jasno ciemno
Rankor — część 13 Rankor — część 12

Lea – część 4

 Poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4542

 

 – Dobrze, że ci twoi „znajomi” nie upatrzyli sobie Asyżu na zakonne zabawy w chowanego, mielibyśmy dalej... – stwierdził, wyrzucając trzeciego z kolei peta przez odsuniętą szybę. – Tu Francesco, tam Francesco, o Watykanie nie wspomnę.

 – Nie chciałoby im się aż tam, za dobrze strzeżone miejsce. – Lea oparta głową o boczną szybę, patrzyła niewidzącym wzrokiem, gdzieś daleko przed siebie.

 Albert zamyślił się na temat ogromnych gmachów i monumentów tonących w morzu, notabene stanowczo zbyt drogich, souvenir di Assisi, a wszystko wybudowane na cześć skromnego ascety, który umiłował sobie życie w zgodzie z naturą, w ubóstwie, radości do świata bez jakichkolwiek dóbr materialnych. A tymczasem Asyż jest uosobieniem przepychu i bogactwa niczym projekt życia architekta z manią wielkości. Franciszek zapewne przewraca się w grobie.

 – A ten z Paoli, to na cześć tamtego, czy tu co drugiemu Francesco?

 Dziewczyna nerwowo miętoląc rękaw swetra w dłoni, pociągnęła nosem i opowiedziała jak to Franciszek z Paoli, zainspirował się tym z Asyżu i postanowił pójść w jego ślady. Podczas gdy Albert odpalał papierosa za papierosem, popijał włoskie, sikowate piwo, zerkał na nią z ukosa, rejestrując poszczególne części opalonego ciała i w międzyczasie całkiem dynamicznie prowadził samochód, ona opowiadała o powstającym zakonie braci najmniejszych, preferujących różnorakie posty i skrajnie surowy tryb życia.

 – Wiesz, że Franciszek przepłynął na własnym płaszczu z Włoch na Sycylię?

 – Wiesz, że jesteś kurewsko seksowna, jak tak, półnaga, mnie przepraszasz co pięć minut?

 Lea wytrzeszczyła oczy.

 – No żartuję, no. – Wydmuchał dym, łyknął moretti, uporządkował myśli. – To, co tam jeszcze ten ksiądz wymodził?

 – Miał nadprzyrodzone zdolności!

 – Akurat.

 – Naprawdę! Podobno potrafił być w dwóch miejscach naraz, bio, bio… eee, bi... ech.

 – Bilokacja. Nie wierzę.

 – To uwierz! Zrobili go świętym też dlatego! Mistyka, Albert! – Pierwszy raz Lea zdawała się ożywić i zaczęła mówić więcej i szybciej. – Złamał w palcach monetę, z której popłynęła krew! Rozumiesz?! Krew uciśnionych ludzi!

 – A ty jesteś jakaś nadzwyczaj religijna? Może to pokuta była, te skały?

 – Jestem bardzo religijna.

 – Nie chrzań...

 – No dobra, kiedyś byłam – powiedziała i skuliła się w obszernym swetrze. Zdawała się z powrotem zamykać w świecie własnych tajemnic. – Dlatego to miejsce, do którego jedziemy, umartwianie się, rozumiesz? – powiedziała z nosem wlepionym w boczną szybę. – A Franciszek wskrzesił jednego faceta. – Ewidentnie miała ochotę kontynuować ten nurt myśli.

 – Sądziłem, że takie rzeczy, to tylko Jezus?

 Pokręciła przecząco głową. Albert nie miał ochoty rozgrzebywać tego tematu, w kościele był ostatnio na ślubie córki, dwa lata temu, jakoś tak. Nie wierzył w żadne cuda, magiczne zacieki, uzdrowienia i lewitację. Gdyby miał jakieś swoje życie, to odwiózłby ją na policję (choć przypuszczał, że prędzej by zwiała, niż chciała załatwić to w ten sposób), ale że jego życie się zesrało, rozleciało, dezaktywowało, to w sumie nie miał nic ciekawszego do roboty. Jego bagaże zostały w Reggio, nie miał ochoty tam wracać, kilka starych ubrań, dwie książki, jakieś klamoty, niech oddadzą biednym. Jutro zadzwoni. Poodwozi te panny, kupi parę szmat, wypije jeszcze jedną małą czarną z Luigim i wróci do domu. Wystarczy przygód.

 

 *

 

 Trzy zakonnice, kilkunastu pielgrzymów, jeden spasiony zakonnik i dziesiątki kotów przywitały ich na parkingu pod sanktuarium w Paoli. Rozległy dziedziniec otaczał pokaźnych rozmiarów – oczywiście, jak na kler przystało – budynek. Zza klasztoru wyłaniał się zarys wzniesień, słychać było pohukiwanie puszczyka i wszędzie pachniało ciepłą, letnią nocą. Dochodziło wpół do drugiej. Włosi nie sypiają tak wcześnie, zregenerowani sjestą, jak widać, nawet o tej porze mieli ochotę pozwiedzać, pomodlić się, pokontemplować. Albert wyciągnął z samochodu coś na kształt wytrychu, w co przekształcił drut znaleziony w bagażniku. Po drodze wyposażyli się także w garść przeróżnych spinek i wsuwek do włosów, na wypadek, gdyby to było aż tak proste, oraz w siekierę. Trudno, najwyżej narobią hałasu. Ta opcja to ostateczność.

 Zapalił jeszcze raz, przyglądając się bombie umieszczonej w kamieniu, która – jak głosiła informacja na tabliczce – wycelowana w klasztor w czterdziestym trzecim wpadła do rzeki i nie eksplodowała. Nawet nie czytał tego na głos, żeby ta przygaszona blondi o wyglądzie zadbanej prostytutki nie zaczęła znowu wywodów o cudach i postach cielesnych. Wisi mu przysługę, a zaraz zrobią się z tego dwie. Poszli w stronę klasztoru, weszli do środka, uklękli, rozejrzeli się, wyszli z powrotem na zewnątrz. Obeszli budynek dookoła, pogłaskali kota i wrócili do punktu wyjścia.

 – Nie pamiętasz, gdzie jest to wejście do piwnic? – Albert czuł, że zaczyna dopadać go zmęczenie.

 Zaprzeczyła. Przeprosiła.

 – To jeszcze raz, rundka dookoła.

 

 *

 

 Mężczyzna przyjrzał się dokładnie budowli, której plan, z jego perspektywy, wyglądał jak duże L. Front był pokaźny, ozdobiony kolumnami, łukami i posągami. Całość w beżowych, jasnych kolorach. Na schodach stały donice z roślinami, a wszystko klimatycznie oświetlone latarenkami. Boczne skrzydło natomiast, na oko trzypiętrowe, charakteryzowała symetria – dziewięć drewnianych, półowalnych drzwi, w systematycznych odstępach, a pomiędzy nimi jednakowe okiennice.

 – Zacznijmy jeszcze raz od początku, frontowe wejście – zaproponował.

 – Mi się wydaje, że to jednak było z tamtej strony – powiedziała niepewnie Lea, wskazując gąszcz zieleni z tyłu budynku.

 Albert zignorował tę sugestię i poszedł w kierunku głównych drzwi. W środku zastał chłodny kościółkowy standard – błyszcząca, wypolerowana podłoga, wielkie organy, posągi świętych, kwiaty pod ołtarzem, klęczniki, witraże, boczne nawy, freski. Całkiem przyjemnie – pomyślał. Nie było jednak żadnych widocznych bądź ukrytych, wejść do piwnic. Obejrzał jeszcze gablotę z relikwiami, a dokładnie kośćmi świętego Franciszka, przeżegnał się i gibnął przed krzyżem, upomniany wzrokiem jakiejś staruszki, zapewne za zbyt swobodne zachowanie, po czym wyszedł. Lea stała przed jednymi z szeregu drzwi, nad którymi widniał malunek gwiazdy betlejemskiej. W milczeniu zerknęli do środka, a ich oczom ukazała się przepiękna, obszerna i szczegółowo dopracowana, całoroczna szopka bożonarodzeniowa. Lea uniosła brwi w mieszance zdziwienia i zachwytu, a on wrzucił kilka monet do pudełka na wolne datki. Wyszli z powrotem na dziedziniec z widokiem na wybrzeża Paoli, tonącą w nocnej czerni taflę Morza Tyrreńskiego i tuż obok, budynek Collegium Minimorum. Przeszli do części parkowej, pełnej starych drzew, paproci i bluszczy, wokół płynącego kaskadami, przyjemnie szumiącego potoku.

 – Ines nie ma jeszcze dwudziestu lat – zaczęła ni stąd, ni zowąd blondynka – jak ją poznałam, miała może siedemnaście.

 Albert odpalił papierosa, ostatniego z paczki.

 – Daj tę biżuterię. – Wyciągnął pseudo wytrych z kieszeni i zaczął grzebać w kajdankach, których całkowite rozmontowanie wypadło mu wcześniej z głowy.

 – Jej matka miała białaczkę, żyły w skrajnej nędzy, poznałam ją na jednej z imprez na plaży w Amantea. Była kelnerką, zarabiała grosze, od słowa do słowa...

 Tymczasem on pozbył się już jednej „bransolety” i z zaciekawieniem spojrzał, zachęcając do dalszej opowieści.

 – Mów dalej. – Świdrował wzrokiem w jej twarzy. Miał nadzieję, że tym razem dowie się czegoś konkretnego.

 – Po prostu chciałam jej pomóc. – Oczy Lei zaszkliły się wilgocią. – To dobra dziewczyna.

 „Grotta della penitenza” głosił napis na niewielkich, drewnianych, zamkniętych na kłódkę i zabezpieczonych taśmą, drzwiach w skalnej ścianie porośniętej bluszczem.

 – Grota pokuty... W remoncie. Robotnicy tu nie zaglądają?

 – Prędzej czy później by zajrzeli, ale prace są przerwane na czas urlopów. – Lea miała minę dogłębnego znawcy tematu. – Włosi cenią sobie odpoczynek. Robota nie zając, czy jakoś tak. Ineeees! – wrzasnęła z nosem wlepionym w drzwi. – Przeczytaj napis.

 – In questo entro, coś tam, Francesco Giovinetto jakiś tam, cinque anni, coś tam – Albert dukał co bardziej zrozumiałe fragmenty. – Znaczy, że pięć lat tu żył, tam na dole.

 – Ehem – przytaknęła z dumą, jakby co najmniej chodziło o jej syna. – Ineeeees!

 – Kurwa, ale bym zapalił. – Mężczyzna desperacko przeszukiwał wszystkie kieszenie w poszukiwaniu ukrytych, jakimś cudem, gdzieś, jakoś, daj Boże, szlugów. W tym czasie Lea przejęła drut i, o dziwo, uporała się z kłódką. Weszli do środka, gdzie panował jeszcze większy chłód niż w głównej części klasztoru. Świecili latarką i schodzili coraz niżej kamiennymi schodami, które wyglądały jak wydrążone w skale. Byli już blisko. Albert zażartował, że jeśli otworzą kolejne kajdanki, to wyruszą na podbój świata, jako dwójka złodziei. Snuł plany, że wezmą Luigiego, który będzie swoim zwyczajem zagadywał potencjalne ofiary, podczas gdy oni otworzą każdy sejf. Nawet Lea się ciut rozpromieniła na tę myśl.

 – Frantumando le catene dei cattivi – przeczytała pierwsze słowa z kolejnej tabliczki, upamiętniającej życie Franciszka. – Kruszy kajdany zła.

 Doszli do ostatniego zakrętu, który był oznaczony napisem z dwoma strzałkami, sugerującym, że w prawo jest grota, w lewo wyjście. Albert wszedł pierwszy, Lea przeżegnała się i poczłapała za nim. W półmroku dostrzegli kilka ławek, krzyż, kolumny i zarys kobiety w samym kącie. Czarnowłosa, o młodzieńczych rysach twarzy, w białej sukience z delikatnego materiału, z lekko zarysowanym brzuszkiem. Leżała pod zarośniętym od zewnątrz bluszczem okienku pod niskim sklepieniem sufitu. Mała latarka Alberta nie dawała zbyt wiele światła. Podszedł bliżej, dotykał jej, coś mówił, potrząsał. Lea stała przy wejściu i patrzyła przerażonymi oczami, czując, że robi jej się coraz bardziej duszno. Chciała podejść, pomóc, ale nie mogła zrobić kroku. Sparaliżował ją nadmiar emocji i wyczerpania.

 – Albert, co z nią? Pospieszmy się.

 Cisza. Albert słyszał, ale się nie odwrócił.

 – Albert! – wrzasnęła, chyba po raz pierwszy. – Co z nią?!

 Odwrócił głowę i już wiedziała.

 – Jest... – Przełknął ślinę. – Martwa.

 

 Kolejna część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4696

10317 zzs

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: kryminal

Liczba wejść: 41

Opis:

Dodano: 2020-09-25 23:26:44
Komentarze.
~oko 4 m.
o matko... dzieje się. nieboszczyk w grocie... i znowu trzeba czekać na ciąg dalszy.
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
Trzymaj się mocno stołka, oko, Lea to Moda na sukces

Odpowiedz
Można było przewidzieć, ale miałam nadzieję, że jednak uda im się zabrać dziewczynę i wpakować w kłopoty.
Czekam na dalsze części.
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
alka666 ależ hasasz cudnie, ano bach! trup! to stary twór i tak jak wspominałam wyżej - będzie trącać telenowelą have fun!
Odpowiedz
~Aja 3 m.
Moda na sukces? Znaczy planujesz w tysiącach.
Czytam, czytam tylko komenta nie mam kiedy dać.
Jak telenowela to trzeba częściej dawać, no.
Odpowiedz
*Ritha 3 m.
Aja ok, poprawię się (miała wczoraj wjechać, pomotałam się w tych moich wyliczeniach )
Dziękuję i tu
Odpowiedz
~Aja 3 m.
Ritha no ja wiem, taka niedojedzona ciągle jestem, ale jak gabaryt spory to i paliwa potrzebuje.
Odpowiedz
*Ritha 3 m.
Aja oj tam oj tam
Odpowiedz
~Aja 3 m.
Ritha oj tam, oj tam miała wjechać, a tu nic.
Nadal.
Odpowiedz
*Ritha 3 m.
Aja no bo Rankora wrzuciłam, planuję Leę dziś, już się poprawiam!
Odpowiedz
~Ozar 1 m.
z wykopem
A tu kurdę już szaleństwo, nawet Ojciec PIO się załapał. A owa Ines martwa, czyli wiemy, że nic nie wiemy i musimy iść dalej za Albertem, który pewnie już nic nie kuma i Lea która nie wiele wyjaśnia. No tyle akcji i żadnych wyjaśnień. Hm ciekawe!
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Ozar haha, tak, nawet ojciec Pio dziękuje za wizytę, Ozarro, kłaniam się
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin