Zimno (3z3) Zimno (1z3)

Zimno (2z3)

 Link do części I: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4879

 

 *

 Na dworze wiało, choć niebo było przejrzyste. Nic poza dwiema smugami po niedawnych przelotach odrzutowców, stykającymi się gdzieś na horyzoncie. Mówi się na to smugi kondensacyjne czy jakoś tak. Nie są to żadne silnikowe opary, tylko zbudowana z kryształków lodu chmura. Nie do wiary, jakie rzeczy potrafią utrwalić się w mózgu, jeśli przez ponad pół roku działa tylko jeden kanał w tv, wymuszając na tobie cowieczorne uczestnictwo w milionerach.

 Kobieta zbiegła po betonowych schodkach i wkurzona niczym obudzona nazbyt wcześnie niedźwiedzica, pognała za róg budynku. Brała już zakręt, kiedy dostrzegła łopatę opartą o stary dąb. Krzywą, wymęczoną od deszczu, której przegniłe drewno nie obiecywało nic więcej ponad jedno pacnięcie. Za to długą na metr i niezbyt ciężką.

 Zabrała narzędzie. Nie, żeby broń Boże użyć przeciw narwanej babie, ale postraszyć. I to tylko, jeśli się potwierdzą słowa syna. Max nie miał jeszcze jedenastu lat, lecz wyobraźnię jak rasowy dziennikarz gazety "Bruk." Zakopane w piaskownicy Ufo czy Pan Skoczek mówiący do niego wierszem po niemiecku – to tylko sprawy z ostatniego miesiąca.

 Mimo tego kazała im przecież zamknąć drzwi i siedzieć cicho, więc trochę mu uwierzyła. Różne gówniane wirusy chodzą przecież po ludziach. Czy jak to zwykł mawiać Mark: Dmuchaj nawet na nieobranego kartofla, to nie poparzy ci gęby. Wtedy się nie przejedziesz po rzadkim gównie.

 Ona też się nie chciała przejechać, więc na wypadek, gdyby sąsiadka naprawdę na nią czekała z mordem w oczach, zwolniła. Następnie, już w trybie ninja, wolno wyszła zza murku.

 Przy garażu przywitały ją fakty, przed którymi można by dopisać "niepokojące." Co prawda, pani Tully ani Skoczka nie było, lecz po tym drugim została wilgotna plama. Stojąc pięć metrów dalej, można się było jeszcze oszukiwać, że jest to jedynie olej z ich mającego już najlepsze lata za sobą Sedana, jednak po bliższym podejściu nie. Silnikowy olej nie zostawiłby kłaków.

 Niczego nie usłyszała, przynajmniej na tym elementarnym, ludzkim poziomie słuchu. Mimo wszystko zastygła, unosząc głowę. Garaż był uchylony.

 Mark, co prawda, się spieszył, ale... Nie! Zgaś takie myśli! Przestań się oszukiwać. Wyrzuć z głowy to, że twój niezdarny, lecz nad wyraz skrupulatny mąż nie zamknął za sobą drzwi. Nie odrzucaj czegoś popieprzonego, bo się nadziejesz na widły. Nie odrzucaj.

 Zdrętwiała, z sercem w przełyku, przystawiła oko do szpary w drzwiach. Z trzech jarzeniowych świateł działało jedno – centralne. Serdeczne dzięki ci, Mark.

 Dojazdy do pracy rozdzielili sprawiedliwie, co drugi dzień. Jeszcze wczoraj, gdy odstawiała auto, w garażu panował ład. Było już po dwudziestej, więc tu i ówdzie rozpościerał się mrok, jednak na pewno nie było takiego bajzlu. Takiego rozgardiaszu jak po trzęsieniu ziemi. Dałaby sobie upiłować za to kciuk.

 Narzędzia leżały wszędzie porozrzucane. Wysoki regał opierał się o dwa inne jak w domino, a komplet zimowych opon spoczywał na samym środku. Po prawej, wiaderko z farbą, którą mieli przeznaczyć na zamaskowanie grzyba panoszącego się bezczelnie w saloniku, tkwiło teraz na solidnie potrzaskane. Białe ślady dziecięcych tenisówek rozciągały się w mrok.

  — Nie działa wam zamrażarka — usłyszała.

 To wyświechtane, mówiąc o sercu podjeżdżającym do gardła w chwilach silnego stresu. Tak naprawdę jedyne, na czym można się w takich chwilach oprzeć, to nagłe uczucie ciepła i spłycenie oddechu. Zamarcie. Czasem występuje zesztywnienie. Niemal na pewno po karku płynie lód.

 Kątem oka dostrzegła wyłaniającą się z cienia panią Tully. Korpulentną pięćdziesięciolatkę z włosami upiętymi w masywny kok. Młot, który zwisał jej z ręki, dotykał ziemi. I nie był na pewno młotkiem, jaki zwizualizowała sobie przed oczyma, gdy usłyszała o tym wszystkim od Maxa. Dużo bardziej przypominał narzędzie, jakiego możesz uświadczyć na crossfitowych salach. Długi. Pewnie masywny.

  — Oni wam ją popsuli — wyjaśniła kobieta. — Nie lubią, kiedy jest zimno.

 Lisa nie zrozumiała, ciągle patrząc na młot. Przetrawiając to, że jej synek nim dostał. Jakie musiał mieć szczęście, że zdołał dotrzeć do domu? Jakiego musiał mieć farta?

  — Słyszy pani, co mówię, pani Marshall? Nie lubią zimna. Można powiedzieć, że zimno daje im łupnia. Wykańcza ich. Na pani miejscu martwiłabym się bardzo o lodówkę.

 Musiał ważyć minimum siedem kilo. Sie-dem. A jej syn przed chwilą nim dostał w głowę. Chryste w niebieskim niebie.

 Kobieta zrobiła krok. Zaledwie kroczek. Nosiła kapcie-bamboszki, o szeleszczącej podeszwie i tylko dlatego Lisa w ogóle zarejestrowała ów fakt.

  — Nie jestem pani wrogiem, pani Marshall — usłyszała pojednawczy ton. Wielkie, z całą pewnością przebrzmiałe szaleństwem oczy wpatrywały się w nią. Wiśniowe usta wystrzeliwały obłąkańcze uśmieszki, kojarzące się z paraliżem mima. Błękitna żyła przecinała szyję aż po kark.

 Lisa zerknęła w kierunku drzwi od garażu, oceniając, że mają do nich bardzo podobny dystans. W głąb i po schodach na górę miała bliżej. Tylko nie była wcale pewna czy tego chce. W horrorach i głupich filmach ofiary zawsze uciekają do środka.

  — Nie jestem wrogiem — powtórzyła kobieta tak obłąkańczym głosem, jakby naprawdę uwierzyła w swe słowa.

 Dopiero teraz Lisa przypomniała sobie o narzędziu, które trzymała w ręce. Dodało jej to otuchy.

  — Uderzyła pani w głowę moje dziecko. Do tego... tym. I jeszcze ma pani czelność do mnie mówić? Przyłazić tu? Wkradać się do garażu?

 Dobrze wiedziała, że nie brzmi przerażająco. Serce waliło. Tamta znów zaszurała, robiąc krok.

  — Ja tylko chciałam pomóc — wyszeptała.

 Lisa miała chęć wrzasnąć. Zbluzgać sąsiadkę w najgorszych możliwych słowach. Kazać jej natychmiast się wynosić. Zabierać tę kurzą dupę i wypierdalać z ich garażu w tej chwili. W tej pierdolonej sekundzie.

 Nie zdążyła, bo kolejne szur-szur zredukowało odległość do około trzech metrów. Trudno. Gdyby się teraz cofnęła, choćby o metr, o maluteńki łan zboża, to...

  — Da mi pani minutkę, to powiem. Tylko jedną, co? Pozwoli pani?

 Nie pozwoliła, unosząc szpadel nad głowę. Zamachnęła się. Upuściła. Trafiła. Narzędzie bezdźwięcznie pękło, ale posłało starą babę za kadr.

 Lisa nie marnowała darowanych jej sekund. Namacała pierwszy lepszy przedmiot, chwytając w dłoń. Sekundę później Pani Tully, kracząc niczym rozdziobywana wrona, wyskoczyła z ciemności, machając na oślep młotem. Strącała przy tym kubełki z ułożonymi wedle wielkości śrubami i śrubokręty. Lisa nie wiedziała, czy to furia daje jej tyle siły, czy narzędzie jest tylko kilkudziesięciugramowym rekwizytem. Nie miała jednak chęci się przekonać.

 Pani Tully krwawiła na wszystkie strony, kiedy tak wirowała w jej kierunku. Żadnego ładu i składu. Żadnego planu. Tylko pierwotna wściekłość zmieszana z chęcią odwetu. Lisa rzuciła w jej kierunku lewarkiem, trafiając w brzuch. Następnie zaryzykowała, próbując dobiec do wyjściowych drzwi, lecz potknęła się o używaną osiemnastkę Continentala i upadła. Chwilę później poczuła dyskomfort powyżej pupy.

 Co dziwne, nie czuła bólu, tylko małe, pojedyncze ukłucie. Zabolało ją jedynie duchowo, nie fizycznie. Zabolało poprzez zrozumienie. Przez wiedzę oraz przez strach. Zrozumiała, że z tyłu, powyżej pupy, jest kręgosłup.

 Miała wrażenie, że się wczołguje pod regał i okopuje stamtąd przed najeźdźcą. Potem ból się nasilił i zawyła. Zawyła bardzo. Wyła, póki nie zgasła.

 

 *

 Coś ją zbudziło. Kopniak? Szturchaniec w bok? W nieostrych konturach zobaczyła swoją pogromczynię. Zdewastowaną. Upieprzoną w farbie. Umęczoną.

 Sama także czuła się fatalnie. W plecach zagnieździł się ból, że aż się bała oddychać. Cierpienie, jakiego nie zaznała w całym życiu. Pragnęła zemdleć, byleby tylko przestało ją tak rozsadzać. Miała ochotę beknąć, lecz bała się, że eksploduje od bólu. Od tego czegoś, do czego nie ma nawet odpowiedniego przymiotnika, by to opisać. Od tej nieziemskiej męki.

 Stara Tully siedziała na wielkiej skrzynce, zipiąc niczym nieuszczelniona okiennica w zbyt wietrzną noc. Brodę złożyła na zakrwawionych dłoniach. Plamiste ręce, opierając z kolei na kolanach. Siedziała, dyszała, patrzyła. Przyglądała się jej mękom z niezdrowym rodzajem fascynacji w zielonych oczach.

 Lisa miała wrażenie, że coś jest nie tak ze stopami. Że zwijają się one w stronę piszczeli, miażdżąc kości śródstopia, rwąc achillesy i zrywając więzadła. Krzyknęła, by to uwolnić. By w końcu od niej odeszło. Krzyczała długo. Jak jesteś młoda i silna możesz naprawdę krzyczeć bardzo długo.

 Wszystko ma jednak granice. W którymś momencie został już tylko płacz. Ten przerodził się pokrótce w niemy szloch. Stara Tully cierpliwie wyczekiwała, czasem tylko zdrapując farbę z rąk. Gdy miała pewność, że Lisa nie ma już siły – rozpoczęła:

  — Daliśmy tu sobie niepotrzebną jatkę. Nie chciałam źle i również nieźle od ciebie oberwałam. Ty bardziej, ale ja również. A prosiłam tylko o minutę. O zwykłe sześćdziesiąt sekund. Gdybyś mi je raczyła poświęcić, obie byśmy były w lepszym stanie.

 Lisa chciała coś wtrącić. Przerwać jej, zbesztać lub po prostu poskarżyć się na cierpienie. Na to niedające się opisać doznanie, pożerające ją od środka oraz w środku. Od czubka głowy po palce. Jeden wielki koszmar tego z najgorszych fizycznych doznań, jakie poznała.

 Sąsiadka uniosła gruby palec do ust.

  — Teraz na to nie pora — oznajmiła. — Ty masz swoje grzechy za uszami, ja swoje. Nie ma ludzi bez grzechu pierworodnego. Powiem szybko, co mam i idę ich szukać dalej. Mam nadzieję, że się z tego wyliżesz, że ci tam niczego nie urwałam. Jakby mi jednak nie wyszło, to pamiętaj: Poznasz ich po tym, że zawsze się łaszą do ciepła. Lgną do niego jak te tropikalne robaki albo pustynne skorpiony. Nienawidzą zimy. Nienawidzą wszystkiego, co z zimą jest powiązane.

 Gdzieś ponad tą podsycaną bólem katatonią Lisę coś uderzyło. Nie cały wywód, tylko któreś ze słów. Myślała długo. Nawet po tym, gdy kobieta zniknęła we wnętrzu domu, dalej gorączkowo rozmyślała. Starała się zrozumieć, co jej umknęło? Czego nie zrozumiała? Podsycany lękiem o dzieci ból stępiał, ale nie odszedł. Powracał co kilka minut z nową falą atrakcji, obdzierając ją po prostu z godności. Po którymś z kolei ataku zwymiotowała. Po kolejnym oddała pod siebie mocz. Pierwsza i jedyna próba doczołgania się do drzwi spersonalizowała tak ogromne cierpienie, że niemal zabrało jej rozum.

 W głowie wciąż kołatała myśl, że być może już nigdy nie będzie chodzić. Że trzeba będzie ją karmić i dawać jeść. Wycierać dupę. Ma tylko dwadzieścia sześć lat.

 Na szczęście zawór bezpieczeństwa zdołał wyłączyć ciało, nim zwariowała.

 

 

 Link do części III: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4881

 

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 36

Opis:

Dodano: 2020-10-10 23:21:55
Komentarze.
~oko 15 d.
Nie do wiary, jakie rzeczy potrafią utrwalić się w mózgu, jeśli przez ponad pół roku działa tylko jeden kanał w tv, wymuszając na tobie co wieczorne uczestnictwo w milionerach. - takie cowieczorne, to chyba razem się powinno pisać.
Krzywą, wymęczoną od deszczu saperkę, której przegniłe drewno nie obiecywało nic więcej, ponad jedno pacnięcie. Za to długą na metr i niezbyt ciężką. - saperka z metrowym trzonkiem?
Co prawa, pani Tully ani Skoczka nie było, lecz po tym drugim została wilgotna plama. - co prawda - zżarło literkę.
Chwilę później poczuła dyskomfort powyżej pupy. - dyskomfort jest tu bardzo dziwnym słowem. po ciosie młotem siedmiokilowym?
Daliśmy tu sobie niepotrzebną jatkę. - to też brzmi dziwacznie - dawać sobie jatkę?
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
oko Błędy za moment poprawię. "Dziwny zapis", ale będący zarazem częścią wypowiedzi – zostawię.
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
Nie bardzo wiem o co idzie z trzonkiem/styliskiem. Błąd w słowie, czy w ocenie długości?

Dyskomfort zostawię, gdyż użyłem tego słowa rozmyślnie. Reszta już zrobiona. Dzięki za czujność
Odpowiedz
~oko 15 d.
Canulas saperka, to łopatka podręczna przytraczana do plecaka - ma stylisko na poziomie 40 cm. łopata powyżej metra
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
oko czyli dobrze myślałem. Tak. Przyznaję Ci rację i przystępuję do następnych korekt. Zmniejszę o połową. Czyli Saperka będzie miała pół metra. Przyjmijmy, że te 10cm mieści się w gestii Licentia poetica
Odpowiedz
~oko 15 d.
Canulas zdanie wcześniej napisałeś "łopata", a dopiero potem saperka.
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
oko wyeliminowałem słowo: saperka.
I wilk syty i Menchester city
Odpowiedz
~alka666 15 d.
Istotnie, można zwariować, mając świadomość uszkodzenia kręgosłupa i unieruchomienia.
Kurcze, że też musiała się potknąć...
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
alka666 chciałem, by tu było niewygodnie i przykro
Odpowiedz
~alka666 15 d.
Canulas wyszło niewygodnie i paskudnie.
Aż współczuję kobiecie, że chciała dobrze, przecież chroni dzieci, a tu taki psikus. Coś jak hallowinowy "cukierek, albo psikus". Tak mi się skojarzyło.
Kurcze! Mamy w domu taki młot. Ciężko go unieść, a co dopiero machać jak batutą.
Odpowiedz
z dużym wykopem
Jestem.

"Kobieta zbiegła po betonowych schodkach i wkurzona, niczym obudzona nazbyt wcześnie niedźwiedzica, pognała za róg budynku."

Tu przed "niczym" nie powinno być przecinka - jeśli zestawiasz ze sobą dwa człony ("była smukła jak jabłoń, np), to bez przecinka.
Ten drugi jak najbardziej zasadny, bo oddziela od siebie części składowe zdania podrzędnego, przynajmniej tak mi to wygląda.

"Brała już zakręt, kiedy dostrzegła łopatę opartą o stary dąb. Krzywą, wymęczoną od deszczu, której przegniłe drewno nie obiecywało nic więcej, ponad jedno pacnięcie."

Tu też nadmiarowy ostatni przecinek.

"Zabrała narzędzie. Nie, żeby broń boże użyć przeciw narwanej babie, ale postraszyć."

Boże - to prawidłowa pisownia,
niezależnie od wiary w tegoż

"Zakopane w piaskownicy Ufo czy Pan Skoczek mówiący do niego wierszem po niemiecku, to tylko sprawy z ostatniego miesiąca."

A tu z kolei pomarudze, że zamiast przecinka widziałabym myślnik - ale pewna nie jestem, więc sam uznaj bądź nie to marudzenie. Intuicja mi mówi, że bez znaku interpunkcyjnego też byłoby ok, no ale - to tylko intuicja, częstokroć fałszywy doradca.

"Kątem oka dostrzegła wyłaniającą się z cienia, panią Tully. Korpulentną pięćdziesięciolatkę z włosami upiętymi w masywny kok."

Bez pierwszego przecinka.

"Słyszy pani, co mówię, pani Marshall? Nie lubią zimna. Można powiedzieć, że zimno daje im łupnia. Wykańcza ich. Na pani miejscu, martwiłabym się bardzo o lodówkę."

Bez ostatniego.

"Błękitna żyła przecinała szyję, aż po kark."

Albo bez przecinka, albo, jeśli bardzo chcesz zaznaczyć napięcie - z myślnikiem

"Lisa nie wiedziała, czy to furia daje jej tyle siły, czy narzędzie jest tylko kilkudziesięciu gramowym rekwizytem. Nie miała jednak chęci się przekonać."

"Kilkudziesięciugramowym"* - łącznie

Nie mam więcej uwag. Kolejna część trzyma poziom pierwszej, napięcie rośnie, zmierzając do kulminacji. Mam nieodparte wrażenie, że to dzięki tak krótkiej serii udało Ci się ładnie rozłożyć akcenty. Ale zobaczymy.
Do następnej części


Odpowiedz
*Canulas 11 d.
Enchanteuse o ja cierpię dzielę. Kurde... WIem, że dla CIebie to utrapienie, ale z mej perspektywy fajno, że, eee, słabo sypiasz. Zabieram się za korektę.
Odpowiedz
Canulas haha, wlasnie miałam przeprosić za słowotok z tego względu. Dziś mam nadzieję nadrobić, bo ucierpiał piekarnik i durszlak - drugi właściwie przestał istnieć.
Wiec trzecia część już nie dziś, wybacz, ale mam nadzieję jutro nadrobić
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin