Rozsypane słowa Paradoks?

Pierwsza runda

 Wysłał za mną swój cień. A potem drugi i następne. Skradały się bardzo cicho i sporo czasu musiało minąć, zanim się zorientowałem. Obejrzałem się raz i drugi, jednak wtedy jeszcze nie czułem niepokoju. Dopiero, kiedy przebiegły za mną na pasach jak wataha wilków niemal mnie osaczając poczułem, że miękną mi kolana. Przysiadły na chodniku i warowały. Czekały na mnie tam, bezpieczne już i niecierpliwe.

 

 Odwróciłem się znienacka i pobiegłem najszybciej, jak umiałem. Schowałem się za rogiem ulicy, stając w jakieś zamkniętej bramie, gdy przebiegły zadyszane. Chciałem odetchnąć z ulgą, kiedy zawróciły. Jeden zawył złowieszczo, żeby pochwalić się przed stadem, że mnie odkrył. Nacisnąłem guzik domofonu i błagałem, żeby mnie ktoś wpuścił.

 

 Kiedy brzęczek odezwał się byłem już mokry ze strachu, a stado zbliżało się siekąc ogonami zakurzony asfalt chodnika. Wśliznąłem się na klatkę schodową i starannie zamknąłem drzwi. Potem pobiegłem po schodach w górę sadząc susy po dwa-trzy stopnie. Z poziomu piętra zerknąłem na drzwi. Wciąż były zamknięte, jednak najodważniejszy cień wsadził już mordę wprost przez lite skrzydło.

 

 Chwilę później pokazał się drugi, a trzeci, gdy zauważył sukces pobratymców skoczył przez przeszkodę i wylądował na czterech łapach ślizgając się na terakotowej podłodze. To było jak sygnał dla pozostałych i stado błyskawicznie zmaterializowało się na parterze kręcąc się, jakby szukało tropu. Nie czekałem dłużej. Zrezygnowałem z ostrożności i parłem pod górę biegiem trzymając się poręczy, żeby na zakrętach nie wpaść na jakieś drzwi od mieszkania i nie stracić rytmu.

 

 Pode mną zagrzechotały pazury drapiące zimny kamień klatki schodowej. Szczęściem wyjście na dach nie było zamknięte na kłódkę i po kilku metalowych klamrach udało mi się wspiąć, by uchylić klapę. Wreszcie zaczęło sprzyjać szczęście. Przecież te bestie nie wejdą po takich klamrach. To trudniejsze nawet od wejścia na drabinę. No i klapa, którą oczywiście zamknę za sobą, chociaż pamiętam, co zrobiły w bramie wejściowej…

 

 Ledwie wystawiłem głowę, wiatr oblizał mnie swoim chłodnym, lekko wilgotnym językiem. Śmierdział lepikiem, więc pewnie opalał się na dachu. Wyszedłem cały i stanąłem w pomarańczowym słońcu przytulającym się ze wstydem do drapacza chmur na zachód ode mnie. Skąd wiem, że na zachód? Pewnie stąd, że słońce powinno tam zasypiać, a wyglądało na mocno utrudzone dniem. Poszedłem w jego stronę bez pomysłu, co dalej. Wydawało mi się, że w mroku trudniej mi będzie uciekać, więc lepiej zostać w świetle, ile tylko się da.

 

 Doszedłem do krawędzi dachu. Lekko podniesionej, ledwie na kilka cegieł nie wyglądających na renesansową attykę. Z wierzchu pokryta była blachą, jakby to był parapet. Słońce przyglądało mi się z zaciekawieniem. Może czekało, aż je pożegnam dobrym słowem, albo opowiem bajkę na dobranoc, kiedy ja musiałem wyrównać oddech po ucieczce. Obejrzałem się z niepokojem. Klapa wciąż była zamknięta, a na dachu prócz mnie nie było nikogo.

 

 Odwracałem się właśnie znów w stronę słońca, gdy dostrzegłem go. Siedział w samym rogu dachu i przyglądał mi się kpiąco. Usiadłem i ja zwieszając ramiona. Skoro on tu jest, to wszelka ucieczka staje się absurdalna. Dokąd? Skoczyć z krawędzi wprost w objęcia rumianego słońca? Przecież mnie nie złapie. Dość ma swojej tułaczki, żeby się mną zajmować.

 

 Buńczucznie pomyślałem, że z nim jednym, to może sobie poradzę, więc rzuciłem okiem raz jeszcze na klapę. Śmiał się. Ze mnie się śmiał, jakby czytał w moich myślach, a przez klapę wynurzało się stado drąc pazurami nasmołowaną powierzchnię . Gdyby umiała, to krwawiłaby, jak ja zacznę krwawić za chwilę. Obedrą mnie z życia nim dobrze krzyknę. Stanęły już półkolem, tyralierą i tłukły ogonami tak rytmicznie, jakby skończyły musztrę w kompanii reprezentacyjnej, albo ćwiczyły pływanie synchroniczne.

 

 Przyszło żegnać się z życiem. Nie zamierzałem skamleć, bo stado strzygło uszami sugerując, że to daremny trud. A ten… oryginał… nadal się uśmiechał szyderczo. Strach ustąpił w obliczu wściekłości. Przekroczyłem granicę, za jaką strach przestał istnieć. Pompowałem w siebie powietrze w oddechach tak szybkich, że poczułem się pijany. Stanąłem na parapecie i zacisnąłem pięści.

 

 Słońce rzuciło się na ratunek i przytrzymało mi plecy, żebym nie stracił równowagi. Okolony aureolą płomieni popatrzyłem na stado. Dziwne. Przestało tłuc ogonami, a co tchórzliwsze podkuliło go pod siebie. Tylko patrzeć, jak zaczną piszczeć! Nadzieja zakwitła we mnie i spłynęła w nogi. A potem wypłynęła ze mnie cieniem potężniejącym z każdą chwilą.

 

 Stałem podtrzymywany słonecznym ramieniem na krawędzi dachu, a mój cień biegł w kierunku stada. Nie grzeszył wyrozumiałością. Sam widziałem, że kipi chęcią zemsty i lada moment rozszarpie to stado. Kiedy pierwszy opuścił szereg tyraliery było już po walce. Reszt podążyła za jego strachem i pognały wszystkie w kierunku rogu dachu.

 

 Mój cień nie zamierzał odpuścić i ruszył w pościg. Stado żebrało u oryginała, żeby je ocalił. Zeskoczył z parapetu i pochłonął wystraszone bestie nim mój cień zawisł nad nim jak gradowa chmura. Sierść mu pociemniała i nie chciała przestać ciemnieć. Wyglądał, jakby każdy połknięty cień powodował, że stawał się głębszą ciemnością. Zbyt szybko pożarł te cienie i dopiero teraz widać było, że nabiera głębi. Słońce spadało coraz niżej i nie miało już sił trzymać się okien wyższych kondygnacji drapacza chmur, tylko schodziło na rękach piętro po piętrze, trzymając się gzymsów i parapetów.

 

 Oryginał zlekceważył mój cień i podbiegł do mnie. Ciężkawo dość, ale wystarczająco szybko, żebym się zaniepokoił. Na szczęście mój cień czuwał i stanął tuż obok. We dwójkę mieliśmy spore szanse wygrać z tym wynaturzeniem, a ono patrzyło mi prosto w oczy, aż stygły mi zmysły.

 

 - To było niezłe – powiedział z wyraźnym uznaniem – Do zobaczenia następnym razem.

 

 A potem, odbiegł w stronę przeciwną słońcu i skoczył z dachu zbiegając cicho po wschodniej elewacji. Kiedy podszedłem do krawędzi był już tylko niknącą plamą na asfaltowej jezdni. Rozmywał się w mroku nocy. A może sam był nocą? Może wyciągał macki mordując każdy kształt i kolor? Coś zaskrobało pazurami na szkle. Chyba wspinał się na stojący samotnie przy krawężniku samochód.

 

 - Więc jutro? Jesteśmy umówieni! – zaszeleściło z daleka tchnieniem, od którego poczułem spocone ciarki usiłujące ukryć się w moich butach.

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~oko
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 25

Opis:

walka z cieniem nie kończy się, gdy światło umrze.

Dodano: 2020-09-13 09:04:42
Komentarze.
~Aja 2 m.
Uwielbiam Twoją wyobraźnię i kunszt języka. Znakomicie się bawiłam przy czytaniu - choć to nie paskudek.
Odpowiedz
~oko 2 m.
Aja cieszę się niezmiennie. chyba każdy, kto pisze lubi być czytanym.
Odpowiedz
~Aja 2 m.
oko no pewnie. W końcu po coś się publikuje.
Odpowiedz
~Zuzek 2 m.
z dużym wykopem
Niesamowity styl i umiejętność przekazania swojego wyobrażenia - rzadki talent. Nie przestawaj pisać, bo naprawdę świetnie się czyta twoje prace.
Odpowiedz
~oko 2 m.
Zuzek zamierzam trwać w tym nałogu. nie widze powodu, by rzucać - może z braku sensownej alternatywy? niewiele potrafię, więc chociaż tu staram się wykazać.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin