jasno nowy wygląd
Zimno (1z3)
<
TW#03 — Głodka, Wojenek, Zarazka i Śmierciuch
>

Heban — część XI

 Link do części X: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

 

 Moje miasto to potoki gówna.

 Moja Warszawa.

 Tanie skutery wożące niedogrzane placki. Uberzy bawiący się w ciuciubabkę z taksówkarzami i szarańcza pierdolonych Azjatów pompująca w lichą metropolię wszystkie odcienie wypłowiałej żółci. Ktoś kiedyś musiał uznać, że jest tu zbyt szaro i smutno, więc ich wpuszczono, wierząc, że czego taki dotknie, w mig nabierze kolorów czy ostrości. Miasto złapie oddech, zaczerpnie chęci do życia. Dżinkg-Won-Edek z fabryk, kurwa, kredensów i kredek. Pożyczki na raty, lombard i w ogóle jeden wielki chuj.

 To oni zjedli gołębie, jebańcy.

 Z witryn kiosków, które w walce z kryzysem przebranżowiły się w mini księgarnie, łypią na mnie śliskie spojrzenia tych, którym się nie udało trochę mniej. Budka na rogu Bitwy i Banacha. Najlepsze zapiekanki przez dwadzieścia lat zamienione na witrynę, oblepioną w tanie kryminały.

 Product Placement. Doładowanie, dwudziestominutowy bilet i cola light na drogę ku codziennie porcjowanej przepaści.

 Jak tu i teraz, man. Jak żryj i zdechnij.

 Sezonowi śpiewacy, których odkryto w jakimś źle skomponowanym programie. Lokalni kopacze, nad którymi ktoś się w końcu zlitował i ich kupił, by byli nikim, ale gdzie indziej i za większy szmal. Kucharze reklamujący tysiąc potraw na odroczenie choroby wieńcowej. Ostatnie sceny lokalnych dramatów. Zaszczane przystanki obtłuczone z szyb.

 Blue City. Papierowe safari zamożnych.

 W kółku restauracji Fish, Donner kebab, dalej Tokyo Sushi. Po lewej McDonald's i Chińczyk. Najwięcej grubasów siedzi przy sałatkach. Pewnie już zjedli swoje gdzie indziej, a teraz się jedynie dopełniają. Ewentualnie kłamią tym, których to nic nie obchodzi, że przecież, helloł, jem zdrowo, a czemu zajmuję trzy krzesła, to kurwa, nie wiem.

 War-szawa.

 Emo wersje sarenek z Pixara, trzaskające lachy po kiblach galerii czy tysiące skorup, zgiętych w opętaniu przez własne smartfony.

 Zakosowany typ pod klubem PRZEJŚCIE.

 Żoliborscy złodzieje drogich aut.

 Kakofonie karetek. Źle skomponowane światła. Przenośne pędzarnie bydła, wyjeżdżające z dziewięciu zajezdni.

 War-wszawa – ostatni pasjans. Wszystkie karty trafiają na stół.

 Yin-praskich kamienic.

 Yang-bananowych bloków Ursynowa.

 Moje miasto: stolczyca. Mój Ćpunwars, połączony na wieki w heroinowym tańcu z Prostysawą. Prywatna kolorowa otchłań, gdzie większość statystów wiruje wokół papierowych sumień, desperacko walcząc o kolejną szansę, tylko po to, żeby mieć co ponownie zaprzepaścić. Zabieganie. Iluzja prędkości. Bydło pędzące jedynie po to, żeby mogło okłamywać same siebie, że ma się spieszyć po coś lub dla kogoś.

 Miasto ma wszystkich was w piździe.

 Miasto nie wypuści z was promieni światła.

 Gratu-kurwa-luję. Egzystujecie w schorowanym prototypie nieudolnie zaczernionej dziury.

 Ja i ty. Ty.

 Cyk, obudź się, przejrzyj na oczy i wstań. Teraz. Na ostatnie sekundy przed wnykami budzika, który ustawia już dla ciebie przypadek.

 Ty. Ja. My. Oni. Nikt.

 Nie żyliśmy nigdy w horoskopie.

 Moje piękne miasto. Ma Warszawa.

 Możesz odciąć pokusę, dopiero gdy jej ulegniesz.

 

 *

 Ares zasnął. Nie wjechałem w nogi, bo jednak drobna sprzeczka nie powinna zwiastować kalectwa. Wystarczył sierp na szczękę wsparty energią ze skrętu tułowia. Kielecki Bóg Wojny leży, odsypiając nierozsądną brawurę. Krew z rozwalonego przy upadku łba przegryza śnieg. Stoimy na parkingu gdzie ślisko i twardo.

 Nascar-life. Jabane życie na ciągłym zakręcie.

 Spoglądam na tego drugiego wyżelowanego wielogłupka z włosami postawionymi na trzcinowy cukier. Gość cały się trzęsie. Faluje, jakby mu ktoś pod skórę wstrzyknął dym i co chwila łypie na bagażnik, gdzie pewnie mają batony lub maczety. Na złoty łańcuch, który splotem królewskim oplata mu szyję, musiałbym pewnie ze dwa lata chodzić do roboty.

 — Jak spróbujesz numeru, to ci wykurwię takiego kopa, że się obudzisz w intrze do Skyrima — rzucam, starając się twardym tonem przekonać przynajmniej siebie. Prawda jednak taka, że zapyziałem bardziej niż okrutnie. Mam płytki oddech i odrętwiałe ręce, co doskonale obrazuje umiejętność kontrolowania stresu. Pot spływa po plecach strumieniami. Czuję się jak ożywiony lep na muchy.

 Z tamtym ananasem też nie lepiej. Skwaszony i blady, minę ma jak pognieciony papier. Pigmentowe z zimna przebarwienia rozchodzą się w plamy na rozdziawionej z przerażenia twarzy. Jaki kraj, taka Cosa Nostra. Bananowe ćpuny naoglądają się gangsterskich filmów, zjadą do większego miasta i niezdarnie dają się wodzić zdradliwym wirom życia. Tyle że wystarczy mała afera, a przypominają kukły siedzące na płonącej karuzeli, którymi miota wszystko to, czego nie mogą sięgnąć. Ten gapcio przynajmniej rozsądnie gospodaruje marzeniami. Niby trwa w zamiarze przyklęknięcia nad ziomkiem, ale jednocześnie boi się, że dostanie kopa w cymbał. Tak nam płynie czas. Za sześć minut kończy mi się przerwa.

 Wtedy dzieje się coś, przez co (dzisiaj to wiem) niedługo runie mój niewielki, uporządkowany wszechświat, a ja sam wyląduję w środku najprawdziwszego filmu grozy. Oczywiście – stojąc zimową nocą na parkingu – kompletnie nie zdaję sobie z tego sprawy.

 Akcja trwa w najlepsze do momentu, gdy kątem oka dostrzegam, że dziewczyna skuta jest kajdankami do zagłówka. Nowo poznane fakty paraliżują. Dociera do mnie, że zwykła przysklepowa szarpanina nie wiedzieć właściwie kiedy, urosła do roli bardzo niebezpiecznego wydarzenia. Wszystko – włącznie ze mną – zaczyna śmierdzieć strachem. Kwaśny posmak metalu osiada w gardle, utrudniając i tak płytki dech. Oto bowiem gość, który zaledwie pięć minut temu przypominał taśmowego zbira, jakich dziesiątki dostaje łomot w pierwszym kwadransie filmu ze Stevem Seagalem, nagle nabiera mocno na powadze. Mój anioł tchórz pierwszy dopada sterów, lecz kiedy już mam zamiar wycofywać się rakiem do sklepu, nagle łapię z nią wzrokowy kontakt. Sekunda, ledwie mignięcie. Tyle jednak wystarcza i chcąc, kurwa, nie chcąc, wiem, że właśnie awansowałem na przyboczny helpdesk. Prawdopodobnie ostatni, jaki ma.

 Następuje ocena sytuacji.

 Knyp w dłoniach nic nie ma, a spodnie tak wąskie, że nie zmieściłby w kieszeni palca, żeby smyrnąć się po jajecznicy. Zatem bagażnik.

 — Będzie tak. Rzucasz klucze, robisz tył zwrot i idziesz przed siebie. Walniesz rundę wokół pawilonów, za pięć minut wrócisz, pozbierasz koleżkę i wolna wasza droga. Układ?

 Chyba nie wszystko zajarzył, lecz gdy rozkładał fakty po szufladach, odciąłem go na spokojnie od wozu. Ten poskładany zamruczał, zaczynając sklejać już świadomość. Czas naglił i cholernie chciało mi się lać.

 — Układ, pecie?!

 Zesztywniał i wskazał palcem.

 — Ja pierdolę! — syknąłem. — To podejdź i weź od niego!

 Niezbyt chętnie wykonał polecenie. Zadźwięczał w locie rzucony pęk kluczy. Złapałem. Na drewnianym breloku widniał grawer estetycznie wykonanej głowa wilka, co – gdybym nie był tak cholernie spięty – powinno zapalić kolejną kontrolkę. Jednak w tamtej – a trzymając się narzuconych norm czasowych właściwie w tej – chwili jedyne czego pragnąłem, to szybko wszystko skończyć. Następnie spłynąć w cholerę, glebnąć na miękkie kojo i przespać resztki nocy, a najlepiej też połowę dnia. Potem gorący prysznic i spore śniadanie zasilane jeszcze większą kawą. Dopiero na szarym końcu analiza tej pieprzonej sytuacji.

 

 *

 BŁYSK

 Przypominała trochę gotycką wersję Winony Raider z Orbitowania bez cukru. Blada, jakby dostała szlaban na wszystkie solaria w kraju. Wampirzy Entourage. Niebieskie dżinsy, krótka skórzana kurtka i mocny makijaż. Gdy rozpinałem kajdanki, smutny uśmiech roztapiał jej piegi. Pięć metrów obok ulane chamisko wspinało się po rurkach elegancika, a z radia płynęło dźwięczne: "The house of the rising sun".

 Podobno najmocniej można się zakochać w okowach wspólnej tragedii. Te pierwsze momenty, kiedy jeszcze gracie w robienie na siebie wrażenia, na sekundy przed szajsem codzienności. Gdy zarówno Sid, jak i Nancy nadal pozostają nakwaszeni pastelowymi kolorami nierzeczywistości.

 Jak... Cyk.

 Tamte ulungi ciągle się wzajemnie podnosiły, gdy najzwyczajniej w świecie odeszliśmy. Moja Winona miała kościste krzywe palce, idealne do prezentowania najtańszych pierścionków zaręczynowych prosto z galeryjnego Apartu. Jeden element z malutkiego zestawu lichych marzeń, by nawet pięćset-plusowy margines, mógł przez sekundę ponieść sztandar szkoły.

 Wszystko to oraz wielkie czarne oczy zastrzelonej przed sekundą sarny.

 

 Link do części XII:

 

8433 zzs

Liczba ocen: 3
93%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 66

Opis:

Jeżeli gdzieś ometkowanie "Pegi Eighteen" (+18) ma sens, to na pewno tu. To nie tandetna reklama, mająca na celu wzbudzić zainteresowanie. Osoby, którym wadzi, ekhm, brzydkie słowo naprawdę powinny dać sobie spokój.

Dodano: 2020-10-07 00:11:59
Komentarze.
Mocno i bezwzględnie wkraczasz w trzewia miasta, by wydobyć z nich całe piękno plugawej brzydoty, kryjącej się pod ulicami i chodnikami, pod każdą stacją metra. Kanały, a w nich szczury każdego dnia swe tango nagryzają...

Odpowiedz
alka666 witaj nieustraszona. Część powstała na największych blokach i nie dlatego, żebym się jakoś krępować przed ostrością, als dlugooo nie mialem konceptu na parkingowe rozwiązanie. A nawet kiedy miałem, brakowało słów. 🤷‍♂️
Odpowiedz
Canulas nie znam Warszawy, byłam zaledwie parę razy, musnąwszy, kilka dni w pośpiechu, Centrum. Pokazujesz inny wymiar miasta. Nie znam, dlatego czytałam z zapartym tchem.

"Brzydkie słowo" (w opisie) - a czymże ono jest? Zwykły anioł potrafi stać się krwiożerczym, plugawym demonem i będzie wtedy "brzydkim aniołem"?
Jeśli słownictwo miałoby ograniczać pisarzy, to ja nie chcę w tym brać udziału. Cenzura już była. Przekleństwo użyte w uzasadnionym przypadku podnosi wartość i ekspresję wypowiedzi. Dosadność podkreśli kolokwializm i inwektywa, epitet... No najzwyklejsze bluzgi.
Poza tym trudno, by w tym opowiadaniu padło zdanie: "Przepraszam, ale muszę teraz pana mocno uderzyć, bo ta panna nie zasługuje na karę. Jej tak dobrze z ocząt patrzy"
Odpowiedz
alka666 tak, tak. Nigdy nie poddaję w wątpliwość etykiety (bądź jest braku) zawartego w wypowiedziach. Inna sprawa - narracja. I tutaj jestem w stamie zrozumieć tych, którym nie siadło. Ja jednak - w myśl: "koszula najbliższa ciału" staram się w duchu narracji ilustrować tego, który ją roztacza.
Raz wyjdzie, raz nie.
Dziękuję za słowa wsparcia. Jestem niewyspany, więc cierpię, zatem podwójnie się dziś przydadzą 🙃
Odpowiedz
~oko 6 m.
Skwaszony i blady, minę ma jak pognieciony papier. - dobre!
Ten gapcio przynajmniej rozsądnie gospodaruje marzeniami. - to też
Blada, jakby dostała szlaban na wszystkie solaria w kraju. - a to mnie rozbawiło
Wszystko to oraz wielkie czarne oczy zastrzelonej przed sekundą sarny. piękne
mocna historia. trzyma rytm i ciągnie za uszy naprzód. dobra robota!
Odpowiedz
oko ooo, akurat jestem na łączach, więc odpiszę i tu 💀
Zastanawiałem się - i dalej nie mam pewnosci - czy akurat między innymi Tobie nie będzie wadzić rynsztokowy język. No...taka dygresja.
Miło żeś wpadł odwiedzić
Odpowiedz
~oko 6 m.
Canulas czytałem opis. i domyśliłem się, że jestem jednym z adresatów przypisu. na początku drażniło. potem, głębiej w treść przestałem zauważać. moim zdaniem jeden wulgaryzm na tekst, to już sporo. takie słowo MUSI podkreślić nadzwyczajność tego, co dzieje się w obrębie zdania w przód/tył. namaścić je świętością. kiedy jest ich dużo - tracą znaczenie i stają się zwyczajnym chlewem.
Odpowiedz
oko ile ludzi, tyle opinii. Zdaję sobie sprawę z zawartego języka, dlatego dodatkowo ostrzegam. Przywołując slowa klasyka - wszyscy tu jesteśmy amatorami 😏💀
Odpowiedz
~oko 6 m.
Canulas
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
Heban! 😍😍😍
Wrócę... Po kawie
Odpowiedz
Ritha mam nadzieję
Odpowiedz
z dużym wykopem
Jest taki pisarz, Vercors. Pamiętam, że gdym przed laty trafił na tego rówieśnie z Remarquem piszącego, byłem zauroczony przeciwieństwem. Remarque "szczający srebrem" i Vercors niewzruszenie poprawnie opisujący najstraszniejsze sprawy. To refleksja po Twojej Warszawie. ZaRemarczyłeś !! Mocno i poruszająco. "Brzydkie słowo" to dokładnie akt kobiecy; jeden widzi porno - drugi piękno. Oczywiście dodać trza, że (jak akt) użyte z sensem i w miarę. Gratuluję i dziękuję
Odpowiedz
Karawan bardzo Ci dziękuję. Pisarza zaraz sobie obadam i może coś nabędę. Nie porównuję się Broń Boże do jakichś tuzów, ale mimo że znalazłeś coś dla siebie
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
z dużym wykopem
"Miasto złapie oddech, zaczerpnie chęci do życia. Dżinkg-Won-Edek z fabryk, kurwa, kredensów i kredek. Pożyczki na raty, lombard i w ogóle jeden wielki chuj.
To oni zjedli gołębie, jebańcy" - cudne, a zarazem przykład na to, jak przekleństwa z klimatem i językiem Habana, w ogóle z nim całym jako literackim tworem, tworzą jedną, spójną całość
Nie koryguj się, to nie protokół okresowej kontroli szczelności instalacji gazowej, by wachlarz używanych słów był ograniczony, wybiórczy, okrojony, do-pa-so-wa-ny. Heban ma w sobie dużo, hm, nie wiem jak to nazwać - wyzwolenia i to w dużej mierze stanowi clue jego mocy uderzeniowej. Jadę dalej.

"Product Placement. Doładowanie, dwudziestominutowy bilet i cola light na drogę ku codziennie porcjowanej przepaści.
Jak tu i teraz, man. Jak żryj i zdechnij" - to
"Emo wersje sarenek z Pixara, trzaskające lachy po kiblach galerii czy tysiące skorup, zgiętych w opętaniu przez własne smartfony" - i to
Mogłabym skopiować całe ciachane zakończenie akapitu do pierwszej gwiazdki.

" — Jak spróbujesz numeru, to ci wykurwię takiego kopa, że się obudzisz w intrze do Skyrima — rzucam, starając się twardym tonem przekonać przynajmniej siebie. Prawda jednak taka, że zapyziałem bardziej niż okrutnie. Mam płytki oddech i odrętwiałe ręce, co doskonale obrazuje umiejętność kontrolowania stresu. Pot spływa po plecach strumieniami. Czuję się jak ożywiony lep na muchy" - i to złoto

"minę ma jak pognieciony papier"
wkleję i zaraz c.d.
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
"Jaki kraj, taka Cosa Nostra. Bananowe ćpuny naoglądają się gangsterskich filmów, zjadą do większego miasta i niezdarnie dają się wodzić zdradliwym wirom życia. Tyle że wystarczy mała afera, a przypominają kukły siedzące na płonącej karuzeli, którymi miota wszystko to, czego nie mogą sięgnąć" - i to, złoto
"Ten gapcio przynajmniej rozsądnie gospodaruje marzeniami" - i to też

Dalej też mam do kopiowania - całe zdania, części zdań, nawet półsłówka (typu: gdy rozkładał fakty po szufladach), ale już sobie może skrócę łańcuch rozpusty
The house of the rising sun - uwielbiam ten kultowy utwór, frontman - notabene paskudny - ma jakąś hipnotyzującą charyzmę w głosie i facjacie

"Podobno najmocniej można się zakochać w okowach wspólnej tragedii. Te pierwsze momenty, kiedy jeszcze gracie w robienie na siebie wrażenia, na sekundy przed szajsem codzienności. Gdy zarówno Sid, jak i Nancy nadal pozostają nakwaszeni pastelowymi kolorami nierzeczywistości" - to muszę (!)

Cudne, jak zawsze, utkane na niespadającym poziomie. Bardzo, bardzo na tak. To moja ulubiona seria na t3 (nie licząc Pięćset).
Odpowiedz
Ritha wow. Bardzo, bardzo lubiete wywlekane komenty. Miłe. Wiem, że Heban Ci siadł, ale tu miałem jakąś zawieszkę i seria zawisła nad przepaścią.
Teraz będę ostrożniejszy i pierwej doplanuję wydarzenia, a jezykówka odnajdzie mnie sama.
Kłaniam się. 🙃
Odpowiedz
Kiedy te wszystkie Hebany powpadały? patrze że zatrzymałem się na 7 a tu już 11 część. Czytałem się zarombiście, tylko za bardzo nie kumałem o co chodzi, bo mówię, przegapiłem parę części no i w ogóle będę musiał chyba od początku bo zapomniałem już wszystko. Fajna ta seria. Chciał0by się miec w domie taką knigę
Odpowiedz
jagodolas 🤔 być może zaistnieje taka ewentualność 😶
A co do: najlepiej cofnąć się do początku - pewnie tak, ale no... życie płynie, kto ma czas? 🤠👈
Dzięki
Odpowiedz
Canulas no cóż...ja mam.poważne problemy z pamięcią co mnie nieco zmartwia
Odpowiedz
Canulas serio Ci mowię . Rozgłos się Ci należy jak psu buda. Albo picz ale tego nie chciałem.głośno mowic. Dobra nie spamię jusz, spadam.
Odpowiedz
jagodolas nie spamiesz. Miła gawęda. Problemy, pamięcią też mam. Chyba trza jeść orzechy
Odpowiedz
Canulas a co do textu to ja z Warszawą mam problem i wcale nie chodzi o to że jestem z krk. ilekorć tam byłem to nigdy nie mogłem z tego miasta wyjechać jak normalny człowiek tylko wpadałem w jakieś zapętlenia, krążylem bez sensu. No i wogole...ważne miasto dla mnie.
Ten pierwszy fragment cały do zacytowania. Mam skojarzenia z tym fragmentem, wiem że nietrafne, ale trochę jakby był na szybkich napisany. Taki potok to ja znam, ale nie wywodzi się on ze
Odpowiedz
Z głowy człowieka wypoczętego
Odpowiedz
jagodolas też mam historie z miastem tym związane, a niby jestwm stąd. 🙃
Odpowiedz
Canulas co?
Odpowiedz
jagodolas mówię, że miasto może zaskoczyć każdego
Odpowiedz
z dużym wykopem
Wciąż podziwiam za słowotwórstwo, moc i swobodę. Wulgarnie, ale w taki sposób, że się tym człowiek zachwyca. Zostają mu w głowie te brudne zakamarki, drobiny, gniew.
Odpowiedz
Adelajda kłaniam się 🤠💀
Odpowiedz
Oni zjedli gołębi, ja nie mogę. 🤣
Odpowiedz
Ciągiem czyta się wyśmienicie.
Odpowiedz
Szudracz haha, aś se wybrała fragment do zacytowania 😁🦔
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.