Drabbowa niemoc TW - Dziad spełniony

TW – Fiesta de despedida

 Postać: Astronauta

 Zdarzenie: Statek Widmo

 Efekt: Zainspiruj się kulturą Meksyku.

 

 

  Ziemia wyglądała pięknie i majestatycznie. Widok na wpół zacienionego globu potrafił zachwycić. Odcienie zieleni i żółci kontrastowały z ogromnymi połaciami niebieskiego. A wszystko to zwieńczone było białymi, rozsianymi w nieładzie strzępami chmur.

  Martin popatrzył jeszcze przez chwilę na planetę-matkę i ciężko westchnął. Odszedł od niewielkiego okienka i skierował swe kroki do pomieszczenia sterowniczego, by sprawdzić, czy robot naprawczy zdołał już przywrócić zasilanie modułu komunikacyjnego. W czarnych ekranach monitorów zobaczył jedynie odbicie swojej zmęczonej twarzy. System działał w trybie awaryjnym, dzięki czemu możliwe było sterowanie poszczególnymi mniejszymi układami, na przykład tymi odpowiedzialnymi za otwieranie i zamykanie śluz. Na szczęście działał też system odpowiedzialny za wyrównywanie ciśnienia wewnątrz stacji. Tylko tyle albo aż tyle. Jedyne co Martin mógł teraz zrobić, to uzbroić się w cierpliwość.

  Od zawsze fascynował go kosmos, od zawsze jego marzeniem było zostanie astronautą. Dziecięce marzenia mają jednak to do siebie, że często są bardzo ambitne, wręcz nieosiągalne. Najczęściej zdarza się, że z czasem bledną, kruszą się i ostatecznie ustępują miejsca tym bardziej realnym, samemu pozostając tylko niewyraźnym odbiciem dziecięcej fantazji. Z marzeniem Martina było inaczej. Owszem, jego plany i zamierzenia zmieniały się regularnie, ale fascynacja kosmosem przez cały czas tkwiła gdzieś w świadomości małego chłopca i razem z nim dojrzewała. Po latach nauki i kurczowego trzymania się swoich zamierzeń, pragnienie dziecka urzeczywistniło się, a on sam w pewnym momencie znalazł się w rakiecie, która miała dostarczyć go na stację kosmiczną. Cel został osiągnięty, a Martin od tej pory regularnie latał na ASS „Melior” jako inżynier pokładowy.

  ASS, czyli Adams Space Station w odróżnieniu od Międzynarodowej ISS, była projektem prywatnym. Jej budowę sfinansował Bryan Adams, naukowiec, wizjoner, a przede wszystkim miliarder. Był on na tyle niezadowolony ze stanu badań nad kosmosem, że postanowił zaangażować się w sprawę osobiście, inwestując w przedsięwzięcie ciężkie pieniądze. Bryan doskonale zdawał sobie sprawę, że stacja ze względu na swoją nazwę stanie się obiektem kpin, jednak nic sobie z tego nie robił. Wiedział, że projekt obroni się sam. Tak naprawdę to Adams zawsze lubił iść pod prąd i prowokować. Zatem żarty o tym, jak to ASS „zamiast badać czarne dziury, wyląduje w czarnej dupie”, albo że „gówno zdziała” w ogóle nie robiły na nim wrażenia, ba, bawiło go to, z jaką zaciekłością ludzie potrafili szydzić z jego przedsięwzięcia, samemu tylko pierdząc w stołki i wegetując z dnia na dzień.

  Kiedy wiek pana Adamsa uniemożliwił mu aktywne uczestnictwo w projekcie, firmę przejął jego syn, Dennis, który to ostatecznie docenił upór i umiejętności ambitnego Martina Clarensa zatrudniając go jako inżyniera na nowo otwartej, pachnącej świeżością stacji ASS. Niestety, następca szanowanego pana Bryana nie był tak zdolny jak jego rodzic, nie miał też jego wyczucia i intuicji. Utopił miliony dolarów w chybionych inwestycjach, a firma założona przez jego ojca podupadła zarówno finansowo, jak i pod względem szacunku i wiarygodności. Dennis, zauważywszy problemy przedsiębiorstwa, zaczął oszczędzać i na pewne rzeczy przymykał oko. I właśnie to w końcu się zemściło, ale nie tylko na nim samym i rodzinnej firmie. Ugodziło również bezpośrednio w załogę, z której prawdopodobnie tylko Martin pozostał przy życiu. A i w kwestii tego, czy astronaucie uda się ten stan utrzymać, a jeśli tak to na jak długo, również nie można było mieć pewności.

  Oprócz niego i Patricka Michalsky'ego na stacji w chwili zderzenia był jeszcze Ben Ishimura. Pozostał on jednak w drugiej części stacji i Martin nie miał możliwości dowiedzieć się, czy jego kolega żyje – przecież nieszczęsna komunikacja nie działała.

  Astronauta po raz kolejny podszedł do monitora i postukał w klawisze. Nadal nic. Chociaż w sumie nie powinno go to dziwić. Stacja mocno oberwała. Kto by pomyślał, że kosmiczne śmieci krążące wokół Ziemi mogą poczynić takie szkody? Chyba wszyscy tylko nie cholerny, pazerny Dennis Adams! Gdyby zarządził wymianę wadliwego systemu, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, a stacja nie zostałaby rozerwana na pół. Pieprzony chytrus, teraz się to na nim zemści. Szkoda, że przy okazji mści się też na pracujących dla niego astronautach.

  Martin po raz kolejny przeanalizował w myślach sytuację i po raz kolejny ogarnęła go złość. Pieprzony Adams.

  Zakręciło mu się w głowie tak, że musiał usiąść. Uszkodzenie skafandra zrobiło swoje. Niedotlenienie sprawiało, że trudno było mu skupić myśli. Silny stres i wizja zamarznięcia w głuchej przestrzeni kosmicznej również nie pomagały i panika niespiesznie, cienkimi mackami oplatała Martina. On jednak wytrwale walczył, by się jej nie poddać.

  Odłamki, które z ogromną prędkością uderzyły w stację, spowodowały, że została rozdzielona na dwie części. On i kolega z załogi, Patrick Michalsky byli akurat poza ASS „Melior” i zajmowali się korygowaniem ustawienia paneli słonecznych. Michalsky został trafiony w hełm, a kawałek pędzącego przez przestrzeń kosmiczną śmiecia uderzył w niego z taką siłą, że zerwała się lina łącząca astronautę ze stacją, a on sam został wypchnięty daleko poza jej zasięg. Martin wiedział, że dla Patricka nie było ratunku. Sam dostał w nogę jednym z odłamków, a przez dziurę w jego skafandrze błyskawicznie uszło powietrze. Gdy jakimś cudem wciągnął się do śluzy i ręcznie zamykał właz, już miał ciemno przed oczami. Szczęśliwie, zemdlał tuż po tym, jak w statku wyrównało się ciśnienie.

  Gdy się ocknął, bolała go głowa, a z nosa sączyła mu się krew. Doczołgał się do centrum dowodzenia, ściągnął przedziurawiony skafander i dopiero wtedy zaczął uświadamiać sobie, co się właściwie stało.

  Rój kosmicznych śmieci uderzył w stację. Przestarzałe czujniki nie zdążyły lub zwyczajnie nie poradziły sobie z wychwyceniem zagrożenia, nie dało się więc w żaden sposób zaradzić tragedii. Część stacji, w której znajdował się Martin, mieściła w sumie tylko centrum dowodzenia i niewielkie pomieszczenie techniczne, zapasy pożywienia i zbiorniki tlenu pozostały w drugiej, oddzielonej części statku. To cud, że śluza nie ucierpiała i można było ją zamknąć – inaczej astronauta już byłby trupem.

  Panele słoneczne, które prawie wszystkie zostały rozbite w drobny mak przez dryfujące odłamki, nie dostarczały już wystarczającej ilości energii, toteż stacja, a raczej ten jej kawałek, w którym znajdował się Martin, ciągnęła tylko na zasilaniu awaryjnym. Wprawdzie robot naprawczy starał się jak mógł, żeby przekierować energię z innych układów i przywrócić do życia chociaż moduł komunikacyjny, ale ocalały mężczyzna obawiał się, że wysiłki maszyny spełzną na niczym.

  Nagle z okolic śluzy dotarł do jego uszu trzask, po którym słychać było cichy, jednostajny syk. Martin wstał i zataczając się, podążył w kierunku źródła dźwięku. Jeden z przewodów, którym rozprowadzane było chłodziwo, pękł i teraz wydobywał się z niego gaz. „Niedobrze” – pomyślał astronauta. Wiedział doskonale, że substancja nie jest przeznaczona do wdychania i że należy niezwłocznie uszczelnić przewód. Odwrócił się i najszybciej jak mógł, ruszył do pomieszczenia technicznego po niezbędne narzędzia. Po kilku krokach poczuł silne zawroty głowy, a w oczach mu pociemniało. Zatoczył się i upadł, tracąc kontakt z rzeczywistością.

  Gdy się ocknął, dobrą chwilę zajęło mu zorientowanie się w sytuacji. Rozejrzał się dookoła. Leżał na podłodze centrum dowodzenia ASS. Oświetlenie awaryjne roztaczało blade światło, a monitory nadal straszyły czarnymi ekranami. Martin ostrożnie się podniósł. Kręciło mu się w głowie, usiadł więc pod ścianą przy niewielkim okienku, przez które wcześniej wyglądał i próbował odzyskać pełnię władzy nad ciałem.

  W pewnej chwili uświadomił sobie, że coś słyszy. Jakby... melodię? Było to o tyle dziwne, że na stacji, a przynajmniej w tej jej części nie było żadnych urządzeń, które mogłyby odtwarzać muzykę. Martin uznał, że to jego wyobraźnia płata mu figle. Postanowił się podnieść i ruszyć w końcu do pomieszczenia technicznego. Z przewodu przy śluzie nadal z sykiem wydostawał się gaz, trzeba było to naprawić.

  Wtem znów usłyszał muzykę, tym razem nie miał wątpliwości. Ale jak, skąd?! Znajoma melodia grała coraz głośniej i dobiegała jakby... niemożliwe! Zdawało się, że dobiega spoza stacji!

  Martin wyjrzał przez okienko i znieruchomiał. Nie wiedział jak się zachować, co zrobić. W polu widzenia zobaczył coś, czego zdecydowanie nie powinno tam być. Przez czarną przestrzeń w jego kierunku sunął statek kosmiczny w kształcie... meksykańskiego sombrero. Jasny, połyskujący na złoto kadłub w kształcie zaokrąglonego na górze stożka wyrastał znad szerokiego, obracającego się wokół własnej osi ronda. Z jego krawędzi na wzór pomponów zwisały okrągłe, kolorowe czujniki. Na burcie wehikułu widniał napis „Cuatro Jinetes”.

  – Co jest, do cholery... - powiedział niemal bezgłośnie osłupiały Martin, nie odklejając wzroku od kosmicznego kapelusza, który w takt coraz wyraźniej słyszalnej „La Cucarachy” zbliżał się do śluzy ASS. Wyglądał, jakby zaraz miał dokować.

  Stacją zatrzęsło i rozległ się dźwięk otwieranego włazu, a zesztywniały ze strachu i zaskoczenia astronauta zdołał tylko obrócić się w kierunku źródła dźwięku. Na nic innego nie był w stanie się porwać.

  – Halo, jest tu kto? Caramba! Chyba nikt nie przetrwał – rozbrzmiał męski, chropowaty głos.

  – Czekaj, Guerra, nie bądź taki niecierpliwy, rozejrzyjmy się w spokoju – odpowiedział głos kobiety.

  Nagle zza zakrętu wyłoniła się trójka przybyszów. Martin najpierw zwrócił uwagę na barczystego mężczyznę ubranego na czarno. Rozpięta koszula prezentowała umięśniony, pokryty bliznami tors. Na plecach gość miał zawieszony futerał na gitarę. Za nim szła szczupła, drobna kobieta, ubrana w długą kolorową suknię w stylu hiszpańskim. Była blada, miała zaczerwieniony nos i szkliste oczy, a w dłoni trzymała pomiętą chusteczkę. Trzeci przybysz wytoczył się zza zakrętu na samym końcu. Również wyglądał na bardzo szczupłego, a swoją mizerną budowę chciał chyba zamaskować pod obszernym, wzorzystym poncho. W dłoni trzymał miseczkę nachosów, które jeden za drugim znikały w jego usmarowanych salsą ustach.

  – Widzisz, mówiłam ci, że kogoś znajdziemy! – wykrzyknęła z uśmiechem kobieta, patrząc na Martina. – A ty mógłbyś przestać żreć, trochę kultury! – ofuknęła chuderlawego towarzysza, piorunując go wzrokiem.

  Astronauta stał bez ruchu i z szeroko otwartymi oczami obserwował rozwój wydarzeń.

  – Ach, gdzie nasze maniery! – znów odezwała się kobieta. – Jestem Pestilencia, ten pan z gitarą to Guerra, a obżartuch ma na imię Hambre. Ty jesteś Martin, zgadza się?

  Astronauta skinął tylko delikatnie głową. Jeszcze nie otrząsnął się z szoku.

  – No, nieźle was tu poharatało! – rzucił Guerra, ściskając mocno dłoń Martina. Ale dałeś radę, przeżyłeś. Zuch chłopak!

  – Przybyliśmy na pomoc – rzekła Pestilencia.

  – Zabieramy cię z tego wraku – dodał Hambre, plując na wpół przeżutymi nachosami.

  – Ale jak to? Dokąd? – wykrztusił Martin, który niewyobrażalnym wysiłkiem całego ciała przełamał wreszcie blokującą go niemoc.

  – Na razie na nasz statek. A potem się zobaczy. Prawda, że ma swój urok? – zapytał Guerra, patrząc z dumą przez okienko na kosmiczne sombrero. – A ty wyluzuj, amigo! Już wszystko będzie dobrze.

  – Trzeba go trochę rozluźnić. Zagraj coś! – zaproponowała entuzjastycznie Pestilencia.

  – Mówisz, masz!

  Ubrany na czarno mężczyzna ściągnął z pleców futerał, wydobył z niego gitarę i już po chwili wnętrze ASS „Melior” wypełniło się dźwiękami piosenki „Cancion del Mariachi”.

  Martin jeszcze przez chwilę usiłował logicznie wytłumaczyć sobie wydarzenia ostatnich minut, ale nie potrafił. Postanowił się poddać i popłynąć z prądem. W końcu spotkanie z tak kolorową kompanią zdarza się raz w życiu.

  Już po chwili jego stopa zaczęła postukiwać w posadzkę w rytm granej przez Guerrę melodii. Astronauta uśmiechnął się i z fascynacją patrzył na tańczącą Pestilencię i podrygującego Hambre, który nawet na czas pląsów nie rozstawał się z miseczką nachosów. Martin był tak zaabsorbowany surrealistyczną sceną, że nie zauważył, jak zmartwychwstają monitory i sprzęt pokładowy, a w rogu pomieszczenia zapala się dioda na kamerze kontrolnej.

  – Ole! Dawaj piniatę, Hambre, niech pan Martin sobie ulży!

  Chudzielec ochoczo skinął głową i pobiegł w kierunku śluzy. Za chwilę był już z powrotem i wieszał pod sufitem żółto-fioletową kartonową podobiznę osiołka.

  Martinowi coś nie pasowało. Rozejrzał się i zorientował, że nie jest już w nieciekawym pomieszczeniu centrum dowodzenia stacji ASS „Melior”. Znajdował się w zupełnie białej, przestronnej sali, a wokół niego sypało się konfetti.

  – Chwyć ten kij, amigo! Roztrzaskaj piniatę! – zachęcał Guerra, który zbliżał się już do gitarowego solo.

  Martin poderwał się na równe nogi. Czuł, że odzyskał pełnię sił, a po jego stresie nie było już śladu. Podbiegł do opartego o ścianę kija, chwycił go i zamachnął się na kolorowego osiołka. Astronauta, śmiejąc się radośnie, raz po raz uderzał w kartonową figurkę, a dookoła niego sypały się strzępy bibuły i słodycze. Skończył dopiero wtedy, gdy pod sufitem został już tylko kawałek sznurka.

  – Świetnie, Martinie! – dopingowała Pestilencia, co chwilę wysiąkując nos w chustkę.

  – Brawo, brawo! – wtórował jej Hambre z pełnymi ustami.

  – Dobrze! – krzyknął Guerra, gdy wybrzmiał ostatni akord. – Czas na nas! Chodź, amigo, poznasz naszą towarzyszkę.

  – Jaką towarzyszkę?

  – Piękną pannę Muerte! Czeka na statku, już pewnie wszystko przygotowała. Jestem przekonana, że nie może się doczekać, by cię poznać! – mówiła Pestilencia z przejęciem.

  – Mnie? – pytał na wpół oszołomiony Martin.

  – No a kogo niby?! – zawołał Hambre i uśmiechnął się tajemniczo. – Coś czuję, że będziecie się mieć ku sobie!

  – To na co czekamy? Prowadźcie!

  Martin nie mógł uwierzyć, że spotkało go takie szczęście. Chwilę temu ledwie uniknął tragicznej śmierci w kosmicznej katastrofie. Teraz wraz z wesołą kompanią kierował się na latające sombrero, by poznać piękną panią Muerte! „Warto było zostać astronautą, by doczekać takiej chwili!” – myślał Martin, podążając za trójką nowych znajomych do zapraszająco otwartej śluzy.

 

 

 

 * * *

 

 

  W centrum kontrolnym na Ziemi zawrzało.

  – Panie Harden, mamy wizję! Zasilanie wróciło!

  Siwowłosy mężczyzna z wiecznie zmarszczonym czołem podbiegł do siedzącego przed monitorem technika. Panujące w rozległym pomieszczeniu napięcie było wręcz namacalne.

  – Wreszcie! Próbowałeś się skontaktować z „Meliorem”?

  – Dopiero co uzyskaliśmy łączność, ale działa tylko kamera w centrum dowodzenia. Obraz z pozostałych jest niedostępny.

  – Dobra, Mark. Ważne, że jest cokolwiek. – Harden otarł pot z czoła, wpatrując się w czarno-biały obraz na monitorze. – Martin Clarens żyje, Boże, jak dobrze. Ale... co on robi?

  – Nie wiem, proszę pana. Wygląda, jakby podrygiwał do muzyki.

  – Nie gadaj bzdur, Mark – zrugał technika przełożony. – Może nas usłyszeć?

  – Nie sądzę, ale powinniśmy być w stanie się komunikować tekstowo. Musi tylko spojrzeć na monitor.

  – Bądź w gotowości. Idę zadzwonić do Adamsa – rzucił Harden, odchodząc.

  Widoczny na monitorze astronauta podbiegł do pomieszczenia technicznego i chwycił długi, metalowy klucz.

  – Panie Harden! – krzyknął Mark, jeszcze zanim siwy mężczyzna opuścił centrum kontrolne. – Coś się dzieje!

  Harden z telefonem w dłoni ponownie pojawił się przy stanowisku.

  – O co chodzi?

  – Clarens wziął klucz do śrub i chyba... – Technik wpatrywał się w ekran z otwartymi ustami. – Tak. Rozbija nim monitory i urządzenia pokładowe.

  – Co on, kurwa, wyczynia?! Czy nie wie, że sam teraz kopie sobie grób? – pytał Harden z oburzeniem. Jednak zarówno on, jak i siedzący obok Mark wiedzieli, że są to pytania retoryczne.

  – Wygląda, jakby z kimś rozmawiał, proszę pana.

  – Przecież nikogo tam nie ma, co się dzieje, do cholery?!

  Obydwaj obserwowali, jak człowiek na monitorze odrzuca klucz i kieruje się do zamkniętej śluzy.

  – A teraz co wymyślił?

  – Nie mam pojęcia, proszę pana.

  Astronauta podszedł do modułu sterowniczego, odpowiedzialnego za ręczne otwieranie śluzy i zaczął przy nim manipulować.

  – Nie chce chyba... – Harden nie dokończył.

  Razem z Markiem w pełnym napięcia milczeniu obserwowali, jak Martin Clarens ręcznie otwiera właz i zostaje dosłownie wyssany ze stacji kosmicznej w zimną próżnię.

  Harden długo wpatrywał się w monitor.

  – Chyba trzeba... – zaczął po ciągnącej się w nieskończoność chwili milczenia technik, ale przełożony uciszył go gestem.

  – Ja się tym zajmę. Pan Dennis, cholerny, Adams musi się szykować na kolejną burzę.

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~CptUgluk
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 40

Opis:

Dla nieznających języka hiszpańskiego (jak ja) polecam współpracę z tłumaczem google. Krytyko, spływaj!

Dodano: 2020-09-15 10:46:20
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW
Odpowiedz
~CptUgluk 3 d.
TreningWyobrazni A dzień dobry
Odpowiedz
~oko 3 d.
kapitanie - na którym okręcie stacjonowałeś?
nie zapytam o przekąski, bo w zęby się nie zagląda.
ciekawy pomysł. prywatna inicjatywa, kontra moloch. szkoda, że moloch zwycięża.
Odpowiedz
~CptUgluk 3 d.
oko problem w tym, że jeszcze na żadnym, czekam aż trafi się idealny szlup czy inny szkuner.
Czemu o przekąski, panie Oko, bo nie załapałem?
Dziękuję za wizytę i mam nadzieję, że nie była ona stratą czasu
Odpowiedz
~oko 3 d.
CptUgluk te wtręty dotyczące jedzenia. piniata i takie tam "meksykanizmy" związane z zadaniem do wykonania.
Odpowiedz
~CptUgluk 3 d.
oko okej, pojmuję. W każdym razie ja o przekąskach chętnie rozmawiam, jako że przekąszanie jest jednym z moich zainteresowań.
Odpowiedz
~oko 3 d.
CptUgluk przekąska wymaga czegoś w płynie. żeby w gardle nie zaschło. a wiadomo - po pierwszym się nie zakąsza
Odpowiedz
~CptUgluk 3 d.
oko tak, płyn jest w procesie przekąszania niezwykle istotny. Ale różnie bywa, czasem trzeba zakąszać podczas przyjmowania płynów, a czasem po prostu popijać pochłaniane przekąski. Zależy od indywidualnych preferencji.
Odpowiedz
~oko 3 d.
CptUgluk cóż. można polemizować, ale bez płynów trudniej przetrwać niż bez paszy. a popijać można co bardziej pikantną myśl.
Odpowiedz
~CptUgluk 3 d.
oko nie można się nie zgodzić. Pikantne myśli, zgodnie z zasadą "ogień zwalczać ogniem", najlepiej neutralizować odpowiednio pikantnymi napojami. Tak myślę
Odpowiedz
~oko 3 d.
CptUgluk a najgorsze, jak zwykle, są poranki
Odpowiedz
~alfonsyna 2 d.
Nadmienię tylko:
"cichy trzask, po którym słychać było cichy" - cichych tu trochę nadmiar;
"kieruje (się) do zamkniętej śluzy";
Ależ świetnie wybrnąłeś z efektu i połączyłeś go z resztą zestawu, do tego te hiszpańskie akcenty miodzio, no i nawet zmieściłeś wszystkich jeźdźców apokalipsy! Dobrze się bawiłam przy tym tekście, pomysł fajnie zakręcony.
Odpowiedz
~CptUgluk 2 d.
alfonsyna żesz kurna, nie mam pojęcia jak te błędy się przekradają! Dzięki za zwrócenie uwagi, nareperuję to.
Dziękuję pięknie za opinię i dobre słowo. To, że się dobrze bawiłaś przy tekście przyjmuję jako największy komplement

Odpowiedz
~Adelajda 1 d.
"Od zawsze fascynował go kosmos, od zawsze jego marzeniem było zostanie astronautą." - Od zawsze fascynował go kosmos, od zawsze jego marzeniem było[,] zostanie astronautą.
"On jednak walczył z nią na tyle, na ile potrafił." - "na ile" do zmiany

Widać wyobraźnię i polot, bardzo sprawnie uporałeś się z zestawem. Momentami miałam wrażenie, że masz delikatną tendencję do upychania takich ozdobników, gdzie brzmiały troszkę nienaturalnie, ale to tylko na początku i to również moje osobiste odczucie. Natomiast samo opowiadanie czyta się przyjemnie

Pozdrówki

Odpowiedz
~CptUgluk 1 d.
Adelajda dzięki za odwiedziny niby wiem, że to "na ile" jest nieeleganckie, ale często nie mogę znaleźć nic lepszego w jego miejsce. Dzięki za sugestię, będę bardziej zwracał na to uwagę.
Osobiste odczucia są nie mniej ważne, niż nieosobiste a czy możesz mi podać przykład takiego niepotrzebnego Twoim zdaniem ozdobnika? Będę mógł się skuteczniej ustosunkować do sprawy.
Pozdrawiam!
Odpowiedz
~Adelajda 1 d.
"Odcienie zieleni i żółci kontrastowały z ogromnymi połaciami niebieskiego. A wszystko to zwieńczone było białymi, rozsianymi w nieładzie strzępami chmur." - tak jakbyś chciał wszystko już, no ale może tylko moje głupie odczucie
Odpowiedz
~CptUgluk 1 d.
Adelajda Dzięki. Czasem może rzeczywiście staram się upiększyć jakieś zdanie, bo wydaje mi się ono zbyt mdłe, płaskie. Tak prawdę mówiąc, to ten fragment i tak został okrojony, bo wcześniej był wręcz przekombinowany :P
Odpowiedz
*Canulas 16 godz.
z wykopem
helloł

"Odszedł od niewielkiego okienka i skierował swe kroki do pomieszczenia sterowniczego, by sprawdzić, czy robot naprawczy zdołał już przywrócić zasilanie modułu komunikacyjnego. " - swe do wywalenia. Jeśli podmiot jest dosadnie określony, śmiało możesz zrezygnować z takich dookreśleń.

"W czarnych ekranach monitorów zobaczył jedynie odbicie swojej zmęczonej twarzy. " - tak samo tutaj.
No i zaraz dalej: "swoich zamierzeń".

Tam dalej masz jeszcze sporo podobnych, ale już nie wyciągam. Będziesz chciał, se znajdziesz.

"– Co jest, do cholery... - powiedział niemal bezgłośnie osłupiały" – z kolei konstrukcja tego zdania sugeruje, że bohater był "bezgłośnie osłupiały". Poprawa szyku powinna pomoc.

No ok.

Pierwsza część opka przytłoczyła mnie szczegółowością w opisie. Cierpisz na ten problem, że każdy detal wydaje Ci się istotny. Każda pierdoła, typu rozmiar kapelusza. No więc nie jest. Ciężko jest amputować własne pomysły, zwłaszcza gdy spływają do łba dziesiątkami. Niestety trzeba.

Bardzo podobał mi się koniec i z perspektywy całości opko ma sens i zwraca poświęcony czas.
Ciao.
Odpowiedz
~CptUgluk 4 godz.
Canulas Dzięki, że wpadłeś! Będę uważał na zbędne dookreślenia, obiecuję.
Wiem, że cierpię na przypadłość zbyt dokładnych opisów. Nie chcę zostawiać czytelnika z pytaniami bez odpowiedzi i pewnie dlatego przeginam w tę stronę. Staram się z tym walczyć, ale z różnym skutkiem. Doktorze Canulas, czy da się to wyleczyć?
Dziękuję za sugestie i podpowiedzi, wrzucam je w kolejkę poprawek, które muszę poczynić. Mam nadzieję, że kolejny mój tekst będzie mniej męczący w odbiorze
Cieszę się, że czas się zwrócił. Serdeczne pozdrowionka!
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin