TW#2 — Aster—oida Wysypisko

Zlot

 Zaproszenie przyszło prosto z błotnistych terenów, z odciskiem buta samego nadawcy i krzywym zgryzem bociana nielota. Zasapany machał skrzydłami, klekocząc coś o zlocie.

 Ikona świeciła się na czerwono, ta złowrogo nastawiona kropka błyszczała w jego prawym oku. Głąb nie ludzki, tupał w czerwonych rajstopach, o terminie i nie uznawał odmowy.

 Machnęłam na niego ręką i usiadłam przy biurku. Odpalony komp przegrzewał system więc, bez potwierdzenia przybycia ruszyłam po plecak i cały sprzęt oraz osprzęt niezbędny do przeżycia w miejscu dziko usytuowanym na mapie polski.

 Małopolska obszar nieznany, Google jeszcze tam nie dotarło. Byłam zdana na kompas i wyświechtaną papierową mapę. Pogryziona przez szczury, dawał nikłą szansę na znalezienie docelowego miejsca.

 Transport, najpierw stopem, na upalne dni moskitiera była idealnym nabytkiem w razie zagrożenia życia. Naciągnięta na plecy, odstraszała potencjalnych psycholi. Nikt nie miał zamiaru umierać w męczarniach przestraszony na śmierć. Za pazuchą w razie ataku pomyleńca, wystawał czubek kosy.

 Na prom nie było zbyt daleko, jakaś łajza zmierzająca w tamtym kierunku użyczyła mi miejsca na pace.

 Do statku przepłynęłam na dziurawej łódce. Ogromny właz, przez który się przedostałam po kryjomu, ułatwił mi dopłyniecie do kraju.

 Zostało jeszcze kilka godzin drogi, tory kolejowe prowadziły prosto do celu.

 *

 Długa i kręta podróż, z przesiadkami na rozprostowanie kości byłaby monotonna, gdyby nie kolejka dobijających się ludzi do toalet wagonowych. Odświeżacz powietrza ułatwiał mi dostęp do odrobiny tlenu, gdyby nie to nieświeżość by mnie zdążyła udusić w tym zacnym przedziale. Nie obyło się gruntownej dezynfekcji całym arsenałem przeciw bakteryjnym.

 Odkażona i pachnąca leśnym runem dotarłam w rejon, gdzie smok polował na polonie. Ogromnymi skrzydłami zapędzał stado owiec do jednej z zagród.

 Zerkałam, zza krzaków trzęsąc się ze strachu

 W baśniach tego typa lepiej omijać szerokim łukiem i też tak zrobiłam.

 Mój przewodnik opracowany przez Kruka, dodam, że to mądre ptaszysko i wiele już widziało, a topografię polski miał w jednym pazurze, zaznaczył krzyżykami punkt docelowy. Jak się później okazało po kilku godzinach marszu z ciężkim plecakiem dotarłam do ścieżki, która wiodła wprost do jeziora, zahaczając o domek letniskowy nie jakiego Nuncjusza, który przechrzcił się na wcielenie Filipa, który podobno wyskoczył z konopi.

 Zaopatrzona w niezbędne rzeczy do przetrwania w trudnych warunkach na wypadek braku miejsca zabrałam też domek dla lalek, własny kąt, zawsze pod ręką. Zapewniał mi najwyższy komfort.

 Cichy śpiew ptaków w oddali zwabił chmurę komarów, a ich ciepło czułe zmysły oszalały na moim punkcie. Samice wygłodniałe nie rzuciły się na obywateli leśnych zakamarków, tylko napaliły się na krew z grupą minusową, gorącą jak źródła w Parku Yellowstone. Upał mi doskwierał, a moskitiera utrudniała widoczność.

 Czując jak świeży wiatr mnie omija, utyskiwałam na panujące warunki, chcąc spędzić kilka dni z grupą pisarzy szłam po omacku przez gęsto zarośnięty las.

 Po uwolnieniu się z zasieków, jakie zgromadzili tubylcy wyprawy, dotarłam pod sam ich obóz przetrwania.

 Sądząc po rozrzuconych ptasich piórach naokoło hacjendy, wzięli sobie wolne od pisania. Miałam swoją gęś pod pachą, na wypadek połamania lotek, notatki były niezbędne do odwetu skąd przybyłam, powoli kreśliłam plan. Kałamarz po dziadku uronił ostatnią kroplę, a na dnie widać było czarną plamę.

 Tym jednym oddechem pisma, postawiłam kropkę, w miejscu, gdzie właśnie powinno znajdować się jezioro.

 *

 Ktoś mnie szturchnął w ramię, długa tyczka na której trzymała się głowa sięgała aż do nieba.

 - Cholera jasna! Co to za fasolowy strąk? - Przecierałam oczy z zaskoczenia. Ślepia wbijał w moje zmrużone. Po chwili dotarło do mnie, że Kocisko, szuka odpowiedzi w moich myślach. Amok w jakim się znajdował sądząc po cieknącej ślinie z kącików ust i fioletowych ustach musiał czegoś się nażreć zakazanego z tego łona natury. Zdjęłam moją osłonę i posypały się komarze marzenia o potomstwie. Zdechły od nagłego syku odświeżacza powietrza, resztka wystarczyła, żeby ocucić też przybysza.

 Zabłądził osrywając wszystkie krzaczki dziko rosnących jagód. Wilki osikały te o mniej ożywczych właściwościach, a jednocześnie wywołujących halucynacje.

 Kiwał głową jakby miał zamiar wytrząsnąć wodę z lewego ucha. Wskazującym palcem mamrotał. - Tam, tam, tam. - Brzmiało jak dudnienie z beczki. Zadarłam łeb, tak wysoko jak mogłam mierząc w porównaniu do niego kurduplowaty wzrost.

 Westchnęłam ciężko i ruszyłam stronę chatki na kurzej nóżce.

 Dobijałam się do drzwi, z głuchym łoskotem odpowiadały mi puste ściany. - ,,Nie ma nikogo w domu''

 - Świnki trzy, kury pieją, szlag by to trafił. - Kopnęłam na pożegnanie dębowe wejście i ruszyłam w poszukiwaniu jakiegoś środka komunikacji. Zdechła moją gęś, więc smród ciągnął się za mną na długie odległości. Minęłam alejkę, latryny nowych wypróżnień, opary z tego miejsca wryły mi się w nozdrza. Stado much krążyło prosząc o moją podopieczną.

 - Nigdy w życiu! - Szczerzyłam zęby na ich trąbki.

 - To nie inkubator dla wcześniaków! - Ze złością pędziłam przed siebie.

 Aż odbiłam się od czegoś puszystego. Tak właśnie wychodzi gapienie się pod nogi.

 

 *

 Gruby sierściuch spojrzał na mnie z góry warcząc. Cofnęłam się krok w tył, nie licząc pierwszego odbitego ruchu z bębna.

 Byłam zła na cały świat, więc odpowiedziałam tym samym. Spoglądając zadziornie spod opadających mi na oczy włosów. Paliły mnie policzki, blacha z pieca była równie czerwona co moja twarz. Brakowało tylko czajnika i znajomego gwizdka, który pluje przegotowaną wodą. Ale ten dźwięk dochodził z kuchni polowej. Musiała być gdzieś blisko bo niedźwiedź, oblizywała swój pysk.

 - Misiu, odezwałam się słodkim j a k miód głośnikiem, aż mu uszy oklapły.

 - Czy ty widziałeś może moich znajomych?

 - O tak! - Napluł mi na sandały, aż posklejały mi się palce. Spojrzałam ze wścieklizną na jego brunatne futro.

 Łamaga, krzywe pazury, kołtuny, niedomyty zad... Furia mnie ogarnęła i czas stanął w miejscu.

 Zakręciło mi się w głowie, a cztery łapy brunatnego niedźwiedzia niosły cielsko w przeciwnym kierunku.

 - Stój! - wymamrotałam desperacko. Nie zamierzał się oglądać, polowanie zaczęło się kilka dni temu. Myśliwy z bagien człapał pogwizdując pod zadartym nosem.

 Schowałam się za wysokim pniem. Kamuflaż moro kojarzył się z wojną, a jeszcze weźmie mnie za Czerwonego kapturka, babcia już dawno opuściła ten padół, wilka nie chcę spotkać.

 

 *

 

 Ufff, westchnęłam ciężko, z gęsi zrobił się balon, gazy skumulowały się w niej, żeby nie odlecieć razem z nią wypuściłam ją wolno. Uniosło ją ciepłe powietrze. A ja machałam białą chusteczką na pożegnanie. Chociaż nie była łabędziem ani moim bratem, uroniłam łzę z tęsknoty po kilkuminutowym rozstaniu.

 

 Z pobliskiej nory lis wyciągnął pysk. Rudzielec gapił się z wystającym jęzorem. Chwiejnym krokiem zbliżał się jakby ledwo się obudził. - Zachlał czy co? - Przeleciało mi przez łeb, że może ma coś w ślinie, co daje taki stan. Tabliczka na jego szyi dyndała z napisem ,,Wścieklizna'' Popatrzyłam na niego z ukosa, sama nie byłam do końca zdrowa, a przynajmniej dopiero po konkretnym wkur... opadała mi adrenalina.

 

 Po chwili do mnie dotarło, śmierć albo życie. Wybrałam wariant drugi, nie zastanawiając się dłużej szybkim pędem rzuciłam się do ucieczki.

 Wróciłam do punktu przybycia i tym razem zataczając koło zmęczona od nadmiaru wrażeń oraz męczącego upału zasnęłam w moim domku dla lalek, pod schodami domu wynajętego przez Nuncjusza. Kurza stopa drapała co jakiś czas ziemię, chwiejąc całą chałupką.

 

 Wybudziłam się z uwierając ramą od metalowego łóżka w żebra, byłam w jakimś worku. Kołysanie przeprawiając mnie o chorobę lokomocyjną. Nieśli mnie gdzieś, słyszałam kroki i rozmowy. Kiedy dotarliśmy na miejsce wysypali na zimną posadzkę razem z zawartością mojego bajzlu, rażące światło wypalało oczy.

 Zasłaniałam rzęsami blask, a oni jakiś kuskus klan w czarnych maskach z pantalonów upapranych błotem, chodzili dookoła mnie, jakbym była ich zdobyczą.

 W pobliżu związani Maurycy z Maciejem siedzieli skuleni pod ścianą. Na widok igieł i gołych tyłków Nuncjusza i Tomasz zrobiło mi się słabo. Widok był przerażający, a ta zdziczała zagrają latała udając dzieci kwiatów.

 Ich przywódca w peruce, Kocisko Marek rozkazał poszukać Margaritę. Biedaczka była wieziona przez myśliwego, który chodził w łachach Baby Jagi.

 Jakim sposobem ją wykradli z kotła, nie zdążył jej ugotować. Lekko podgotowana darła się rzucając wykrzyknikami w nas przy okazji. Czerwona od gorączki jaka ją ogarnęła, topiła ser którym była obłożona, te zapasy pleśniowego przysmaku ukradli razem z Mar z chaty męskiej wiedźmy.

 

 Nuncjusz szarpał się z całych sił próbując uratować ukochaną, ale nie zdarzył, gdyż Kocisko zmieniło się w trójgłowego potwora, najpierw pochłonął towarzyszy, a później

 chapnął Mar w całości, a ona zdążyła kopniakiem wybić mu spróchniały kieł.

 Nuncjusz wepchnął coś w jego gardziel i rozpieprzyło stwora na strzępy.

 Wróciliśmy wszyscy, którzy zostali w całości do chatki, bawiąc się i jedząc do samego rana.

 Ps. Jagody były smaczne.

 

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !Szudracz
Kategoria: inne

Liczba wejść: 31

Opis:

Dawno temu...

Dodano: 2020-09-14 13:55:25
Komentarze.
+fanthomas 4 d.
To część naszej seryjki slasherowej, która ostatecznie się wypaliła a jednocześnie nie wypaliła
Odpowiedz
@nuncjusz 4 d.
fanthomas bo każdy ciągnął w swoją stronę
Odpowiedz
!Szudracz 4 d.
fanthomas Tak. Możnaby wznowić tą zabawę. 😜
Odpowiedz
!Szudracz 4 d.
nuncjusz Jak mnie nie zabraliście ze sobą to tak wyszło.
Odpowiedz
*Canulas 3 d.
z wykopem
Chciałem zapytać, czy mogłem to już czytać, choćby kawałek, ale widzę, że tak.

Przygody Twe takie, że Bilbo Baggins miał lajtowo
Odpowiedz
!Szudracz 3 d.
Canulas Oczywiście, że to już było.
Pisząc w zespole z chłopakami, gdzie panuje absurd wymieszany z grozą i specyficznym poczuciem humoru, nie mogłam inaczej. 😉
Tutaj była totalna samowolka, spuściłam ze smyczy wyobraźnię, bawiłam się przy tym nieźle.

Dzięki za wizytex.


Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin