Zimno (2z3) Heban — część XI

Zimno (1z3)

 I

 Mark obiecał, że wróci przed osiemnastą. Dzień wypłaty, więc pytała trzy razy. Nie, żeby coś i alkohol. Nie, żeby karty, maryśka lub jakaś zdzira po drodze. Pytała spokojnie, trzy razy. Nie, żeby coś.

  — Będę, kochanie, moment po siedemnastej. Wymyj, co trzeba. Wezmę po drodze wino. Zaszalejemy. Będę piętnaście po.

 Stanęła przed nim okrakiem, pozwalając, by szlafrok załatwił całą robotę. Lewe kolano było jeszcze kolorowe po wtorkowym przydzwonieniu w róg szafki, ale im wyżej, tym lepiej, można rzec.

  — Jak znów się schlejesz — zaczęła, lecz on już przeskoczył próg. Chwilę później otwierał drzwi od garażu.

  — I nie pal mi w samochodzie — krzyknęła mężowi przez okno. — Maxa wczoraj bardzo bolała głowa.

 Coś tam odburknął i tyle go tutaj było. Stary Peter "Benoogi", dawny fanatyk idealnego ogrodu w całym tym kurwidołku, pomachał jej nożycami. Szybko sprawdziła, czy aby niechcący nie odmachuje mu cycem i odwzajemniła gest dłonią. On jej pomachał ponownie. Coś było źle.

 Zamknęła okno, bo wiatr wiał dzisiaj paskudny. Do morza mieli piętnaście minut drogi, więc może to?

 Starsze dziecko z hukiem skoczyło z szafy, odbiło się od wersalki i wytracając impet, pacnęło w dywan. Nie pierwszy już dzisiaj raz.

  — Max, do cholery — syknęła, ale się w samą porę zreflektowała. Lepiej mu nie zabraniać, bo jak zwykle zbudujemy kult. Tak było z drzewem rosnącym na końcu drogi i z basenem. Z rzucaniem nożami w garaż. Znudzi się sam.

  — Mama, nie było lipy. Przyładowałem w sam środek.

 Namacała w szafce papierosa, lecz nie miała czym odpalić. Zaciągnęła się więc na sucho, co małego najwyraźniej rozbawiło.

  — Zaraz ja ci przyładuję w sam środek. Podobno chcesz być cyrkowcem.

  — Nie cyrkowcem, tylko Harrym Houdinim — sprostował. — Cholernym mistrzem ucieczek.

 Kiedy ojca nie było, mieli swoje sekrety. Słowa: "cholera", "gówno" i "dupiszcze" to jedne z nich.

  — A wiesz, że cyrkowiec musi mieć sprawny kręgosłup?

 Rozweselił się. Wiedział, kiedy mama się droczy. Wyszczerzył zęby. W większości same mleczaki, więc jeśli źle wyląduje, nie będzie jeszcze tragedii.

  — Nie cyrkowcem. Hou-di-nim.

 Okazało się, że zapalniczka leżała w tej samej szafce, co papierosy, tylko oczywiście nie działała. Już chyba prościej tego peta zjeść.

  — Kim jest ten Barry Houdini, co?

  — Nie Ba-rry, tylko Ha-rry.

  — Kim jest?

  — Jest cyrkowcem.

 Lisa wiedziała, że nie jest, tylko był. Max pewnie obejrzał dokument i uważa wszystko za teraźniejszość. Dziecięcej magii czar.

  — Dobra, muszę zapalić. Nie skacz więcej, bo Dwójka cię naśladuje. Jak sobie rozwali głowę o kant wersalki, ty ją zawieziesz rowerkiem na pogotowie. Zrozumiano!

  — Się wie — rzucił. — Jeszcze tylko jeden albo dwa.

  — Jeden. Potem sio na dwór. Za godzinę kanapki.

 

 *

 Były we dwie. Tylko ona i Dwójka. Jadły razem śniadanie jak koleżanki. Dwójka uwalona serkiem, ona z papierosowym dymem na kolanach. Na czarno-białym ekranie wiszącego w rogu telewizora, pokazywano kopulujące dinozaury. To znaczy, komputerową hipotezę stosunku. Czyli: Jak to było, kiedy było.

 Mała ciągle zerkała, potem łypała na mamę, śmiała się i ponownie zerkała. Tak już z piętnaście minut. Abarot.

 Dwójka, rzecz jasna, nie nazywała się Dwójką oficjalnie. W przedszkolu figurowała jako, a jakże, kolejna Lisa. Tu jednak – z dala od wścibskich oczu wszystkich tych znawców dzieci – była po prostu Dwójką. Prawie pięciolatką z zajęczą wargą, nie do końca zamykającą się lewą dłonią i suwakiem przechodzącym przez łokieć. Była dwójką. Czytaj: Dwa wybite zęby. Dwa złamane palce. Złamana ręka i noga.

 Aż dziw, że ich po sądach nie ciągali.

  — No i co mi powiesz, kaskaderko? Co się szczerzysz?

  — Bo oni, hyhy, oni — odparła dwójka, wskazując palcem na ekran.

  — Oni, co?

  — No, oni, hyhy, nie powiem.

 W paczce zostały dwa szlugi. Jeden na teraz i drugi na zaraz po. Mimo wszystko duża Lisa jakoś nie miała humoru. Było nerwowo, bo coś naprawdę nie grało. Tylko co?

 Dali reklamę. I całe szczęście, bo mała Lisa pobiegła pędem do kibla. Choć, gdyby nie dali, pewnie umiałaby tak skakać jeszcze przynajmniej dwa lata. Dziecięce ciała zawsze są doskonałe. To potem się psują i więdną.

 Duża zapaliła papierosa, a mała zaraz wróciła i oglądali dalej o dinozaurach. Max Houdini robił coś na podwórku.

 Gdzieś pomiędzy programem, gdzie: "z twojej starej rudery zrobimy chatę, jak trza" a powtórką programu, w którym udający speca lowelas próbował sam przetrwać w dżungli, Lisa wpadła na to, co nie grało. Myślała o tym od ostatnich dwóch godzin, więc ciśnienie z niej zeszło. Mimo wszystko postanowiła się upewnić.

 Zostawiła córkę, prosząc, by nie wstawała z podłogi. W swoim stylu dodając, że jeśli ta się będzie wiercić i strąci sobie na głowę garnek z wrzątkiem, to przyszły mąż dwójki obu im nie wybaczy. Dziewczynka bez przekonania zachichotała, co znaczyło, że coś tam z pogadanki zrozumiała. Oczywiście garnek z wrzątkiem nie istniał, ale leżące w szufladzie noże, jak najbardziej, więc przestroga była uzasadniona.

  — Siedź tu i patrz w telewizor. Wrócę, zanim dorośniesz.

  — Już to widziałam. Będzie jadł robaki i zamoknie.

  — Siedź na prawym półdupku, a jak się zmęczysz, na lewym. Zaraz będę.

 Mała znów napomknęła o wielkich robakach fuj, które telewizyjny bohater zaraz zje. Jednak dla jej mamy te rewelacje były zaledwie tłem.

 Za to tłem nie był sąsiad za oknem, który stał z nożycami w dłoniach, nie robiąc nic. W tym samym miejscu, co wcześniej, gdy ją pozdrawiał. Chociaż czy machał do niej, czy raczej trzymał ostre narzędzie przed sobą, przechylając się niezdarnie na boki?

 Postała chwilę za zasłoną, nie mając właściwie pojęcia czemu. Następnie wyjrzała i przyjrzała się posesji państwa Tullych.

 Obok niewykończonego ganku stał dwumetrowy stos naszykowanych do obróbki dech, kilkutonowa kupa zmoczonego wczorajszym deszczem piachu oraz bezdźwięcznie pracująca betoniarka. Choć zapewne jej bezdźwięczność była zasługą wymiany okien w salonie, której się dopuścili miesiąc temu. Jej kolejne, nie pierwsze zresztą, zwycięstwo nad niechciejstwem i zmęczeniem pana domu. Wyjrzała nieco odważniej.

 Po prawej, w równiutkim rzędzie, rosły jakieś krzaczyska. Zbyt małe, by można je ochrzcić mianem sadowych drzewek, lecz nazbyt bujne i brzydkie, by mogły dla kogoś o zdrowym umyśle pełnić ozdobną funkcję. Owoców żadnych nie miały, więc w jej mniemaniu uchodziły za zwyczajne chwasty. Nieszczęsne podwórkowe zapchajdupy, już od bramy informujące potencjalnych gości o nietypowym guście gospodarza.

 Poza krzakami dało się jeszcze dojrzeć otwarte drzwi od garażu i przód lśniącego motoru, w typie Choppera. Nie mając innych bodźców na swojej drodze, otaksowała sąsiada.

 Pet Tully posiadał obie nogi, choć ta jedna, bodajże prawa kończyna, zostawała mu trochę z tyłu, kiedy szedł. Miał długą i brudną brodę niczym bezdomny mikołaj oraz głębokie, zapadłe pod czaszką oczy. Lato czy zima chodził ubrany w drelich podszyty watą i pomarańczowe bojówki z masą przeróżnych kieszeni. Na nogach obowiązkowe gumofilce. Sąsiedzkie "dzień dobry" najczęściej kwitował: "eh".

 Mógł mieć, plus minus, jakieś sześćdziesiąt lat, choć gdyby się kiedyś ogolił i wyszykował, być może o dziesięć mniej. Lisa była świadoma, że starszym ludziom czasem towarzyszył specyficzny zapach i nie miała z tym żadnych problemów, jednak gość łamał wszelkie standardy. Sama święta nie była i trafiał się dzień w miesiącu, że legła spać bez kąpieli, ale ten typek to już naprawdę hardcore. Szczęściem nie mieli okien naprzeciw siebie.

 Wzrastała w niej chęć, by o coś staruszka spytać. Sprawdzić, czy jej odpowie, czy może...

 Cholerne horrory i inne nocne dziadostwa. Oglądasz. Nic się nie boisz. Nawet chichoczesz z naiwności bohaterów. A potem bum. Roisz sobie głupoty w biały dzień.

 Już miała wyjrzeć, gdy drzwi wejściowe nagle się otworzyły. Dziwnie wolno. Po dorosłemu. Bez wiatru. Wygląd stojącego w progu chłopca wywołał szok. Zareagowała jak zwykle surrealnie.

  — Matko jedyna, synek. Jak ty wyglądasz? Trumienka z klocków lego kosztuje od groma kasy.

 Max stał spokojnie, patrząc, jak wejściowy dywanik przyjmuje krew z jego głowy. Zaledwie chwilę, bo zaraz się zreflektował, dając krok do przodu. Biedak nie miał pojęcia, że z podłogowych paneli również nie zejdzie łatwo.

 Trochę ją odetkało.

  — Mały, na rany Boga. Pokaż to.

 Nieśmiało podszedł i wtulił się w nią, oblepiając krwią jeansy. Jeszcze się trzymał, choć wybuch płaczu był bliski. Za moment pęknie, drąc się na całą ulicę lub padnie, tracąc przytomność. Besztać go teraz to błąd.

 Lisa spytała synka, czy upadł. Spieprzył się z dachu lub coś. Pokręcił głową. Przyjrzała mu się uważniej, przeczesując pozlepiane włosy.

  — Nie szarp — zakwilił mały. — Boli mnie.

 Nie usłuchała, próbując znaleźć rozcięcie. W odwecie szarpnął mocniej.

  — Stój spokojnie, bo będzie bolało bardziej. Zaraz pójdziemy pod kran, a potem cię opatrzymy. Spadłeś?

 Nie odpowiedział, ale przestał się wiercić. Znalazła pęknięcie, które na pewno zasługiwało na szycie. Jakby kamieniem dostał.

  — Pytałam, czy skądś zleciałeś. Mów mi tu!

 Pokręcił głową i wysmarkał się w rękaw. Ciągle obficie broczył. Na panelach było już pełno krwi.

  — Mów, co się stało, bo miesiąc nie wyjdziesz z domu! Ktoś ci coś zrobił, Max?

 Wtedy odparł, że oberwał młotkiem od pani Tully i że ich kotek, Pan Skoczek, dostał też. Ostatnio, kiedy go widział, czyli pięć minut temu, Pan Skoczek leżał przy samym wjeździe do garażu, miotając wściekle ogonem. Wyprostowane miał łapki, a w środku coś mu bzyczało. Do tego był strasznie twardy, jak ten drewniany klocek, co tata podkłada za koło, kiedy parkuje na górce.

 Szybko dodał, że takiego go znalazł i chciał przynieść do domu. Tylko że wtedy pani Tully wyszła z garażu i mu powiedziała brzydkie słowo. Takie, co to za nie jest kara na telewizję. By spierdalał.

  — Czemu byłeś u nich na podwórku, skoro Cyngiel wyjechał tydzień temu na kolonię? To znaczy, Dave.

  — Nie byłem, mama — pisnął.

  — To gdzie ten kot? — zapytała, krzywo zapinając guziki zimowej kurtki. Sam pomysł zakładania tak grubego odzienia w ostatnie tygodnie maja nie był najrozsądniejszy. Tylko że ona o tym teraz nie wiedziała. Ubranie czegoś ciepłego kojarzyło się z wyjściem. Z załatwianiem przecholernych spraw. Wygraniem wojny.

  — Leżał przy naszym wjeździe. Czy ja umrę?

 Doleciał do niej sens słów.

  — Jak przy naszych? Skąd wylazła ta pojebana baba?

 Mimo temperamentu rzadko klęła przy dzieciach. Małemu urosły oczy z niedowierzania.

  — Skąd ona wyszła, Max? To bardzo ważne.

 Z głową wpatrzoną w ziemię, odpowiedział, że od nich. Zapytała raz jeszcze i powtórzył. Potem się znowu odważył, wyskakując z pytaniem o swoją śmierć.

  — Nie pleć, głupku. Nie umrzesz. Idź, obmyj głowę. Nawet gdy będzie szczypało, masz ją solidnie opłukać, bo potem sprawdzę. Jak już to zrobisz, przyłóż do niej namoczony ręcznik i poczekaj, aż wrócę. Zrozumiałeś!

  — Tak.

  — Dobra. Wezmę ze sobą klucz. Ty zamknij drzwi. Gdy już się oporządzisz, idźcie z Dwójką do naszego pokoju i tam na mnie czekajcie. Możecie sobie obejrzeć coś w tv. A jak cię Dwójka będzie pytała o krew, nic jej nie mów lub skłam. Tym razem możesz. Będę za kilka minut.

 Skinął głową, ale tak niewyraźnie. Przystanęła w drzwiach.

  — Max, jak to są żarty. Jeśli zmyślasz, to...

 Uniósł wzrok krwawym profilem w jej stronę. Wystarczyło.

 

 Link do części II: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4880

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 29

Opis:

Dodano: 2020-10-10 23:21:09
Komentarze.
~oko 15 d.
zacząłem. idę dalej.
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
oko🤷‍♂️
Pamietaj, że to fikcja literacka 🤠
Odpowiedz
~oko 15 d.
Canulas nie wiem, czy stać mnie na taki wysiłek. może lepiej dać się ponieść?
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
oko Może i tak
Odpowiedz
~alka666 15 d.
Młotkiem, ostro.
W moim opowiadaniu użyłam siekiery. I tak je nazwałam.
Idę dalej.
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
alka666 Jezzuu, widziałem wczoraj piękny toporek i parę noży. I łuk bloczkowy i wiatrówkę konkretną. Ale toporek i noże cudoo. A zresztą, zara coś Ci wyślę z innej beczki

Odpowiedz
~Okropny 15 d.
Canulas ja mam toporek customowy, chcesz zobaczyć?
Odpowiedz
~alka666 15 d.
Canulas może być coś z innej beczki, ale toporek, może i cała reszta też mogą być
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
Okropny owszęęę
Odpowiedz
z dużym wykopem
Uwaga, będę się czepiać ;p

"Mógł mieć, plus minus, jakieś sześćdziesiąt lat, choć gdyby się kiedyś ogolił i wyszykował[,] być może o dziesięć mniej. "

To "wyszykował" brzmi tu jakoś niezgrabnie. Szykuje się na jakieś wyjście, a tu chodzi po prostu o zmianę wyglądu. Hmm, może "wystroił"? Albo coś w rodzaju "ogarnął", "oporzadzil". To są takie, wiesz, bardziej neutralne określenia, nie związane ani z wyjściem, ani nie mające dodatkowego balastu w postaci "wyglądania nadzwyczajnie dobrze" . Przemyśl to, ja tylko sugeruje.

"Max, jak to są żarty. Jak coś wymyślasz, to..."

Zamiast kropki po lepszy byłby przecinek, bo zdanie w istocie jest kontynuowane (przerwa która sugeruje kropka wybrzmiewa nienaturalnie). Moja rada: wielokropek lub przecinek.

A co do treści teraz. Muszę przyznać bez bicia, że w porównaniu z tym, co czytałam poprzednio (nie pamiętam tytułu, ale to nie Heban, coś o policjancie przesłuchującym obrzydliwie zapatrzonego w siebie i bogatego - chyba - nastolatka), to to całkowicie trafia od razu, jak porażenie prądem; w dobrym znaczeniu. Postaci są wyraziste, (obłędna matka-bohaterka), mają swój język, który zarysowuje charakter. Już zaczynasz budować niepokój, coś wisi w powietrzu, choć nie wiemy jeszcze co dokładnie. Pierwsze wrażenie: trochę jak King, ale jakby bardziej wyraziście, po Canowsku, jeśli idzie o język.
Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że mogę Cię czytać. Dziękuję za te przyjemność.

Odpowiedz
*Canulas 11 d.
Enchanteuse wow, kurde, bardzo Ci dziękuję, Ench. Zara nareperuję odpowiednio. Przez chwilę nie wiedziałem o jaki tekst Ci idzie, ale skumałem.
O "Rurę..."
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin