zarastanie #codziennostrzał 》La Rva's SALE! 》black friday everyday 《 *lekramacji* nie uwzględnia się《

TW #3 Strefa cienia

 Postać: Urzędnik

 Zdarzenie: Lawina błotna

 Efekt: Tekst ma zawierać rymowankę Twojego autorstwa (minimum 12 wersów).

 

 Królu nieistniejący,  błogosław mnie! Chroń od koszmarów!

 Królu niewidzialny, zobacz mnie, dowiedz się. Uwierz we mnie!

 Królu błądzący, pomóż mi wędrować z kompasem pośród zwątpień.

 Królu pajaców, wyzwól mnie, o Mądrości, z naiwności.

 Niech nie myślę, zapomnę. Przepadnę.

 W przepaść niech wpadnę bezruchową!

 W chmury niech wzlatuję obryzgane krwią moją.

 Niech płonę zagorzale! Niech w błocie grzechów się wykąpię na twe rozkazy!

 Nie chcę już więcej jabłek jeść zatrutych z bezmięsnych targów plugawych.

 Uprzejmie włącz/wyłącz mnie.

 Śmiertelnie zatrwóż...

 Kocham cię.

  

  

 ✥

  

 Telewizja zniekształca duszę. Spłaszcza i odrealnia, fałszuje wygląd i głos. Odgadłam go tylko po gestach; zawsze potrafił tak niepowtarzalnie, perfekcyjnie gestykulować. Doskonale wiedział, jak podkreślić swoje kompetencje. Na jego lewej dłoni błyszczała wdowia obrączka. Element  osobistego PR.

 Ciekawe, czy zastanawiał się kiedykolwiek, kto go ogląda na ekranie telewizora. Kto śledzi jego poczynania, idąc tropem doniesień medialnych.

 Wreszcie: czy domyślał się, że ktoś przegląda historię wyszukiwarki, maile, zawartość twardego dysku jego laptopa?

  

 ✥

  

 Stał przy barze, wśród tłoczących się, roześmianych ludzi. Żywy kontrast. Cień zasłaniający światło. Wysoki, postawny, lekko zgarbiony. Krótko przystrzyżone siwe włosy, ostre rysy twarzy, prosty, wydatny nos. Przymrużone oczy o najbardziej brązowych tęczówkach, jakie kiedykolwiek widziałam. Całość uzupełniał głos: niski i dźwięczny. Oraz sposób, w jaki wymawiał głoskę „r”.

 Kula, na której musiał się opierać, utrudniała przyjęcie odpowiednio swobodnej, niedbałej pozy, jednak nonszalancki strój to rekompensował. Spod rozpiętej marynarki wystawała lekko pognieciona koszula; ostatni guzik, tuż przy pasku, był rozpięty.

  

 Mimo niepełnosprawności nie sprawiał wrażenia bezradnego. Biła od niego aura potęgi. Chodzący sukces. Żywy pomnik. Legenda. "Majty w dół. Z drogi śledzie, bo król jedzie".

 On – nienawidzący konwenansów, salonowej etykiety, „wersalu podlaskiego”, jak pogardliwie nazywał takie imprezy – to właśnie on był bohaterem tamtego wieczoru. Powinnam być chyba dumna, że znalazłam się wtedy wśród tych wszystkich ważnych ludzi, którymi gardził. Bo kimże ja byłam? Wtedy nikim.

 Pił wino; po sposobie, w jaki przechylał kieliszek do ust domyślałam się, że miał ochotę na coś mocniejszego. I na zupełnie inne towarzystwo.

  

 Odwrócił się i nasze oczy się spotkały. Nie było żadnego efektu zaskoczenia. Ta przewidywalność trochę mnie rozczarowała. Ale właściwie czego się spodziewałam? Miłego randez-voux?

 Patrzył tak mocno, że zakręciło mi się w głowie.

  

 ✥

  

 Wtedy jeszcze nie znałam się na tych jego uśmiechach; moje doświadczenia w dziedzinie mowy ciała nie miały żadnego zastosowania. Wtedy jeszcze widziałam w jego oczach blask dalekich gwiazd, głos działał kojąco, francuskie „r” dźwięczało jak obietnica, a śmiech wcale nie brzmiał ironicznie. Wtedy jeszcze łudziłam się, że jego dłonie będą otwierać mnie, nie powodując skrzypienia.

 W wyobraźni tworzyłam scenariusz romansu rodem z telenoweli. Bogaty, wpływowy urzędnik państwowy, przystojny i piekielnie inteligentny "książę spotyka Kopciuszka, a potem żyli długo i szczęśliwie".

  

 Jego dom stał pod lasem, w starej części miasta, na końcu alei kasztanowców, z dala od innych domów. Z zewnątrz wyglądał całkiem zwyczajnie. Bohaterowie czarno-białych dzienników najwyżej cenią swoją prywatność. Nie ogłaszają się w książkach adresowych, nie epatują bogactwem, nie zwracają na siebie uwagi. Nie korzystają z ochrony.

 Przekonałam się o tym tamtego wieczora.

  

 W pokoju było chłodno. Rozbierał mnie w milczeniu. Wiedziałam, że to się musi stać. Wszystko było z góry zaplanowane. Byłam gotowa doprowadzić cały plan do końca. Punkt po punkcie.

 Pod powiekami wciąż migocą powidoki tamtego spotkania. Myślałam: słońce już nigdy nie wzejdzie, jutra nie będzie, jest tylko tu i teraz.

 "Mogłabym się w tobie zakochać" – skłamałam, patrząc mu prosto w oczy.

 Gdybym nie skłamała, musiałby odrywać moje ciało od siebie, zrywać je płatami, jak wąż zrzucający skórę. "Naiwna! Mnie nie można kochać. Jestem złudzeniem, twoim koszmarnym snem. Nie patrz w słońce, bo oślepniesz".

   

 Robiłam mu dobry PR, byłam rzecznikiem i asystentem mistrza ostrej riposty, króla cyników, sadysty potrafiącego upokarzać szybko i bezwzględnie. Wobec innych z zasady nieprzyjemny, mnie traktował jak powietrze. Byłam na każde jego życzenie. Pełna dyspozycyjność. Nigdy nie usłyszałam żadnej pochwały ani nagany. To zaskakujące wyróżnienie, biorąc pod uwagę, jak pastwił się nad swoimi pracownikami. Ich niechęć i podejrzliwość miała być dla mnie większą krzywdą niż realny mobbing. To także był element strategii.

  

 Zbudował wokół siebie zimny mur obojętnego profesjonalizmu. Nie istniał w świecie kolorowych pism. Bez przeszłości, wstydliwych tajemnic, kochanek i nieślubnych dzieci. Na jego biurku zawsze stała starannie odkurzona fotografia rodzinna. Element wizerunku. Element muru.

 Ale ludzie uwielbiają plotki, zwłaszcza te, które dotyczą ich szefa. Cała ich wiedza opierała się na domysłach.

  

 Nigdy nie poniżał swoich podwładnych. Gwałcił ich – sarkazmem, pozornie niewinnymi uwagami, celnymi i bolesnymi jak wbijane pod paznokcie długie stępione igły. Upokarzał, zlecając niemożliwe do wykonania zadania lub załatwianie swoich prywatnych spraw w godzinach pracy. Opłacanie rachunków, kupowanie sprzętu agd, atramentu do pióra w jakimś absurdalnym odcieniu, a nawet damskiej bielizny. Starał się przy tym, by świadkami poniżenia było jak najwięcej osób. To był sposób na rozładowanie napięcia, jedyny, który podniecał go naprawdę.

 Brud, błoto. Cała lawina błota.

  

 Wierzyłam w każde jego słowo jak w dogmat. Gardziłam słabościami, które bezlitośnie wytykał. Wierzyłam, że jest Bogiem.

  

 ✥

  

 Zmarznięta ziemia parzyła moje bose stopy. Dotyk zimnych palców w moim kobiecym miejscu. Krew w ustach po tym, jak ugryzłam go w rękę. Trzymając mnie za włosy, uderzał moją głową o karoserię auta, gdzieś na poboczu drogi, na skraju lasu, gdzie nikt nic nie widział. Ćśśś… Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy.

 Korony drzew zamykały się nad nami, niebo wypełniało się gradientem fioletu i czerni, jak siniec na szyi wisielca, a ja wyobrażałam sobie, że walczę rozpaczliwie, krzyczę „nie”.

 "Wybacz, ale przecież nie chcemy, żeby ktoś się tu zjawił" – przepraszał z szyderczą uprzejmością.

  

 Strefa cienia. Wchodzisz w układ, który wydaje się spełnieniem twoich marzeń, a okazuje się piekłem, ślepą ulicą, end of the road. Poświęcasz własną dumę i zasady. Tracisz głowę dla mężczyzny, który traktuje cię jak psa. Nienawidzisz go i kochasz jednocześnie. Fascynuje cię ciemność, która jest w jego oczach, w jego umyśle. Mrok, w którym nigdy nie wiadomo, co się czai. Co z niego nagle wychynie. Oto siły ciemności przybywają w postaci potężnego, szanowanego i wpływowego człowieka.

 Moja prawda była skryta w kłamstwie, w które sama zaczęłam wierzyć. Mogłam z nią żyć i się z nią pogodzić albo udawać. Pomyślałam, że jeśli dostatecznie długo będę kroczyła drogą tego prawdo-kłamstwa, jego pragmatyczna strona przeistoczy się w nicość. Przekonałam siebie, że wystarczy te wszystkie wspomnienia, fantazje i historie skrzętnie zapisać. Zamknąć w słowach wszystkie zapachy. Słowami naszkicować każdy dotyk, ból i ugryzienie. Stworzyć szkic nowej sztuki dla dwojga aktorów. Umieścić w niej wszystkie didaskalia z dokładnością szczegółu. Zapach tamtej burzy. Zaschnięta kropelka mojej śliny na twoim ramieniu. Zaparowane lustra. Mokre ślady stóp w łazience. Rozrzucone na podłodze książki, płyty, wybebeszone szuflady. Zrobić dokładną dokumentację fotograficzną. Zamknąć duszę każdego przedmiotu w cyfrowej matrycy, by móc je bez końca wskrzeszać. Celebrować historię zaklętą w słowach i obrazach. Obgryzać ją po kawałku, aż do kości.

 Uwielbiałam sposób, w jaki wymawiał moje imię. Brzmiało tak samo jak słowo „pieprzyć”. Z tą całą oprawą upokorzeń, jadowitych kłamstw, szyderstw i przemocy. Z ostrymi przedmiotami, stłuczoną butelką po wódce, nożem przystawionym do mojego gardła.

   

 Tyle razy opisywał w najdrobniejszych szczegółach, jakim torturom mnie podda, zanim mnie zabije. Nie miałam powodu, żeby nie wierzyć. Czasem topił mnie w wannie tak długo, że traciłam przytomność. (Nazywał to topieniem Marzanny). Mówił wtedy: "zmieniłaś mnie; jesteś tajemnicą, którą chcę odkryć; przełamujesz fale, wiesz"?

 W trakcie tej mrocznej ceremonii, bluźnierczego chrztu, topiłam gorycz, która ze mnie kipiała przez całe lata, wypalała we mnie dziurę; kolejną dziurę, w którą można wetknąć palec. Ani przez chwilę nie czułam się ofiarą. Przecież sama to sobie zrobiłam. Każdy dzień mógł być ostatni. Pod poduszką trzymał klucz do mojego umysłu, moją duszę schował do kieszeni.

  

 Tamtej nocy powiedział: "Zaczynamy zabawę". Jeszcze nie wiedziałam, co się stanie. Muzyka przepływała przeze mnie, jakbym była przezroczysta. Rozłożyłam ręce i wirowałam jak derwisz w religijnym amoku. Sukienka falowała, jakby chciała mnie unieść. Prosto do nieba.

 "Nie musisz tego robić, nie będę krzyczeć", powiedziałam, widząc, że bierze do ręki srebrzystą taśmę izolacyjną.

 "Z zaklejonymi ustami będziesz wyglądać, jakbyś chciała krzyczeć", powiedział. Dzwonek alarmowy rozdzwonił się w mojej głowie (Call the police!) – ... i zamilkł.

  

 Mówili, że trzeba uważać. Że nie można przesadzić. Że są granice, których nie wolno przekroczyć. Achtung, minen. Grozi śmiercią. Albo czymś gorszym.

 Najprościej jest dziury w pamięci sztukować zmyślonymi historiami. Fabrykować przeszłość. Ale tamtego dnia zrozumiałam: to nie była zabawa, gra. Ani żadna łamigłówka. To real. To się naprawdę stało.

 Był spokojny, jak zawsze. Pamiętam chłodny dotyk na mojej twarzy. Masował mi skronie. A potem, nim zdążyłam choćby westchnąć, zacisnął ręce na krtani, tak jak wiele razy wcześniej.

 I powiedział: "teraz cię zabiję".

  

 Wypchnął mnie z samochodu na skraju lasu. Ciemność, w której nie zdążyłam się odnaleźć i na dobre przestraszyć. Potem na chwilę oślepiły mnie reflektory odjeżdżającego samochodu.

 Zdawało mi się, że krzyczałam. Ale nawet, gdybym mogła, i tak nikt nie mógłby mnie już usłyszeć.

 Czarne, lepkie niebo waliło mi się na głowę. Czułam jak ucieka ze mnie życie. Było mi zimno. Bolało mnie całe ciało. Przestałam oddychać. Musiałam umrzeć.

 Odkrycie, że nie potrafi się oddychać, jest frustrujące.

  

 ✥

  

 Nie ma nic bardziej przygnębiającego niż zimowy pogrzeb. Niebo zaszło fioletem, powietrze mrozem. Ze zdumieniem słuchałam pożegnalnej mowy. Jego łamiący się głos. Mokre oczy. „Miałaś przed sobą całe życie, miałaś tyle planów. Śmierci w nich nie było. Zostawiłaś nas z wielkim ciężarem pustki…”.

  

 Mężowie stanu są poza podejrzeniami, ponad społeczeństwem i prawem.

 Stałam się lustrem, w którym mógł się przejrzeć. Powietrzem, którym oddychał. Wodą, w której zanurzał usta. Ciszą, która tak bardzo go męczyła. Stałam się wszystkim i niczym. Nie potrafiłam nigdy być mu niepotrzebna. Bez NAS nic nie miało sensu. Ani to szaroniebieskie niebo, ani gwiazdy, ani księżyc, który tamtej nocy wyglądał jak obcięty paznokieć małego dziecka. Świat bez nas nie ma prawa istnieć. Nienawidziłam siebie bez niego. Moje nieistnienie nie miało żadnego celu.

 Musiałam przeżyć. Dla nas. Dla nadania sensu naszemu istnieniu.

  

 ✥

  

 Trzy, dwa, jeden… Mężczyzna przymyka oczy. Oddycha spokojnie. Skąd się wzięła w jego samochodzie ta stara płyta ATB? Osoby publiczne są stale zmęczone… Miarowe dźwięki kropel, mokra muzyka, dźwięki nasączone deszczem. Zapach obumarłych drzew. Odwilż. Pisk opon na wilgotnej jezdni. Nagłe hamowanie. Brzęk tłuczonego szkła. End titles.

 Przepraszam, mówię szeptem, żeby nie zniszczyć tego spokoju.

 "Śpij, śpij, kochany, a ja będę myśleć o tobie".

 

Liczba ocen: 5
85%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ^Halmar
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 45

Opis:

Dodano: 2020-10-11 00:58:47
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW
Odpowiedz
!sensol 12 d.
ale odpaliłaś petardę! świetne. głębokie. bez grama fałszu. perfekcyjnie napisane. GRATULEJSZYN.

tylko te dwa zdania mi zgrzytają:



"Sukienka unosiła się, jakby chciała mnie unieść."

"Masował mi skronie, zanim jego palce zsunął na moją szyję."

ale poza tym gites robota. pewnie faworyt tego rozdania
Odpowiedz
^Halmar 11 d.
sensol ojej, na pewno? Dziękuję, poprawię, faktycznie kulawe.
Odpowiedz
~jotka 12 d.
Bardzo fajne, dużo zdań perełek, choć tematyka taka no nie wiem... naiwna - ukochany kat zawsze mnie denerwuje. A może nie tematyka, a takie osoby. W każdym razie dobra robota
Odpowiedz
!sensol 12 d.
jotka to że coś denerwuje, nie znaczy, że jest naiwne
Odpowiedz
~jotka 11 d.
Hm? Chyba nie o tym samym piszemy. Temat, gdzie kobieta zakochuje się, a później wychodzi na to, że facet to oprawca mnie denerwuje, ale nie na zasadzie pisania o tym, tylko o tym, że bohaterka jest naiwna. Koniec końców emocje wzbudziło
Odpowiedz
^Halmar 11 d.
jotka dzię Ano, coś w tym jest. Aczkolwiek ta z opowiadania wiedziała od początku, w co się pakuje.
Odpowiedz
~oko 11 d.
paskudne - kolejny paskudny tekst, jakby w tej edycji miał się odbyć sąd nad złoczyńcami.
druga lawina błotna, a takie różne.
Odpowiedz
^Halmar 11 d.
oko, no paskudny, fakt jest faktem
Dzię!
Odpowiedz
~Aja 11 d.
Hmmm... nie wiem... świetnie napisane, prawdziwe i nieprzekombinowane. A jednak nie przekonało mnie. Jakoś. Jakbym czytała coś niezwykle nierealnego, a przecież wiem, że istnieje.
No obok mnie tym razem.
Odpowiedz
^Halmar 11 d.
Aja bywa i tak - ja też trochę obok
Odpowiedz
~Aja 7 d.
Halmar
Odpowiedz
~alfonsyna 11 d.
"Miłego randez-voux?" - a nie "randez-vous"?
"kupowanie sprzętu agd" - AGD;
"zanim jego palce zsunął na moją szyję" - albo "palce zsunął na moją szyję" albo "palce zsunęły się na moją szyję";
"z samochodu na skraju lasu. Ciemność, w której nie zdążyłam się odnaleźć i na dobre przestraszyć. Potem na chwilę oślepiły mnie reflektory odjeżdżającego samochodu" - tu by można było się pozbyć jednego z tych "samochodów";
No chyba w istocie odpaliłaś petardę, napisane jest, jak dla mnie, wiarygodnie i rzetelnie, czyta się jednym tchem, choć może bez większych zaskoczeń, ale czasem nie są one wcale potrzebne.
Odpowiedz
^Halmar 5 d.
alfonsyna no fakt, babolki - poprawiam. Dzie
Odpowiedz
*Canulas 11 d.
z wykopem
Mocne dość. Język niemal Boski i nie ma tu przesady. Nie zżyłem się do końca z bohaterką. Nie jest mi jej żal.
Dziwne.
Odpowiedz
^Halmar 5 d.
Canulas uuuuaaaa, nie no... Dzię
Odpowiedz
~SylviaWyka 10 d.
z dużym wykopem
Ale mniee zaskoczyłaś.
Zmarznięta ziemia parzyła moje bose stopy. - Od tego momentu coś klikneło, świetne, wyrafinowane na ogromnie wysokim poziomie. Świetne zdania, takie relacje są często banalnie opisane, a ty opisałaś to na świeżo, nowo. Wybitnie. Słowa perełki, było ich mnóstwo. Lepsze niż kawa, ożyłam dziś!
Odpowiedz
^Halmar 5 d.
SylviaWyka

Odpowiedz
*Ritha 5 d.
z dużym wykopem
"Przekonałam siebie, że wystarczy te wszystkie wspomnienia, fantazje i historie skrzętnie zapisać. Zamknąć w słowach wszystkie zapachy. Słowami naszkicować każdy dotyk, ból i ugryzienie. Stworzyć szkic nowej sztuki dla dwojga aktorów. Umieścić w niej wszystkie didaskalia z dokładnością szczegółu. Zapach tamtej burzy. Zaschnięta kropelka mojej śliny na twoim ramieniu. Zaparowane lustra. Mokre ślady stóp w łazience. Rozrzucone na podłodze książki, płyty, wybebeszone szuflady. Zrobić dokładną dokumentację fotograficzną. Zamknąć duszę każdego przedmiotu w cyfrowej matrycy, by móc je bez końca wskrzeszać. Celebrować historię zaklętą w słowach i obrazach. Obgryzać ją po kawałku, aż do kości" - świetny fragment


Całość świetna, kurde, mam wrażenie, że Ty też piszesz coraz lepiej. Dobrze odkrywane karty, dobrze przekazane emocje, brawo.
Odpowiedz
^Halmar 5 d.
Ritha
Odpowiedz
~pkropka 5 d.
z dużym wykopem
Świetnie wyważone. Odarte z emocji, które wrą tuż pod powierzchnią.

Odpowiedz
^Halmar 5 d.
pkropka dziękuję. Właśnie na tym mi zależało.
Odpowiedz
~CptUgluk 4 d.
z wykopem
Bardzo dobrze napisany tekst, choć tematyka trudna. Oko ma rację, że w tej edycji mieści się sporo paskudztwa. Jednocześnie jest to paskudztwo, które czyta się z przyjemnością. Pozdrowienia!
Odpowiedz
~hens 4 d.
Trochę szkoda, że tak mało tego wszystkiego. Wszystkiego, czyli czego? Emocji, fajnych zdań, udawania, relacji kat-oprawca. Dobra robota.

Tematyka nieco inna niż wszystkie poprzednie, które czytałem. Myślę, że w mitach i baśniowości jednak czujesz się dużo lepiej.
Odpowiedz
~Anette 4 d.
No,no,całkiem zgrabnie Ci to wyszło 😁
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin