TW#1 Pustka (2/2)* TW#1 Pustka (1/2)

Tylko nie mów w jidysz (całość)

 Upał, ogromny upał. Powietrze niczym ciężki, betonowy słup przygniata smoliste, bliźniacze dachy. Z suchych gardeł wydostają się ciche westchnienia i pomruki. Byle do zmierzchu, byle odpocząć. Blade, wymięte twarze wyglądają przez okno. Niczym kalki tamtego cierpienia wprzęgnięte w nowy los. Los w pozornej wolności.

 W drewnianym oknie tkwi nieruchomo kobieca twarz. Bezzębna, skulona staruszka o piołunowych oczach, wpatrzona w nie wiadomo co. Do głowy wciąż napływają rozmaite, niespójne ze sobą obrazy: czyściec, późna jesień, szydercze śmiechy mężczyzn, jazgot dzieciarni. Koszmary wyrastają co sekunda z kształtów zapomnianych, już nie istniejących, oplatając jej rozdygotany organizm.

  — Irina, Juda, Szejma —mruczy spod zasklepionych powiek, przełykając żółć. Gdzieś w głębi umysłu materializują się słowa, które już dawno przepadły i przebrzmiały.

  Znów widzi długi cień muru. Jest deszczowo, wietrznie. Żołnierz uderza karabinem wychudzoną Ukrainkę, brzydką i nieludzką w swoim opakowaniu z cienkich włókien i wydatnych żył. Niegdyś gładka skóra przypomina już tylko fakturę ściernego papieru.

  — Irina... — bełkocze, a ślina obficie spływa po brodzie. — Juda...

 Wciąż łowi w wyobraźni feerię tamtych odgłosów. Dzieci ścigają się wzdłuż prętów. Dziewczyna gryzie brata w ucho, a ten w odwecie szturcha ją w ramię. SS-man notatnikiem rozdziela ich szybkim ruchem. Później gwałci przestraszone metr trzydzieści.

  Obraz znika. Wciąż ciemno. W wyuczonym pochyleniu głowy i zasłonięciu ramion czołga się do drewnianych drzwi. Nie mija nawet minuta, a zaryglowane przejście ustępuje. Tuż za nim staje jakby lustrzane odbicie staruszki.

  — Szejma. Ja... — chrypi, nie podnosząc wzroku nawet na moment.

  Dziewczyna lekko dyga i stawia na prowizorycznym stoliku z desek szklankę wody

 Wyciera nos w kolorową chustkę ze zdobionymi rogami, tłumiąc płacz. W powietrzu unosi się odór gnoju, zmieszany z wonią końskiego włosia. Wiatr trzaska małym otworem dla ptactwa.

  — Zabij mnie. Chcę do gazu. — Jej rysy stają się co raz bardziej nieruchome, krzepną w jeden mocny wyraz twarzy. Oczy patrzą prosto w zalęknioną, młodą Żydówkę.

  *

  — Co robić? Co robić?

  Włodek, słysząc pytanie Szejmy blednie i wygląda za firankę. Słychać tylko zimne odgłosy wsi. Żadnego auta. Kobieta krząta się wokół piecyka, ruszając stanowczo pogrzebaczem, tak by płomień buchnął w dno garnka. W nerwowym popłochu wszystkie zapałki lądują na podłodze. Z trudem wznieca większy ogień na nowo. Jej nieporadność przyprawia mężczyznę jednocześnie o wzruszenie i złość. Głowa wiecznie pochylona, krzywo przycięte sztywne włosy, dwie sukienki ocalone przed grabieżą. Dwadzieścia siedem lat i nic. Jest człowiek, brakuje życia.

 Zerka w stronę drzwi, co chwilę ponawiając pytanie, a u stóp kłębią się zwoje kolorowej włóczki; jedynej rzeczy, z której umie zrobić pożytek. Wielobarwne serwety znaczą prawie każdy kąt; a to na poduszkach, a to pod doniczką z przyschniętą paprocią, są też dwie na oparciach krzeseł.

  — Nie wiem — odpowiada zgodnie z prawdą.

  — A babka? — Szarość zbyt wczesnych odrostów kontrastuje z ziemistością młodziutkiej cery, a ciemne oczy patrzą tak, jakby ciągle się czemuś dziwiły.

  — Nie wiem, naprawdę. Może jej nie znajdą, jeśli będzie cicho.

  — Ostatnio wyglądała przez te małe drzwiczki. Ja... — wybucha — już nie daję rady, bo wciąż nasłuchuję tego pukania. Zamknęliśmy ją tak samo jak Niemcy Irinę i Judę. Czym się różnimy od Auschwitz, Włodek, czym?

  — Oni mieli gaz. — Jego twarz przecina siekanina grymasów. Przypomina sobie kalejdoskop tamtych zapachów i obrazów. — A babkę trzeba było gdzieś schować.

  — W gnoju ją schowaliśmy. W chlewie. Widziałeś, jak wystawia siwiuteńką głowę przez drzwiczki dla kur? Ptactwo dawno zarżnięte, koni nie mamy, krowy rozkradli. Jest sama.

  — Dbamy o nią.

  Zaciąga nosem i zniża głos o pół tonu.

  — Powinna mieszkać tutaj. W pokoju jest co prawda ciasno, ale nie można znów zamykać kogoś, kto tak długo żył w ciemnicy! — Szlocha nad zacierką z ziemniaków.

  — A pamiętasz, jak wrzuciła cały zapas mąki i soli do ognia, bo jej się wydawało, że będą grabić? Wydawało! — powtarza nieco głośniej. — Jeść ma dane, spać też, bo siennik całkiem dobry, a i radia może posłuchać przez szparę/

  — Ludzi brak.

  — Niedługo umrze — kwituje beznamiętnie.

 — Szejma, ona zwariowała. Wciąż żyje tylko obozem. Nawet nie próbuje z tobą dłużej porozmawiać, a jeśli już coś wydusi to łamanym niemieckim. Kiedy ostatnio słyszałaś jidysz?

  — Bo ją zamknęliśmy!

  — To wypuść, ale jeśli po nas przyjdą, pierwsza kulka pójdzie w głowę babki.

 Milknie, łapiąc rozpaczliwie oddech. Cisza powoli rozkrzewia się w kątach, powodując nieprzyjemne dźwięczenie w uszach. Dłonie wychodzą sobie naprzeciw, ale jakiś impuls każe przerwać opiekuńczy gest. Gdzieś na zewnątrz liście walczą z podmuchem wiatru.

  — Bóg nam tego nie wybaczy. — Nalewa wodzianki w talerze i znów wyciera nos chustą. — Co robić?

  — Są większe winy niż nasza. Myśmy nic nie zrobili.

   — Nie powinieneś mnie znać.

 Ukrywa twarz w dłoniach. Żarówka kołysze się pod blaszanym kloszem. Dzwoni stary łańcuch po zabitym psie. Naderwany kawałek papy klekocze na wietrze.

  — Twój ojciec zabił Niemca — mamrocze.  — Kiedyś dadzą wam spokój.

  — Właśnie, nam.

  — Masz polskie korzenie, Szejma.

  — Ale nazwisko po ojcu. Może… moglibyśmy pojechać na Śląsk? Tam jest dużo Żydów! Pojedźmy.

  Niebieskie tęczówki mężczyzny przybierają barwę szarości.

  — Dość, zostajesz! — Uderza w stół, ale chybi. Z wściekłych słów powstaje obrazek, który jest jednocześnie zapewnieniem o pomocy, ale i końcem radosnego planu.

  — Pobierzmy się — szepcze rozpaczliwie.

 Włodek kręci głową, minę ma jednak taką jakby odmawiał wbrew sobie. Podchodzi i całuje jej kark, a kiedy wydaje się, że ich usta za moment się spotkają pada strzał. Głośny, niedający się pomylić z niczym innym. Szejma wygląda ostrożnie przez szybę, niemal natychmiast upadając na ziemię. Z całych sił próbuje sobie wyobrazić, że to jeden z jej dawnych koszmarów, ale rzeczywistość jest inna.

  — Wiedzą, że tu jestem — szepcze. — Czyszczą miasto. Znów czyszczą. Budują getto — powtarza jak w amoku. Raz po raz zaplata chustkę, która nijak nie chce się poddać nerwowym gestom. Odgarnia ręką przetłuszczoną grzywkę i siada na skraju łóżka. Łukowata bruzda na czole pogłębia się jeszcze bardziej. Włodek spogląda na roztrzęsioną dziewczynę i mocno sznuruje usta.

  — Tylko nie mów w jidysz — Wczepia oczy w przestraszone chuchro. Ciemne tęczówki zachodzą łzami, Szejma zaczyna cichutko łkać wyzbyta z możliwości donośnej rozpaczy. Na zewnątrz błyszczą światła starej ciężarówki. Uczucie specyficznego lęku, które towarzyszyło jej przez ostatnie miesiące przybiera na sile. Teraz są tylko we dwie. Młoda Żydówka i jej umierająca babka.

 Zaryglowane drzwi otwierają się, szybciej niż się spodziewali. Dwóch, złożonych z ciemnych spojrzeń i znajomych mundurów mężczyzn lustruje dom. Lufy karabinów uderzają w cholewki butów raz po raz. Jakby w takt metronomu.

  — Polnische?  — Wyższy z brwiami w odcieniu lekkiej szarości patrzy na rozłożone chusty, po czym wczepia wzrok w rozdygotaną kobietę. Drugi, odwrócony plecami, otwiera białą szafkę. Spadają zdjęcia w kolorze brudnej sepii i garść papierów.

 Świszczący oddech i nerwowy chód wokół stołu sprawiają, że brakuje jej słów; próbuje ułożyć w głowie słowiański akcent, ten którego nigdy w pełni nie opanowała. W końcu kiwa tylko głową, gniotąc w garści róg sukienki. Z każdą przemijającą sekundą widok mężczyzn rozpuszcza się pod naporem nadchodzących łez. Krążą wokół kuchenki wciąż oczekując odpowiedzi, a serce Szejmy przeszywa coś na kształt znajomej histerii. Szlocha, łapiąc z trudem powietrze.

  — Halt die Klappe!  — krzyczy jeden z nich i zaczyna mamrotać coś o upale, wciąż przetrząsając każdy zakamarek. Kobieta milknie, zbierając się na odwagę, by ubrać myśli w najpiękniejsze kłamstwo. Otwiera usta gotowe do obrony, ale przerywa jej pukanie. Najpierw ciche, na granicy słyszalności. Chwilę później mocniejsze.

 Twarz Żydówki zaczyna się zmieniać, kurczyć, jakby postarzona o kilkanaście lat. Oczy maleją, robią się delikatne jak paciorki, a białka niemal znikają.

  — Szejma! Pić!

 Niewiele myśląc dopada do drzwi, zasłaniając je drobnym ciałem. Ryk, przepleciony zachłyśniętym powietrzem to jedyne co z siebie wydaje. Znów odgłos samotnego łańcucha dobiega do ich uszu. Gdzieś dzwoni stary dzwon za dusze zmarłych. Dźwięki nawarstwiają się, są co raz bardziej irytujące. Włodek marszczy brwi, dając do zrozumienia, że popełnia błąd, ale kobieta tkwi nieruchomo przed wejściem.

  — To na nic! Odejdź!  — warczy na nią.

  — Dajcie pić! — Staruszka ma dziwny głos, niemal bezbarwny.

 SS-mani wyszczerzają zęby w kanciastym uśmiechu. Szejma upada, trącona podeszwą buta pomiędzy spopielone odłamki drewna. Głowę przeszywa jej ostry ból, przez chwilę przygląda się jak niedopałki pożerają same siebie, imitując słaby płomień. Włodek podbiega by ją chwycić, ale jego uwagę skupia grzmot otwieranych z impetem drzwi. Następuje chwila ciszy. Ostrożnym ruchem człowieka dręczonego koszmarami, człowieka, który jest lustrzanym odbiciem własnego lęku wychyla się siwa głowa staruszki. Powieki przysłonięte gęstwiną brwi drżą pod wpływem nagłego blasku, a ramiona niemal dotykają głowy. Kuchnię wypełnia odór końskiego włosia, zmieszany z kałem; wstrętny, mdły zapach starego brudnego ciała kobiecego jest jednak tym, co czuć najwyraźniej.

  — Pić. — Nieruchome chuchro wyciąga chudą rękę, ściskając blaszany kubek.

  — Jüdin! Jüdin! — Warczy jeden z SS-manów i kładzie ciężką dłoń na starczym ramieniu. Nie mija minuta, a krople żółtego płynu spływają po ścianach naczynia, bębniąc i brzęcząc pomiędzy salwami śmiechu. Staruszka wciąż patrzy przez zaciśnięte powieki, a resztki zębów uderzają o siebie, spragnione wody. Gramoli się żarłocznie jak uwolniony od klatki psiak i nachyla twarz w stronę picia. Śmiech, który zamienia się w charczący kaszel jest nie do zniesienia. Szejma podbiega, zamykając kobiecie usta swoją dłonią, strząsa jej z warg to, co zdążyło mimochodem dolecieć, a palce wyciera w róg sukienki. Pluje. Tuż pod nogi, tuż pod podeszwę tego samego buta, uderzającego ją jeszcze przed momentem. Przełyka resztki nagromadzonej śliny. Łka. Później wszystko dzieje się jak w kalejdoskopie. Rozpaczliwie chwyta migawki obrazów, dźwięków.

  — Włodek!  — Rozdziera gardło. Huk łamanych żeber, huk roztrzaskanych nadziei miesza się z odgłosem ryglowanych ponownie drzwi.

  — Bydło! Bydło!  — rzęzi przez szparę Żydówka, ale odpowiada jej tylko pojedynczy strzał.

 

 *

 W drewnianym oknie tkwi nieruchomo kobieca twarz. Bezzębna, zimna staruszka o piołunowych oczach dotrzymuje jej towarzystwa. Do głowy wciąż napływają rozmaite, niespójne ze sobą obrazy: czyściec, późna jesień, szydercze śmiechy mężczyzn, jazgot dzieciarni. Koszmary wyrastają co sekunda z kształtów zapomnianych, już nie istniejących, oplatając jej rozdygotany organizm.

  — Irina, Juda, Amira.— mruczy spod zasklepionych powiek, przełykając żółć.

Liczba ocen: 2
87%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~jotka
Kategoria: obyczajowe

Liczba wejść: 24

Opis:

Dodano: 2020-09-13 14:02:09
Komentarze.
~oko 4 d.
przykuwa uwagę. mocna rzecz i dobrze napisana.
Odpowiedz
~jotka 4 d.
oko
Dzięki.
Odpowiedz
*Canulas 4 d.
Mocne masz te teksty. Może nie za, ale granicznie mocne.
Mister Oko - przczytaj se Lennie Popychadło, autorki
Odpowiedz
~jotka 4 d.
Canulas
Dzięki i tu.
Odpowiedz
~jotka 4 d.
Być może kiedyś przyjdzie czas na lżejszy klimaty Byłaby to jakaś odmiana.
Odpowiedz
~Aja 4 d.
Nie będę powtarzać o poprzednikach -bo kto przeczyta wie, że rzecz jest mocna. Zostawiam tylko ślad, że byłam.
I wrócę.
Odpowiedz
~jotka 4 d.
Aja
Dziękuję. I... Zapraszam.
Odpowiedz
~Adelajda 3 d.
z dużym wykopem
No pamiętam początek, dalej wciska w fotel i trzyma w napięciu, kurde masz myk i coś, co mnie zatrzymuje przy Twoich tekstach.
Odpowiedz
~jotka 3 d.
Adelajda
Fajnie, że się podobało
Dzięki, Adelajdo.
Odpowiedz
~Alchemik 3 d.
z dużym wykopem
Ja tylko płacze.
Odpowiedz
~jotka 3 d.
Alchemik
To nie dobrze. Chyba?
Odpowiedz
~Alchemik 3 d.
Nie wiem.
Czuje się odpowiedzialny.
To nie moje pokolenie.
A jednak.
Szmalcownicy i inni.
Sporo czytałem.
Sporo mi opowiadano.
Chciałbym, żeby tak było, ze bohaterscy Polacy...
Ale znam różne źródła.
Jak je pogodzić?
Skąd ten temat?
No wiem, to rzeczywistość.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin