jasno ciemno
Codziennostrzał - Syntetyczny ciąg problemotwórczy TW#2 - Bez granic, bez prawdy

TW#3 - Krótka historia pożegnalna

 

 Postać: Wesoły psychiatra

 Zdarzenie: Szczęśliwe połamanie nóg

 Efekt: Autorze, wyobraź sobie, że tworzysz to opowiadanie dryfując na trawie po oceanie. Na horyzoncie widzisz zarys sztormu. To opowiadanie to ostatnie co napiszesz i zakorkujesz w butelce dla potomnych.

 

 

 

  Mam pewne obawy, że piszę to na darmo. Nie skazuję swojej ostatniej historii z miejsca na samotną śmierć w odmętach głębin oceanu, po którym dryfuję, ale mój umysł podpowiada mi, że tak się właśnie stanie. Mimo wszystko zaryzykuję, choć atramentu zostało niewiele. Wykorzystam wszystko, co do kleksa. Po tamtym świecie zostały tylko kolorowe obrazy w pamięci i trochę żalu, że Elon Musk jednak nie zdobędzie Marsa, a ja nie obejrzę w kinach ostatniego filmu Tarantino. I uwierz mi jeden z drugą, że tylko zmyśleni przyjaciele z dzieciństwa dają mi nadzieję na to, iż ten cholerny sztorm na horyzoncie tak naprawdę nie istnieje.

 Pierwsze co przychodzi do głowy to kilka chwil zaraz po tym. Ale przecież to już oklepane, przeorane, zapakowane w setki innych butelek po pepsi dryfujących po bezkresie wód jak strzępy najlepszych wspomnień z dawnego życia. Nie tutaj.

 Poranek jak każdy poprzedni. Szary, pozbawiony sensu. Wstajesz i próbujesz przebić się przez gąszcz myśli samobójczych, kiedy po raz który dociera do ciebie, że leżysz pod mostem okryty tekturowymi pudłami, sam w promieniu wielu mil. Wiedziałem doskonale, że jestem jedyny. Dniami i nocami szukałem innych. W końcu postanowiłem usiąść, przespać się, zatrzymać na krótką drzemkę. Zostałem. Trzy tygodnie jak jeden dzień sklonowany dwadzieścia razy. Te same wyrzeczenia, hordy wygłodniałej zwierzyny z okolicznych zarośli. Nie mam pojęcia, jak im uciekłem. Niewiele pamiętam z tamtego poranka. Obudziłem się, a potem nastała wyrwa. Trwała do południa, kiedy usłyszałem głos. Nie należał do mnie ani do Przyjaciela Ervina, ani Przyjaciółki Susan. Inny człowiek, tak samo rzeczywisty, jak ja. O wiele bardziej realny niż moi przyjaciele. Nie oddalałem się od swojego nowego domu dalej niż na ćwierć mili. W tamto południe złamałem tę zasadę. Miałem już dosyć tych samych drzew, śmieci, wraków aut. Kiedy mijałem gruzowisko po supermarkecie, usłyszałem stłumiony krzyk. Dochodził spod gruzów. Przyjąłem to z rezerwą. Mój umysł już wtedy nie był w najlepszej kondycji, a ja wiedziałem, że z dnia na dzień będzie tylko gorzej. Miałem tylko nadzieję, że gdy zobaczę na swojej drodze DiCaprio w stroju torreadora, po prostu do niego zagadam, na luzie. On opowie mi o swojej nowej pasji, o tym, jak zakochał się w Europie i śródziemnomorskiej kuchni. A potem rozejdziemy się i nigdy już nie spotkamy. Tak to planowałem.

 Dla byłego psychiatry każda anomalia umysłu powinna być rutyną, z którą sobie poradzi. Wszelkie głosy powinny niknąć tak szybko, jak się pojawiły. Miałem świadomość, że pomiędzy zgliszczami nikogo nie ma. Przyśpieszyłem. Zanim jednak zdążyłem zrobić dziesiątkę kolejnych kroków ten sam głos zawył z przejęciem w najbardziej żałosny, ludzki sposób. Kiedy mój dom był jeszcze zdatnym do użytku elementem miasta, namiętnie oglądałem wszelkie filmy z wilkołakami. Wiedziałem doskonale jakie dźwięki wydają, kiedy nadejdzie pełnia księżyca. To nie był wilkołak. Środek dnia, jakiś facet uwięziony pod gruzami supermarketu. Bez sensu, ale zacząłem go szukać. Znaczy człowieka. Nadzieję na odnalezienie sensu nowego świata porzuciłem dawno, zanim moi przyjaciele z lat młodzieńczych: Ervin i Susan ponownie się zjawili.

 Trochę przy tym ucierpiałem. Nie więcej niż ludzie będący w biurowcach, kiedy te ot, tak zaczęły się walić grzebiąc tych, dla których zostały stworzone. Kilka nacięć na dłoniach i parę siniaków. Ostro zakończone kawałki ścian supermarketu okazały się bardziej uparte niż zakładałem. Z przesadną uporczywością trwały na swoich miejscach, a zamiana tego stanu rzeczy już na początku wybiła mi z głowy resztki dobrego humoru. O ile jakiś jeszcze istniał. Czasami na pewno. Zwykle, kiedy pomiędzy chmurami ujrzałem skrawki błękitnego nieba.

 Załapałem go za prawe ramie. Poczułem jak ściska moje, choć było to zaledwie delikatne muśnięcie, zanim jego dłoń opadłą jakby stracił w niej czucie. Nadal bełkotał, co dawało szanse na powodzenie akcji. Miałem przynajmniej trzydziestoprocentową pewność, że jest cały. Spod gruzów nie sączyła się krew, oprócz tej która skapała z moich ciętych ran na dłoniach. Po walce z kolejnymi trzema betonowymi skrawami ścian w końcu dokopałem się do jego głowy, torsu i prawej ręki. Lewa nadal tkwiła w uwięzi. Kiedy mnie zobaczył, odruchowo zamknął oczy i zacisnął usta.

 — Nie na taki koniec zasłużyłem — jęknął, plując resztkami częściowo zaschniętej krwi i zębów.

 Przez głowę przebiegło mi wiele myśli. Lekkie obrzydzenie wypisane na twarzy próbowałem skrzętnie ukryć, widząc, że facet nadal wierzy, iż będę jego katem. Otworzył jedno oko i natychmiast je zamknął, jakby sprawdzał, czy to już koniec.

 — Nie zamierzam cię zabijać. — Zabrzmiało to tak sztucznie, że chyba lepszym wyjściem byłoby nie mówić nic. Najlepszym po prostu odejść.

 Zapomniałem jak się rozmawia z ludźmi. Byłem psychiatrą, robiłem to osiem, czasami dziewięć godzin dziennie. I to ja zawsze zaczynałem, szukałem tematu, rozwijałem go. Wyławiałem z każdego pojedyncze słowa jak malutkie płotki z jeziora, w którym prędzej znajdziesz kompletny kombinezon nurka aniżeli dorodną rybę. Wtedy naprawdę zapomniałem, jak to się robi. Susan i Ervin znowu ciekli. Teraz siedzą obok mnie, ale milczą. Wtedy okazali się tchórzami. Słyszałem echo jej durnego, niewinnego śmiechu. Ervin umiał opowiadać dowcipy. Robił to lepiej niż ja. Choć tak na dobrą sprawę, każdy opowiadał kawały lepiej ode mnie.

 Postawiłem na uśmiech. Wyszczerzyłem się z lekkim grymasem politowania. Nawet tego nie potrafiłem zrobić dobrze. W jego oczach zapaliły się ostrzegawcze ogniki. Miał tylko jedną wolną rękę, ale to wystarczyło. Cisną w moją stronę kawałkami gruzu. Jeden trafił w lewe kolano. Ból sparaliżował moje myśli na ułamek sekundy. W ślad za nimi poszły wszystkie kończyny.

 — Mógłbyś spierdalać? Ja chcę umrzeć, naprawdę, a ty mi przeszkadzasz.

 — Długo jesteś… no wiesz…

 — Nie mam pojęcia. Z tydzień. Mam jeszcze trochę zapasów, gdzieś pod gruzami obok mnie. Poszukam, napełnię żołądek wszystkim, co znajdę, a gdy nie będzie już nic, poczekam na jakiegoś litościwego samarytanina. I to na pewno nie będziesz ty. Kurwa. Chcesz mnie pozbawić resztek nadziei?

 Powiedział coś jeszcze, jedno dodatkowe pytanie, które umknęło mojej pamięci. Ale nie było kluczowe. Nie dla mnie. Musiałem usiąść. Ból wzmógł się, druga fala uderzyła równie mocno.

 — Pomyślałem, że chcesz przeżyć.

 — Co za rozczarowanie, prawda? — zaśmiał się. Nie zmyślam. Mogłem policzyć, że brakuje mu co najmniej dziesięciu zębów.

 — Samotność nie jest dobra. A ja muszę się z nią mierzyć już jakiś czas. Miałem nadzieję, że ty ją przełamiesz.

 — Obaj zawiedliśmy. Ja liczyłem, że będziesz moim wybawcą i rozłupiesz mi łeb kawałkiem ściany supermarketu, a potem odejdziesz szczęśliwy. Mam połamane nogi. Ba! Zmiażdżone. Dobrze się złożyło. To idealny pretekst, żeby tu zostać i poczekać.

 — Zmiażdżyłeś sobie nogi?

 Obruszył się na to pytanie. Pewnie słusznie. Założyłem, że był na tyle wyzuty ze złudzeń, aby umyślnie doprowadzić się do takiego stanu. Ten dodatkowy rzut kawałkiem gruzu w lewe ramię należał mi się.

 — Oczywiście, że nie. Kiedy tędy przechodziłem, ostatnia ściana przygniotła mnie. Przy okazji rozsypała się na kawałki. Pierwsze dwa dni – koszmar. Potem ból stał się częścią dnia, a teraz w ogóle już go nie czuję. Tylko głód. Czas na lunch.

 

 Skonfrontowałem jego propozycję z jak najbardziej naturalnym uśmiechem.

 — Dla ciebie nic nie mam. Wybacz, ale chcę jeszcze trzy razy zobaczyć wschód słońca bez obaw, że został mi ostatni baton orzechowy, a ja mam alergię na orzechy.

 Nie, nie odpowiedziałem mu. Nadal próbowałem utrzymać uśmiech w naturalnej pozycji. Pod koniec połknął haczyk i odwzajemnił uśmiech.

 — Zawsze jesteś taki wesoły?

 — Tylko to mi pozostało.

 Kłamałem. W rzeczywistości nienawidziłem uzewnętrzniać swoich pozytywnych emocji zanadto. Nawet teraz kiedy widzę przed sobą nadciągający sztorm piszący mój kres w przeciągu kolejnych godzin, zachowuję kamienną twarz.

 — Szczęściarz. Mnie zostało jeszcze kilka wchodów słońca i bilet do jakiegoś lepszego miejsca. Myślę tu o kurorcie jednoosobowym.

 — Na pewno nie chcesz, żebym, no wiesz, jakoś cię uratował?

 — Nie. I tak już wystarczająco oberwałeś. Krwawisz. A ja jestem kaleką bez nóg. Taki balast w tym świecie to wyrok dla nas obu. Z tego, co mówisz, ty masz inne plany na przyszłość.

 Owszem. Miałem zupełnie inne plany. Wtedy. Chciałem gdzieś iść, dalej niż kiedykolwiek wcześniej, licząc, że znajdę w końcu kogoś, kto nie podpisał na siebie samobójczego wyroku. Opisuję tę historię, bo tamten facet był jedyną osobą po tym wszystkim, którą spotkałem. Jedyną żywą. O trupach nie wspominam, bo to jak śnieg na Antarktydzie. Wywiało mnie aż na Pacyfik. I wiem, że to końcówka. Dwojaka. Moja i tuszu. Liczyłem, że starczy go na dłużej. Cóż, w takim razie żegnam się wcześniej. Znając moje szczęście jeszcze tego samego dnia, kiedy to pisze, ktoś znajdzie akurat moją butelkę. Nie dopłynąłem daleko od brzegu, a minąłem już siedemnaście podobnych listów. Pomyślnych prądów, u mnie już się wzmagają.

9322 zzs

Liczba ocen: 3
87%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 94

Opis:

Dodano: 2020-10-11 20:22:18
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW
Odpowiedz
~oko 3 m.
Cisną w moją stronę kawałkami gruzu. - cisnął - literkę pożarło
Cóż, w takim razie żegnam się wcześniej. Znając moje szczęście jeszcze tego samego dnia, kiedy to pisze, ktoś znajdzie akurat moją butelkę. - piszę, ogonka zabrakło
Nie dopłynąłem daleko od brzegu, a minąłem już siedemnaście podobnych listów. - dopłynąłem, czy odpłynąłem?
smutny ten wesoły psychiatra.
Odpowiedz
~marok 3 m.
oko Tak bywa
Odpowiedz
Ależ pesymistyczny tekst. Aż mi się z gunią skojarzyło
Odpowiedz
"po raz który dociera do ciebie" - któryś;
"a zamiana tego stanu" - zmiana;
"za prawe ramie" - ramię;
"opadłą jakby stracił" - opadła;
"co dawało szanse na powodzenie akcji" - szansę;
"Cisną w moją stronę kawałkami" - Cisnął;
"uśmiech w naturalnej pozycji. Pod koniec połknął haczyk i odwzajemnił uśmiech" - "uśmiechy" nieco za blisko, może jakoś by się dało jeden wyeliminować lub zamienić na coś;
"jeszcze kilka wchodów słońca" - wschodów;
"kiedy to pisze" - piszę;
"Nie dopłynąłem daleko od brzegu" - odpłynąłem;
Trochę to takie... inne niż zwykle u Ciebie. Przynajmniej mnie się wydaje nieco inne, ale to też pozytyw - bo podobało mi się, choć jest pewna doza niedopowiedzeń, przez co cała rozmowa z napotkanym człowiekiem wydaje się wręcz surrealna. Aczkolwiek jakoś się mi to wszystko złożyło w całkiem niezłą całość, smutno-wesoły psychiatra jest w tej swojej drodze wiarygodny, a zestaw rzetelnie odrobiony.
Odpowiedz
~marok 3 m.
alfonsyna suche i mdłe, ale dobrze że przebrnęłaś
Odpowiedz
marok e tam, nie przesadzaj, dobre jest!
Odpowiedz
Jak zobaczyłem zestaw, to pomyślałem, że to psychiatra połamie nogi o będzie się z tego cieszył, ale Ty jednak obrałeś inną drogę
Próbowałem ułożyć sobie w głowie, cóż to za świat i jaka jest geneza tego wszystkiego. Coś w stylu postapokalipsy? Nagły atak powszechniej znieczulicy? Dialog ciekawy, ale mam wrażenie, że mogłem nie do końca skumać przekaz. Jednak podoba mi się ta klamerka z rozbitkiem, fajnie umyślone
Pozdrawiam
Odpowiedz
~marok 3 m.
Wymęczyłem ten tekst, więc jest on sporo niedociągnięty i słaby. Pewnie dlatego ciężki do zrozumienia
Odpowiedz
z dużym wykopem
Już miałem głosować kiedy sobie przypomniałem, że jeszcze został mi Marok. I dobrze się stało, bo jakieś tam zamieszanie na liście poczynisz.
Dobry tekst. Beznadziejność sytuacji nie jest w nim wymuszona.
Kupuję Twój scenariusz.
Odpowiedz
~marok 3 m.
Canulas prawie zostałem zapomniany. Było blisko
Odpowiedz
marok wtedy przestałbyś istnieć i wyparował
Odpowiedz
~Aja 3 m.
z wykopem
Dobry, skłaniający do refleksji tekst. Chyba zbyt po macoszemu go oceniasz, bo emocje budzi.
Odpowiedz
*Ritha 3 m.
z dużym wykopem
"Po tamtym świecie zostały tylko kolorowe obrazy w pamięci i trochę żalu, że Elon Musk jednak nie zdobędzie Marsa, a ja nie obejrzę w kinach ostatniego filmu Tarantino" - dobry start

"Poranek jak każdy poprzedni. Szary, pozbawiony sensu. Wstajesz i próbujesz przebić się przez gąszcz myśli samobójczych, kiedy po raz który dociera do ciebie, że leżysz pod mostem okryty tekturowymi pudłami, sam w promieniu wielu mil. Wiedziałem doskonale, że jestem jedyny" - kurde, fajne, melancholijne flow

"Zapomniałem jak się rozmawia z ludźmi. Byłem psychiatrą, robiłem to osiem, czasami dziewięć godzin dziennie. I to ja zawsze zaczynałem, szukałem tematu, rozwijałem go. Wyławiałem z każdego pojedyncze słowa jak malutkie płotki z jeziora, w którym prędzej znajdziesz kompletny kombinezon nurka aniżeli dorodną rybę. Wtedy naprawdę zapomniałem, jak to się robi" - kolejny świetny fragment

"kiedy te ot, tak zaczęły się walić grzebiąc tych" - "ot tak" nie rozdzielałabym przecinkiem
"Susan i Ervin znowu ciekli" - uciekli* chyba
"Cisną w moją stronę kawałkami gruzu" - Cisnął*

Świetne opowiadanie, Marok. Poruszyło mną. Bardzo na tak. Trochę inne niż większość Twoich, ale to dobrze - wychodzisz z szuflady. Pisz różne rzeczy. Tu mi się podobało bardzo.

Odpowiedz
~marok 3 m.
Ritha kurde, A ja miałem wrażenie że jednak średnie. W takim razie czasami wymęczone opko nie jest aż tak tragiczne
Odpowiedz
*Ritha 3 m.
marok mylne wrażenie zatem
Odpowiedz
^Halmar 3 m.
A ja przeczytałam z przyjemnością i doczepić się nie ma czego. Po prostu kawał dobrej roboty prozatorskiej z psychologicznym podszyciem.
Odpowiedz
~Anette 3 m.
Dobry tekst,fajnie napisane.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin