Jak papierowe statki po kałużach ulic Zimno (3z3)

Rura w ziemi — część I

 — Metkuję jako Horror, ale to bardziej wielogatunkowiec (z kryminałem w tle). —

 

 

 Chłopak nie wiercił się już na krześle. Nie prosił o telefon. O nie.

 Był rozluźniony. Zwłaszcza że pozwoliłem mu zapalić papierosa i poczęstowałem kawą z automatu. Chciałem, żeby poczuł swojskie klimaty. Żeby myślał, że wszystko jest w porządku.

 Pomieszczenie było puste, jeśli nie liczyć stolika i dwóch krzeseł, na których siedzieliśmy naprzeciw. Jak A i B na krańcach jednego zbioru. Jak nóż i myśl.

 Znów zerknął w weneckie lustro, zastanawiając się, kto jest po drugiej stronie. Kto go podgląda? Osądza?

  — Więc wie pan, panie Moosey? — zapytał.

  — Pytasz, czy wiem, jak wynaleziono breakdance? — odparłem, spoglądając na ścienny zegar. Niedobrze. Wskazywał dwudziestą trzecią piętnaście. Jeżeli jego ojciec zdecyduje się na przylot samolotem, mamy mniej niż godzinę. — Nie wiem, Allan — dodałem. — Powiedz mi.

 Ożywił się. Uśmiechnął.

  — Więc breakdance powstał wtedy, kiedy jeden czarnuch próbował ukraść felgi z jadącego samochodu.

 Rozbawiły go własne słowa. Zasłonił usta ręką, wiedząc, że w obecnej sytuacji jawny przejaw radości nie byłby mile widziany. Zlustrował mnie wzrokiem, sprawdzając, czy „czuję czaczę“.

 Nie czułem.

  — Wygląda na to, że Sonny był duszą towarzystwa, prawda? Prawdziwym centrum rozrywki.

 Chyba nie do końca mnie zrozumiał, ale się uśmiechnął i przytaknął.

 W ogóle bardzo się zmienił przez te cztery godziny wspólnej gadki. Już nie groził tym, że jego wszechwładny ojciec wypieprzy nas wszystkich z roboty. Już nie bluzgał. Ten ponad stuczterdziestofuntowy świński blondyn, rozgrywający szkolnej drużyny i jedna z najlepszych partii w mieście, przepoczwarzył się z zepsutego bogactwem gówniarza w usłużnego, dobrze wychowanego młodzieńca. Muszę przyznać, podobała mi się ta przemiana.

  — Jeżeli pyta pan o inne żarty, to pewnie. Znał ich całą masę. Przytoczyć?

 Skinąłem głową.

 

  — Hmm, pomyślmy. Na przykład, jak nazywaliby się Flinstonowie, gdyby byli czarni? Wie pan? Czarnuchy. Albo, dlaczego meksykańce nie grillują? Nie grillują, bo im fasola przelatuje przez rożen. Albo…

 

 Wstałem. Zamilkł natychmiast.

  — Powiedz mi, jaki miałeś wynik na teście określającym inteligencję, Allan? — zapytałem. To zbiło go z tropu.

  — Inteligencję? Ponad sto czterdzieści punktów. O co panu chodzi?

 Zaniosłem krzesło pod drzwi i podparłem nimi cholerną klamkę. Rozpiąłem marynarkę. Było duszno. Bardzo bolała mnie głowa.

  — Pytałem, o chuj panu chodzi?! — wrzasnął i zerwał się z miejsca. Był o dobrą głowę wyższy i ponad czterdzieści funtów cięższy. Nieistotne.

  — Usiądź, Allan. Nie denerwuj się.

 Zawahał się, ale posadził dupę. Pomieszczenie przesiąknęło potem, którego maleńka kratka wentylacji nie była w stanie pokonać.

  — Nie denerwuję się. Pytałem tylko, o co panu chodzi? Przecież współpracuję, nie?

 Popatrzyłem mu w oczy.

  — Nie współpracujesz. Opowiadasz tylko pierdoły. Karmisz mnie tymi nic nieznaczącymi bzdetami, czekając na przyjazd swojego zasranego ojczulka. Zła wiadomość jest taka, że do jego przybycia mamy jeszcze co najmniej pół godziny. To ponad trzydzieści kurewsko długich minut. Rozumiesz mnie?

 Pokiwał głową, wyszczerzając przy tym białe zęby. Nie mogąc uwierzyć, że ktoś ośmielił się powiedzieć złe słowo o Robinsonach.

  — Dlaczego pan to robi, panie Moosey? Przecież mój ojciec pana zniszczy. Wdepcze w jebaną ziemię. Wymaże z…

 W zasadzie nawet nie krzyknął. Wydał z siebie tylko przeciągłe pffffff. Dosłownie niczym nienapompowana piłka, gdyby na nią naskoczyć. Oczy niemalże wyskoczyły mu z orbit. Upadł. Nachyliłem się nad nim.

  — Kolejna zła wiadomość, chłopcze. Ten sezon leci ci z bani.

 Nie odezwał się słowem, tylko z niedowierzaniem spoglądał na zwisające bezwładnie ramię. Bark wyłamany ze stawu osiadł nieproporcjonalnie nisko w stosunku do sąsiedniego, przekrzywiając przy tym czarny t-shirt. Wszystko to spowodowało, że nadrukowana niebieska Cobra Shelby jechała teraz pod górkę.

  — Porozmawiajmy konkretniej, Allanie. Pogadajmy o tym, co i jak.

  — Złamałeś ją, ty pojebie — wydukał. — Mój ojciec. On... ci... On cię...

  — Najpierw ja powiem, jak stoją sprawy, a potem ty postarasz się polepszyć swoją przechujową sytuację. A oto, jak one stoją.

  — Moja ręka. O Chryste. Moja jebana ręka.

 Wtedy spokój ducha odpłynął. Poniosło mnie.

  — Zabiliście dzieciaka, skurwysynu. Pozbawiliście życia młodego chłopaka. Zrobiliście to w tak okrutny sposób, że ledwie się powstrzymuję, by nie rozjebać ci tego durnego łba. Urządziliście sobie prywatne łowy. Małe, pierdolone safari, ze wstępem dla młodych i bogatych pochujeńców! Jebany balet, gdzie wyznacznikiem dobrej zabawy jest dręczenie i zabijanie słabszych. Tak było?

 Drzwi drżały pod naporem uderzeń. Byłem pewien, że krzesło izolujące nas przed światem nie przetrwa długo.

  — Osaczyliście go jak królika, kutafonie, zapewne doskonale się przy tym bawiąc. A kiedy już nie miał siły uciekać, kiedy nieomal doszczętnie zwariował, któryś z was, pojebańców wpadł na kolejny, kurewsko wspaniały pomysł.

 Złamał się. Pękł. Zaczął łkać.

  — To nie tak. Nie chcieliśmy go zabić… Chcieliśmy tylko nastraszyć… To był pomysł Sonny'ego… To on wpadł na to, żeby… Boże, moja kurewska ręka… Moja kariera.

  — Kto jeszcze tam był?

  — Drucker i Bobby... Jezuuu. Jak strasznie boli.

 Podszedłem do stołu, biorąc krzesło, na którym chwilę wcześniej siedział chłopak. Lustro weneckie pulsowało od uderzeń kogoś po drugiej stronie. Drzwi trzeszczały, zdolne w każdej chwili odpuścić walkę.

  — Ostatnie pytanie, pizdo. Chodzisz z Sally Whiterspoon?

  — Co? Tak… O Boże… Tak.

  — To bardzo piękna dziewczyna. Mądra. Dobrze się uczy. Zapewne twój ojciec nie może doczekać się wnuków.

 Przyłożyłem mu nogę krzesła do genitaliów. Drzwi eksplodowały z hukiem.

  — Dla twojego ojca też mam złą wiadomość — powiedziałem, napierając na krzesło.

 

 <<<<<<>>>>>>

 

  — Tym razem to koniec, Barry — jazgotał ktoś z prawej strony mego ucha, potęgując ból głowy. — Przesadziłeś. Wypieprzą cię. Zamkną u czubków. Słyszysz, co mówię, pojebańcu?

 Odwróciłem się.

  — Słowo w słowo, Manny. A teraz przejdź, bo przelecisz przez pokój. Muszę wziąć klucze z biurka.

 Minąłem go i z tuzin innych osób. Kobiety krzywiły się na mój widok. Nic dziwnego. Sam się krzywiłem.

 Z pokoju wziąłem strzelbę, wiatrową kurtkę koloru khaki, latarkę oraz butelkę Zielonego Jasia Wędrowniczka i już się szykowałem do wyjścia...

  — Dlaczego przestałeś brać lekarstwa, Barry?

 Patricia. Urocza drobna istotka. Jedyna mądra blondynka, jak kiedyś ją nazywałem.

  — Nie przestałem. Po prostu zmieniłem na inne.

 Wzruszenie ramion. Błysk żółtych zębów w uśmiechu. Uwodzicielskie spojrzenie przekrwionych oczu. Nic z tego. Nie dała się łatwo zbyć.

  — Wciąż ci się śni, prawda? Ile to już będzie czasu, Barry? Ile lat?

  — Nie mam na to siły — chrypnąłem, próbując wyjść. Złapała mnie jednak za rękaw.

  — Wróć na leczenie. Pomogę ci przez to przejść.

 Spojrzałem jej w oczy. Puściła.

  — Proszę cię.

  — Będę w kontakcie — rzuciłem na odchodne i wyszedłem.

  — Posterunkowy Douglas, proszę zabrać temu człowiekowi broń, a następnie aresztować za przekroczenie uprawnień i pobicie. – Znów Manny. Stary, nieśmiertelny Manny.

 Chłopak nie bardzo wiedział, jak się zachować. Sięgnął jednak chudą rączką po kajdanki.

  — Zrób w moją stronę jeden jebany krok, a poobrywam ci łapy.

 Nie zrobił. Poszedłem dalej.

 W takich to okolicznościach się zaczęło.

 

 Link do części II: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4981

 

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 36

Opis:

No dobrze. Nowa seria. Plan na wstawianie: niedziela-czwartek-niedziela. Dość długie. Brzydkie słowa także się trafiają. Mimo wszystko gdzieś tam zachęcam, gdyż to pierwsza "większa objętościowo" rzecz, jaką doprowadziłem do, ekhm, końca.

Dodano: 2020-10-11 23:21:46
Komentarze.
*Ritha 15 d.
Zalogowałam się specjalnie, żeby napisać - wow, Rura...
Będę czytała. Tego starocia będę.
Niniejszym się wylogowuje do dalszego śledziowania.
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
Ritha haha - dziżas. Twoja Lea, moja Rura. Widać kondycja pisarska, jak w mordę strzelił
Odpowiedz
*Ritha 15 d.
Dziadulardo i Dziadulinda, no cóż, czas umirać
Odpowiedz
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
Ritha haha - dziżas. Twoja Lea, moja Rura. Widać kondycja pisarska, jak w mordę strzelił
Odpowiedz
*Ritha 15 d.
Hahaha, dokładnie.
No nic, wrócę, gdy zapieje kur.
Odpowiedz
No, jestem. Najpierw powytykam, co mnie zakłuło, bo nie byłabym sobą - zboczenie (mam nadzieję) zawodowe:

"Nie prosił o telefon. O[,] nie."

"Jeżeli pyta pan o inne żarty, to pewnie. Znał ich całą masę. Przytoczyć?"

To jest w obrębie kwestii dialogowej, więc chyba "znam"?. Ewentualnie też można to potraktować jako komentarz, ale wtedy już inny zapis, i kontynuacja od myślnika, zresztą wiesz na pewno, o co mi chodzi

"— Złamałeś ją[,]ty pojebie — wydukał. — Mój ojciec. On... ci... On cię...

— Najpierw ja powiem, jak stoją sprawy, a potem ty postarasz się polepszyć swoją przechujową sytuację. A oto[,] jak one stoją."

"Osaczyliście go jak królika, kutafonie, zapewne doskonale się przy tym bawiąc. A kiedy już nie miał siły uciekać, kiedy nieomal doszczętnie zwariował, któryś z was[,] pojebańców wpadł na kolejny, kurewsko wspaniały pomysł."

Tu akurat nie jestem do końca pewna, ale jeśli potraktować by to jako zwrot bezpośredni do adresata, (na co mi tu wygląda) to przecinek by się przydał.

No to tyle z mojego czepiania się. Zapowiada się obiecująco. Przypomina mi trochę fabułę z Dziewczyny z sąsiedztwa, ale tu chyba będzie większy nacisk na śledztwo, mam wrażenie. Postaram się śledzić.


Odpowiedz
*Canulas 15 d.
Enchanteuse tak, zgadzam się, nawet patrząc na wpół śpiącym okiem. Natomiast co do:

"Jeżeli pyta pan o inne żarty, to pewnie. Znał ich całą masę. Przytoczyć?" - to musi zostać tak, bo on mówi o kimś, nie o sobie.

Dzięki, Ench. Zostań jak długo zdołasz



Odpowiedz
Canulas ach, wybacz, nie wpadlabym na to. Dobrze, że sprostowałes. Postaram się zostać, ale nie obiecuję, bo nie wiem, co będzie.
Trzymaj się ciepło
Odpowiedz
~oko 15 d.
mnie zachęciłeś - najbardziej tym, że doprowadziłeś do końca.
nieźle się zapowiada.
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
oko tak, masz rację. Jest to skończona trylogia, choć całość nie ma chyba nawet 100 stron. (albo coś w okolicy)
Odpowiedz
*Ritha 15 d.
z dużym wykopem
"Pomieszczenie było puste, jeśli nie liczyć stolika i dwóch krzeseł, na których siedzieliśmy naprzeciw. Jak A i B na krańcach jednego zbioru. Jak nóż i myśl" - Jezu, pamiętam to

"— Więc breakdance powstał wtedy, kiedy jeden czarnuch próbował ukraść felgi z jadącego samochodu" - hahaha, to też pamiętam! świetne

Zaczytałam się, co do fabuły - jak się okazuje - pamiętam bardzo mało (scenę przesłuchania owszem, ale co dalej?), odurzona językiem, który tak bardzo mi się zgrał z gustem, zwrotami i flow narracji chyba nie zarejestrowałam tego z lotu ptaka. Miło było wrócić i miło będzie na nowo odkrywać. Będę czekać na kolejne, bardzo się cieszę, że wrzucasz!
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
Ritha nooo, fajno. Ale zobacz ile bubli przecinkowych. A tyle razy czesane.
Odpowiedz
*Ritha 15 d.
Can, hmmm

"Osaczyliście go jak królika, kutafonie, zapewne doskonale się przy tym bawiąc. A kiedy już nie miał siły uciekać, kiedy nieomal doszczętnie zwariował, któryś z was[,] pojebańców wpadł na kolejny, kurewsko wspaniały pomysł." - ja bym tu np. nie dała, ale noo, znawcą nie jestem (ewentualnie całe "pojebańców" oprzecinkować, ale hmmm, Alfonsyny trzeba by spytać

A reszta to takie pierdy, nie przejmuj się Ja mam w Lei nie takie kaktusy.
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
Ritha nie przejmuję, ale sporo ma to gdzieś wyskoczyć, trza ogarnąć
Odpowiedz
*Ritha 15 d.
Taa, patrzę i opatrzę i myślę, że po dwóch stronach przecinek bym dała jak już
Odpowiedz
*Ritha 15 d.
Can, trza trza, ale spokojnie, brak trzech przecinków nie zaważy na dalszych losach tego opa, fabuła już tak
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
Ritha ano... fabuła już tak 😁
Odpowiedz
Trzecia wersja, czy znów oryginał?
Odpowiedz
*Canulas 14 d.
Zaciekawiony oryginał z drobiazgami natury technicznej. Fabularia zostawione, jak były.
Odpowiedz
Canulas
Aa... czyli znowu mogą być błędy. To jak będzie kilka odcinków to przysiądę.
Odpowiedz
*Canulas 14 d.
Zaciekawiony biorąc pod uwagę wyszczególnione przez Ench interpunkcyjne kwiatuszki, to na pewno będą.
Odpowiedz
~alfonsyna 11 d.
"na których siedzieliśmy naprzeciw" - dodałabym tam, że "naprzeciw siebie" - jakoś tak brakuje tego dookreślenia;
"Zaniosłem krzesło pod drzwi i podparłem nimi cholerną klamkę" - nim;
Wydaje mi się, że już kiedyś czytałam, nawet pewna jestem, ale chętnie sobie odświeżę, bo nie jestem pewna, czy doczytałam do końca. Teraz polecimy z tym, cała naprzód!
Odpowiedz
*Canulas 11 d.
alfonsyna ło baben. Fajno. Naprawię tak jak dwójkę. Jutrem-hurtem
Odpowiedz
~alka666 8 d.
Już mi się podoba. Lubię bezkompromisowych, twardych bohaterów. Lecę dalej, skoro udało mi się w końcu tu dotrzeć
Odpowiedz
*Canulas 7 d.
alka666 miło że dołączasz do peletoniszcza. Ukłonias
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin