Empire

Livin in memories - rozdział 3 i 4

  ****** Ross Oliver ******

 

 Udało mi się nakłonić Candice, by przyszła do mnie, zjadła coś, ogrzała się i w ogóle, chociaż bardzo długo się przed tym broniła. Od kiedy jej pomogłem, nie mogę przestać o niej myśleć. Coś w niej mnie zaintrygowało i tak bardzo pochłonęło, że pragnąłem ją poznać, ale nie sądziłem, że to się stanie, nie znałem przecież nawet jej nazwiska, więc jak mogłem tego oczekiwać?

 

 Szykuję dla Candice jedzenie, a ona siedzi spięta na kanapie, nawet się nie opiera, jej dłonie drżą.

 - Wybacz za te pudła i bałagan, dopiero co się tutaj wprowadziłem - mówię, by pokonać ciszę i sprowokować dziewczynę do dalszego mówienia. Na razie wiem, że bierze narkotyki i właśnie za to płaciłem, jej ostatni dług, jest sama, dzisiaj wyleciała na ulicę

 - To nic, to mieszkanie jest...bardzo ładne. - odpowiada cicho i nasze spojrzenia się spotykają, nie wiem co powinienem zrobić. Jest mi jej szkoda i nie chcę zostawiać jej samej, zacząłem coś, zaangażowałem się, teraz gdybym to przerwał, zastanawiałbym, co się dzieje z Candice, nie dawałoby mi to spokoju. Wiem jednak, że wielu ludzi było mi szkoda, a nie dawałem im nigdy dwóch stów, z nią jest inaczej, coś mnie po prostu "trafiło", więc muszę ją poznać, nie ma innej opcji. Myślę, że nie zawiedzie mojego wyobrażenia o niej.

 - Dzięki - odpowiadam na wzmiankę o mieszkaniu. Zostawiam jedzenie w piekarniku i siadam na fotelu, przy kanapie.

 - Mieszkasz sam? - pyta i patrzy w stronę drzwi, jakby bała się, że ktoś zaraz przez nie wejdzie.

 - Tak, tylko ja. - staram się życzliwie do niej uśmiechnąć, by poprawić jej humor, ale nic to nie daje. Tylko spuszcza wzrok i oboje patrzymy teraz na jej trzęsące się dłonie. Strzepuje nimi energicznie i pociera o siebie. Widać po niej, że potrzebuje narkotyku, którego jej organizm tak dawno nie przyjął.

 - Więc zanim trafiłaś na ulicę, mieszkałaś ze swoim chłopakiem, tak? - upewniam się, że dobrze wszystko zrozumiałem, a kiedy potwierdza kiwnięciem głowy, kontynuuję. - A wcześniej? - pytam. Candice mruga kilkakrotnie i bierze głęboki wdech.

 - Byłam w ośrodku socjoterapii, poprawczaku, gdzie chcesz, wszędzie...- odpowiada, a jej głos drży.

 Nie chcę na razie naciskać, może sama powie mi więcej, jak będzie gotowa, o tym co było wcześniej. Muszę wiedzieć tylko jeszcze jedną rzecz.

 - A dlaczego zaczęłaś brać? - po moim pytaniu Can jakby zamiera, ale nie wiem dlaczego.

 - Masz ładowarkę? - pyta nagle i wyjmuje z kieszeni czarnych wytartych jeansów telefon.

 - Tak, ale...-

 - Proszę, to bardzo ważne. - przerywa mi, a ja wstaję i daję jej ładowarkę obserwując, co zrobi dalej.

 - Muszę zadzwonić. - mówi, a gdy telefon się uruchamia, ktoś już dzwoni do niej. Przykłada szybko telefon do ucha.

 - Mike? - pyta zmieszana. Słucha chwilę drugiej strony, a na jej twarzy maluje się ulga i radość. - Wiem, przepraszam, mam dużo do wyjaśnienia, ale zaraz...wszystko ci powiem, gdzie jesteś? - znowu słucha, a ja czuję się bardzo zdezorientowany. Przypominam sobie nagle o kurczaku i wyjmuję go z piekarnika.

 - Przyjdę - to jej ostatnie słowo przed rozłączeniem. Patrzę na nią oczekując wyjaśnienia

 - To mój brat, wyszedł z więzienia. - jestem zszokowany jeszcze bardziej po każdym kolejnym słowie. - Muszę do niego iść...- mówi z przejęciem.

 - Pójdę z tobą. - oferuję się. Mina Candice diametralnie się zmienia.

 - Nie wiem, czy to dobry pomysł.- mówi.

 - Macie gdzie zostać? -pytam poważnie. Znowu jestem zupełnie zbity z pantałyku. Nie wiem, co się ze mną dzieje, nie chcę, żeby odchodziła, chcę jej pomóc.

 - To nie ma znaczenia - macha ręką w nonszalanckim geście i szykuje się do wyjścia. Widzę, że myślami jest już gdzie indziej. - Ma znaczenie. - odpowiadam donośnym głosem.- Idę z tobą - już nie pytam. Nie oczekuję żadnych słów od Candice, zrobię to i tak.

 

  ***** Candice Sparks *****

 

 Spiesząc na spotkanie z bratem, opowiadam Ross'owi za co trafił za kratki. Był dealerem, popełnił błąd, to prawda, ale był wtedy jeszcze młody i głupi (co oczywiście go nie tłumaczy), ale teraz jest inaczej. Dziwię się, że Ross przyjmuje to wszystko, co mówię ze spokojem, jakby to było na porządku dziennym i wcale go to nie zraża. Dlaczego nie odejdzie, słysząc, że jestem tylko zwykłą dziewczyną, bezdomną i do tego z marginesu społecznego?

 Na skrzyżowaniu ulic Washingtona i Creigh'a pod przejściem nadziemnym widzę ciemną sylwetkę i zaczynam biec w ciemność nocy, tak szybko jak potrafię.

 - Michael! - brat otwiera ramiona, a ja w nie skaczę oplatając jego biodra z uśmiechem. On także śmieje się i obraca ze mną w ramionach. Łzy radości spływają mi strumieniami po policzkach i pierwszy raz od dawna czuję, że coś ma sens. Nie potrafię wydusić na razie żadnego słowa z ust i nie mogę jeszcze wypuścić brata z objęć, za bardzo za nim tęskniłam.

 Michael nie zmienił się aż tak bardzo, chociaż nabrał mięśni i wydoroślał. Krótki zarost na jego szczęce lekko mnie drapie, gdy go przytulam i całuję.

 - Tęskniłem. - mówi, a ja słysząc jego niski ton, dziwię się, że aż tak spoważniał, jego głos zmienił się chyba najbardziej. Widzę, że patrzy gdzieś za mnie i przypominam sobie, że gdzieś tam stoi Ross.

 - Kto to? - pyta Mike.

 - Przyjaciel. - mówię, starając się go uspokoić, bo widzę, że już jest zdenerwowany. Nie dziwi mnie to jednak, zważając na to, że pamięta moją relację z Charliem. - Pomógł mi. - wiem, że Mike nadal jest nastawiony sceptycznie. Przywołuję jednak Ross'a gestem, a ten przedstawia się mojemu bratu i podaje mu rękę. Ten patrzy dziwnie na niego,lecz ja daję mu znak, by uścisnął dłoń chłopaka.

 - Podobno pomogłeś Candice - ściska wreszcie dłoń Ross'a i wydaje mi się, że da mu szansę.

 - Tak, powiedzmy, że wpadliśmy na siebie w dość nieciekawych okolicznościach i tak się złożyło - odpowiada chłopak. Cieszę się, że nie wnika w szczegóły, nie chcę, żeby Michael od razu musiał się czymś martwić.

 Atmosfera jest napięta, wiem, że Mike i ja nic nie mamy, a brat nienawidzi się za to, że nie potrafi mi zapewnić godnego bytu, przynajmniej na razie. Nienawidzi też okazywać słabości i prosić nikogo o pomoc, nie chce by ktoś mieszał się w nasze sprawy, tak było zawsze.

 - Chcecie się u mnie zatrzymać? - wiedziałam, że Ross nie odpuści. Nie mógłby odejść wiedząc, że nie mamy dokąd pójść. Mike marszy brwi i spogląda to na mnie to na Ross'a badając sytuację.

 - Dlaczego cię to obchodzi?- pyta z podejrzliwością. Nie wierzy w bezinteresowność, zatracił tę wiarę, tak jak w wiele innych rzeczy, szczególnie w ludzi.

 - Chcę pomóc, mam miejsce, a Candice powiedziała mi kilka rzeczy o sobie. Poza tym nie jestem ani ślepy ani głupi, żeby nie widzieć, jak jest. Nie oczekuję niczego w zamian...- w tonie Ross'a słyszę, że nie spodobała mu się reakcja mojego brata i rozumiem to, bo nie miał o co się uczepić, ale rozumiem też Mike'a, który po prostu ma inne patrzenie na wszystko niż Ross, za wiele razy zawiódł się na ludziach.

 - Nikt nie jest taki głupi...- dogryza mu Mike, a ja go karcę. - No co?! Taka prawda. Przyznaj,czego chcesz? - warczy na Ross'a i szturcha go. Mierzą się wzrokiem.

 - Niczego nie chcę, mówiłem - Ross odpycha Michaela od siebie zwiększając dystans między nimi, a ja widzę po bracie, że nie ma zamiaru na tym poprzestać, więc łapię go za rękę i znowu karcę.

 - Mówi prawdę - przekonuję brata, próbuję przemówić mu do rozsądku.

 - Chciał pieniędzy, seksu, czy czegoś innego, co Candice? Wiem, że się nie przyznasz, bo nie chcesz, żebym go pobił i znowu narobił nam kłopotów - rzuca Ross'owi krótkie spojrzenie - Tylko, że ja sam się przekonam jak to jest i jeśli coś zwęszę to od razu to zakończę...- grozi.

 - Nie możesz raz mi zaufać Mike?! Chcę, żeby choć raz było nam dobrze, żebyśmy mieli gdzie spać, żebyśmy omijali kłopoty szerokim łukiem, Ross jest w porządku! - nie wytrzymuję i muszę dosadnie to wyrazić. Wreszcie mimika twarzy Mike'a się zmienia i widzę, że zaczyna mi wierzyć. Patrzę prosto w oczy brata zawieszając ręce na jego szyi.

 Udaje mi się go przekonać i razem wracamy do Ross'a. Długo panuje cisza, ale to sam Ross próbuje zagadnąć Mike'a o różne mniej lub bardziej ważne sprawy, stara się jednocześnie omijać drażliwe tematy, które mogłyby go rozzłościć, wyczuwam jego staranie i jest mi bardzo miło z tego powodu.

 W końcu rozmowa rozwija się do tego momentu, że chłopcy znajdują wspólny temat - obaj bardzo lubią Lakers'ów.

 

  R4 ***** Ross Oliver *****

 Cieszę się, że zaproponowałem rodzeństwu moje mieszkanie, nawet jeśli początki z Mike'm nie były do końca łatwe, okazał się naprawdę fajnym, mądrym facetem. Z tego, co zdążyłem usłyszeć w opowiadaniach, wiele nauczył się w więzieniu. Dzisiaj już idzie do pracy, tak mi powiedział, ale zdziwiło mnie, że tak szybko znalazł sobie zajęcie i to z niezłą kartoteką. Ma pracować gdzieś na budowie.

  Ja też muszę wyjść do pracy i zostawić Candice samą w domu mając nadzieję, że nie zniknie i kiedy wrócę, znów ją ujrzę.

  Dzień w pracy mija mi niesłychanie wolno, pracy nie ubywa, a ja czuję się jak nigdy zmęczony i dobity myślą, że nie wyjdę stąd aż do dwudziestej. Na razie póki nie znajdę czegoś lepszego, pracuję w restauracji, głównie sprzątam, zmywam. Nie jest to wymarzone zajęcie, ale musiałem się gdzieś zaczepić po przeprowadzce, a później myśleć o czymś poważniejszym.

  Zmrok zapada na zewnątrz, a ja mam ostatnie pół godziny pracy, które jak zwykle trwa dłużej niż te wszystkie wcześniejsze godziny.

  Wreszcie wychodzę i napawam się rześkim powietrzem, mam nadzieję, że Candice nie była tylko snem. Nie mam nic, co mogłoby mnie upewnić w tym, że nie była jedynie moim wymysłem. Dzwonek i wibracja dopiero stają się dowodem.

 - Ross...- głos Candice się urywa, słyszę jak zanosi się płaczem - On nie...- szlocha dalej, a ja mogę tylko domyślać się, co się stało. Jest milion możliwych scenariuszy, ale do głowy zawsze przychodzą te najczarniejsze.

 - Gdzie jesteś? - pytam. Wszystkiego innego mogę dowiedzieć się później, kiedy będę już z nią.

 - Skrzyżowanie... tam gdzie wczoraj.. - udaje jej się wykrztusić te kilka słów, a ja puszczam się biegiem, bo to tylko dwie ulice stąd.

  Przyjeżdżając tutaj nie podejrzewałem, że będę biegł na pomoc bezdomnej dziewczynie, która okaże się najbardziej niezwykłą istotą, jaką poznam. Miałem inny priorytet, który skłonił mnie do zamieszkania w San Diego, teraz jednak zszedł on na drugi plan.

 - Can! - widzę ją już z daleka, klęczącą przy zakrwawionym ciele brata. Hamuję przy nich, gdy zza zakrętu wyłania się na sygnale karetka. Światła rozjaśniają noc, ale to nie to światło, na które czekaliśmy.

 - Co się stało? - pytam.

 - Postrzelili go. - odpowiada Candice zalana łzami, uciskając ranę brata. Niebieskie i czerwone światła padają na jej włosy i twarz, a ja czuję już ucisk strachu w żołądku - boję się o Mike'a, bo wygląda na to, niestety, że stracił sporą ilość krwi.

 Ratownicy zabierają go do karetki, a Candice wsiada zaraz za nimi.

 - Będę zaraz! - krzyczę do niej, gdy zatrzaskują drzwi. Wsiadam to taksówki chwilę po ich odjeździe.

 - Do szpitala Elies - mówię i każę kierowcy jechać tak szybko, jak się da. Docieram na miejsce parę minut po karetce i szukam Candice.

 - Nie...- mówi do lekarza - Nie... on nie może umrzeć, jest ranny... wyleczycie go..- powtarza to jak mantrę, ponaglająco patrząc na lekarza.

 - Tak, to bardzo poważne, nie wiem, czy przeżyje, przykro mi. Lekarze zrobią, co w ich mocy, by go uratować, lecz nie mogę pani niczego obiecać, szanse są niestety niewielkie. - nie mogę w to uwierzyć. Jak wszystko może zostać zniszczone w jeden dzień, Mike dopiero wyszedł z więzienia, miał zacząć wszystko od nowa, a już otarł się o śmierć.

 Obejmuję Candice od tyłu, obejmując ją w talii, a ona odwraca się do mnie i wtula, jakby bezwiednie w swojej rozpaczy. Przez chwilę jestem ślepy i głuchy, czekam na jkiś znak, że mogę być spokojny, że jesteśmy bezpieczni, ale ten nie nadchodzi.

 - Jak to się stało?- pytam kierując Candice, by usiadła.

 - Runer zadzwonił do mnie, że powinnam przyjechać na Washingtona. Nie wiedziałam, co się dzieje, usłyszałam tylko z daleka krzyk brata, żebym tego nie robiła. Jak już dotarłam leżał postrzelony...sam...- głos jej się załamuje i znów lecą z oczu łzy, których nie jest w stanie teraz powstrzymać. - ...na zimnej ulicy...Zdąrzyłam zamienić z nim kilka słów...Powiedział, że mnie kocha - parska śmiechem, nerwowym, pełnym żalu śmiechem. - I kazał ci podziękować, za pomoc i... przeprosić za swoje wcześniejsze zachowanie. - wyznaje dziewczyna, a ja nie mogę sięz tym pokonać. To nie mogło być pożegnanie, Mike musi żyć!

 - Sam mi to powie, zobaczysz, przeżyje. - obiecuję jej stanowczo. Tulę ją do siebie i żałuję jednego, że nie mam wpływu na to, co się stanie.

 

 *******

 

 Michael obudził się po długiej operacji, więc od razu do niego idziemy,by sprawdzić w jakim jest stanie. Nadzieja pojawia się zawsze nieproszona, oby jednak tym razem nie była złudna.

 - Jak się czujesz? - Candice podbiega do szpitalnego łóżka i kładzie drobną dłoń na policzku brata. Ja trzymam się na razie na odległość.

 - Nieźle - mówi i uśmiecha się do niej. Widzę i czuję niezwykle silną więź między nimi. To jest rodzina, mimo wszystko, a tego nikt nie zastąpi. Taka rodzina, jakiej ja nie miałem. Czuję dziwne ukłucie w środku, nie chcę na to patrzeć, ale wiem, że to głupie zmojej strony. Straciłem to, mimo tego trudno jest rozkazać sobie samemu, co czuć, to niemal niemożliwe. Nad uczuciami nie mamy władzy, nawet jeśli byśmy chcieli, często to one przejmują nad nami kontrlolę.

 - Hej, Ross...- Mike woła mnie, a Candice widząc, jak zbiegają się nasze spojrzenia, odchodzi trochę od łóżka, robiąc mi miejsce. Kiwnięciem głowy wskazuję Michaelowi, by mówił dalej.

 - Przepraszam, za to głupie zachowanie, miałem pietra, że kopnę w kalendarz i nie zdążę Ci tego powiedzieć..- kręci głową rozbawiając mnie - Głupio by było zostawić to tak i już nie wrócić - żartuje mężczyzna. - A tak poważnie, to dziękuję, że pomogłeś Candice. Gdyby nie ty, to Candy mogłoby się coś stać. - przyznaje wyciągając do mnie rękę, tym razem jako pierwszy, ściskam ją w zgodzie.

 - Nie masz za co dziękować, robię to, bo chcę.-

 - To nieważne, muszę ci podziękować, bo odwalasz kawał dobrej roboty. -jego wzrok wędruje w stronę Candice zapatrzonej w rozbijające się o szybę kropelki. W sali jest tak cicho, że słyszę dokładnie ich miarowe bębnienie w parapet i ogarnia mnie uczucie, którego nie potrafię zdefiniować.

 - Nie mógłbym żyć, gdyby coś jej się stało. - skręca mnie od środka i jak w mgnieniu oka wracają do mnie wspomnienia.

 

 Tłuczone szkło na podłodze.

 

 Krzyk młodego chłopca i kobiety.

 

 Głuche uderzenie - ból gorszy od własnej śmierci.

 

 - Winiłbym się - dodaje Mike, a te słowa są niczym przekręcenie wbitego już w serce noża. Próbuję ukryć, że nie radzę sobie z natłokiem myśli.

 - Rozumiem. - mówię szczerze i przełykam ślinę. Candice widzi, jak obaj się jej przyglądamy i się uśmiecha.

 - O co chodzi? - pyta stając na palcach i patrząc mi w oczy.

 - Nic - mruczę w odpowiedzi.

 Do sali wchodzi mężczyzna, którego cera w świetle białych jarzeniówek ,wydaje się mieć alabastrową cerę. Jest ubrany w biały kitel, co podpowiada mi, że jest lekarzem. Obserwuje nas z niezwykłą przenikliwościoą. Ma jasne blond włosy, coś jakby tleniony blond. Jego oczy są piwne wygląda on bardzo młodo, jak na lekarza, ale emanuje z niego jakaś charyzma, którą nie sposób podważyć.

 - Dzień dobry, jak się pan czuje? - pyta i przerzuca kartkę w swoim zeszycie.

 - Trochę boli, ale da się wytrzymać - mówi Mike. Lekarz kiwa głową i zapisuje coś na kartce.

 - Zaraz przyślę pielęgniarkę z kroplówką - odpowiada i zamyka zeszyt. Jeszcze raz spogląda na nas i wychodzi plynnym krokiem.

 - A pan jak się czuję panie...? - Cadice chciała zadać mi to pytanie, ale nie zna mojego nazwiska.

 - Oliver, tak mam na nazwisko, - uśmiecham się, a ona odwzajemnia uśmiech.

 - Znam skądś to nazwisko...-włącza się do rozmowy Mike. Zastanawia sie przez chwilę i znów przemawia - Jeden Oliver był kiedyś w pace - mówi. Odzywa się we mnie tęsknota, ale chyba nie chcę pytać Mike'a o imię. Gdyby się zgadzało...

 - Znaczy...w sumie to nie był w pace tylko był strażnikiem - Michael śmieje się i rozbawia swoimi słowami Candice. Wiem, że powinniśmy już iść, bo do sali z kroplówką wchodzi pielęgniarka, a wiem, że jak na chwilę Mike dostanie ulgę od bólu., powinien się przespać. Tymczasem ja nie mogę wyrzucić z głowy strażnika o nazwisku Oliver. Jestem juz tak blisko, nie potrafię pohamować wielkiej nadziei o odnalezieniu tego, kogo szukam już tak długo.

 - To było tutaj w San Diego? - pytam Mike'a.

 Kiwa twierdząco głową. Nie mogę się już powstrzymać...

 - Jak miał na imię ? - pytam.

 - Nie mam pojęcia, ktoś wołał do niego Ray... czy jakoś tak - muszę przytrzymać się krzesła, bo czuję jak kręci mi się w głowie.

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Zuzek
Kategoria: inne

Liczba wejść: 13

Opis:

Blog o uzależnionej, samotnej dziewczynie, która zostaje wybawiona z opresji przez nieznajomego. Jej losy toczą się wokół gangu, narkotyków, przyjaciół i rodziny. Zapraszam na stronę bloga: Livinmemories.blogspot.com

Dodano: 2020-09-14 11:15:52
Komentarze.
~oko 3 d.
Do sali wchodzi mężczyzna, którego cera w świetle białych jarzeniówek ,wydaje się mieć alabastrową cerę. - z tą cerą warto coś zrobić, bo masło maślane wyszło.
tekst ładnie się rozwija. poczekam na kolejne fragmenty.
Odpowiedz
~Zuzek 1 d.
oko Wydaje mi się, że jak wstawiam tutaj prace to część jest ucięta, ale nie wiem dlaczego. Będę uważniej sprawdzać
Odpowiedz
~oko 23 godz.
Zuzek tu jest o jedno słowo za dużo - podwójna cera - miał cerę, która wyglądała jak alabastrowa - wystarczyłoby, nie trzeba dopisywać. albo wchodzi mężczyzna, który zdaje się mieć alabastrową cerę i w ten sposób lepsze stało się wrogiem dobrego cera wyglądająca jak cera...
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin