przez miesiąc straciliśmy dwunastu. To też był jeden z powodów, aby obniżyć wymagania co to przyszłych na ich miejsce.

 — Sądzi pani, że nadaję się na agenta? — spytał z lekkim wyróżnieniem się, jakby już wiedział, jak padnie odpowiedź.

 — Oczywiście, że nie. Jesteś grubo poniżej kompetencji nawet po obniżeniu wymogów. Nie poradziłbyś sobie, a nawet jeśli to rozpracowaliby cię po maksimum tygodniu — odpowiedziała, tym samym niszcząc jego wygórowane nadzieje. — W piwnicach są już uzbrojeni.

 Zatrzymali się, a gdy winda się otworzyła, od razu chłopak siłą został zabrany do piwnic.

 — Pani burmistrz co to za gnojek. Myślałem, że — bez urazy — ma pewnie lepsze wybory odnośnie do nowych.

 — Ty się nie mądrzyj tak. Nadaje się idealnie. Zresztą nie miał wyjścia, już go zobaczyli, więc wiedzą, że jest nowy. Tyle tylko, że oprócz tego nic nie mogą o nim powiedzieć. Na jego szczęście przez te dwa tygodnie z nikim nie rozmawiał, to nic od niego nie wyciągnęli.

 Chłopak razem z mężczyzną ubranym w kamuflujący strój wszedł do piwnic a tam do jednego z pomieszczeń. Co ciekawe były one dość duże i zaskakująco czyste. Próżno było w nich szukać pajęczyn i robactwa a ściany były pomalowane nowiutką farbą. Siedzący już tam faceci skanowali go wzrokiem, śmiejąc się pod nosem.

 — Podobno jest tu już dla mnie jakiś kombinezon i coś do tego.

 — Jest pewnie. Wskakuj w gacie i zaraz wychodzimy. Oby tym razem nam szczęście dopisało — odezwał się wyglądający na dość ogarniętego mężczyzna siedzący tuż przy wejściu.

 — Tym razem?

 — Jakieś dziesięć lat temu było tak samo. Agenci znikali, a „Czerwona cegła” miała wewnętrzny kryzys. To było nieuniknione. Starli się ze sobą. Teraz jest tak samo, ale tym razem możemy wygrać. Wtedy nasi ponieśli sromotną klęskę.

 Rozmowę przerwał głos dowódcy. Był to średniego wzrostu facet po pięćdziesiątce prawie całkiem łysy.

 — To chwila tak istotna, jak ta, kiedy wasze matki wydały was na świat. Tu waży się nasza przyszłość. Dobrze pamiętam ostatnią wojnę. Przegraliśmy, a „Maryśka” odebrała nam znaczne zasoby. Tym razem jesteśmy silniejsi i mamy większe i bardziej szanse na triumf. „Czerwona cegła” to nasze życie to wszystko, co mamy i co straciliśmy, a teraz pójdziemy to odebrać.

 — Tak będzie!!! — wykrzyknęli wszyscy.

 Ruszyli w rzędzie uzbrojeni w kuchenne tłuczki najeżone gwoździami, zespawanymi widelcami i tarkami wzbogaconymi o ostrze kawałki blachy. Dostał tłuczek. Na początku bez przekonania do niego chciał wymienić go na coś lepszego, ale było już za późno. Popychany przez innych wyszedł na zewnątrz. Po drugiej stronie stali ludzie „Maryśki". Nagle obie grupy rozstąpiły się, a między nimi pojawili się mężczyzna i kobieta. Prezydenci. Podeszli do siebie i wymieniają porozumiewawcze spojrzenia i po chwili równie szybko odeszli z nieciekawymi wyrazami twarzy. To był cichy sygnał. Ruszyli na siebie z pełną mocą. Ich bronie starły się ze sobą. Chłopak był z tyłu i tylko na je go szczęście od czasu do czasu musiał używać swojej okrutnej broni.

 Zabił od niej może z jedną osobę, inne jedynie dotkliwie ranił. Resztę do kończyli inni. Dobili tych, którzy z dziurawymi i rozerwanymi policzkami czołgali się po zakrwawionej trawie. Prezydenci obserwowali wszystko w ukryciu. Wyglądało to z góry jak niezbyt przemyślana partyjka szachów, w których gracze naginają zasady, wystawiając wszystkie bierki naraz. Graczami byli oni właśnie. Po obu stronach straty były znaczące. Widok był tym bardziej okrutny, że nawet ciała kobiet, które walczyły, mimo że już dawno były martwe, nadal były gwałcone w pośpiechu. Większość tych śmiałków, którzy znajdowali się po obu stronach kończyli z dziurami w głowie.

 Chłopak rzucił się na końcu w wir walki, a jego szczęście nadal mu sprzyjało. Wyszedł z niej jedynie z rozciętą dłonią. Około czwartej rano bitwa zakończyła się okrutnym remisem. Do swych domów wróciło niewielu. Ocaleni zabrali ciała swoich. Odszedł do swojego mieszkania w asyście ochroniarzy. Pierwszy raz bal się w nim zostać sam jakby czuł, że następna noc przyniesie kolejne ofiary.

10898 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 27

Opis:

Dodano: 2019-09-14 09:44:00
Komentarze.
"Chłopak początkowo wyraźnie zdecydowany i pewny swojej decyzji skierował się w stronę drzwi swojego mieszkania" - 2x swojego.

"Jeszcze przez chwilę przyglądał się im nie zwracając uwagi na pozostałych facetów, którzy odkąd go dostrzegli, nie odrywali od niego oczu." - niego/ go

Kolejny tekst z cyklu: " dziś zapisałbyś yo dużo lepiej, co tylko unaocznia Twój progres. Klimatu jednak nie traci.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin