TW#3 Loteria cz.2 Wielki Jubel

Loteria cz.1

 niniejsze opowiadanie jest ciągiem dalszym "Obcego" – od początku:

 https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4379

 https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4462

 https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4593

 

 

 Jestem obcy…

 

 Znów. Tym razem piję w Petersburgu… Sankt Petersburgu, który tyle już miał imion, że zaplątał się w nich i z wrażenia otworzył na świat, jak małż rozwarty siłą chromowanych szczypiec w carskich dłoniach, które nie wybaczają i nie zapominają.

 

 Blisko, cholera – pomyślałem sobie – blisko w czasie i blisko Tallina, ale niech Bóg da, że nie zdarzy się nic, co mogłoby mnie zdemaskować. Przecież jestem tu obcy…

 

 Пи́тер (Pitier - jedna z wielu nazw Petersburga) jest w końcu europejskim miastem, chociaż radykalni komuniści o zapędach stalinowskich chcą siłą nawrócić go na ścieżki czerwonej armii; przywołać pamięć wielkiego Ленинградa, historii, którą zatyka się gębę każdemu, w kim wiary w Matuszku Rasssiju brakło. Jak za cara Piotra Pierwszego zwanego Wielkim, który teraz w metalowej wersji ozdabia Nevski Prospekt – zapewne najsłynniejszą ulicę Rosji, miejsce, które z nazwy i czastuszek zna chyba każdy. Piotr chciał przywrócić Rosji Europę, albo Europie Rosję i zaczął ją cywilizować. Stąd Ermitaż, charyzmatyczny, chełpiący się sławą większą chyba od Luwru, bo mniej oczywisty, bardziej egzotyczny i posiadający niebagatelną siłę przyciągania – służby specjalne potrafią samym strachem i zakulisową niesławą pozyskać wszystko, czego zapragną – Luwr czekać musi na hojność darczyńców.

 

 Trzeci dzień mija dopiero, odkąd zameldowałem się w jednym z wielogwiazdkowych hoteli dla cudzoziemców… Zaśmiałem się w kułak – Hotel w regularnej armii musiałby być najmarniej majorem, kiedy ja, choć nikt o tym nie wie, dopiero zasłużyłem na kapitańskie gwiazdki. Matuszka nie szafuje honorami, chyba, że na moskiewskiej defiladzie. Trzeba wielkich zasług w wielkim kraju, żeby ozdobić mundur pięcioramienną, złotem pokrytą gwiazdą. A ja? Piję. Piję, bo potrafię i tylko tak umiem odwdzięczyć się za łaskę miłościwie panującej rodzinie… Zabawne, że komunizm ma nad głową tyrana. Zawsze miał i wciąż ma. Inaczej zdechłby z głodu. Im większe imperium, tym większy terror jest potrzebny, żeby zachować status quo. Tym większe restrykcje, żeby strach unieruchomił mięśnie tłumu, który siłą jest tak potworną, że zmieść może w niebyt każdy reżim. Wystarczy, by przestał się bać.

 

 Nikomu nie zdradzam własnych myśli. Nawet teraz, „Stolichnaya” wypala je zanim zalęgną się na czubku języka, nim wydostaną się ze mnie echa, które bezapelacyjnie sprowadziłyby mnie do jednego z ponoć nieistniejących już łagrów… Syberia jest trzykrotnie większa od Unii Europejskiej, a ONZ nie ma ochoty wysyłać tam obserwatorów marznących na sam dźwięk słowa tajga… Matuszka czuwa jednak nad nieświadomością tłumów i zawsze gotowa jest udzielić schronienia zabłąkanym duszom o zbyt zainteresowanych wolnością umysłach.

 

 Piję. Wierchuszka wie, że pić potrafię i nie raz już pobłażliwie kiwała niewidzialną głową, pochylając się nad moim życiorysem. Polskie NKWD zwane SB, czy UB… wcale nie było gorsze. Naród tłamszony od wieków potrafił dochować się szubrawców godnych większych piekieł, niż je szatan wyrychtował dla swoich kuracjuszy. Folksdojczów bardziej niemieckich od rodowitych berlińczyków, skłonnych pójść za każdą wiarą, ideą, obietnicą, łamiących uprzedzenia, więzy, tabu i swoich pobratymców. Zdrajców, przy których Kain wydawać się mógł niewinnym pacholęciem. Złoczyńców gotowych Bogu sznurek z kalesonów ukraść, żeby powiesić jego syna na krótkiej smyczy i zaciskać dłużej, niż trwa nieskończoność. Ech! Syn Boży miał fart, że nie zadarł z Polaczkami…

 

 Piję. Nevski Prospekt dyskretnie onanizuje się w wiosennych światłach gazowych latarni, wspominając wielkość własną i założyciela. Mocno zużyta harmoszka gra rzewne melodie, ktoś tańczy, inny wrzuca kopiejki do futerału grajka, ktoś wtóruje łzami, wsparty na balustradach nabrzeża Newy. Ja piję. Każdy robi to, co potrafi. Jestem cynikiem, nie umiem płakać... ani grać.

 

 Trzeci dzień tutaj; wiosną podszyty widnokrąg topnieje w oczach. Wiatr rozbiegany wzdłuż i wszerz. Zwiedza kanał Griboyedovej i Moyki, ssie słony posmak zatoki fińskiej i wypełnia nim bulwary. Trzeci dzień, kiedy piję siedząc naprzeciw młodziutkiej dziewczyny o nosie odrobinę za dużym do małej twarzy. Grzywką przysłania oczy, ukrywając fakt, że rzęsy ma zbyt krótkie, aby rozbełtać nimi poranne mgły. Zgłupiałem. Ja, doświadczony rep nie byłem gotowy na smarkulę, która patrzy na mnie zuchwale i z przekorą mówi dobitniej, niż trzeba:

 

 - Я тебя не боюсь! (Nie boję się ciebie!)

 

 Noce… Подмосковные вечера (Podmoskiewskie wieczory - najczęściej śpiewana rosyjska piosenka nie oddają pełni podobnych doświadczeń. Zgłupiałem całkiem. Przeżywam nastoletnie, kompletnie nieodpowiedzialne emocje do kobiety, która zaczęła nią być ledwie wczoraj. A przecież miałem pić, pozostając czujnym na usługach Matuszki. Tej, która wszystko widzi i wszystko wie i nie zawsze potrzebuje dowodów, żeby doprowadzić sprawy do finału wykluczającego hipotetyczny ciąg dalszy, by utrzymać w siodle świat w niezmienionym kształcie. Gdybym był rozrzutny emocjonalnie… mogłaby być moją córką. Starszą córką, która wyfrunęła z domu, by nie musieć szarpać się z wapnem, ze szronem na skroniach i gderaniem starego ramola. A ta smarkula mówi do mnie: Я тебя не боюсь! Przeciąga się naga pod moim ramieniem i patrzy jak nowonarodzony jamnik szorstkowłosy na matkę. Ma rację - pierwszy raz w życiu jestem bezradny wobec oczu wilgotniejszych od całej zatoki fińskiej, od Newy z przyległościami. Kłuje mnie coś ale tym razem, to nie Makarov. Wstaję dłużej niż zwykle, a ona ociera się mrucząc świństwa i patrzy spod przymrużonych powiek, jaka obelga trafi i wciśnie ją głębiej w otchłanie prześcieradła, żebym mógł zaspokoić jej młodociany bezwstyd.

 

 Zerkam na zegarek, noszony dla ozdoby, bo donikąd mi spieszno. Dotychczas piłem na długich dystansach; obecnie czas picia zaledwie się zaczął. Demonstracyjnie czekam, aż przyjdzie i nadstawi policzek dopominając się o więcej czułości. I skarci mnie, że goliłem się osiem godzin temu i już czuć na policzku szorstkość papieru ściernego, a jej policzki są zbyt delikatne na tak perwersyjną pieszczotę. I śmiać się będzie oczyskami przewrotnie miodowymi. Skórę ma białą jak polarny niedźwiedź, ale o całe nieba delikatniejszą. Nie spałem w tak delikatnej oprawie i żaden jedwab nie odda nawet namiastki. Czuję pożądanie, ale nie ma jej przy mnie. Piję. Zamiast obserwować zewnętrze zagłębiam się niebezpiecznie w absurdalne marzenia, jednocześnie szukając rozwiązania niezwykle trudnej zagadki – jak ukryć perkaty nosek przed niezgłębioną ciekawością Matuszki?

 

 Zamiast rozwiązania… pojawia się groźba. Kałasznikow. Nawet nie jeden, a trzy. Niewątpliwa pokuta za moją dotychczasową skuteczność. Strach. Staram się udawać, że bardziej obchodzi mnie sześć ziaren czerwonego kawioru lepiącego się do talerzyka z miśnieńskiej porcelany, ale oszukuję samego siebie. Nigdy nie byłem tak blisko przerażonych wylotów luf, którym wystarczy dźwięk spadającej na ziemię szklanki, żeby mnie podziurawić bardziej, niż sita do cedzenia diamentów.

 

 Idę. Ograbiony z Makarova i prowadzony zimnym wylotem trójcy oczu kaliber 7,62. To chyba koniec. Koniec picia i zwiedzania chylącego się ku upadkowi świata na koszt wierchuszki. Pozwolili mi dopić ostatnią szklankę, ale kiedy wygarniałem ziarna kawioru z dna talerzyka szturchnięcia nie były już rubaszne, a żebra skarżą się nadal. Idę prowadzony na potrójnej, epoksydowanej smyczy. Płacę za sławę skrywającą się dotąd w cieniu. Ja wiem, że oni wiedzą i oni wiedzą, że ja wiem, że nic już być innego nie może, a przecież idę potulnie, jak piesek, któremu zachciało się sikać tak bardzo, że nie znajduje w sobie słów.

 

 Moyka. Drobna, w porównaniu z Newą rzeczułka opasująca miasto i flirtująca z architekturą bezwstydnie. Chyba ma się stać moim końcem. Ostatnią przystanią. Widzeniem, w jakim rozpłynę się, a potem, wrzucony w jej nurt spłynę ku morzu. Trawię zapamiętane jeszcze z knajpy widzenie – bezpieczniki przestawione na ogień ciągły. Nikt nie chce ryzykować, żadnej sportowej żyłki. Tylko nieubłagany, bezapelacyjny wymiar kary:

 

 - Убить собаку! (Zabić psa!)

 

 Nie myślą, nie mają złudzeń. Zabiją, pewnie kosztem kamratów, bo przecież moje ciało nie wytrzyma naporu pocisków - przejdą na wskroś i popłyną dalej, jak śmiercionośne torpedy, rozwalając w proch wszystko, co śmie stawić opór. Studenci… Pochopni idealiści, którym życie wciąż nie nakopało przez tyłki rozsądku. Żarliwi, gorliwi i zapalczywi. Po nich tu przyjechałem, ale okazało się, że jednak DO NICH. Czekali na mnie. Inwigilacja. Kontrola, informacja, szpiegostwo. Wierchuszka wiedziała… Chyba za późno mnie wysłali i przyjdzie umrzeć w paroksyzmie ołowiowej chmury. Może zabiorę któregoś ze sobą, ale niespecjalnie mnie to pociesza.

 

 - Żyj kurwa! – UB wiedziało; wiecznie pijany pułkownik wiedział, co ważne – Żyj, a dopiero potem myśl o zabijaniu. Najpierw trzeba donieść zemstę do celu, a dopiero potem rozsmarować ją jak miękkie masło na wciąż ciepłym chlebie.

 

 Oddychałem wilgocią Piotrogrodu, wystukując żałobny rytm w płytach deptaka mostu nad Moyką. Kamienice mdlały ze zmęczenia; sepia zawsze zdaje się być wyczerpana życiem. Nie zdążyłem… Tak wielu rzeczy nie zdążyłem zrobić. Może byłem zbyt obowiązkowy, może miałem… Te brązowe oczy i ta filuterność we wzroku… jak to było? Я тебя не боюсь? (Nie boję się ciebie) Zimno luf przedziera się przez materiał i kaleczy oddech.

 

 - Omne trinum perfectum (co potrójne, jest doskonałe) – pomyślałem, kiedy na moich żebrach zaczęły kluć się trzy, jeszcze niewybarwione siniaki. Nie zdążą dojrzeć, nim pochłonie mnie nurt Moyki. Nim newskie ryby skosztują mojego ciała…

 

 Pałac Straganowa patrzył na mnie z wyrzutem, że zakłócam mu przedświt swoją pochopną, białkową obecnością, która nie jest w stanie przetrwać nawet ćwierci tego, co sam przetrwał, a przecież zawieruchy dotknęły go niewątpliwie większe, niż szturchańce żądnych zemsty studenciaków.

 

 - Dzieciaki! – pomyślałem – Zabiją mnie dzieciaki, które nie mają pojęcia. Dzieciaki, które miałem wyłowić, spacyfikować, zmielić w maszynie czasu i odesłać w niebyt. A teraz one stały się moim Nemezis i one poprowadzą mnie tam, gdzie ja miałem zesłać ich.

 

 Most posępniał mimo oświetlenia, a może to tylko moje samopoczucie zdychało szybciej ode mnie? Przyszłość zdawała się kończyć pod mostem. Kamienice okurzone historią, wiatrem, solą, spalone słońcem, o elewacjach godnych twarzy marynarzy sowieckiej floty wojennej… Mrok odbierał kolor i nadzieję. Nigdy wcześniej nie myślałem o kolorach. Dopiero te niedojrzałe oczy pełne skrzących się bursztynów z plaży Kątów Rybackich, czy nieodległych granicy Piasków…

 

 Przytrzymali mnie lufami i popchnęli na chropawy tynk ściany. Otwierałem oczy, żeby ich widzieć. Jeden z nich… Ona… Wyciągnęła z dżinsów kartkę i czytała. Po polsku! Czytała wyrok śmierci. Jak w teatrze! Mijałem słowa bez zrozumienia, ale słyszałem wykrzykniki… Tallin… Anadyr… O Budapeszcie też wiedzieli… Inwigilacja. Podziemny front, który wiedział wszystko, choć mi zdawało się, że wszystko wie tylko wierchuszka i Bóg, jeśli przysługuje mu kod dostępu do ściśle tajnych danych. Tymczasem trójka gówniarzy z petersburskiego uniwersytetu trzymała mnie na muszkach i śpiewnym rosyjskim, polerowanym na herbacie z miodem i konfiturą… dyskutowali, jakby dopiero teraz zrozumieli, co zamierzają zrobić.

 

 Zabiją mnie. Ja zabiłbym szybciej, ale oni są młodzi i mają skrupuły… Ten z dziobami na mordzie, co wyglądał, jakby zapomniał w jadłospisie o rumsztykach i gulaszu rzucił mi paczkę papierosów – Беломорканал(Biełomorkanał - marka rosyjskich papierosów), dobre, rosyjskie papierosy, które smakują zawsze jak koniec świata. Oni naprawdę naoglądali się starych filmów i uważają, że istnieje coś takiego, jak etykieta śmierci! Estetyka zgonu! Nie palę, ale sekundy życia są bezcenne. Włożyłem papierosa między wargi i przypaliłem rzuconą w ślad za nimi zapalniczką. Płuca ogarnął zamęt. Zupełnie jakby konflikt o Falklandy-Malwiny miał się znów rozpocząć, jakby Watergate miało stać się sensacją poranka na Piątej Alei…

 

 Papieros był zbyt krótki nawet dla laika. Życie? Nie zdążyłem nawet przetrawić ostatniej nocy z małolatą…

 

 - Fajna była - tak sobie młodzieżowo, niezbyt wyszukanie pomyślałem. - Chciałbym coś więcej z nią jak trzy noce. Może nawet ten pieprzony domek z ogródkiem, w którym pod krzakiem czarnej porzeczki nie czai się oddział GROM-u, albo Specnazu…

 

 Kiedy dziewczę skończyło czytać spojrzeli na siebie. Chwila niepewności… Widać nigdy wcześniej nie mordowali z premedytacją. Ja nie czekałbym – byłbym trupem, zanim ona zaczęła czytać. Może nawet zabiłbym siebie już w knajpie? Ale byłem jej wdzięczny za zwłokę. Za dwie minuty życia w strachu, który dopiero miał się skończyć. Któryś westchnął głośniej niż trzeba.

 

 Wreszcie strzały rozlały się po ciemnym, gęstym od emocji niebie, a kamienice bezdusznie zawtórowały zwielokrotnionym do absurdu echem.

 

 ***

 

 ciąg dalszy: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4685

Liczba ocen: 2
87%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~oko
Kategoria: inne

Liczba wejść: 35

Opis:

Mia... Ty wiesz...

Dodano: 2020-09-30 12:36:06
Komentarze.
"- Blisko, cholera" - tak sobie myślę, że jeżeli to myśl, wewnętrzny monolog bohatera, to lepiej nie zaczynać go od myślnika, by nie mylił się ani nie zlewał z dialogami, podobnie w dalszej części tekstu;
"ale niech Bóg da, że nie zdarzy się nic, co mogłoby mnie zdemaskować?" - to zdanie chyba nie miało się kończyć pytajnikiem;
"bo donikąd mi spieszno" - w polskim języku funkcjonują jednak podwójne zaprzeczenia i nie wiem, czy nie lepiej w tym wypadku oddawałoby sens: "donikąd mi nie spieszno", choć zapewne obie opcje są poprawne;
"nie jest wstanie" - w stanie;
Bohater od początku miał skłonność do gawędziarstwa i rozwlekania pewnych spraw nawet nieco ponad miarę - zdaje się, że jednak powinieneś go momentami nieco przystopować, bo czasem mniej słów działa lepiej, a i w limicie byś się zmieścił. Trochę to wytykam z przymrużeniem oka, ale w istocie mam wrażenie, że momentami większe skondensowanie tekstu poprawiłoby dynamikę. Idę jeszcze zerknąć do kolejnej części.
Odpowiedz
~oko 1 m.
alfonsyna dzięki - na Ciebie można liczyć. lubię, kiedy wtykasz mi palec w oko, bo masz rację. poprawiam się z dziewiczym rumieńcem... i kłaniam się z nieustającym szacunkiem.
Odpowiedz
z dużym wykopem
". Tym większe restrykcje, żeby strach unieruchomił mięśnie tłumu, który siłą jest tak potworną, że zmieść może w niebyt każdy reżim. Wystarczy, by przestał się bać." - to, wow.

"Złoczyńców gotowych Bogu sznurek z kalesonów ukraść, żeby powiesić jego syna na krótkiej smyczy i zaciskać dłużej, niż trwa nieskończoność. Ech! Syn Boży miał fart, że nie zadarł z Polaczkami…" - i to.

No a dalej nie kopiuję, bo takich "i to" jest od groma.
Trzyma w nawięciu. Napisane dobrze.
Przemyślenia zajebiste.


Odpowiedz
~oko 1 m.
Canulas miło mi niezmiernie, bo nie zerżnąłem tego znikąd, tylko z własnej głowy wyjąłem.
Odpowiedz
oko to jest piękne w tym całym tworzeniu. Czasem się znajdują takiw szuflady, że wow.

Odpowiedz
~oko 1 m.
Canulas a czasami się przegnie.
Odpowiedz
Lubię to gawędzenie o budowlach przeglądających się w wodach rzek. Ma to swój malowniczy urok. Lubię opisy, które wprowadzają nastrój opisywanego miejsca. Podkreślają i uwydatniają myśli narratora.
Odpowiedz
~oko 1 m.
alka666 nastrój jest istotny bez względu na okolicę. a miasto (każde) wyzwala mnóstwo różnych emocji. ludzie, sama obecnością sprawiają, że nic nie jest oczywiste - wystarczy patrzeć, żeby znaleźć magię.
Odpowiedz
oko dokładnie tak. Też lubię miasta z ich podskórną tajemnicą i magią.
Odpowiedz
~oko 1 m.
alka666 ja szczególnie jedno - własne. tu jestem u siebie. i nie jestem obcy, chociaż niewielu mnie zna. starzy, dobrzy nieznajomi mijają mnie w drodze do codzienności i dobrze mi z tym.
Odpowiedz
oko moje miasto to Poznań, gdzie się urodziłam, mieszkałam i serce zostawiłam wśród starych kamieniczek, na kocich łbach.
Odpowiedz
~oko 1 m.
alka666 tęsknisz? czy raczej odwiedzasz z sentymentem, ale nigdy-więcej-miasta?
Odpowiedz
oko odwiedzam, bo tam rodzinę mam. Przechadzam się czasami samotnie, by poczuć bicie serca miasta. Ten swoisty klimat.
Odpowiedz
~oko 1 m.
alka666 ale wracasz z ulgą, że "wreszcie u siebie"?
co innego spacer, co innego życie.
Odpowiedz
oko myślę, że uda mi się kiedyś wrócić na dobre. Ale MenŻul nie chce o tym słyszeć. Zatem na razie zostają odwiedziny.
Odpowiedz
~oko 1 m.
alka666 czyli zostałaś zarażona miastem, a on nie.
Odpowiedz
oko wyrosłam z samych głębin trzewi miejskich. On - nie. MenŻul miał dom i ogródek, ja mieszkałam w blokach na trzecim piętrze i w kamienicy z piecami kaflowymi. Dziadek mało jeździł bimbą (tramwajem), więc wszędzie z nim chodziłam pieszo. Ciekawie opowiadał o mieście. Był przewodnikiem PTTK.
Odpowiedz
~oko 1 m.
alka666 super. ja biegałem za ojcem.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
z dużym wykopem
"Jestem obcy…
Znów. Tym razem piję w Petersburgu… Sankt Petersburgu, który tyle już miał imion, że zaplątał się w nich i z wrażenia otworzył na świat, jak małż rozwarty siłą chromowanych szczypiec w carskich dłoniach, które nie wybaczają i nie zapominają" - świetny start

Cały akapit zaczynający się od "Trzeci dzień mija dopiero" świetny, podobają mi się rozważania

Dużo innych akapitów równie zacne, skopiuje tylko to:
"sepia zawsze zdaje się być wyczerpana życiem" - w punkt

Wciąż świetny klimat, wciąż świetny cykl, no i zakończenie... nieźle urwane
Odpowiedz
~oko 1 m.
Ritha ramy TW mnie niestety dopadły i podział musiał nastąpić, żeby do konkursu stanęło max 12 tys. i jeszcze gdzieś zmieścił się efekt i założenia. wywaliłem to wszystko do drugiego kawałka, tu zostawiając opisy i wstęp do finału. poszalałem i ten teks w całości ma około 20 tys zzs
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
oko no poszalałeś, nie wiem czy gawiedź się nie odbije widząc aż tyle prequelów, aczkolwiek ja nie żałuję lektury, pod właściwy tekst niebawem przybędę
Odpowiedz
~oko 1 m.
Ritha w końcu to gawiedź prosiła o więcej... mają, co chcieli.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
oko git
Odpowiedz
Mam jedną, początkową uwagę: żebyś nie zapisywał cyrylicą słów, tylko od razu z transkrypcją. Tak jest czytelniej dla osób nie znających języka . Ja też w sumie nie pogardziłabym przypisami do słów objętych transkrypcją .

"Hotel w regularnej armii musiałby być najmarniej majorem, kiedy ja, choć nikt o tym nie wie, dopiero zasłużyłem na kapitańskie gwiazdki. "
- tego zdania nie rozumiem. Chodzi o to, że żeby zasłużyć na hotel, bohater musiałby być co najmniej majorem?
I następne zdanie: "Matuszka nie szafuje honorami, chyba, że na moskiewskiej defiladzie" -
"...nie szafuje honorami, chyba że..." - bez przecinka przed "że", w połączeniach wyrazowych tego typu przecinek przed całym wyrażeniem zawsze.

"Piję. Wierchuszka wie, że pić potrafię i nie raz już pobłażliwie kiwała niewidzialną głową, pochylając się nad moim życiorysem. Polskie NKWD zwane SB, czy UB… wcale nie było gorsze. "
bez przecinka przed "czy" w ostatnim zdaniu. Zestawiasz ze sobą dwie równe sobie części mowy, więc jest on niepotrzebny.

"Tej, która wszystko widzi i wszystko wie i nie zawsze potrzebuje dowodów, żeby doprowadzić sprawy do finału wykluczającego hipotetyczny ciąg dalszy, by utrzymać w siodle świat w niezmienionym kształcie. "

Ja bym tu zmieniła lekko zdanie, za dużo w nim "i". Zobacz:
"Tej, która wszystko wie, wszystko widzi i nie zawsze potrzebuje dowodów, żeby..."

"Chciałbym coś więcej z nią, jak trzy noce."
bez przecinka.

"Kiedy dziewczę skończyło czytać[,] spojrzeli na siebie. Chwila niepewności… Widać nigdy wcześniej nie mordowali z premedytacją. "

zdanie podrzędnie złożone, dwa orzeczenia, przed drugim musi być przecinek.

Całość dość sensualna, bardzo dobrze prowadzona narracja, na uwagę zasługują szczególnie opisy architektury, Ty ją wręcz ożywiasz. Myślę, że gdybym miała coś Twojego wybrać do przeczytania, to chyba właśnie to... Albo coś podobnego. Świetny tekst.

Odpowiedz
~oko 1 m.
Enchanteuse dzięki - z przecinkami toczę nierówny bój i obrywam po nosie zawsze. szczęściem - czuwasz. to miłe. już naprawiam te wszystkie niedoróbki i pięknie dziękuję.
z tym hotelem chodziło mi o to, że kapitan ma zaledwie trzy gwiazdki, a hotel cztery, albo i pięć. widać nie strzeliło.
są tu tacy, którym cyrylica się podoba i możliwość spróbowana samodzielnego zrozumienia. zostawię i starałem się w nawiasach podawać od razu znaczenie, żeby nie trzeba było tańczyć przy czytaniu - te przebieżki góra-dół w masie mogłyby doprowadzić do morskiej choroby.
a to ma ciąg dalszy, który poszedł do TW (wprowadzono ramy, że tekst nie może przekroczyć 12 tys znaków, a mi wyszło prawie 20, więc ciąg dalszy jest tuż obok - linka zawieszona pod tekstem.
Odpowiedz
oko własnie zobaczyłam opowiadanie na TW i zanim się za nie zabiorę, chciałam sobie zobaczyć poprzednia część.
Z cyrylicą - nie będę się kłócić, bo to Twój tekst, ale weź pod uwagę, że nie wszyscy ludzie znaja cyrylice - i bieganie do tłumacza tam i z powrotem to jest dopiero uciążliwe . Myślę, że to, czego się można domyślić - słowa typu stolica itp, nazwa miasta w transkrypcji, to wszystko nie dość, że dodaje klimatu, to jest zrozumiałe; ale reszte, dla ujednolicenia dałabym jednak tłumaczenie w nawiasach, jeśli nie chcesz robić przypisów.
Odpowiedz
~oko 1 m.
Enchanteuse tak jest - takie było założenie, że tekst cyrylicą jest tłumaczony w nawiasach zaraz po. jeśli czegoś zabrakło, to znak, że trzeba poprawić... trzymałem się tej wersji, ale najwyraźniej gdzieś zapomniałem.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin